strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Odpusty i sianokosy, czyli wiosenne przyjemności


"Sianokosy" - Adam Ciemniewski

Jacek KobylińskiMaj i czerwiec dla mieszkańców Polinowa były chyba najmilszymi miesiącami w całym roku. Powoli kończyły się intensywne wiosenne prace polowe, a drobne roboty typu pielenie warzyw czy obredlanie ziemniaków stanowiły wręcz przyjemność. Ponadto trud prac polowych wynagradzało piękno przyrody i trele skowronków. Zawsze też okres wiosenny niósł nadzieję na dobre plony.


"Odpust na wsi" - Franciszek Kostrzewski. 1866r. Muzeum Narodowe, Warszawa

W pierwszą niedzielę po 8 maja są do dzisiaj organizowane w Łosicach uroczystości ku czci Św. Stanisława, czyli doroczny odpust z procesją do kościółka przy dawnym Kozim Rynku. Kiedyś było to wielkie wydarzenie, na które licznie zjeżdżali furmankami mieszkańcy okolicznych wsi. Msza odpustowa w kościółku Św. Zygmunta odprawiana w samo południe gromadziła nieprzebrane tłumy. Po mszy i procesjonalnym powrocie do kościoła Św. Zygmunta można było na straganach kupić jojo, kapiszonowca, korkowca, balona czy drewnianego motyla. Obowiązkowo trzeba było też iść na lody, skrobane z bańki po mleku, o niezapomnianym smaku. Na odpustowy obiad zwykle byli też proszeni goście spoza Łosic.


"Zielone Świątki" - Michał Elwiro Andriolli

Największym świętem sezonu było Zesłanie Ducha Świętego, czyli tzw. „Zielone Świątki”. Na Polinowie obchodzono je zgodnie z wielowiekową tradycją. W przeddzień cała dzieciarnia uzbrojona w grabie i miotły sprzątała ogromne podwórze. Potem była wyprawa po tatarak i trzcinę. Trzeba było ich narwać tyle, by starczyło na wysypanie podwórka i dekorację domów. Tatarak wkładało się za święte obrazy, do kapliczki i w okna. Podwórko i pokoje przybierały odświętny wygląd, jak na „Zielone Świątki” przystało.


"Sianokosy" - Józef Jaroszyński

Wiosna kończyła się sianokosami. Na łąkach okalających rzekę Toczna były one nieco opóźnione, a to za sprawą podmokłych i zimnych gleb. Zdarzało się też, że nadchodziły „świętojańskie” deszcze i rzeka wylewała. Wtedy sianokosy były stracone, gdyż po ulewach woda zostawiała muł i pożytku z takiego siana już nie było.

Łąkę kosili najemni kosiarze lub konna kosiarka, później zamieniona na wynajęty z kółka rolniczego traktor z kosiarką. Siano suszono ręcznie. Zwykle ojciec wynajmował kilka kobiet i parobka. Siano trzeba było przewracać, po czym zgrabić na wałki i skopić na noc. Rano kopki trzeba było ponownie rozrzucić, siano dosuszyć i znów skopić, przygotowując do zabrania. Po południu parobek podawał siano ojcu, a ten układał furę. Dzięki specjalnej nałożonej ramie można było ułożyć naprawdę pokaźną jego ilość. Wszystko spinało się drągiem „przypowężem” i łańcuchami. Dzięki temu ułożone wysoko siano nie rozsypywało się i najczęściej cało dojeżdżało do stodoły. Ułożoną stertę ograbiano, by nic nie zgubić po drodze. Jazda na tak wysokiej furze była jednym z najmilszych zajęć dzieciarni. Następnie trzeba było jeszcze to siano z fury ułożyć w stodolnym sąsieku. A że zwykle pięknie pachniało, zaraz chcieliśmy wynosić się ze spaniem z domu do stodoły. Spanie na sianie w stodole było niemalże polinowskim obowiązkiem dla nieletnich, ale o przygodach z tym związanych już w kolejnym odcinku.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy