nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

Wieści ze starego folwarku

Anno Domini 2021

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
IX dzień: Niedziela. Uroczystość św. Jana Chrzciciela
24 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Od samego rana gorączka niedzieli. Jeden z nas wyruszył z ks. Leopoldem do okolicznych kaplic: Gonzagueville. Było to dla niego pierwsze zderzenie z prawdziwą niedzielną Afryką, której pierwszy raz czytał Ewangelię… Śpiew, tańce, liturgia… Msza łącząca chrzest, I Komunię i sanację małżeństwa…

Po Mszy przyjęcie i podjęcie wspaniałą kuchnią afrykańską.

Drugi zaś udzielał się w tutejszej parafii. Po Mszy, przy akompaniamencie murzyńskiej orkiestry – tańce w kościele. Tubylcy wpadli w trans nie oszczędzając nawet ołtarza, nie mówiąc już o siostrach, które zarazili swym tanecznym duchem, co pozwoliło nam nieco zidentyfikować ich misję.

Po Mszy i tańcach, ogólne przyjęcie we wspólnej sali, zorganizowane przez parafialne wspólnoty młodzieżowe. Po obiedzie Mundial i wielki smutek sióstr – Brazylia przegrała z Argentyną 0:1.

Wieczorem, po długim oczekiwaniu na przyjazd księdza, który miał nas zawieźć na zebranie «Foyers Chrétiens», gdy już zrezygnowani oglądaliśmy Mundial, zostaliśmy zaskoczeni wizytą świeckiego aktywu, który nas tam zawiózł.

Zebranie – choć z kilkugodzinnym opóźnieniem, które nikomu nie przeszkadzało, prowadzone było z wielką kulturą i w atmosferze modlitwy.

Porządek:
– Krótka prezentacja wspólnoty nowym księżom z parafii przez Sekretarza
– Krótkie sprawozdanie z wyjazdu do Kodjoboue w poniedziałek 4 czerwca przez Sekretarza
– Film video o objawieniach Maryi Dziewicy w Kibeho w Rwandzie
– Przygotowanie praktyczne i uczestnictwo w święcie nowożeńców.

Po zebraniu kolacja i specjały tutejszej kuchni.

Gościnność gospodarzy, obfitość i pikantność potraw pozostaną na zawsze w pamięci. Po serdecznych pożegnaniach wróciliśmy do domu.

Było to pierwsze spotkanie oficjalne z grupą zaangażowanych świeckich, których w parafii jest wiele; uświadomiło nam ono jak wiele pracy będzie wymagała animacja tych grup.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
6. Samochodowe klasyki
13 września 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFSzykując się do wyjazdu na Ukrainę, byłem przygotowany na fatalny stan dróg. Jednak te, przynajmniej w zachodniej części kraju, prezentują się już całkiem przyzwoicie. Tymczasem na uwagę zasługują nie tyle same drogi, a to, co po nich jeździ. Niekiedy można odnieść wrażenie, że człowiek znalazł się na planie zdjęciowym jakiegoś filmu z czasów późnego PRL-u. Widział ktoś z Was ostatnio jeżdżącą Wołgę albo Moskwicza? Tutaj to widok powszechny. Królowymi szos pozostają Łady (różne modele zbudowane na bazie Fiata 124 i 125). Niestety w Polsce nie da się tych cudów motoryzacji zarejestrować, bo nie spełniają norm unijnych. „Cudów”, bo często mają po 30, 40, 50 lat i ciągle jeżdżą! A jeśli coś jeździ, znaczy się jest zdatne do użytku i żadnych innych norm spełniać nie musi. A że trochę więcej pali i co kilka kilometrów trzeba dolać oleju? Mój samochód – mój problem, i o co tyle krzyku? W końcu żyjemy w wolnym kraju, prawda?

Że nowe samochody są bezpieczniejsze? Wypadków też nie zaobserwowałem tutaj więcej (wręcz przeciwnie), a porównując ich osiągi, śmiem zgłosić poważne wątpliwości.

P.S. Kolejny punkt do dopisania na liście marzeń: poprowadzić kiedyś jeden z takich klasyków.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VIII dzień: Uroczystość Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny
23 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Rano, w odświętnie przystrojonej kaplicy, Msza Święta Uroczysta z laudesami i krótkim wprowadzeniem w istotę święta.

Po śniadaniu udaliśmy się do parafii i do Domu Młodzieży «CARITAS», aby zobaczyć finał miejsko-parafialnych mistrzostw w pingponga. Jeden z nas wrócił szybciej, aby zająć się korespondencją, drugi zaś, jako że okazał się wierniejszym kibicem, pozostał (niestety – jak się później okazało – za długo).

Obiad uroczysty i smaczny, uszykowany nawet pod polsko-kartoflane gusta, na którym byli również księża z parafii, zakłócony został nieco spóźnieniem się misjonarza-kibica, który – rozegrawszy ponoć całkiem niezły mecz i usatysfakcjonowany kontaktami z parafianami – wrócił z iście afrykańską niefrasobliwą punktualnością.

Po obiedzie udaliśmy się gromadnie na latarnię morską, aby podziwiać widoki i zrobić kilka zdjęć. Panorama rzeczywiście piękna!…

Pod wieczór znowu mecze: w telewizji Mundial, Camerun-Columbia 2:1, i na żywo w parafii, poganie «contra» konwertyci (wynik nieznany, lecz zaciekłość świętej wojny). Wróciliśmy z niego brzegiem morza, tym razem wśród modlących się muzułmanów.

Nie obyło się oczywiście bez wygłupu, gdyż jeden z misjonarzy, chcąc być bardziej grzeczny, a widząc mężczyzn rozciągających koc i ustawiających się na nim, wziął ich za podmiejskich artystów przygotowujących się do występów, co nie pozwoliło mu przejść obojętnie, bez okazania swej podziwiająco-radosnej ciekawości. Dopiero po jakimś czasie, dzięki licencjatowi z misjologii i innym muzułmanom będącym już w trakcie modłów, odkrył ducha Mahometa.

Wieczór upłynął barwnie na Święcie Młodości w parafii. Razem z tłumem tubylców podziwialiśmy niesamowite występy tutejszych artystów. Zwłaszcza taneczne popisy baletów… W pamięci utkwił nam balet ministrantów, który przyprawiał o pisk i omdlewanie niewiasty oraz balet młodych dziewczynek.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
5. Marszrutki
30 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKrzysztof wyjechał właśnie na kilka dni do Polski po jakieś dokumenty, zabierając oczywiście nasz jedyny samochód. Biorąc pod uwagę, że kościół w Borysławiu znajduje się siedem kilometrów od naszego domu, komplikuje to nieco sprawę. Niby to nie koniec świata, ale piechotą między Mszami się nie wyrobię. Poza tym staram się jednak hołdować zasadzie: „Nie ma problemów, są wyzwania”. Nie chcąc więc niepotrzebnie niepokoić parafian (uczciwie muszę podkreślić, że ofiarowywali się z podwózką), postanowiłem przetestować słynne marszrutki, czyli rodzaj naszych podmiejskich busów.

Wyszedłem na przystanek sporo wcześniej, bo jedną z różnic w stosunku do Polski jest brak rozkładu jazdy… Nie czekałem nawet długo, natomiast stan techniczny pojazdu pozostawiał wiele do życzenia (na szczęście ja właściwie żadnych życzeń nie miałem – wręcz przeciwnie – i zakochałem się od pierwszego wejrzenia: ahoj przygodo!) Wehikuł co prawda posiadał wszystkie szyby w oknach i drzwi, czego z reguły nie da się powiedzieć o busach w Afryce (i dzięki Bogu, bo tam bardziej niż o cokolwiek innego chodzi o przewiew), ale drzwi akurat się zacięły i kierowca musiał wysiąść od strony kierowcy, okrążyć pojazd i otworzyć je „ręcznie”… I tak na każdym przystanku (facet zdecydowanie zasługiwał na napiwek)! Poza tym pojazd telepał niemiłosiernie, kopcił jak smok, a prędkość pod górkę (teren górzysty) nie przekraczała 20 km/h. Ale na miejsce dowiózł? – Dowiózł! I to się liczy. Koszt przejazdu 13 hrywien, czyli ok. 1,80 zł.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Jacek KobylińskiTegoroczna wiosna ma swoją specyfikę. Chłodno, mokro, wietrznie zarówno w kwietniu i maju. Ale za to roślinność bujna i kwiaty trzymają się długo...

Jacek KobylińskiW dniu 11 maja 2021 r. zmarł Leszek Czmoch (syn Marii Czmoch z domu Kobylińskiej). Leszek od najmłodszych lat był z Polinowem bardzo związany. Tutaj przyjeżdżał do dziadków, gdzie bawił się z polinowską dzieciarnią. Zawsze gdy tylko mógł wpadał aby razem poświętować, czy po prostu porozmawiać i powspominać. Był bardzo rodzinny i przez członków naszej rodziny bardzo lubiany...

Maciej Kobyliński9 maja odbył się jak co roku odpust ku czci św. Stanisława przy kościółku św. Stanisława. Wnętrze kościółka zostało w tym roku wyremontowane...

Spóźniona wiosna
marzec 2021 r.

Jacek KobylińskiPoprzednie sezony przyzwyczaiły nas do łagodnych zim i raczej wczesnych wiosen. W tym roku jest nieco inaczej. Zima najpierw zwlekała z rozwinięciem swoich uroków, ale potem zdążyła dokuczyć, a gdy już na dobre się rozgościła,to nie bardzo chciała ustąpić. W lutym wydawało się, że wiosna już blisko, a w marcu zrobiło się nieomal zimowo...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VII dzień: Uroczystość Serca Pana Jezusa
22 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Po uroczystej mszy porannej piesza przechadzka do parafii w celu ustalenia momentu przenosin.
Umiarkowanie w rwaniu się do pracy skłoniło nas do pozostania w cieniu siostrzanych ramion. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Domu Młodzieży «CARITAS», gdzie jeden ze sprawniejszych misjonarzy został wytypowany do rozegrania meczu pingpongowego z miejscowymi mistrzami, których sromotnie rozgromił, dzięki czemu nasz autorytet wzrósł niewymiernie.

Kontynuując nasz powrót szliśmy plażą, podziwiając jak murzyńskie dzieci łowią ryby. W pewnym momencie zaskoczył nas widok załatwiających się w bezpośredniej bliskości tubylców. Sposób wykonywania tych fizjologicznych potrzeb można było podzielić na styl: koński, koci i papuzi. Aby uniknąć przykrej przygody, wróciliśmy bezpieczniejszą drogą.

Wieczorem w kościele parafialnym wzięliśmy udział w koncelebrze ujętej w piękną tutejszą formę liturgiczną, co dla jednego z nas było pierwszym w życiu tego rodzaju przeżyciem, a następnie w nabożeństwie dla młodzieży z okazji „Święta Młodości”.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
4. Kolejny tydzień
16 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKolejny tydzień upłynął mi pod znakiem nieoficjalnych kolonii z Centrum Nauczania Języka i Kultury Polskiej w Drohobyczu (więcej o Szkole Polskiej można zobaczyć tutaj, zaś na TVP3 Rzeszów obejrzeć krótki reportaż).

Zaczęło się niewinnie, od prośby o poprowadzenie wieczornych modlitw… Do modlitwy doszła krótka katecheza… Później była również modlitwa poranna, a jeśli już modlitwa, to i poranna gimnastyka (nie od miesięcy, ale od lat obiecuję sobie, że wrócę do tego zwyczaju)… I śniadanie… I jeszcze kilka innych punktów programu, w których uczestniczyłem, jeśli tylko czas na to pozwalał. Dzieciaki całkowicie normalne i zasadniczo niczym nie odróżniające się od naszych. Największą rozrywką okazało się nie spotkanie z mistrzem świata w kickboxingu, Andriejem Szewczukiem, ale wizyta w supermarkecie, gdzie nakupiły chipsów, coli i słodyczy. Czyli klasyka (kto był na wyjeździe z dziećmi, ten wie). Może tylko fantazji mają nieco więcej: w akcie buntu przeciwko nocnej konfiskacie telefonów, poustawiały budziki co pół godziny, przez co opiekunowie w zasadzie nie zmrużyli oka (na ich miejscu chyba bym gówniarzerię pozabijał)…

Do mnie początkowo podchodziły z pewną dozą nieufności, ale mimo różnic językowych (większość mówi po polsku tak jak ja po ukraińsku) szybko udało nam się dogadać. A po tym, jak mogły wziąć aktywny udział we mszy św. (czytania, modlitwa wiernych, dzwonienie dzwonkami), było już z górki. Niektórzy po raz pierwszy byli w kościele, dlatego by ich zaciekawić, a nie wystraszyć, wstępem do liturgii była krótka gra terenowa. Całość działa się już wieczorem, było więc odpowiednio tajemniczo i niezwykle.

Na koniec usłyszałem pytanie, jak długo zostaję na Ukrainie. Odpowiedziałem, że raczej na długo. Z dyrektorką szkoły zaczęliśmy już robić przymiarki do katechezy w ciągu roku szkolnego.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VI dzień
21 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Ranek jak zwykle.
Po śniadaniu oczekiwanie na obiad w błogostanie, który coraz pełniej nas ogarnia. Niezjełczałe jeszcze sumienia skierowały nasze intencje na pisanie listów do Polski, Francji i Italii, co zostało powstrzymane przybyciem kandydata do Zgromadzenia i rozmową z nim, a że jest to człowiek pojętny, rozmowa przeciągnęła się… później przyszli jeszcze inni, i tak przy kawie i bananowym cieście, zeszło do obiadu.

Dziś zawisło nad naszą misją śmiertelne niebezpieczeństwo. Tutejsza (chyba? klaretynka?) świecka, dziewczyna niezwykłej urody i powierzchowności, poszukująca pracy… przyrządziła obiad według tutejszych zwyczajów… i na wniosek jednego z bardziej zachwyconych misjonarzy przyjęła posadę w naszej przyszłej misji…

W miarę jednak konsumowania obiadu, zwłaszcza paprycznego sosu z krabami, uroda jej wzrosła w sposób niebezpieczny do tego stopnia, że decyzję zawiesiliśmy, szczególnie z obawy przed mającymi przybyć współbraćmi (oczywiście), których wizja, gdy ze zjeżonym włosem i tłustymi gębami rzucają się, by podziękować kucharce za smaczne jadło, zmusiła nas do przemyślenia tego kroku.

Dzień średnio-gorący, bez deszczu. Pod wieczór uroczyste Nieszpory do Uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Dwie dekady wirtualnego Polinowa!
9 lutego 2021 r., godz. 20:49

Bartosz Kobyliński Dawno, dawno temu, a konkretnie 9 lutego Anno Domini 2001 o godz. 20:49 czasu środkowoeuropejskiego, na liczącą sobie dokładnie trzy miesiące Listę Dyskusyjną Polinów dociera lakoniczna wiadomość, która targnęła całą ówczesną cyberprzestrzenią, a po odbiciu się szerokim echem po nielicznych jeszcze wówczas serwerach, jej pomruki w globalnej wiosce słychać po dziś dzień... Jej lapidarna treść niespodziewanie zwiastowała bowiem wzbogacenie się raczkującego jeszcze w Polsce Internetu o nową, nieznaną witrynę...

Jak co roku, w dniu 9 lutego nasz serwis www.polinow.pl obchodzi urodziny, na dodatek przypadające w Międzynarodowy Dzień Pizzy. W tym roku są to jednak urodziny nie byle jakie, gdyż właśnie świętujemy... pełne dwie dekady istnienia w globalnej sieci! Z okazji tej okrągłej rocznicy w pobliskiej pizzerii wypadałoby zatem zamówić co najmniej podwójny urodzinowy tort, a przynajmniej taki z podwójnym serem! Że o podwójnej ilości złotego trunku nie wspomnę, ale przy takiej okazji to już chyba oczywista oczywistość!

Przy okazji podsumowań warto by było przytoczyć chociażby wskazanie ogólnego licznika odwiedzin serwisu (unikalnych sesji) – a ten przekroczył właśnie... tak, tak, ponad ćwierć miliona wizyt!!! (a dokładnie: 257 686). Dziękujemy za tę imponującą liczbę i prosimy o jeszcze!
Mamy także nadzieję, że ta okrągła rocznica przyczyni się wreszcie do ukończenia strony o zamierzchłych początkach naszego serwisu, przy czym tu posuwamy się znacznie dalej, sięgając bowiem aż do lat 80. i wspominając początki naszej styczności z komputerami jako takimi...
Jednak jako że tort już stygnie, podsumowywać będziemy kiedy indziej, a tymczasem – Cowabunga! Chwila, chwila, może tak łaskawie ktoś najpierw zdmuchnąłby świeczki?

A jednak prawdziwa zima
styczeń 2021 r.

Jacek Kobyliński Niektórzy wieszczyli, że prawdziwych zim już niema i nie będzie. Faktycznie ostatnio były jakieś anemiczne. Ale w tym roku mamy prawdziwą polską zimę (przynajmniej na wschodzie). Były 20-to stopniowe mrozy była śnieżyca i podobno zima jeszcze w lutym nie odpuści...

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
3. Pierwszy tydzień
9 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF

2 VIII (niedziela)

Pierwsza niedziela na nowej parafii, a w zasadzie na dwóch. Nasz dom znajduje się przy kościele w Truskawcu. Drugi kościół, w Borysławiu, nie jest jednak kościołem filialnym, ale oddzielną jednostką duszpasterską, gdzie na stałe mieszkają Siostry Służebniczki (to do nich dzwoniliśmy z granicy i w ich klasztorze w Przemyślu mieliśmy spać). Do naszego przyjazdu parafiami opiekowali się Redemptoryści, którzy jednak ze względu na rewizję pozycji (coraz mniej powołań) zdecydowali się opuścić Ukrainę.

Przyszło więc nam odprawić trzy (!) msze: dwie w języku polskim (o 9:00 w Truskawcu i o 11:00 w Borysławiu) i jedną po ukraińsku (o 17:00 w Truskawcu). Tej ostatniej na szczęście przewodniczył o. Piotr – Redemptorysta. O przemęczaniu się nie było więc mowy, co po wczorajszych przebojach przyjęliśmy z niekłamaną ulgą. Po mszy o godz. 11:00 siostry (a w zasadzie jedyna obecna w tej chwili s. Teresa) zaprosiły nas na uroczysty obiad, a później, już w Truskawcu, w obecności dziekana – ks. Wojciecha Bukowca, nastąpiło przekazanie i podpisanie dokumentów dotyczących przejęcia przez nas parafii.

3 VIII (poniedziałek)

Tego dnia zarówno w Borysławiu o 17:30, jak i w Truskawcu o godz. 20:00 msze święte sprawowane są w języku Ukraińskim. Przed południem o. Piotr oprowadził nas jeszcze po Truskawcu, pokazując najważniejsze miejsca (najbliższy sklep, targ warzywny, sklep budowlany, mechanika samochodowego, supermarket). Po drodze wstąpiliśmy również do urzędu miasta: o. Piotr – by pożegnać się, a my – przywitać się z burmistrzem.

Popołudnie minęło nam pod znakiem nauki czytania mszału. Niezastąpioną pomocą wykazał się pan Stanisław – od 30 lat, a więc od początku istnienia parafii, kościelny i człowiek od wszystkiego. Na razie polega ono na składaniu literek w słowa (cyrylica). O składaniu słów w zdania mowy na razie być nie może. Po mszy świętej s. Teresa z kamienną miną, ale i figlarnym błyskiem w oku stwierdziła, że jeszcze nigdy nie doceniła tak bardzo wagi każdego słowa, które pada we mszy św. Szelma! Chyba ją lubię...

Po powrocie wybrałem się na zasłużony spacer i różaniec, po drodze zaopatrując się w 2,5 litrową flachę piwa na braterski wieczór.

4 VIII (wtorek)

O. Piotr niestety musiał nas opuścić, bo tego dnia kończyła się ważność jego dokumentów uprawniających do pobytu na Ukrainie i gdyby został dłużej, prawdopodobnie miałby problemy przy ewentualnym kolejnym wjeździe. Zostaliśmy więc sami, szybko aklimatyzując się do nowych warunków.

5 VIII (środa)

Wypad do Drohobycza do ks. Mirosława Lecha (to jego ludzie pomogli nam przekroczyć granicę) w celu ogarnięcia papierów, które trzeba złożyć. Ukraina to kraj biurokracji, choć trzeba uczciwie przyznać, że Polska czy Francja usilnie próbują dotrzymać jej w tej konkurencji kroku. Poznaliśmy panią Olgę Pawłowską – szefową Fundacji Św. Antoniego i twórcę Szkoły Języka Polskiego. To ona pomogła nam skompletować potrzebne dokumenty i sama zawiozła je do urzędu.

6 VIII (czwartek)

Przed Mszą w Borysławiu miało miejsce pierwsze spotkanie z ministrantami, po mszy natomiast z młodzieżą z Ruchu „Światło-Życie”, czyli tzw. „Oazą”. Grupa około kilkunastu osób stanowi plon siedmiu lat pracy, przede wszystkim sióstr.

7 VIII (piątek)

Ranek upłynął nam pod znakiem comiesięcznej wizyty u chorych. Nie ma może ich zbyt wielu (część ze strachu przed koronawirusem zrezygnowała z odwiedzin), ale za to rozrzuceni są po dość znacznym, i co gorsza nieznanym dla nas, terenie. Mnie w Borysławiu wszędzie pomogła dojechać s. Teresa. W przyszłym miesiącu jednak jej nie będzie i mogą być problemy...

Przy okazji można było zobaczyć, jak naprawdę żyją tu ludzie. Klimat trochę jak w Polsce w latach ’90-tych – od tamtej pory niewiele się tu zmieniło. Boczne drogi wołają o pomstę do nieba, ale najgorzej wyglądają blokowiska. Ponieważ jednak sam wzrastałem w takich właśnie klimatach, była to podróż raczej nostalgiczna, niż przygnębiająca.

8 VIII (sobota)

Pierwszy od naszego przyjazdu, spokojniejszy dzień. Po mszy w Borysławiu, z s. Teresą pojechaliśmy do jakiejś hurtowni w Drohobyczu po kwiaty. Wycieczka raczej krajoznawcza.

9 VIII (niedziela)

Dzień imprez: najpierw po mszy o 11:00 obiad u sióstr związany z pożegnaniem s. Krystyny, która następnego dnia miała wyjechać do Winnicy w centralnej części Ukrainy i przywitaniem s. Niny (obie rodem z Ukrainy), a po południu, z tej samej okazji, grill z młodzieżą i wczesnowieczorna nasiadówa u sióstr. Ile można!...

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
V dzień
20 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Noc z 19 na 20 czerwca była burzowa i burzliwa. Tropikalna ulewa z burzą rozszalała się nad Abidżanem, a w pokoju rozszalały się komary, burząc nasz błogi stan. Jeden z misjonarzy – pomimo ukończonego technikum budowlanego – tak zbudował moskitierę, że wszystkie komary były wewnątrz, bez możliwości wyjścia; misjonarz zaś wyszedł z tej przygody z poważnymi obrażeniami skóry i nerwów (około 100 ukąszeń).

Ranek jak zwykle. Po śniadaniu wyjazd na miasto.

Wstrząsający widok międzynarodowego dworca autobusowego pływającego w błocie i chaosie, przywrócił poprawne widzenie rzeczywistości. Byliśmy też w Prokurze i zapoznaliśmy się wstępnie z pomocami duszpasterskimi.

Następnie udaliśmy się do Ambasady Polskiej, którą po długich poszukiwaniach „na wyczucie” przez siostrę Szoferkę udało nam się w końcu – za niewielką opłatą policjanta – szczęśliwie odnaleźć. Murzyn, który otworzył bramę zwątpił, a następnie otworzył gębę, gdy jeden z nas zażądał spotkania z ambasadorem. Ambasadora nie było, ale zostaliśmy mile przyjęci przez jego zastępcę i zaproszeni do dalszych odwiedzin.

Po obiedzie spotkaliśmy się z François – kandydatem do naszego Zgromadzenia.

Następnie wyjechaliśmy na naszą przyszłą placówkę: Vridi. Zapoznaliśmy się ze stanem budowy domu, jego budowniczymi i problemami (natury finansowej). Wstąpiliśmy do kościoła, który będzie naszą świątynią parafialną, gdzie z radością wyraziliśmy naszą wdzięczność Bogu na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. W odpowiedzi na to usłyszeliśmy brzęk tropikalnego deszczu o blaszany dach, który – jak to siostra teologicznie stwierdziła – miał być znakiem błogosławieństwa. Po godzinnym oczekiwaniu na zakończenie tegoż znaku, pokropieni jego widzialnymi przejawami, wskoczyliśmy do samochodu i szczęśliwie dotarli do domu, gdzie po tradycyjnie dobrej kolacji obejrzeliśmy mecz Brazylia – Szkocja.

Szczęście mieliśmy podwójne: Brazylia wygrała 1:0, a deszcz zagłuszał przeraźliwy pisk kibicek. Tę nieopisaną radość siostry uczciły bananowym ciastem i ponczem na bimbrze, który – jak jedna z nich określiła – zawierał 100, 200, a może i 40% alkoholu (szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się chyba zbiec podczas godzinnego gotowania).

Dzień kończy się spokojnie ciągłym deszczem tropikalnym.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
2. Dzień wyjazdu
1 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF31 lipca, wraz z bratem Marcinem Kukusiem CMF (ekonomem naszej nowej wspólnoty) i dobytkiem spakowanym do czterech walizek, opuściliśmy Wrocław i pojechaliśmy do Łodzi. Tam spotkaliśmy się z o. Krzysztofem Łabędziem CMF (proboszczem) i w sobotę (1 sierpnia) ruszyliśmy w stronę ukraińskiej granicy. Już na początku zaliczyliśmy spore opóźnienie, które w połączeniu z ogólnym brakiem pośpiechu już niebawem miało okazać się niemal tragiczne w skutkach.

Kiedy dojechaliśmy do przejścia granicznego w Medyce było po 16:00. Od Polskiej celniczki dowiedzieliśmy się o kwarantannie, jaką o godzinie 15:00(!) ogłosiła Ukraina dla wjeżdżających z Polski. Pojechaliśmy jednak dalej, ufni, że nasze długoterminowe wizy załatwią sprawę. Nie załatwiły...

Zostaliśmy poproszeni o ukraińskie numery telefonów w celu założenia aplikacji do śledzenia przestrzegania kwarantanny. Żaden z nas takiego numeru nie miał (nie do kupienia w Polsce), wobec czego kazano nam zawrócić. Na pytanie, czy może gdzieś tutaj można kupić startery do telefonów, usłyszeliśmy, że nie...

Zjechaliśmy na bok i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej, wydzwaniając do kogo tylko się dało. Co chwilę rwał się zasięg, zarówno telefonii komórkowej, jak i internetu. Zadzwoniliśmy do sióstr z naszej nowej parafii, one z kolei do innych osób w celu dowiezienia nam ukraińskich starterów. Ojciec Prowincjał, poinformowany o naszych problemach, znacznie podniósł nas na duchu stwierdzając, że w Warszawie ani w żadnym innym z naszych domów w Polsce nikt na nas nie czeka i żebyśmy nawet nie myśleli o powrocie...

W końcu, podobnie jak dziesiątki innych podróżujących, zawróciliśmy, zamierzając jechać do sióstr do Przemyśla, gdzie mieliśmy już umówiony nocleg. Dzięki zrządzeniu Boskiej Opatrzności utknęliśmy jednak w korku między granicą ukraińską a polską.

Jakieś dwie godziny później, tuż przed ponownym wjazdem do Polski, ktoś zapukał w szybę samochodu i wręczył nam ukraińskie karty do telefonów. Dzięki uprzejmości polskich celników znowu udało się nam zawrócić. Tym razem nikt nawet nie zapytał o numery telefonów… Czy to sprawa cudownie olewczego stosunku do przepisów celnika, kilku słów szepniętych przez kogoś komu trzeba, czy zwyczajny cud – do dzisiaj nie mam pojęcia. Wszyscy parafianie z księdzem dziekanem oczekiwali nas w Truskawcu na uroczystej Mszy o 20:00, ale plany te spełzły oczywiście na niczym. Uczciwie się jednak za nas modlili, więc może to ich zasługa? W każdym razie po blisko sześciu godzinach nerwów, udało nam się wjechać na Ukrainę bez nakazu dwutygodniowej kwarantanny. Allahu Akbar.

Bynajmniej nie był to jednak koniec naszych problemów...

W tzw. międzyczasie zrobiło się ciemno. W Polsce zdążyliśmy odwyknąć już od dziur w asfalcie, kiepskiego oznakowania dróg i innych niespodzianek. Dochodziła północ, kiedy tuż przed wjazdem do Truskawca, na środku drogi wyłoniła się przed nami betonowa zapora, którą w ostatnim momencie udało się nam wyminąć. Rzekłbym: egzotyka na całego! Dalej, jadąc według wskazań GPS-u, dwieście metrów od domu, skręciliśmy w uliczkę jednokierunkową. Policyjne koguty zabłysły niebieskim światłem i zawyła syrena...

Negocjacji z policją podjął się Krzysztof. Nie wiem jak to zrobił (z tego co udało mi się ustalić, on chyba też nie), ale chyba dzięki skomplikowanej sytuacji językowo-dokumentacyjnej (Krzysiek pracował wcześniej na Słowacji i w Czechach i za bardzo nie wiadomo skąd jest, gdzie mieszka i jakim językiem włada), skończyło się na upomnieniu.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy do domu, przywitał nas o. Piotr Wiśniewski CSsR – ostatni z Redemptorystów, który pozostał na miejscu, by przekazać nam opiekę nad parafią.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy