strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Święta Narodzenia Pańskiego

Jacek KobylińskiBoże Narodzenie, poprzedzone adwentem i obchodzone po przesileniu zimowym, zawsze było świętem radości i nadziei. W naszej ojczystej tradycji obowiązkowo poprzedzone postną, ale obfitą kolacją, po której szło się do kościoła na mszę św. nocną, czyli Pasterkę.

W tradycji polinowskiej były to święta cementujące rodzinę, z dziećmi w roli głównej. Dla dzieciarni centrum domowego ogniska była przystrojona choinka. Dla kobiet z kolei najważniejszy był świąteczny stół, dla którego zastawienia spędzały całe dnie w kuchni.

Wigilia była dniem ścisłego postu. Kobiety zaabsorbowane sporządzaniem wigilijnych potraw były tak zajęte i poddenerwowane, że lepiej było coś naprędce "chapnąć" i wiać z domu. Polinowska dzieciarnia chwaliła się swoimi choinkami i wymieniała wigilijne potrawy, które były następnie oceniane i komentowane. Generalnie nie cieszyły się jednak dobrą opinią. Najgorsze recenzje zbierała przeważnie zupa grzybowa. Niezbyt smakowały nam też śledzie. W rybach było z kolei za dużo ości. Postny bigos czyli kiszona kapusta gotowana z grzybami i olejem była wręcz paskudna. Nawet wigilijny kompot z suszonych owoców prawie nikomu nie smakował. Najgorsze było to, że rodzice kazali wszystkiego spróbować, choć troszeczkę. Najbardziej smakowała nam za to słodka zupa wiśniowa z makaronem i postny placek na deser. Dobrą opinię miały też pudrowane racuchy smażone na oleju, ale u nas ich nie przyrządzano.

Kolację wigilijną zaczynano wcześnie. Pierwszą gwiazdkę trudno było wypatrzeć, bo zwykle zakrywały ją chmury. Matula kazała przyoblec świąteczne ubrania, przyczesać czupryny i zapalić świeczki na choince. Stojąc przy świątecznie nakrytym stole, kolację zaczynaliśmy od kolędy i modlitwy. Pachniała choinka, sianko pod obrusem i zapalone świeczki. Potem przychodził czas na łamanie się opłatkiem i życzenia. Do kolacji przystępowaliśmy bez zbytniego entuzjazmu, czekając raczej na ulubione potrawy serwowane pod koniec wieczerzy. Śpiewano wiele kolęd, a rodzice opowiadali dzieciom o narodzeniu Chrystusa w nędznej betlejemskiej szopie. Telewizji nie było, więc przy wigilijnym stole siedziało się długo, dużo przy tym gadając. W tracie wieczerzy ojciec brał kolorowe opłatki i szedł do swojego inwentarza, gdzie wrzucał ich kawałki do paszy, dzieląc się w ten sposób ze swoją trzodą. Tak też robił co roku.

Największą atrakcją były występy kolędników. Było ich sporo i dzielili się na kategorie. Byli więc kolędnicy z gwiazdą (najmniej lubiani), z ruchomą szopką, pastuszkowie i herody.

Ci pierwsi zapalali świeczkę wewnątrz ozdobnej, zamocowanej na kiju gwiazdy z bibuły i pergaminu, którą następnie obracali w takt śpiewanej kolędy. Szopki z kolei stanowiły mini-teatrzyki kukiełkowe. Pamiętam na przykład, jak biała kostucha ścinała głowę Herodowi i mówiła: "...za twe zbytki, idź do piekła, królu brzydki".

Pastuszkowie - to dopiero był prawdziwy łosicki folklor! Kilku wyrostków w kożuchach wywróconych na lewą stronę z kosturami w rękach recytowało jakieś staropolskie teksty, z których w sumie niewiele można było zrozumieć. Ale że przybywali co roku w kilku grupach, do dzisiaj pamiętam cała fragmenty tych "arcydzieł".

Występ zaczynał się od pukania kosturami do drzwi, po czym cała wataha wkraczała do pokoju. Część z nich zwalała się z łomotem na podłogę, często zsuwając chodnik aż po samą ścianę. Tylko ze dwóch z nich zostawało w pozycji stojącej, po czym zaczynali dialog. Ten z kolei był recytowany na tyle szybko i niewyraźnie, w dodatku przez ciągających nosami "aktorów", że po dziś dzień mamy z tego ubaw po pachy! Nie pamiętam już dokładnie, ale szło to jakoś tak:

Biedny pastuszyna, usiadł se pod miedzo,
A panowie siedzo, drobne rybki jedzo.
A ja sobie siędę, wezmę swe organki,
I będę wygrywał, skoczne kołysanki.

- Weno, weno, słonko świeci,
Jakieś wojsko z nieba leci!
- Stachuu!
- Czego?
- Nic złego, niebo gore! To wojsko!
Zdaje mi się, że śpiewajo,
Ogniem ziemie zapalajo!
- To się ogrzej.

- Mój Maćku, mój miły,
Cóż będziem radzili,
Trzodę zagoniemy,
Bo jak się spóźnimy,
Wszyscy poginiemy!

Na to wchodził Anioł i łomocząc laską w podłogę, recytował:

- Gloria, gloria in excelsis Deo!
Nie bójcie się pastuszkowie, to Sługa Boży!
Sługa Boży do was przychodzi,
Bo się Chrystus rodzi!
Czem prędzej się wybierajcie,
Do Betlejem pospieszajcie!

Pójdźmy wszyscy do stajenki,
Do Jezusa i Panienki...
(kolęda)

Po późniejszej analizie okazuje się, że prawdopodobnie fragmenty powyższego spektaklu, oczywiście w "folklorystycznej" i mocno ubarwionej formie, z wieloma naleciałościami etniczno-kulturowymi, pochodzą z I aktu "Betlejem polskiego" - sztuki teatralnej napisanej w formie jasełek, autorstwa Lucjana Antoniego Feliksa Rydla (1870-1918).

Jeśli kolędnicy nic nie dostali, śpiewali:

„A w tej chałupce, same gołodupce.
Wszystko jedzo, wszystko srajo,
Kolędnikom nic nie dajo.”

Cały ten spektakl niesamowicie nas bawił. Na koniec pastuszkowie śpiewali kolędę, waląc do taktu swymi kosturami w podłogę. Herody były z kolei rzadko, ale to już był występ niemalże profesjonalny. Żaden kolędnik nie odchodził od naszych drzwi z kwitkiem - każdy dostawał drobne pieniądze i jakieś słodycze.

Gdy podrośliśmy, sami zorganizowaliśmy polinowski zespół herodów. W scenariuszu pomogli nam rodzice. Ja byłem Żydem. Miałem długą brodę z końskiego ogona i wypchany pod ojcowską burką garb. Pamiętam nawet fragment tekstu:

"Nu, nasz Mesyjasz,
Jako wszystkie króle,
Będzie jadał tylko,
Czosnek i cebule"
(a więc ulubione warzywa Żydów)

Za uzbierane wtedy pieniądze kupiliśmy prawdziwe karty do gry i brezent, z którego matula uszyła nam pierwszy namiot...

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy