strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

IV Zawody Konne o Puchar Polinowa
600 lat Polinowa - Obrona Polinowa przed Tatarami

Wielki Festyn - maj 2006

Część II

Wprowadzenie historyczne do festynu znajduje się na stronie "legenda o Tatarskiej Górze" w dziale "Gawędy przy kominku"
Film flash - "Obrona Polinowa przed Tatarami" stanowiący tło historyczne do imprezy.

Rok 1241 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Zima nastała tak ciężka i długa, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. Wiosna przyszła zimna i mokra. Padały częste deszcze, ziemia rozmokła i zamieniła się w wielką kałużę. Gdy więc tak porządek przyrodzenia zdawał się być zaburzonym, wszyscy oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy na wschód, skąd łatwiej niźli skądinąd mogło ukazać się niebezpieczeństwo.

Na wschodnich rubieżach polskiego państwa, nad brzegiem Bugu, wznosiła się warownia zwana Mielnikiem. Kraina to była wesoła, połyskująca zielenią łąk, żółcią jaskrów, miejscami usiana borami. Tu i owdzie z kęp drzew, za dąbrowami, hen! daleko podnosiły się dymy ku niebu. Na pastwiskach widniały pasące się konie. Tam, gdzie na łąkach przeświecała woda rozlana szeroko, chodziły spokojnie bociany.


Jednak tego dnia krwawo zachodziło słońce nad Mielnikiem, jakby chciało zapowiedzieć nadchodzącą tragedię.

Ranek wstał chmurny i mokry. Strażnicy przechadzali się niespiesznie po drewnianej palisadzie mielnickiego zamku. Wtem na krańcach widnokręgu, gdzie niebo zdawało się stykać z ziemią i rozciągały się mgły sinawe, w tych mgłach właśnie zamajaczało coś i poczęło się poruszać. Wypełzały jakieś kształty, z początku mętne, które zwierając się stopniowo, stawały się coraz wyraźniejsze. Okrzyk nagle uczynił się w całym grodzie:
- Tatarzy! Tatarzy idą!
Potem zapadła cisza, jakoby serca i języki zdrętwiały. Dźwięk dzwonu rozdarł powietrze.

Tymczasem chmura tatarska zmieniła się w niezmiernego węża, który przypełzał jeszcze bliżej. Widać już było jego straszliwe dzwona. Skręcał się, rozkręcał, czasem zamigotał pod światło połyskliwą stalową łuską, czasem ściemniał i pełzł, pełzł, wychylał się z oddalenia... Wnet rozpadł się na kilkanaście większych i mniejszych części. Niektóre z nich przysuwały się ku fortecy; inne w mgnieniu oka rozlały się po okolicznych wioskach w pościgu za łupem; inne na koniec poczęły objeżdżać twierdzę.

Tętent i rżenie koni, krzyki, nawoływania, szmer kilku setek głosów dolatywały doskonale do uszu oblężonych, którzy dotychczas stali spokojnie na murach, jakby na widowisku, spoglądając zdziwionymi oczyma na ów wielki ruch i krętaninę wojsk nieprzyjacielskich. Dzwon bił dalej na trwogę...

Nieprzyjaciel z wyciem rzucił się przez fosę. Pułki pchały się jedne za drugimi, strzały świstały nad uszami. Widać było starszyznę tatarską, zaganiającą buzdyganami coraz nowe zastępy pod wały. Szedł i sam dowódca czambułu - Bajdar, w ogniu jak szatan czerwony, szeroką pierś na strzały wystawiający, z twarzą lwa, okiem orła - w chaosie, dymie, zamieszaniu, rzezi i zwichrzeniu, w płomieniach na wszystko baczny, wszystkim rządzący.

Ilu ich padło, nim doszli na koniec owej fosy, któż opowie, któż wyśpiewa! Lecz doszli i przeszli, i poczęli się drzeć na wały. Polacy leli prawie wprost w twarze i piersi Tatarów wrzący olej i smołę, ciskali kamienie. Pierwsze szeregi nieprzyjacielskie chciały się cofać i pchane z tyłu, nie mogły. Więc marli na miejscu. Krew bluzgała pod stopami następujących. Wały stały się śliskie, obsuwały się po nich nogi, ręce, piersi. Oni darli się na nie, spadali i znów się darli, przykryci dymem, czarni od sadzy, kłuci, rąbani, strzelani, gardząc ranami i śmiercią. Miejscami walczono już na białą broń. Widziałeś ludzi jakby nieprzytomnych z wściekłości, z wyszczerzonymi zębami, z twarzą zalaną krwią... Żywi walczyli na drgającej masie pobitych i konających.

Przewaga liczebna Tatarów była jednak wielka. Stopniowo posuwali się do przodu i w końcu wdarli się do grodu. Nie było już słychać komendy, jeno krzyk ogólny, straszny, w którym ginęło wszystko. I rozpoczęła się rzeź straszna, która trwała przez całe godziny. Stosy trupów leżące na ulicach oświetlała łuna ognia, która spowiła wkrótce całe miasto...

separator

Książę Konrad Mazowiecki wyprawiał właśnie ucztę starszyźnie wojskowej. Był wesół i raz po raz wznosił kielichy, ściany i okna drżały od okrzyków rycerzy. Wtem w progu sali ukazało się jakieś posępne widmo okryte kurzem - i na widok stołu, uczty i rozpromienionych twarzy zatrzymało się we drzwiach, jakby wahając się czy wejść dalej. Książę dostrzegł je pierwszy, brwi zmarszczył, oczy przesłonił i rzekł:
- A kto tam? Goniec! Co słychać? Jakie nowiny?
- Bardzo złe, mości książę - rzekł dziwnym głosem młody rycerz.
Nagła cisza zapanowała w zgromadzeniu, jakby je kto urzekł. Kielichy niesione do ust zawisły w połowie drogi, wszystkie oczy zwróciły się na przybyłego, na którego zmęczonej twarzy malowała się boleść.
- Lepiej byś tedy ich waść nie powiadał, gdym przy kielichu wesół - rzekł książę - ale gdyś już zaczął, to dokończ.
- Mości książę, wolałbym i ja nie być puszczykiem, bo mi ta wiadomość przez usta nie chce się przecisnąć.
- Co się stało? Mów!
- Mielnik ... wzięty!

separator

Książę natychmiast rozesłał gońców po całej okolicy.
"...My Konrad Mazowiecki, z Bożej łaski książę kujawski, sieradzki, mazowiecki i łęczycki,
Wzywamy każdego, kto w siodle utrzymać się zdoła i miecz w ręku podźwignąć,
komu los naszej prowincji mazowieckiej obojętny nie jest,
na wielką wyprawę przeciwko nadciągającym hordom tatarskim.
Na miejsce koncentracji wojsk wyznaczam majątek Polinów,
u stóp góry, która od tej pory tatarską zwać się będzie.
Tam zastąpimy drogę nadciągającemu wrogowi i okryjemy się nieśmiertelną chwałą".
Tak brzmiała odezwa głoszona przez książęcych heroldów.

Wojna wisiała w powietrzu, o niej tylko mówiono. Herbowy lud po wszystkich ziemiach, powiatach, dworach i zaściankach wyciągał stare zbroice i miecze z lamusów, młodzież śpiewała pieśni o dawnych zwycięstwach, a niewiasty modliły się przed ołtarzami. Umysły wszystkich płonęły żądzą zemsty nad poganami i żądzą odwetu za Brześć, za Mielnik, za krew tylu tysięcy męczeńską śmiercią zmarłych, za hańbę i upokorzenia... Na wszystkich ustach, we wszystkich sercach, rozlegało się po całej mazowieckiej prowincji złowrogie słowo: Wojna! Wojna! Wojna!

Zjechało się żołnierstwa i szlachty niemało, majątek Polinów roił się zbrojnym ludem. Za pospolitym ruszeniem w szyku bojowym ciągnęła Chorągiew Księcia Mazowieckiego - prawdziwi ludzie wojny, zimni, spokojni, istni rzemieślnicy, którzy do mistrzostwa doszli w wojennym rzemiośle.

28 maja zwiadowcy przynieśli wiadomość o zbliżających się wojskach. Zabrzmiało trąbienie przez munsztuk. W kilka pacierzy później ruch począł się na całym Polinowie. Słychać było szczęk żelaza, parskanie koni. Masy jazdy zbierały się na podwórcu. Konie poczęły parskać okrutnie w pierwszych szeregach, za nimi inne na dobrą dla żołnierzy wróżbę. W niedługim czasie armie stanęły naprzeciwko siebie.

Bajdar skinął na buńczucznego, a ów buńczuk podniósł w górę i począł nim machać na wszystkie strony. Na ten znak wszystkie buńczuki poczęły się kołysać, huknęły trąby i krzywuły, zawrzasły tatarskie piszczałki, zadźwięczały litaury, setki szabel rozbłysło w powietrzu, setki gardzieli krzyknęło:
- Ałła-hu-Ałła!
A z polskiej strony:
- Jezus, Maria!
Bitwa była rozpoczęta.

Polacy ścisnąwszy konie ostrogami, ruszyli w skok z miejsca ku nieprzyjacielowi. Nim jedno strzelenie z łuku przebiegli, konie już wzięły pęd największy i biegły ze stulonymi uszami, wyciągnięte jako charty. Jeźdźcy pochyleni na karkach, wyjąc, smagali jeszcze rumaki, które już ziemi zdawały się nie tykać; dwie ławy jeźdźców i koni uderzyły o siebie z łoskotem. Konie wspięły się w pierwszym uderzeniu; nad głowami walczących zamigotały przez całą długość linii szable, jakby wąż błyskawiczny przeleciał z końca w koniec. Złowrogi dźwięk żelaza o hełmy i pancerze dosłyszano aż na łosickim rynku. Zdało się, że to w kuźnicach młoty biją w stalowe blachy i rozpoczęła się rzeźba straszliwa. Z jednej strony Mazurzy - lud olbrzymi, przybrany w blachy, opierał się całą potęgą ciężaru koni, z drugiej szara ćma tatarska parła go siłą nabytego rozpędu, siekąc i tnąc z taką niepojętą szybkością, jaką tylko nadzwyczajna lekkość i ciągła wprawa dać może. Szable migotały im w oczach, oślepiały, furkały koło twarzy, oczu, rąk.

Tatarzy poczęli coraz gęstszym padać trupem, i środek, w którym walczył sam Bajdar, rzedniał tak bardzo, iż lada chwila mógł się już przerwać. Krzyki zwołujące w nadwątlone miejsce nowych Tatarów ginęły w zgiełku i dzikich wrzaskach, szereg nie zaciskał się dość szybko, a Polacy parli coraz potężniej. Bajdar zbrojny w stalową kolczugę, rumaka swego stracił, jednak szał bitewny i świadomość klęski przydała dzikusowi nadludzkich sił. Wszyscy cofali się przed strasznym mężem, a on począł wyrąbywać sobie drogę do księcia mazowieckiego. Ów również stracił konia. Dostrzegł strasznego Tatara i czekał na niego. Rozległ się straszny dźwięk żelaza, szybki jak myśl; żadne oczy nie mogłyby ułowić błyskawicznych ruchów mieczy ni odróżnić Bajdara od księcia Konrada. Miecze dźwięczały coraz okropniej. Bajdar po kilku uderzeniach poznał, że z nie lada przeciwnikiem ma do czynienia. Już pot spływał mu obficie z czoła, już czuł znużenie w prawicy... Począł go chwytać podziw, potem niecierpliwość, potem złość, więc postanowił skończyć i pchnął okropnie. Książę odbił z taką siłą, że miecz Bajdara na bok odleciał i nim Tatar zdołał zastawić się na nowo, ciął go prosto w czoło.

Bajdar upadł na kolana brocząc krwią, a rycerstwo zewsząd wydało z siebie okrzyk zwycięstwa. W tej chwili środek tatarskiej linii się przerwał, a pomieszane skrzydła rzuciły się do ucieczki. Nie chodziło już Tatarom o zwycięstwo, ale chcieli przynajmniej jak największą liczbę ludzi ocalić. Ruszyli zatem całym pędem gościńcem na wschód, Mazurzy zaś jechali na nich tak, że dech polskich koni ogrzewał tatarskie plecy.

W tych warunkach i wobec przerażenia, jakie ogarnęło Tatarów, odwrót ów nie mógł odbywać się w porządku. Lepsze konie wysforowały się naprzód i wkrótce całe wojsko zmieniło się w kupę uciekającą bezładnie i wycinaną niemal bez oporu. Im pogoń dłużej trwała, tym stawała się bezładniejszą, bo i Polacy nie gonili w ordynku, ale każdy wypuszczał konia, ile pary w nozdrzach, dopadał, kogo chciał, bił, kogo chciał.

Pomieszali się więc jedni z drugimi. Niektórzy polscy żołnierze prześcignęli ostatnie tatarskie szeregi i zdarzało się, że gdy towarzysz stawał na strzemionach, by tym potężniej ciąć uciekającego przed sobą Tatara, sam ginął pchnięty szablą z tyłu. Usłał się gęstym tatarskim trupem wschodni gościniec, lecz nie tu był termin gonitwy. I jedni, i drudzy wpadli tym samym impetem na pobliskie wzgórze, tam jednak zdrożone poprzednio konie tatarskie poczęły ustawać i rzeź stała się jeszcze krwawsza.

Więc cięto bez miłosierdzia, aby nikt z wieścią o klęsce nie wrócił do swoich. Całe wzgórze spłynęło krwią pomieszaną z deszczem i błotem. Podnosiły się nad nim jęki okropne, ciała drgały w konwulsjach, kopiąc się wzajem nogami lub drąc pazurami w skurczach konania. Do wieczora brzmiały te jęki i do wieczora poruszała się masa ciał, lecz coraz wolniej, coraz nieznaczniej, aż o pierwszym zmroku ucichła. Trupa zaś tyle leżało, że tylko krucy i wilcy zapobiegli zarazie, jaka z ciał gnijących wstawać zwykła.

Straszny to musiał być widok, przestrogą będący dla każdego, kto chciałby granice mazowieckie przekroczyć i z mieczem szczęścia tu popróbować. Miejsce pobojowiska od tamtej pory okoliczny lud "Tatarską Górą" począł nazywać, a nazwa ta utrwaliła się na lat kilkaset, zawsze wymawiana z przestrachem i grozą.

Na Polinowie tymczasem uczczono powracających jeźdźców za wielkie zasługi i bohaterskie czyny, jakich dokonali. Następnie rżnięto barany i woły, wykopywano z ziemi beczki miodu i piwa. Wieczorem zasiedli wszyscy do uczty na cześć obrońców. Było gwarno, wesoło i wspanialej niż kiedykolwiek. Przepijano raz po raz do siebie, wznoszono toasty na cześć księcia, dowódców, wojsk i całej prowincji mazowieckiej. Ochota rosła, a z nią gwar i szum. Trunki szły do głów. Wszędy widać było czerwone twarze, ruszające się wąsy, a humory stawały się z każdą chwilą lepsze. Od toastów przyszło do pieśni.

Nagle wstrząsły się mury, zadźwięczały żałośnie szyby i huk wiwatowego wystrzału rozległ się na podwórcu. Szyby za każdym razem odpowiadały jękiem żałosnym, a płomienie świec chwiały się od wstrząśnień. Całe niebo rozbłyskiwało raz po raz kolejnymi wybuchami. Dzień ten na długo został w pamięci Mazowszan i wiele pieśni o nim powstało. Śpiewane przez minstreli na dworze niejednego możnego, uczyły wszystkich odwagi i męstwa.

K O N I E C

UDZIAŁ WZIĘLI
nrzawodnikkoństajniamiejscowość
1Marek ProkopiukPamela
2Agnieszka WolskaKacper
3?
4Marcin SkerczyńskiHetmanMustangRakowiska
5Patrycja ŚledźOrkuszMustangRakowiska
6Katarzyna WiśniewskaPanteraSłonecznaŁuków
7Cezary KurowskiElsafirSłonecznaŁuków
8Sławomir SulejDamaSulejów
9Artur GrabowskiMokkap. Waldemara KosieradzkiegoŁosice
10Artur KoźlukJiffinap. Waldemara KosieradzkiegoŁosice
11Maciej RopaEbastoWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
12Waldemar FedorukBajkaWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
16Sebastian NaumiukEmiraWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
17Marcin SzablukEffendiWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
18Antoniuk i Stefan BobrowskiKsiążęWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
19Maciej RaszukBuźka?p. Sławomira CelińskiegoŁosice
22Aleksandra ChotnickaKarinaPolinówŁosice
?Aneta BaranowskaWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
26Łukasz WereszkoKarbonKonstantynów
27Dominika SawczukBemolSkarpaSerpelice
28Andrzej NowakPod DębinąMiędzyrzec Podlaski
30Sławomir CelińskiGametap. Sławomira CelińskiegoŁosice
?Jan KobylińskiWalekPolinówŁosice
?Sławomir TchórzewskiBosforZakrze
?Marek DochnioHuzar
?Krzysztof BurbaBaktria
WYNIKI
miejscenrzawodnikkoństajniamiejscowość
KONKURS SKOKÓW PARKUR KLASY L
I1Marek ProkopiukPamela
II22Aleksandra ChotnickaKarinaPolinówŁosice
III16Sebastian NaumiukEmiraWiosenny WiatrWoskrzenice Małe
TURNIEJ RYCERSKI
I1Marek ProkopiukPamela
II2Agnieszka WolskaKacper
III26Łukasz WereszkoKarbonKonstantynów
KONKURS POTĘGI SKOKU
I1Marek ProkopiukPamela
II2Agnieszka WolskaKacper
III?Marek DochnioHuzar
POJMANIE TATARZYNA ŻYWCEM
19Maciej RaszukBuźka?p. Sławomira CelińskiegoŁosice
?Krzysztof BurbaBaktria
PUCHAR POLINOWA
I1Marek ProkopiukPamela
II22Aleksandra ChotnickaKarinaPolinówŁosice
III26Łukasz WereszkoKarbonKonstantynów
NAGRODA PUBLICZNOŚCI
I22Aleksandra ChotnickaKarinaPolinówŁosice
II4Marcin SkerczyńskiHetmanMustangRakowiska
III27Dominika SawczukBemolSkarpaSerpelice
Ojcowie serwisu Polinów
Stajnia
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy