strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Jesienny smętek


"Ognisko" - Michał Wywiórski. Ok. 1900 r. Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku.

Jacek KobylińskiJesień zawsze zaczynała się jakoś tak nagle, gdy tylko kończyły się wakacje. Szkoła również potęgowała to uczucie, gdyż kojarzyła się bardziej z obowiązkami, niż zabawą. Trzeba jednak przyznać, że polinowska dziatwa uczyła się dobrze, raczej przykładając się do nauki.

Jesień na Polinowie pachniała zwożonymi z pól ziemniakami, a powietrze przesiąknięte było dymem nagminnie palonych ich łętów. Łosice były bowiem wówczas ziemniaczaną potęgą. Z pobliskiej stacji kolejowej w Niemojkach codziennie odjeżdżały długie pociągi towarowe wypełnione kartoflami. Co nie udało się sprzedać, magazynowało się w kopcach i piwnicach. Ziemniaczana hossa przypadła na lata 60. i 70. Wcześniej były to ogórki, po ziemniakach zaś przyszedł czas na porzeczki, a obecnie króluje aronia i pieczarki.


"Kopanie buraków" - Leon Wyczółkowski. 1893 r. Muzeum Narodowe, Kraków.

W latach pięćdziesiątych mechanizacja rolnictwa dopiero raczkowała, przez co wykopki trwały miesiąc - ziemniaki kopano bowiem motykami. Kobieta stawała na dwóch rządkach i stawiała dwa koszyki - jeden na ziemniaki dorodne, drugi na wybrakowane. I tak, cały dzień, pochylona, rozgarniała motyką ziemię i wybierała z ziemi te ziemniory. Często była to harówka w siąpiącym deszczu i zimnie. Dzieciaki były pomocne głównie przy zbieraniu łętów i suchego zielska, palone następnie na stosach. Całą okolicę spowijał charakterystyczny zapach, zaś w żarze tych polnych ognisk piekło się kartofle - i to była ta przyjemna strona wykopków.

Jesienne pluchy rozmiękczały nieutwardzoną część podwórza. Zaczynało się wszechobecne, mocno dające się we znaki błoto, przynajmniej dopóki nie zostało ścięte przez mróz. Jesienią zaczynało się również gromadzenie zapasów na zimę. Matula smażyła powidła. Piwnice zapełniały się zerwanymi jabłkami i warzywami. Na polach sterczały sterty niemłóconego zboża, zaś krowy wypędzane na resztki traw smętnie ryczały, tęskniąc już za suchą i ciepłą oborą.

Jesienią Polinów nie prezentował się najlepiej. Z powodu zajęć szkolnych i brzydkiej pogody nie chciało się nam sprzątać podwórza. W jego obrzeżu dominowało więc błoto, resztki słomy, siana i nawozu, wymieszane z opadłymi liśćmi. Dopiero pierwszy śnieg porządkował tę scenerię, dając jednocześnie nadzieję na zimowe zabawy.


"Kopanie buraków" - Leon Wyczółkowski. 1911 r. Muzeum Narodowe, Warszawa.

Jesienny poranek zaczynał się w domu od rozpalenia kuchni i pieca kaflowego. Potem kobiety szykowały posiłek, a Ojciec karmił zwierzaki. Śniadanie często stanowiło gotowane na mleku kakao i jajka w różnej postaci. Kanapek do szkoły się nie brało, gdyż na dużej przerwie można było posilić się kawą zbożową na mleku i bułką lub pajdą chleba z marmoladą. Smak i zapach tej szkolnej przekąski pamiętam do dziś, mimo że minęło już ponad pół wieku.

W długie, jesienne wieczory czasu starczało w zasadzie na wszystko. Telewizora nikt jeszcze nie posiadał, komputerów jeszcze nie wymyślono, co najwyżej gadało radio, i to też niezbyt często. Wiele się więc czytało i rozmawiało, przy czym dotyczyło to zarówno dorosłych, jak i dzieci. Starsi politykowali, wspominali i planowali kolejne prace. Dzieci bawiły się czym tylko popadło, planowały zabawy i psoty. Szampańską rozrywką były m.in. zabawy z kotami, których w naszym domu nigdy nie brakowało.


"Kopanie buraków" - Leon Wyczółkowski. 1911 r. Własność prywatna.

Gdy kończyły się prace polowe, matula siadała do szycia i dziergania wełnianych swetrów na zimę. Na drutach robiła też nasze czapki, szaliki i skarpety. Spodnie, tak zwane “narciary”, szyło się już u krawca. Tam też powstawały zimowe kurtki zapinane na patyczki, tzw. budrysówki. Ubrań w sklepie kupowało się niewiele. Jesienią, głównie ze względu na błoto, chodziło się w tzw. śniegowcach, czyli krótkich ocieplanych gumaczkach. Chłopcy na głowach często nosili skórzane czapki zapinane pod brodą, tzw. pilotki, chociaż ja takowej nigdy nie posiadałem.

Jesienne przeziębienia leczyło się przez “wypocenie” po malinowej herbatce i gorącym mleku z łyżką miodu i masłem. Gdy było gorzej, matula dawała nam do ssania tabletkę penicyliny. Z jakimś katarem czy grypą nikt do lekarza onegdaj nie leciał - chorobę należało po prostu wygrzać i “zajeść”.


"Wschód księżyca" - Stanisław Masłowski. 1884 r. Muzeum Narodowe w Warszawie.

Najgorszy jesienny okres przypadał między Wszystkimi Świętymi i Bożym Narodzeniem. Najmilsze chwile, które które utkwiły mi w pamięci z tego okresu to ułożenie się na tapczanie z mruczącym kotem i dobrą książką. Najlepszymi zabawami były zaś inspirowane zapasy kotów i zjeżdżanie po wypolerowanej desce do przedłużania stołu.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy