strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Wieści z królewskiego folwarku

Anno Domini 2008

"Rodzina na pierwszym miejscu"
1 listopada 2008 r.

Bartosz Kobyliński "Pietyzm, z jakim odnoszą się do historii swojej rodziny, Kobylińscy tłumaczą słowami Piłsudskiego: "Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani nie ma prawa do przyszłości". Słowa te otwierają bogatą stronę internetową www.polinow.pl. Jej nazwa nawiązuje do dawnego majątku, stanowiącego dzisiaj część Łosic, miasta na wschodnim krańcu Mazowsza. W 1906 r. Polinów objęli w posiadanie Michał i Apolonia Kobylińscy. "To nasze miejsce na ziemi" przyznają zgodnie ich wnukowie i prawnukowie, rozrzuceni dzisiaj po całym świecie. - Polinów jest jak ostoja rodziny, symbol naszej tożsamości. Przyciąga i pozwala się spotkać. Mamy gdzie wracać - stwierdza dobitnie Jacek Kobyliński, z trzeciego pokolenia mieszkańców Polinowa..."

Tak zaczyna się obszerny, 3-stronicowy artykuł w listopadowym numerze ogólnopolskiego miesięcznika "Różaniec", traktujący o Polinowie i naszej rodzinie - w tym m.in. powołaniach naszych rodzinnych misjonarzy - brata o. Wojciecha oraz stryja o. Andrzeja. Polecamy wszystkim tę lekturę na długie, zimowe wieczory!

"Bratni debiut medialny", czyli prasa o Afryce
16 października 2008 r.

Bartosz KobylińskiPo kilkunastu wywiadach członków starszego pokolenia na łamach przeróżnych mediów, tym razem przyszła kolej na młodszą część polinowskiej sagi, której jednak nazywać młodzieżą już nie uchodzi (siebie zresztą również). Na łamach tygodnika regionalnego "Echo Katolickie" (nr 42 (694) z 16-22 października 2008 r.) ukazał się bowiem artykuł "I ty możesz zostać misjonarzem!", w którym głosu udzielił m.in. nasz brat o. Wojciech Kobyliński. Ciąg dalszy tematu z okładki znajdziemy na kolejnych stronach, gdzie misji poświęcono aż całą stronę! Gratulujemy zatem udanego debiutu i mamy nadzieję że to nie ostatnie medialne słowo brata!

Dla tych, którzy z jakichś powodów nie mogą zaznajomić się z artykułem w formie papierowej - publikujemy jego całość na naszych łamach. Wszystkim życzymy zatem miłej lektury i chwili refleksji w domowym zaciszu!

Obszerny, aż 6-stronicowy artykuł o Wybrzeżu Kości Słoniowej "Heban i kość słoniowa" ukazał się także w ostatnim wydaniu ogólnopolskiego miesięcznika "LOGO" (nr 10 z października 2008 r., s. 108-113). Okraszony jest wieloma zdjęciami, na jednym z których widnieje współbrat naszego stryja Andrzeja - o. Roman Woźnica, który jako proboszcz parafii pw. Jana Vianneya w dzielnicy Vridi miał także okazję w kilku zdaniach opisać dzieło polskich misjonarzy. Fragment artykułu prezentujemy poniżej, a całość dostępna jest pod tym adresem

Jeśli zatem chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o czarnym lądzie, już teraz obierzcie azymut na najbliższy kiosk!

Czy jest co wspominać?
4 października 2008 r.

Jacek KobylińskiNo tak - znów wkraczamy w tę mniej przyjemną porę roku. Tegoroczny koniec lata był niespodziewany, nagły i zdecydowany. Wszyscy odczuliśmy to bardzo dotkliwie. Z dnia na dzień, jak nożem uciął, od upału w jesienne pluchy. Po lecie zostały ślady opalenizny i wspomnienia, ugruntowane zdjęciami z wakacyjnych wojaży. Jakie wnioski? Mam swoje przemyślenia-refleksje, które zapewne nie będą odkrywcze. Porównuję mianowicie rok ubiegły i bieżący.

Poprzednie wakacje zaczynaliśmy wielkimi planami: wczasy w Grecji, wędrówki po Tatrach, wyjazd na jeziora... Skończyło się na wizytach w szpitalu gdy żona Ala złamała nogę na pierwszej, wakacyjno-rowerowej przejażdżce. Potem kompletne "uziemienie" i nauka pokory wobec zdarzeń losowych.

W tym roku za to udało się przeżyć wspaniałe wakacje, pomimo braku planów i egzotycznych podróży. Okazuje się, że można przeżyć radosne chwile i długo pamiętać wyprawy wcale nie porywające, np. rowerowe przejażdżki z żoną po pięknych pagórkach Suwalszczyzny lub niedalekim Polesiu Lubelskim. Można przeżyć mistykę gór na pobliskiej Słowacji w towarzystwie syna czy brata. Wystarczy kilka dni, czasem wyrwanych na siłę z codziennych obowiązków, aby przeżyć coś co stanowi poezję życia, coś odmiennego, niepowtarzalnego, co pamięta się przez lata. Te same dni przeżyte w codziennym kieracie zmagań dawno zostałyby wymazane z pamięci jako nic nie znaczące.

Warto więc trochę wysiłku, determinacji i chęci aby się oderwać, zaistnieć w nowej roli, przeżywać, ubogacać się, poznawać świat i ludzi, a może także i siebie. Lato daje wspaniałe okazje do takich przeżyć. Może nie zawsze trzeba egzotyki i wielkich emocji aby przeżyć piękne, niezapomniane chwile. Dziękuję Bogu za to, że tegoroczne lato takowych nie poskąpiło!

Niespotykanie niespokojna burza, czyli ostatnia posługa piorunochronu...
16 lipca 2008 r.

Bartosz KobylińskiJak niektórzy mieli okazję przekonać się na własnej skórze, w nocy z 15 na 16 sierpnia - w święto Matki Boskiej Zielnej, po całym kraju szalały huraganowe wiatry, burze, a nawet trąby powietrzne. Ich skutki niestety nie ominęły i Polinowa, choć straty na szczęście nie okazały się aż tak dotkliwe, jak początkowo mogły wyglądać. Mimo to nie udało się uniknąć kilku dosyć niebezpiecznych wypadków.

W pierwszym z nich ucierpiał wiekowy wiąz za ujeżdżalnią, który z przeraźliwym hukiem runął na stuletnią stodołę, kompletnie tarasując przy tym ulicę Spokojną. Tej nocy poległ także nasz poczciwy piorunochron, który od przeszło 50 lat stał na straży mieszkańców i dobytku Polinowa. W porywach przeraźliwego wiatru, rażony potężnym wyładowaniem, złamał się w dwóch miejscach - nie pomogły nawet wymieniane przed dwoma laty trzy stalowe odciągi... Przyczynił się do tego także rosnący u jego ponóża jesion, który rzekomo miał podpierać całą kontrukcję. Z tego też względu jeszcze za młodu zostałem odwiedziony przez wuja Józefa Rumika od ścięcia tej żywej podpory. W ten przewrotny sposób ocalałe drzewo przyczyniło się później do unicetwienia swego obrońcy.

Zgodnie z polinowską maksymą, wedle której każdy kamień i drzewo ma swoją bogatą historię, nasz piorunochron również skrywa kilka sekretów. Wcześniejszymi laty w tym miejscu stał drewniany maszt z metalową sztycą na swym końcu wraz umocowanym doń drutem uziemiającym. Dopiero w latach 50. tę chałupniczą konstrukcję zastąpiono metalowym masztem, którego posadowienie o mało nie zakończyło się wówczas tragedią! Podczas podnoszenia runął bowiem z wielkim hukiem, o mało nie przygniatając wujka Józefa Rumika. Po tej nieudanej próbie i naprawach (a być może także skróceniu) udało się wreszcie postawić nowy maszt, który przestał aż do dziś. Swoją drogą ciekawe jakich technologii używali mieszkańcy, skoro o dźwigach nikt wtedy jeszcze nawet nie marzył? To niewątpliwie pozostanie z kolejnym fenomenem tamtych czasów...

Jak widać - świat staje na głowie - dawne letnie burze i wichury zmieniają się w trąby powietrzne, a eksperci zalecają budowę schronów przy nowo stawianych domostwach. Trudno mówić tu o przyczynach tak gwałtownych zmian klimatu, ale dam sobie rękę uciąć, że mają z tym związek imperialiści zza oceanu!

Afrykańskie kazania po zachodniej stronie Tocznej
13 lipca 2008 r.

Bartosz KobylińskiTym razem mamy przyjemność zaprosić wszystkich na msze św. odprawiane 13 lipca br. w kościele pw. Trójcy Świętej w Łosicach, na których wszystkie kazania głosić będzie nasz stryj o. Andrzej Kobyliński CMF. Tak jak i w ubiegłym tygodniu, w tym dniu po wszystkich mszach do puszek zbierana będzie ofiara na wsparcie misji z Wybrzeża Kości Słoniowej, zaś na stosiku pod kościołem nabyć można będzie hebanowe rękodzieła, oryginalne batiki i inne niepowtarzalne pamiątki prosto z gorącej Afryki.
Serdecznie wszystkich zapraszamy!

(Re)introdukcja raków - ratujmy ginące gatunki!
6 lipca 2008 r.

Bartosz Kobyliński6 lipca na Polinowie miało miejsce niecodzienne wydarzenie, bowiem po raz pierwszy w historii miałem przyjemność wpuścić do naszego stawu kilka sztuk raka błotnego (Astacus leptodactylus), zwanego również stawowym, długoszczypcym lub krawcem. Skorupiaki te (raki to największe z występujących w Polsce stawonogów) pochodzą z Głuchowa k. Grójca - jednej z wielu hodowli założonych przez dr inż. Witolda Strużyńskiego z Zakładu Zoologii Wydziału Nauk o Zwierzętach warszawskiej SGGW - krajowego guru jeżeli chodzi o raki oraz ich reintrodukcję, z którym swojego czasu miałem przyjemność korespondować.

Mamy nadzieję, że polinowskie warunki przypadną do gustu naszym nowym podopiecznym i szybko się nam odpłacą, okazując pełnię swych wdzięków w naturalnym środowisku i wydając na świat potomstwo. Jak głoszą rodzinne opowieści starszego pokolenia, na Polinowie żyły niegdyś raki (prawdopodobnie był to rak szlachetny (Astacus astacus), zwany również rzecznym, krótkoszczypcowym lub szewcem). Były ponoć czarne i żyły w Polinówce, a ich ulubioną kryjówką były zatopione korzenie drzew.

Niestety żywot europejskich gatunków raków nie jest usłany różami. Czarne chmury zawisły nad nimi bowiem już w 1860 r., wraz z przedostaniem się do Europy w komorach balastowych amerykańskiego statku przybyłego do wód północnej Italii zarodników grzyba Aphanomyces astaci. Dla raków europejskich jest on śmiertelnym patogenem, wywołującym tzw. "raczą dżumę" i w konsekwencji masowe śnięcia.

W obliczu zagrożenia rodzimych gatunków, w 1890 r. z Ameryki Północnej sprowadzono w celach hodowlanych roznoszącego i odpornego na tę chorobę raka pręgowatego, zwanego również amerykańskim (Orconectes limosus). Obecnie szacuje się, że ten introdukowany i odporny na dżumę, zanieczyszczenia środowiska oraz pasożyty, a także bardzo plenny gatunek opanował już prawie 2/3 obszaru Polski, w dalszym ciągu poszerzając swe nowe terytorium i gwałtownie wypierając dwa rodzime gatunki raków - szlachetnego i błotnego. Głównym powodem niebywałej ekspansji tego imigranta w Europie jest zanieczyszczenie środowiska w połączeniu z jego dużymi zdolnościami przystosowawczymi w postaci braku wymagań co do czystości wód (żyją nawet w tych pozaklasowych - a więc praktycznie wszędzie), podczas gdy raki polskie nie tolerują żadnych zanieczyszczeń (wymagają bezwzględnie wód I klasy, których w Polsce pozostało już zaledwie ok. 2,9%).

Szybkiemu rozprzestrzenianiu się raka pręgowanego, a wraz z nim także dżumy raczej która zdziesiątkowała już blisko 90% stanu rodzimych gatunków, sprzyjał także układ naszych dróg wodnych. Do dramatycznego spadku liczby stanowisk raka szlachetnego i błotnego przyczyniły się również postępujące uprzemysłowienie kraju, regulacje rzek i intensyfikacja zabiegów agrotechnicznych. Dzieła zniszczenia nieprzerwanie dopełnia także ludzka nieświadomość i brak wiedzy, wskutek czego rak szlachetny czy błotny stał się w całej Europie niebywałą rzadkością, a większość z nas w naturalnym środowisku nie widziała ich już nawet na oczy...
Drugim, również przenoszącym dżumę raczą i coraz częściej introdukowanym w celach hodowlanych gatunkiem jest rak sygnałowy, zwany również kalifornijskim lub szwedzkim (Pacifastacus leniusculus).

Kolejnym smutnym faktem jest to, że raki uważano dotychczas za swoisty wskaźnik czystości wody, niestety w obecnych czasach raki amerykańskie i sygnałowe całkowicie zburzyły tą zasadę, o czym ludzie zdają się nie wiedzieć, łudząc przy tym znaczną poprawą jakości wód w których ostatnio widzieli te stawonogi.

W przeciwieństwie do pozostałych gatunków, rak szlachetny oraz błotny objęte są ochroną gatunkową, pozostałe zaś gatunki (rak pręgowaty i sygnałowy) uważane są za gatunki szkodliwe (inwazyjne). Wg obowiązujących w kraju przepisów nie wolno zatem wprowadzać ani wpuszczać schwytanych osobników z powrotem do wód, w tym także do tych, w których zostały złowione. Przy okazji apeluję zatem do wszystkich, by pod żadnym pozorem nie przenosić raków pręgowatych i sygnałowych do innych siedlisk! Jak widać Ameryka w historii zaserwowała nam już kilka "atrakcji przyrodniczych", z których wymienić można m.in. stonkę ziemniaczaną czy właśnie raka amerykańskiego, nie mówiąc już o kaszalotach z hamburgerami w ręku na ulicach polskich miast...;) W celu zaznajomienia się z zawleczonymi do kraju gatunkami, polecam ciekawą lekturę pt. "Księga gatunków obcych inwazyjnych w faunie polski" z bardzo dokładnymi opisami naszych przebrzydłych intruzów, ich występowaniem, genezą i kierunkami inwazji, wpływem na ekosystemy i gatunki rodzime czy wreszcie dalszymi prognozami ekspansji i sposobami ich zwalczania.

Więcej o tych sympatycznych skorupiaczkach można dowiedzieć się oczywiście z internetu. Przy okazji zachęcam wszystkich do czynnych działań na rzecz przywrócenia przyrodzie jej rodzimych gatunków flory i fauny! Na koniec dodam tylko, że teraz spytany o weekendowe plany, z ręką na sercu mogę już odpowiedzieć: "jadę tam, gdzie raki zimują" lub po prostu "pojadę, chyba na raki...", co teraz zawsze będzie oznaczało Polinów!

Afrykańskie kazania w Łosicach
6 lipca 2008 r.

Bartosz KobylińskiPo raz kolejny mamy przyjemność zaprosić wszystkich 6 lipca br. na msze św. w kościele pw. św. Zygmunta w Łosicach, na których wszystkie kazania (oprócz południowej sumy, a więc o 7.30, 9.00, 10.30 i 18.00) głosił będzie nasz stryj o. Andrzej Kobyliński CMF. Przedstawi oczywiście najnowsze wieści z frontu, czyli Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od 19 już lat jest misjonarzem.

W tym dniu po wszystkich mszach do puszek zbierana będzie ofiara na wsparcie misji z Wybrzeża Kości Słoniowej, zaś na stosiku pod kościołem nabyć można będzie hebanowe rękodzieła, oryginalne batiki i inne niepowtarzalne pamiątki prosto z gorącej Afryki. Największy wybór będzie zapewne rano a dodatkowo ilość towaru (zwłaszcza większych dzieł) jest oczywiście ograniczona! Dodam tylko że źródła prawdziwego hebanu jak i kości słoniowej są już na wykończeniu, na dodatek od niedawna przewóz nawet najmniejszej pamiątki z gorącego kontynentu obarczony jest słoną opłatą - być może zatem to ostatnia okazja do nabycia oryginalnej afrykańskiej sztuki! Oczywiście jak co roku dochód ze sprzedaży w całości przeznaczony zostanie na misje naszych misjonarzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej (m.in. budowę nowego kościoła).

Serdecznie wszystkich zapraszamy!

W Toporowie nie pomógł nawet jasnowidz...
24 czerwca 2008 r.

Bartosz KobylińskiGdzie diabeł wlezie, tam i nawet jasnowidz nie pomoże... Nie inaczej było w Toporowie, gdzie podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych opodal zabytkowego dworu nie znaleziono żadnych śladów domniemanego zbiorowego mordu. Jak zapowiada szef grupy archeologów, w najbliższym czasie mają rozpocząć się kolejne badania, tym razem jednak w innych miejscach parku. Artykuły prasowe na ten temat znajdują się na nowej stronie "Media" w dziale "Majątki Toporów - Chotycze".

Noc Kupały, Sobótka czy Noc Świętojańska?
23 czerwca 2008 r.

Bartosz KobylińskiNoc Kupały, zwana też Kupałą lub Kupalnocką przypadała na najkrótszą noc w roku, z 21 na 22 czerwca i była jednym z najradośniejszych słowiańskich świąt. Obchodzona w okresie letniego przesilenia była świętem jedności, połączenia ognia i wody, słońca i księżyca, mężczyzny i kobiety, urodzaju i płodności, miłości i radości, pełnym magii i wróżb. Sięgało ono głęboko nie tylko w obyczaje słowiańskie, ale zawierało także pierwiastki celtyckie, germańskie i indoeuropejskie. Jakby jej jednak nie nazywać - Noc Kupały, Sobótka czy Noc Świętojańska, bez wątpienia zawiera się w niej pamięć minionych wieków, sięgając korzeniami mroków przeszłości i prapoczątków naszej kultury.

Kościół po zaciekłej, lecz bezskutecznej walce adaptował święto, początkowo próbując powiązać je z Zielonymi Świątkami, później nadając mu nowego patrona, nazwę i nowe znaczenie rytuałom. Kupałę w X wieku zastąpiono świętym chrześcijańskim, obierając za patrona św. Jana Chrzciciela. Dniem św. Jana wybrano 24 czerwca, jako zbieżny z obchodami Kupalnej Nocy i przypuszczalny dzień jego śmierci - w średniowieczu tego dnia święcono wodę, wyganiano z niej złe moce i otwierano w ten sposób sezon kąpielowy. Tak więc nakazem Kościoła bujna Noc Kupały kojarzona z czarami i sabatem zmieniła się w powściągliwą Noc Świętojańską i obecnie obchodzona jest z 23 na 24 czerwca. Pomimo chrześcijańskiej otoczki i upływu wieków, w ludzkiej pamięci zwyczaj ten przetrwał jednak jako magiczna Noc Kupały i w późniejszych czasach kultywowany był mimo chrystianizacji Europy.

W czasach, gdy w wielu krajach współcześni emigranci zabiegają o utrzymanie własnej tożsamości, a dawni szukają swych korzeni lub pozbawieni ich tworzą nową historię, my od wieków dobrowolnie wyrzekamy się własnej kultury. Nie uwiera nas komercjalizacja kultury i uczuć, nie dostrzegamy trywialności zwyczajów wpychanych nam jako nieodzowne.

Dziś przeciętny Słowianin jednym tchem wyrecytuje dekalog czy imiona kilkudziesięciu chrześcijańskich świętych, wie kim był Ra, gdzie leżą piramidy, bez problemu wymieni też bogów greckich czy rzymskich i przytoczy kilka mitów. Czy wymieni słowiańskich? Czyż w szkole mówiono nam kiedyś że Swarożyc to bóg słońca, ognia, nieba i spraw ziemskich, Dadźbóg, zwany też Świętowitem, Trzygłowem, Stribogiem lub Swarogiem to ten, który daje szczęście, Perun to władca błyskawic i pogody, pieczę nad światem zmarłych trzymał bóg Weles, zaś Rod to personifikacja losu i przeznaczenia? A przecież to ogromna część naszej historii!

Może więc po fali zachłystywania się tym tzw. "wielkim światem" i w miejsce wsysania obcych, pseudo-kulturowych śmieci z kraju hamburgerów i coca-coli, warto byłoby powrócić do własnych korzeni i choćby pamięcią wzbogacić naszą jakże już wyjałowioną, aczkolwiek piękną i obfitującą w magię, słowiańską kulturę? O ile piękniejsza i bogatsza jest nasza rodzima, pełna magii, czarów, zapachów i ziół Świętojańska Noc niż przywleczone niczym zaraza zza oceanu "valentine's day" czy kolejny, nie mający z nami nic wspólnego pomnik ludzkiej głupoty pod hasłem "halloween", których to nawet pisownia wielką literą wydaje się profanacją... Nigdy nie pojmę dlaczego w naszym pięknym kraju z tak bogatymi tradycjami mamy uważać św. Walentego - patrona chorych na epilepsję i choroby umysłowe - za patrona zakochanych? A może właśnie powinniśmy się uważać za chorych na umyśle? Czyż to nie jakaś żałosna komercyjna ironia, wciskana siłą w nasze jakże zniewolone umysły? Czy już zawsze zamiast kultywować własną historię będziemy zapychać się tą lepką, różową i lukrowaną papką zza oceanu, napędzaną wyłącznie zyskiem wielkich koncernów produkujących plastikowe serduszka czy pocztowe kartki z melodyjką? Dlaczego z taką łatwością podcinamy sobie nasze własne korzenie, wyrywając je uporczywie jak natrętne chwasty?

Gorąco polecam krótki acz treściwy artykuł o naszych obecnych, żałosnych pseudo-świętach i modach oraz pozostałe artykuły o Nocy Świętojańskiej.

Ekshumacja w Toporowie
15 czerwca 2008 r.

Bartosz KobylińskiWspomnienia z młodzieńczych lat i krążące wśród okolicznych mieszkańców opowiadania o egzekucji AK-owców czy krwi na piwnicznych schodach toporowskiego dworu od dawna spędzały sen z powiek jednemu z mieszkańców Łosic. Tadeusz L. od kilku już lat na własną rękę próbuje dowieść prawdy o rzekomo pomordowanych przez NKWD w toporowskim dworze polskich żołnierzach, niestety jak dotąd bezkutecznie. Ponoć pod ziemią spoczywa 37 ciał - wśród nich także kobiety i ksiądz.

Wygląda jednak na to że łosiczanin w końcu dopiął swego i na wniosek siedleckiego konserwatora zabytków - Stanisława Fiedorczuka, badania sondażowe w toporowskim parku rozpoczną się już 16 czerwca br. Oczywiście o ich wynikach nie omieszkamy poinformować na łamach naszego serwisu.

Obok prezentujemy artykuł "Ekshumacja wyjawi prawdziwą historię" z Tygodnika Siedleckiego, zaś na nowo otwartej stronie "Media" działu "Majątki Toporów - Chotycze" zamieściliśmy artykuł napisany na podstawie listu Pana Tadeusza L. do redakcji Podlaskiego Echa Katolickiego.

Święcenia Kapłańskie i Prymicja Wojtka
24-25 maja 2008 r.

Bartosz Kobyliński24 maja 2008 r. nasz brat Wojciech z rąk arcybiskupa Mariana Gołębiewskiego otrzymał święcenia kapłańskie. Uroczysta ceremonia odbyła się w Archikatedrze Wrocławskiej, prymicja zaś, czyli pierwsza msza św. odprawiana przez neoprezbitera, miała miejsce 25 maja w kościele parafialnym pw. Bożego Ciała w Siedlcach.

Po uczcie duchowej nie zabrakło także miejsca na coś dla ciała. Na przyjęciu w Reymontówce k. Siedlec bawiliśmy się bowiem nie gorzej niż na niejednym weselichu! Swą obecnością uroczystość uświetnili znamienici, licznie przybyli goście - zarówno z grona rodziny jak i kręgu duchownych i znajomych. Rżnięcie kapeli co rusz przerywały kolejne atrakcje: recital fortepianowy, pokazy walk rycerskich, strzelanie z łuku czy przejazd bryczkami po okolicy. Kapryśna ostatnio pogoda na szczęście dopisała a zabawa trwała w najlepsze prawie do północy.

Tydzień później o. Wojciech odprawił uroczystą mszę w kościele pw. św. Zygmunta w Łosicach.
Wielu zapewne zada pytanie: a co potem? Otóż Wojtek we wrześniu wyrusza na rok do Paryża szlifować język francuski, by później zasilić szeregi braci misjonarzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej w Afryce. Trudna to misja, zwłaszcza biorąc pod uwagę położenie geograficzne i obecną sytuację polityczną w tym regionie, ale widać taka jest wola Boska.

Kłujące spotkanie
17 maja 2008 r.

Bartosz KobylińskiWszystko zaczęło się od napotkania sobotnią nocą w ogrodzie tajemniczego czarnego kształtu, który po zbliżeniu się do niego zaczął fukać, posapywać i wydawać dziwne, bliżej nieokreślone dźwięki. Jako że jedynym źródłem światła była wątpliwej jakości księżycowa poświata, czym prędzej pobiegłem po latarkę i aparat. Niestety po powrocie na miejsce po tajemniczym stworze nie został nawet ślad... Mimo kilkunastominutowych poszukiwań nie udało mi się zlokalizować intruza i lekko poirytowany oddaliłem się z miejsca zdarzenia.

Jakieś 3 godziny później udałem się ciemną już nocą na obchód ogrodu, kiedy nagle podknąwszy się o coś mało nie wyrżnąłem jak długi. Jakoś się pozbierawszy próbowałem namacać winowajcę, kiedy nagle pod dłonią poczułem... tysiące ostrych kolców! Znów zaryzykowałem kilkusekundowy bieg po aparat z nadzieją że dowiem się wreszcie co to jest, jednak i tym razem zostałem przechytrzony przez tego dowcipnisia. Mocno zdeterminowany zacząłem jednak buszować w pobliskim klombie i nasłuchiwać, co tym razem zaowocowało wreszcie namierzeniem intruza! A okazał się nim... przyjazny jeż! Był chyba bardziej przestraszony ode mnie, gdyż nawet nie próbował uciekać czy zwijać się w kulkę, za to mimo kilku fuknięć grzecznie dał się sfotografować.

Te niezmiernie pożyteczne zwierzątka prowadzą naziemny i nocny tryb życia, potrafią się wspinać a nawet pływać. W dzień śpią ukryte pod liśćmi, w rozpadlinach ziemnych i jamkach, o zmierzchu wychodzi zaś z ukrycia i pracowicie szuka pożywienia. Są wszystkożerne - ich głównym daniem są owady, których podczas jednej nocy są w stanie "wtrząchnąć" nawet 200 gramów (sic!), nie gardzą również ślimakami, dżdżownicami i innymi pierścienicami, jajami ptaków, małymi ssakami, płazami i gadami, czasem zjadają także aromatyczne grzyby i przejrzałe owoce leżące na ziemi. Nie transportują jednak - jak to dość powszechnie się uważa - jabłek nabitych na kolce. W klimacie umiarkowanym jeże zapadają w sen zimowy, często zagrzebują się w stertach opadłych liści aby przespać chłodny okres roku. W Polsce występuje jeż zachodni, zwany europejskim, oraz jeż wschodni - i to najprawdopodobniej z nim miałem przyjemność mieć te nadzwyczaj bliskie spotkanie. Jeże są spokrewnione z kretami, ryjówkami oraz almikami, w śladach kopalnych znane od oligocenu. Wszystkie gatunki jeżowatych występujących w Polsce podlegają ścisłej ochronie.

Jeże na Polinowie ostatnio widywaliśmy jeszcze jako dzieci kilkanaście lat temu, po czym słuch o nich zaginął. Tym bardziej miło nam zatem powitać nowych mieszkańców Polinowa!

Mazowieckie spotkania z historią najbliższą
II Festyn Historyczny na polach Tatarskiej Góry
3 maja 2008 r.

Maciej KobylińskiSzczęśliwcy, który ukończyli opisany niżej rajd, mieli okazję wziąć udział w drugim festynie na polach Tatarskiej Góry. Atrakcji było całe mnóstwo. Rycerze-kaskaderzy pod dowództwem Andrzeja Sitka okładali się mieczami i wszelkim żelastwem. Chorągiew Ziemi Sandomierskiej prezentowała modę średniowieczną, pokazy tańców z różnych epok, strzelała z łuków, kuszy, bombard a nawet armaty (to zrobiło bez wątpienia największe wrażenie). Konna Straż Ochrony Przyrody i Tradycji prezentowała paradny pokaz jazdy konnej.

Byli jednak i tacy, którzy przyszli głównie dla parasoli z logo jednego z większych krajowych browarów, aby zapijając porcję karkówki delektować się występami ludowych kapel;) Po porannych opadach w ciągu dnia pogoda wyklarowała się i ku uciesze uczestników na dłużej wyszło słońce.

My bawiliśmy się tak dobrze, że nie wypłoszyła nas nawet wieczorna ulewa. Problem pojawił się później, kiedy opuszczając jako jedni z ostatnich teren imprezy stwierdziliśmy, że powrót na własnych nogach jest w zasadzie niemożliwy. Po 2-godzinnej burzy gościniec dosłownie zniknął, zamieniając się w błotniste bajoro. Z opresji uratował nas jednak Wujek Krzysiek, który przygarnął błąkających się przy brzegach błotnego rozlewiska wędrowców i na "pace" busa ze sprzętem i odstawił prosto na Polinów.

Proroczy okazał się ostatni kwietniowy tekst ojca z serii "Opowieści znad Polinówki: Pogoda dla wszystkich". Cóż, pogoda w Polsce uwielbia płatać figle, o czym najlepiej wiedzą organizatorzy imprez plenerowych, przed którymi również i z tego powodu należy chylić czoła - wszak to oni mimo wielkiego ryzyka angażują swój czas, pieniądze i wysiłek...

"Tatarka Trophy";)
3 maja 2008 r.

Maciej Kobyliński Historia Rajdu Camel Trophy zaczęła się w roku 1980, kiedy to załogi trzech Jeepów wyruszyły do Amazonii. Rajd nazwany został "Olimpiadą 4x4", wszystko zaś polegało na przygodzie i odkryciach. W przeciwieństwie do zwykłych rajdów, a nawet rajdu Paryż-Dakar, Camel Trophy nigdy nie był wyścigiem, a raczej sprawdzianem wytrzymałości. Przez następne osiem lat miejscem wypraw stały się Sumatra, Papua Nowa Gwinea, Zair, Brazylia, Borneo, Australia, Madagaskar (po raz pierwszy wyspa została przejechana z północy na południe) oraz Sulawesi, a następnie rajd powrócił do Amazonii.

3 maja 2008, w dniu narodowego święta naszej konstytucji, mieszkańcy Łosic również mogli spróbować "jak to smakuje". Po uroczystej mszy świętej w kościele św. Zygmunta, przemówieniach, salwach armatnich i przemarszu konnego orszaku wokół rynku wszyscy udali się na miejsce startu.

Okazało się, że te wyczerpujące testy ludzkiej wytrzymałości przyciągnęły ludzi z całego miasta. Mieli oni nadzieję wygrać z najbardziej zdradzieckimi warunkami terenowymi, jakie można sobie wyobrazić. Kilometry grząskiej topieli oddzielające zawodników od pól pod Tatarską Górą stanowiły przeszkodę prawie nie do przebycia. Warunki pogarszał lejący z nieba deszcz, który wcale nie myślał przestać padać, długo nie dając za wygraną i utrudniając życie zawodnikom. Nieodzownym elementem okazała się praca grupowa przy np. wciąganiu samochodów z błota.

Na start przybyliśmy spóźnieni, czekając z nadzieją na choć chwilową przerwę w opadach. Niestety strażnik miejski nie zakwalifikował naszego pojazdu do wyścigu i skierował nasz "team" na parking tuż przy szosie, kilkaset metrów przed Tatarską Górą. Nie było innej rady jak tylko udać się drogą rajdu na własnych nogach. Fakt braku woderów nadawał całej sprawie klimat ekstremalno-survival'owy. Przemoczony i pokryty błotem oddział konnego zwiadu galopujący z przeciwka nie wróżył zaś nic dobrego i dawał przedsmak nadchodzących trudności.

O tym co się działo później długo można by opowiadać Ci którzy przetrwali i dobrnęli do mety zostali nagrodzeni możliwością uczestnictwa w historycznym festynie na polach pod Tatarską Górą - ale o tym już w następnej informacji.

Potwór z Loch Ness (Polinówki)
27 kwietnia 2008 r.

Bartosz KobylińskiTaki oto dość osobliwie wyglądający "stwór" został wyłowiony ostatniego weekendu kwietnia z naszego stawu. Choć na pierwszy rzut oka wygląda dosyć strasznie (bardziej przypomina rybę głębinową niż któryś z rodzimych gatunków kręgowców), nie jest niebezpieczny. Trzeba jednak przyznać iż jako drapieżnik posiada zęby, które na dodatek potrafi mocno zaciskać - o czym zresztą dość boleśnie można przekonać.

Nasz tajemniczy przybysz okazał się sumikiem karłowatym - żarłoczną rybą, potrafiącą poczynić niemałe spustoszenie w niejednym stawie (wyżerając m.in. ikrę i młode rybki). Zagadką pozostaje droga jego migracji - być może dostał się tu z ikrą na płetwach kaczek krzyżówek chętnie odwiedzających nasze stawy tudzież nogach innych ptaków - kto wie?

No ale cóż, przyroda nieraz już nas zadziwiała, nie inaczej było i tym razem. To właśnie dzięki temu każda pora roku nie jest nudna i monotonna, za to czasem szalenie dynamiczna (co widać obecnie za oknem), zaskakująca lecz czasem także nieobliczalna i bezlitosna... Od milionów lat natura realizując swój plan rozpieszcza nas, ale też coraz częściej uczy pokory i rządząc się swoimi własnymi prawami poskramia zapędy naszego nazbyt egocentrycznego i zuchwałego pokolenia... Może właśnie dlatego jest taka piękna, a my musimy ją tylko zrozumieć?

Niedziela Palmowa
16 marca 2008 r.

Bartosz Kobyliński16 marca, w niespotykanie wczesną tego roku Niedzielę Palmową, ulicami Łosickiego rynku przemaszerowała uroczysta procesja, na czele której podziwiać można było... polinowskie konie! Dowódcą świątynnej straży został Jan Kobyliński, w rolę strażników wcielili się zaś p. Waldemar Kosieradzki wraz ze stosowną obstawą. Jeźdźcy ubrani byli w piękne mundury oraz złote, połyskujące w słońcu hełmy i halabardy. Wraz z Walkiem oraz Kariną w procesji wzięło udział 5 koni, wśród których szczególną uwagę zwracał... prześliczny kucyk! Widok był doprawdy urzekający, choć gdyby nasz mały bohater był świadom pełnionej przez siebie funkcji (osiołka), zapewne nie prężyłby się tak dumnie przed publicznością;)

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że ten piękny zwyczaj upamiętniający wjazd Jezusa do Jerozolimy przyjmie się już na stałe w parafii św. Zygmunta, a w każdą Palmową Niedzielę będzie można ujrzeć pięknie ubranych strażników na koniach! Gratulujemy pomysłu!

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy