strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Czas adwentu i ślizgawek


"W świat" - Ferdynand Ruszczyc, 1901 r. Lwowska Galeria Sztuki.

Jacek KobylińskiRok kościelny (liturgiczny) rozpoczynał się przypadającym w grudniu adwentem. Dość ponury to czas najkrótszych, pochmurnych dni, gdy już o godz. 15 zapalano lampy naftowe, dające mdłe, żółte światło. Około godz. 21 zwykle już wszyscy leżeli w łóżkach. Dla nas było to stanowczo za wcześnie, spać się nie chciało, więc trzymały się nas różne psoty. Najbardziej gustowaliśmy w złoszczeniu ojca, który czekał, aż dziatwa się uśpi. Po kilku minutach ciszy, gdy wydawało się, że już śpimy, zgodnym chórem na sygnał recytowaliśmy głośne: "Oooo, światło zgaaasłoo!", udając przy tym wielkie zdziwienie. Ten numer powtarzało się kilka razy, a ojciec za każdym razem nas rugał. Do dobrego tonu należało też puszczanie głośnych bąków, po których następowały salwy śmiechu.

Najlepszą frajdą było przemycenie mruczącego kota i ukrycie go przed matulą pod kołdrą. Udawało się to do czasu, gdy kot nafajdał w nocy na pościel. A był nim znany z wielu wyczynów i obrzydliwego wręcz lenistwa Kot Miglans, któremu z łóżka nie chciało się zejść nawet w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Matula ową pościel wyrzuciła wtedy na śmietnik, a spanie z kotami definitywnie się skończyło.


"Kogut i kury" - Daniel Schultz. Muzeum Narodowe w Gdańsku.

Adwent był czasem wypoczynku po pracach polowych i czasem sytości, bo piwnice i komory były pełne, a kury nieźle się niosły. Nadmiar jajek przechowywało się w skrzynkach wypełnionych zbożem i ustawianych w spichlerzu, gdzie było odpowiednio zimno i sucho. Zamykano je później w specjalnych szafkach obitych drucianą siatką, aby szczury i tchórze się do nich nie dobrały. Piwnice były pełne ziemniaków i rozmaitego warzywa. Tam też stały beczki, jedna z kiszoną kapustą, druga z kwaszonymi ogórkami. Powidła i kompoty stały na półkach w słojach zwanych wekami.

Jedynym obowiązkiem gospodarskim w okresie adwentu był obrządek zwierząt. Ten poranny odbywał się przy świetle dziennym. Było to m.in. karmienie i pojenie koni, krów, świń, kur, oraz obowiązkowo dojenie krów. Udojone mleko trzeba było odwieźć do zlewni. Po obrządku było śniadanie. Częstym daniem była jajecznica, bo jajek było dostatek. Potem był czas na gospodarskie prace przy zagrodzie, rąbanie drzewa, palenie w piecach, przygotowanie paszy dla zwierzaków itp. Trzeba było też nagotować kartofli dla świń, czasem pojechać do młyna i zemleć zboże na ospę, ponaprawiać gospodarskie sprzęty i zagrody, ocieplić chałupę przed nadchodzącą zimą. Ojciec przed zimowymi mrozami szczególnie starannie ogacał piwnice.


"Szary pejzaż" - Roman Kochanowski, ok. 1915 r. Własność prywatna.

Obrządek wieczorny zaczynał się już w ciemnościach. Każdy z gospodarzy miał latarkę na naftę. Dawała nędzne światło, ale była dość bezpieczna - wchodzono z nią m.in. do stodoły, obór, stajni czy chlewów pełnych słomy. To dziwne, ale przez setki lat Polinów nigdy nie spłonął (celowe podpalenie się nie liczy:). Wieczorny obrządek był podobny do porannego. Trzeba było posiekać ugotowane kartofle i zmieszać z ospą oraz zalać je wodą i wlać w świńskie koryta, nanosić siana i zadać paszę koniom i krowom. Wieczory były jednak tak długie, że po obrządku i kolacji zostawało czasu na rozmowy przy naftowej lampie. Starsi zwykle wspominali, opowiadali o niezwykłych wydarzeniach, cudach, przepowiedniach i snuli plany na przyszłość. Dzieciaki bawiły się z kotami, zjeżdżały po gładkiej desce służącej do przedłużania stołu i wymyślały psotne zabawy, które udawało się realizować w domu. Ojciec palił papierosy, więc prosiliśmy go, aby puszczał z dymu kółka lub kręcił szybko ognikiem papierosa, "wyświetlając" nam kółka i ósemki.

Matula całe zimowe dni i wieczory robiła na drutach. Chodziliśmy więc w sweterkach w przeróżne wzory, siostra miała nawet sukienkę zrobioną na drutach. Oczywiście również skarpety, rękawice, czapki - to wszystko było wełniane, wydziergane przez naszą niestrudzoną matkę.

Pewnym urozmaiceniem adwentowego czasu były odwiedziny parafialnego organisty roznoszącego opłatki świąteczne. To były jego "żniwa", gdyż złożone datki stanowiły jego gratyfikację. Opłatki były różne, jeśli chodzi o wystrój i kolory. Za dobrą ofiarę gospodarz otrzymywał ozdobny pakiecik. Za lichą, takiż sam opłatek. Pamiętam, jak nowy organista wyłożył przeciętny pakiet opłatków, ale gdy zobaczył ofiarę, szybko wymienił go na bardziej okazały.

Dla dzieciarni najmilszym dniem był 6 grudnia, czyli Dzień Św. Mikołaja. Rano każdy zaglądał pod poduszkę, a tam już leżały prezenty, które Święty podrzucił w nocy. Najbardziej pożądane były zabawki, przeważnie z drewna, bo plastiku jeszcze nie było.

Radio wprawdzie w domu było, ale przeważnie nieczynne. Aby działać bowiem, musiało być zasilane z silnej baterii (a te były bardzo drogie) oraz mieć podłączoną bardzo długą antenę. Zresztą i tak odbiór był pełen szumów i trzasków. Dopiero w latach 60. rozprowadzano radiowęzły, czyli tzw. "szczekaczki" lub "kołchoźniki". Jedyny oficjalny program można było jedynie pogłośnić lub wyłączyć... Najładniej grało w niedzielę rano, gdy śpiewało Mazowsze lub grała Orkiestra Wesołowskiego. Były to utwory ludowe, polki, mazurki itp. Większość czasu zajmowała jednak komunistyczna propaganda.

Adwent był czasem postnym, w którym zakazane były zabawy, tańce, biesiadne spotkania, nawet słuchanie muzyki było naganne. Gdy w radiu coś grało, babcia po prostu je wyłączała.


"Pejzaż z gęsiami" - Roman Kochanowski, ok. 1920 r. Własność prywatna.

W adwencie chodziło się w niedzielę na roraty. Trzeba było wstać wcześnie rano i jeszcze po ciemku iść do rozświetlonego świecami kościoła. Na środku przed ołtarzem płonęła największa świeca roratnia. Organista uczył przy nich dziatwę adwentowych pieśni. Za to z kościoła wracało się wcześniej i cała niedziela była dla nas. Jako że w soboty chodziło się do szkoły, niedziele były tym bardziej cenne, szczególnie gdy pierwsze mrozy ścięły wszelakie wodne tafle (a tych na Polinowie zawsze było pod dostatkiem).

Dworskie stawy i tzw. "jeziorka" czyli starorzecza Polinówki, stanowiły wspaniałe ślizgawki. W ruch szły łyżwy na "plastynki" lub "łapki", mocowane do zimowych butów. Zanim lodu nie pokryły śniegi, dziatwa miała wielkie używanie - do tego stopnia, że matki nie mogły dowołać się na obiad swoich latorośli. Świeżo wyciętymi kijami i grudką zmarzłej ziemi graliśmy całymi godzinami w hokeja, ganialiśmy w berka i wymyślaliśmy inne zabawy. Schodziły się do nas całe Nowodomki i w niedzielę dziatwy było naprawdę sporo. Denerwowało to z kolei wujka Tadeusza, właściciela stawów, który nie zawsze tolerował na ich terenie obecność dzieciarni.

Pod koniec adwentu zaczynały się przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, ale o tym już w następnym odcinku.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy