

"Drzewiej majątku owego gościnę wielu wojów docenić miało sposobność wszelaką, jako że i dóbr tutejszych przyjezdnym nie szczędzono. Sam folwark tako i dwie stajnie posiadał, co i w każdej po 100 koni stanie, przeco i sam król ochoczo w te strony przybywał. A i nieraz gdy z Kraka grodu na Wilno swe kroki kierował, Polinowskiego dworu nigdy nie omieszkał nawiedzić.
Tako i Ty wędrowcze strudzony racz spocząć przed tym ognia kominem, i pomnij tę krainę pradawną, co mężów zacnych wielu już na świat wydała, a jej strumień, któren od stuleci z Tatarskiego Wzgórza niestrudzenie wody swe toczy, niejedną co noc opowiada historię..."
www.polinow.pl to serwis regionalno-historyczno-rodzinny, prezentujący królewski majątek Polinów (znany dawniej jako "Dobra ziemskie Konarzewszczyzna i Skolimowszczyzna" lub "folwark miasta Łosice") oraz burzliwe dzieje jego mieszkańców na przestrzeni wieków. Jako królewska stacja pocztowa, Polinów często gościł polskich monarchów - władców olbrzymiego państwa, sięgającego niegdyś od Bałtyku aż po Morze Czarne. Pod koniec XVIII w. opiekę nad majątkiem przejęli od królewskich dzierżawców hrabiowie Ledóchowscy h. Szaława, późniejszymi właścicielami byli Perkowscy h. Peretyatkowicz. Wreszcie w 1906 r. objęli go we władanie Kobylińscy, czyniąc swym rodzinnym gniazdem. Ważną rolę w pielęgnacji sąsiedzkich więzi odgrywają tu konie, z którymi Kobylińscy, jak i całe Łosice, związani są od stuleci.
W rozdziałach "Łosice" i "Turystyka" opisujemy leżące nad rzeką Toczna (dawniej Tuczna lub Łosiczanka) miasto Łosice, jak i całe Południowe Podlasie, przedstawiając ich bogatą historię oraz unikatowe zabytki: pałace, dwory, stare folwarki i majątki, kościoły, czy wreszcie przydrożne krzyże i kapliczki. Godne uwagi są zdjęcia lotnicze, na których podziwiać można całe Południowe Podlasie z lotu ptaka.
Jako że nasz pradziadek - hrabia Alfred Wiktor Witalis Węgliński herbu Godziemba, oprócz majątków na lubelszczyźnie posiadał także dwa założenia dworskie nieopodal miasta Łosice: Toporów i Chotycze, im również poświęcamy odrębny dział.
Z racji duchowego powołania naszych dwóch misjonarzy - brata oraz stryja, na kolejny dział naszej witryny obraliśmy Misje w Afryce. Przybliżamy tam kawałek Czarnego Lądu - Wybrzeże Kości Słoniowej, oraz założony przez naszych misjonarzy afrykański chór Claret Gospel, co kilka lat odwiedzający nasz kraj.
Pisząc ostatnią depeszę wspomniałem, że potrzebowałem wakacji. Sprawa nie jest taka prosta, bo urlop przysługuje mi dopiero w przyszłym roku, a to trochę daleko. Z bratem Janem udało nam się jednak wykroić kilka dni wolnego. Taki długi weekend... tylko jakby na odwrót.
Po uroczystym zamknięciu roku pastoralnego 2009-2010, w poniedziałek rano odprawiłem jeszcze mszę św. i ruszyliśmy w drogę (na parafii został Gaston, którego przed końcem stażu trzeba było jeszcze dobrze wykorzystać). Najpierw postanowiliśmy odwiedzić współbraci w Bouaflé (to jedna z trzech parafii klaretyńskich na Wybrzeżu). Dla mnie było to przy okazji spotkanie rodzinne, bo od kilku lat pracuje tam mój stryj (historie rodzinne pozostawmy jednak na boku), zaś dla brata Jana, który przepracował tam kilka ładnych lat, okazja odwiedzenia licznych znajomych. Ogólnie spotkanie przebiegło w atmosferze radości, a przy okazji pękła butelka wina z 1973 roku (pierwszy raz piłem alkohol starszy od siebie!) - ostatni okaz z zapasu wykupionego kilka lat temu za bezcen z opróżnianych magazynów portowych w Abidżanie. W ten sposób partycypowaliśmy w 60 urodzinach stryja, do których brakuje mu co prawda jeszcze dwóch lat, ale usprawiedliwiały nas mające wkrótce nastąpić zmiany personalne oraz korek od butelki, który zaczynał już gnić i nie wytrzymałby dłuższej próby czasu (można więc powiedzieć, że uratowaliśmy w ten sposób jeden ze skarbów Zgromadzenia).
W czwartek, pożegnawszy współbraci, udaliśmy się do Yamoussoukro (polityczna stolica kraju), gdzie najpierw wymoczyliśmy się w basenie przy hotelu "Prezydenckim", a potem pokosztowaliśmy żabich udek w pobliskiej restauracji (również pierwszy raz w życiu). Tym razem darowaliśmy sobie już karmienie krokodyli w prezydenckiej sadzawce i po odwiedzeniu kilku sklepów zajechaliśmy pod słynną bazylikę, którą opiekują się polscy Pallotyni (o samej bazylice opowiem innym razem) i modlitwą na zakończenie dnia rozpoczęliśmy mini-rekolekcje. O rekolekcjach zakonnych pisał nie będę. Kto był, ten wie dlaczego: nie dzieje się w ich czasie absolutnie nic. Nawet rozmowy są zawieszone.
W sobotę przyszedł czas powrotu. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na targ tradycyjnych pamiątek i rzeźb w Daloa. Stosunkowo niedrogo (po kilkunastu minutach targowania) można tu kupić nawet rzeźby z kości słoniowej (niestety ich przewóz do Unii Europejskiej jest ściśle zabroniony, co dotyczy także innych przedmiotów pochodzenia zwierzęcego, więc nie polecam). Oprócz jakiś drobiazgów kupiłem bardzo wygodne rzeźbione krzesło, idealne do odmawiania brewiarza w pokoju.
Po powrocie czekał nas niestety powrót do brutalnej, choć wcale nie tak szarej rzeczywistości, i w niedzielę znowu musiałem wstać o czwartej nad ranem, żeby skończyć kazanie. Aby do poniedziałku...

Skoro już mowimy o "zmienności fauny Polinowa", warto też dodać kilka słów o zmianach w "kocim" polinowskim świecie. Wspominana w tekście "Polinowskie koty" Kocica-Pifcica zginęła wczesną wiosną śmiercią tragiczną pod kołami samochodu. Zaraz po tym wypadku jej syn Kleofas przepadł bez wieści. Niewiadomo, czy tak jak słynny kot Miglans wyruszył w podróż dookoła świata, czy może wybrał się w podróż dłuższą, z której nie ma już odwrotu. Podejrzenia padły na lisa, który kręcił się wiosną w okolicy, a który mógł wyprawić kociaka na tamten świat.
Tak czy inaczej słuch o nim zaginął, a na Polinowie zrobiło się bardzo smutno. Najbardziej przykry był moment przyjazdu na Polinów, bo jeszcze niedawno Kleofas często wybiegał nie wiadomo skąd na spotkanie i witał wszystkich swoim mruczeniem lub ewentualnie wskakiwaniem "na barana", co mu się często zdarzało. Wszyscy byliśmy bardzo przygnębieni z tego powodu i zaczęliśmy myśleć skąd by tu przygarnąć jakiegoś kociaka. Na szczęście u sąsiadów okociła się ich ruda kocica i powiła 5 "rudzielców". Od razu zaklepaliśmy jednego - trzeba było poczekać, aż malec trochę podrośnie. Na początku lipca miał już 1,5 miesiąca i stwierdziliśmy, że "już czas".
Alfred (bo tak daliśmy mu na imię) jest rudy od czubków uszu do końca ogona. Nie usiedzi 5 sekund w jednym miejscu, uwielbia gryźć i drapać (co jest szczególnie denerwujące przy kolacji, kiedy pod stołem atakuje nogi domowników). Ale ogólnie jest słodki i bardzo grzeczny (wtedy kiedy śpi). Liczne przymioty odziedziczył zapewne po ojcu - podejrzewamy, że jest synem nieodżałowanego Kleofasa, który był swego czasu w bliskich stosunkach z jego mamą...
To, że mamy dość uciążliwy i zmienny klimat, każdy przekonuje się na własnej skórze, i to wielokrotnie. Ale fauna... Z perspektywy prawie kopy lat życia mogę stwierdzić, że zaszło sporo zmian w składzie dominujących gatunków okolicy Polinowa.
I tak, pół wieku wstecz w łosickich lasach zabito ostatniego wilka, co doskonale zresztą pamiętam. Na polach i w lasach dominowały wtedy zające i kuropatwy. Każdej jesieni odbywały się duże polowania, a mimo to zwierzaków wcale nie ubywało. W naszej Polinówce dominowały wtedy kiełbie i ślizy, zaś w polinowskich stawach złote karasie, pełnołuskie karpie i piżmaki. Zimą wśród ptactwa dominowały gile i jemiołuszki, latem zaś jaskółki, szpaki, wilgi, a i dudek się trafił. Do rzadkości wcale nie należały sowy i kraski. Dużo mniej było za to szkodników, np. w ogóle nieznana była stonka ziemniaczana, a turkuć podjadek był ogromną rzadkością, prawie nie było też kleszczy. Więcej było zaś pożytecznych pszczół, trzmieli i bąków, w tym też tych kąsających.

W tym roku w nieco nietypowym (z powodu kapituły generalnej) terminie, mamy przyjemność zaprosić na msze św. z udziałem naszego stryja - o. Andrzeja Kobylińskiego CMF. Jak zwykle podzieli się najnowszymi wieściami z Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od 20 już lat jako misjonarz zmaga się z tamtejszym klimatem oraz realiami, ale nade wszystko głosi Słowo Boże.
Zapraszamy zatem na łosickie msze św.: 16 maja w kościele parafialnym Trójcy Świętej w Łosicach, zaś 23 maja w rodzinnej parafii naszego misjonarza - kościele parafialnym św. Zygmunta Króla w Łosicach..
W tych dniach po mszach o. Andrzej zbierał będzie przed kościołem ofiarę na misje na Wybrzeżu Kości Słoniowej - m.in. budowę nowego kościoła. Na ten cel w całości przeznaczony zostanie także dochód ze sprzedaży afrykańskich pamiątek - po każdej mszy przed kościołem nabyć będzie można bowiem oryginalne batiki, hebanowe krzyżyki i inne niepowtarzalne pamiątki, oczywiście prosto z gorącej Afryki, a przywiezione przez samego o. Andrzeja. O ile tylko pogoda pozwoli największy wybór będzie rano, jako że ilość towaru jest ograniczona!
Serdecznie wszystkich zapraszamy!
W świadomości ludzi młodych odpust kojarzy się z anachroniczną imprezą kościelną oraz jarmarczną oprawą zewnętrzną. To trochę krzywdzące stereotypy, bo odpusty to także lokalne świętowanie, wynikające czasem z wielowiekowej tradycji. Ich degradacja bądź rezygnacja z całej odpustowej otoczki odbywa się z pewnym uszczerbkiem dla lokalnej społeczności, bo odpust przypisany jest zarówno do konkretnego świętego patrona lub faktu teologicznego, jak też i miejsca. To święto lokalnego kościoła, rozumianego jako miejscowa wspólnota wiernych.

W najnowszym numerze tygodnika regionalnego "Echo Katolickie" (13(770) 1-7 kwietnia 2010 r.) ukazał się kolejny artykuł naszego brata - o. Wojciecha CMF. Dla osób spoza regionu oraz mających trudności z nabyciem periodyku obok zamieszczamy pełną treść artykułu.

W Empikach ukazał się właśnie 17 (1/2010) numer Magazynu Fantastycznego, w którym znalazło się długo oczekiwane opowiadanie naszego brata Wojciecha pt. Cicha noc?
Jest to zabawna wariacja na temat Bożego Narodzenia, która delikatnie mówiąc nieco odbiega od ogólnie przyjętych wyobrażeń. Akcja dzieje się równolegle w niebie i na ziemi, dzięki czemu czytelnik może poznać dotychczas nieznane szczegóły tego wydarzenia. Przypomnijmy tylko, że opowiadanie zakwalifikowane zostało do druku już pod koniec 2008 r. i miało się ukazać jeszcze przed kolejnymi świętami Bożego Narodzenia, niestety niespodziewany obsuw i dość nieregularny cykl wydawniczy przesunęły publikację dopiero na poświąteczny okres bieżącego roku. Tematyka niekoniecznie może zatem pasować do panującej aury, no ale cóż - niestety na pewne rzeczy nie mamy wpływu...
W 2007 r. nadzieję na druk dawała także "Nowa Fantastyka" - największy tego typu magazyn w Polsce, niestety póki co sprawa rozeszła się po kościach. Jednocześnie przypomnę, że kilka lat temu opowiadanie zostało także wysyłane zamiast świątecznej kartki na forum Polinowa.
Ponieważ jest to debiut jeśli chodzi o te wydawnictwo, mocno trzymamy kciuki za następne publikacje!
Tegoroczna zima przejdzie do historii jako nie tyle ekstremalna, co długa i śnieżna. Takich śniegów nie było już dawno. Zawdzięczamy to też brakiem odwilży od Świąt Bożego Narodzenia do połowy lutego. Młodzież takich zim raczej nie pamięta, ale onegdaj nie były rzadkością.
Zimowy Polinów jest trochę senny, trochę pusty, ale za to bardzo pięknie przystrojony nieskazitelnie białym śniegiem, który wygląda odświętnie i tajemniczo. Przyroda wokół zasypana białym puchem, skuta lodem, chyba faktycznie śpi już od połowy grudnia. Zamarzły "na amen" polinowskie stawy i Polinówka. Ale pod grubym lodem, w zwolnionym tempie toczy się normalne, podwodne życie. Ryby i inne stwory wodne co prawda nie żerują, ale niemrawo poruszają się w lodowatej wodzie i ciemnicy, spowodowanej grubą warstwą nawianego na lód śniegu. Mieliśmy też wizytę wydry, o czym świadczą częściowo nadgryzione zwłoki karpia wyciągniętego na lód.
Pewnie każdemu z czym innym... Lista skojarzeń jest długa i raczej miła. Dlatego też świąteczne skojarzenia zostały wykorzystane także do reklamy, co zresztą skutecznie je obrzydziło. Dziś święta skojarzono z zakupami, toteż cała ich pierwotna oprawa i symbolika mają im służyć. Z czym kojarzy się dzisiaj dziecku choinka i Mikołaj, wiadomo - z prezentami, a zapewne połowa z nich nie wie już co to adwent czy roraty. Same święta to raczej czas dla telewizora, niż rodziny. Tyle fajnych filmów leci, że szkoda czasu na nudne, rodzinne spotkania. W telewizorze jest dużo ciekawiej, przecież tyle się tam dzieje - nie to co w "realu"!

Pan Longin W. napisał do nas ciekawy list o wojennych losach pewnej rodziny. Otóż dziadek jego przyjaciółki - leśniczy Terakowski - po wygnaniu w nasze strony z Kaszub, pracował tu jako leśniczy. Pewnego wieczoru, udzielając pomocy nieznajomym, został zastrzelony w swojej leśniczówce (prawdopodobnie przez Niemców). Świadkiem tego zajścia było jego córka, leżąca jeszcze w kołysce oraz znajomy, któremu udało się jednak uciec. Leśniczego pochowano, wdowa po nim wróciła zaś po wojnie na Kaszuby i powtórnie wyszła za mąż. Po latach rodzina próbowała odnaleźć grób zamordowanego, niestety bez skutku...
Jeśli ktokolwiek posiadałby jakieś informacje na temat tej historii - prosimy o kontakt, a w imieniu autora oraz rodziny poszukiwanego już teraz dziękujemy za wszelkie informacje, które pomogłyby w odnalezieniu jego grobu. My również mamy nadzieję, że kiedyś uda się odkryć tę mroczną tajemnicę!
Ze swojej strony dodam tylko, że w naszej rodzinie także mieliśmy leśniczego. Tadeusz Tokarski bowiem swojego czasu rezydował w swej leśniczówce w Jeziorach k. Chotycz, jednak po ożenku w 1926 r.(?) wyprowadził się stamtąd na dobre. Być może historia dotyczy późniejszych lokatorów tej gajówki z okresu II wojny światowej?
Przy okazji namawiamy z tego miejsca do spisywania ciekawych historii z najbliższej okolicy. Ciekawe historie będziemy zamieszczać na stronach poszczególnych opisywanych miejscowości.

Na Polinowie od zawsze obok ludzi żyły zwierzęta. Wiadomo słynna była onegdaj polinowska stajnia - czyli hodowla koni. Niedawno, bo jeszcze 60-70 lat temu hodowano tu także rozpłodniki, czyli ogiera, buhaja i knura. Zawsze było też pokaźne stadko świń i krów. Tak duże gospodarstwo nie mogło obyć się bez kotów, w które zresztą obfitowało od zawsze. Kilka z nich przeszło nawet do lokalnej historii, a ja doskonale je pamiętam jako współmieszkańców Polinowa.

Miło nam poinformować, że we wrześniu liczba odwiedzin naszego serwisu przekroczyła okrągłe 50 tysięcy!
Dziękujemy zatem wszystkim naszym krajowym, zagranicznym, a nawet interkontynentalnym Gościom i zapraszamy do dalszych odwiedzin!

11 września z łezką w oku pożegnaliśmy naszych rodzinnych misjonarzy, odlatujących w stronę egzotycznego kontynentu, i to aż za Saharę. Tym razem nasz stryj, który już 20 lat służy na Wybrzeżu Kości Słoniowej, będzie miał towarzystwo pod postacią naszego brata - wyświęconego w ubiegłym roku ojca Wojciecha Kobylińskiego CMF.
W odróżnieniu od zaprawionego już w boju stryja, to jego pierwszy wylot w tak egzotyczne strony świata. Oczywiście wylot poprzedziły dziesiątki szczepień i serie badań oraz innych tego typu niezbędnych przed odlotem "przyjemnostek", jako że starcie z szalejącymi tam chorobami to naprawdę nie przelewki. Bywa, że po kilku miesiącach wycieńczeni misjonarze w ciężkim stanie wracają do Polski, nigdy więcej nie stawiając już stopy w tym kawałku świata. Więcej postaramy się opisać już niebawem, zamieszczając również długo zapowiadaną afrykańską galerię zdjęć.
Jedno jest pewne - czeka ich mnóstwo ciężkiej pracy, wyrzeczeń, ale także i prawie zabójcze dla białego człowieka warunki klimatyczno-środowiskowe, do których przyzwyczaić można się dopiero po kilku długich latach. A na powitanie Afryka z reguły szykuje przyjezdnym nie lada niespodziankę, czyli jedną z najbardziej śmiertelnych chorób zakaźnych - malarię. Tzw. "zimnica" jest obecnie jedną z trzech najważniejszych, oprócz AIDS i gruźlicy, chorób zakaźnych w świecie. Liczbę nowych zachorowań na malarię szacuje się na 300-500 milionów rocznie, a liczbę zgonów na 1,5-2,7 milionów każdego roku. Jako że chorobę przenoszą tamtejsze komary z rodzaju Anopheles, dużo zresztą żwawsze i mniejsze od naszych, późniejsze zakażenia są także nieuniknione - wszystko zależy od organizmu. Z jakimi trudami przyjdzie się im zmierzyć, sam Bóg raczy wiedzieć, jedno jednak można powiedzieć na pewno: trzeba czuć naprawdę wielkie powołanie, by wyruszyć w ten dziki zakątek świata! Więcej o realiach tam panujących napiszemy już niebawem, przy okazji szerzej relacji o trudach afrykańskich misji.
Niejako na aperitif zamieszczamy zatem stworzoną przez naszego stryja Andrzeja makietę oraz plany nowego kościoła. Muszę nadmienić, że model powstał z tego, co nasz "architekt" znalazł w garażu - kawałków sklejek, kratonu i drutu, a więc dosłownie z niczego. Trzeba przyznać, że nowy gmach wygląda imponująco, a na dodatek cały projekt powstał w głowie naszego misjonarza - zresztą tak jak i w przypadku pozostałych dwóch kościołów. Przy tego typu projektach trzeba wykazać się naprawdę wielką wyobraźnią - tej jednak nie brakowało mu jednak już od wczesnych lat młodości. Tamtejsza symbolika jest dla na nas jednak równie obca co ornamentyka dalekiego wschodu, więc nawet nie będę próbował objaśniać znaczenia głównego symbolu, w kształcie którego wykonana jest elewacja. To iście "czarna" magia, ale w tamtych rejonach świata to właśnie symbole najbardziej przemawiają do ludzi - wystarczy np. spojrzeć na ichniejsze maski, by wiedzieć w czym rzecz. Budowa w zasadzie już ruszyła i jak wszędzie zaczęła się od ogrodzenia terenu, ale o tym pisaliśmy już we wcześniejszych wieściach.
Przypominamy także o możliwości bezpośredniego wsparcia afrykańskich misji za pośrednictwem naszego serwisu - więcej informacji znajdziecie na stronie Wspomóż misje.
5 września na Polinowie odbyła się kolejna już ślubna sesja zdjęciowa. Tym razem Młoda Para wraz z drużbami przybyła do nas wieczorową porą, zaraz po ślubie, w związku z czym sesję zdominowała głównie polinowska Karczma oraz Krypta. Zdjęciom nie było końca, a weselni goście zdążyli się mocno stęsknić - sesja trwała bowiem około godziny!
Nowożeńcom życzymy wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!

Prozaiczny odłów ryb w naszym niewielkim stawie przyniósł ostatnio sporą niespodziankę. W sieci znalazł się bowiem okazały (choć to chyba zbyt słabe określenie) szczupak, który skutecznie czyścił staw z drobniejszych rybek. Jego łupem stawały się także żaby, które po kilku latach wspaniałych koncertów całkowicie zniknęły z naszej sadzawki... Również i większe ryby złapane wędkę często posiadały ślady po ataku większego drapieżnika.
Szczupak przy wadze ok. 6 kg mierzył prawie 90 cm długości - wystarczy na kilka posiłków dla całej rodziny;) Ten wspaniały okaz był już widywany w Polinówce przed czterema laty, a ostatnio wiosną bieżącego roku, zdążając już urosnąć w legendę. Poza nim w stawie żyje jeszcze co najmniej trzy mniejsze, podpatrzone podczas wiosennego tarła (z ostatniej chwili: w dwa tygodnie po tym wydarzeniu udało nam się złowić jeszcze 3 kilku kilogramowe sztuki). Plusem ich egzystencji jest oczyszczanie stawu z ryb słabszych i chorych, niestety podczas ich niedoboru skutecznie wyniszczają też i inne, zdrowe osobniki. To kolejna niespodzianka w naszym stawie, który przeżył już parę inwazji - m.in. piżmaków, wyder, okoni i sumików karłowatych. Ciekawe co z rakami, które od wpuszczenia przed rokiem nie dały znaku życia. Być może w tym roku uda nam się wreszcie podpatrzeć, gdzie raki zimują!
Tak długo wyczekiwane, tak szybko minęły. Znów będziemy czekać, planować, tęsknić za słońcem, wolnością, podróżami. Po minionych wakacjach zostały wspomnienia, zdjęcia, pamiątki. Czy warto do tego wracać? Jeśli były doświadczeniem wnoszącym coś pozytywnego w nasze życie, to niewątpliwie warto. Wakacje są bowiem jak sól w potrawie - nadają życiu smak. Czasem kilka wyrwanych z codzienności dni pamięta się całe życie, podczas gdy miesiące codzienności nie pozostawiają w nas żadnych wspomnień...
Są różne metody letniego wypoczynku, zależne głównie od charakteru człowieka. Jedni pragną spokoju i lubią wracać do tych samych, znajomych miejsc, gdzie wszystko jest oswojone i przewidywalne. Inni kochają zmiany, gdyż wciąż coś się dzieje. Wyjeżdżają w nieznane miejsca, spotykają nowych ludzi, szukają przygody i chcą poznawać świat w swojej różnorodności. Nie można uznawać któregoś modelu za jedynie słuszny. Ważne, aby podobny typ wypoczynku akceptowali oboje małżonkowie, narzeczeni czy przyjaciele. Najpiękniejszy wyjazd można jednak zepsuć zbyt wygórowanymi oczekiwaniami czy żądaniami.
Po wakacjach najważniejsze są wspomnienia, ale to też dobry czas na to, by już planować następne. Bo człowiek to takie stworzenie, które lubi na coś czekać. Gdy nadejdą nudne, jesienne wieczory, warto wrócić do tego, co było ciekawe, piękne i rozmarzyć się perspektywą następnego lata. Jednak z doświadczenia wiem, że najfajniejsze są wyjazdy spontaniczne, nieplanowane, czasem trochę szalone. Planować można - czemu nie, ale z pewnym dystansem i pamiętając, że z niektórych naszych planów Pan Bóg ma niezły ubaw!

Po raz kolejny mamy przyjemność zaprosić wszystkich 9 sierpnia br. na msze św. z udziałem naszego stryja o. Andrzeja Kobylińskiego CMF w kościele pw. Ducha Świętego w Siedlcach. Jak zwykle przedstawi najnowsze wieści z Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od 20 już lat jako misjonarz zmaga się z tamtejszym klimatem oraz realiami, ale przede wszystkim głosi Słowo Boże.
W tym dniu po wszystkich mszach do puszek zbierana będzie ofiara na wsparcie misji z Wybrzeża Kości Słoniowej, zaś na stosiku pod kościołem nabyć można będzie hebanowe rękodzieła, oryginalne batiki i inne niepowtarzalne pamiątki prosto z gorącej Afryki. Największy wybór standardowo już będzie oczywiście rano, jako że ilość towaru jest ograniczona. Oczywiście jak co roku dochód ze sprzedaży w całości przeznaczony zostanie na misje naszych księży na Wybrzeżu Kości Słoniowej (m.in. budowę nowego kościoła).
Przy okazji chcielibyśmy serdecznie podziękować ks. kanonikowi Januszowi Wolskiemu za jego serdeczną gościnność, bowiem jako jeden z niewielu proboszczów rozumie prawdziwą misję kościoła, z nieskrywaną chęcią goszcząc polskich misjonarzy, bez względu na to z jak egzotycznego zakątka by tu nie zawitali. I tak co kilka tygodni w tamtejszej parafii można usłyszeć niecodzienne opowieści o misjach w najróżniejszych zakątkach świata: Kamerunie, Syberii, Kenii... Dopiero w takich chwilach czuje się prawdziwą misję Kościoła, a serce rośnie!
Kolejne msze odbędą się 23 sierpnia w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Białej Podlaskiej oraz 30 sierpnia w kościele św. Zygmunta Króla w Łosicach.
Serdecznie wszystkich zapraszamy!

Tak, tak, to nie żarty, bowiem 4 sierpnia o godz. 14.42 przez dawne Pole Siedzibne Polinowa przemknął 66. Tour de Pologne UCI Pro Tour. Dawny majątek przecina obecnie droga krajowa nr 19, stąd też owy wielonarodowy barwny korowód zawitał w nasze strony. Na wschodzie kraju miejsce miał III etap wyścigu: Bielsk Podlaski - Lublin o długości 225,1 km. Iście feeryczny był to widok - poczynając od kolumny reklamowej, aż po sam peleton i wozy serwisowe. Przy okazji kibicowania podziwialiśmy ucieczkę trzech śmiałków, którzy pozostawiwszy peleton daleko w tyle zdawali się nie podlegać prawom fizyki czy natury. Te jednak dały o sobie w końcu znać - zaraz po wjeździe do Lublina uciekinierzy zostali bowiem doścignięci. Niestety z racji obowiązku fotografa niewiele udało mi się zobaczyć na żywo, a na dodatek zaaferowany gestami jednej z urodziwych uczestniczek ozdabiających kolumnę reklamową, przegapiłem przejazd ścisłej czołówki... No ale cóż, w końcu tam jadą tylko mężczyźni;)
Warto dodać, że przed rokiem lubelski etap zakończył się skandalem. Kolarze, w ramach protestu, skończyli jazdę przed planowaną metą. Cały wyścig został później przeniesiony z września na sierpień, cieszymy się zatem razem z kolarzami.
Życząc zatem naszym sportowcom samych sukcesów żywimy nadzieję, że również w kolejnych latach będziemy mieli okazję oglądać to niecodzienne widowisko!

Oprócz pałacu, na Polinowie pobudowane zostały onegdaj wszystkie inne niezbędne dla folwarku budowle, m.in.: dwie stajnie - mieszczące po 100 koni każda, młyn, wiatrak, cegielnia, browar, karczma, a nawet łaźnia!
ogatrading.pl


