nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

Dawny folwark łosicki na południu Podlasia, od 1906 r. siedziba rodu Kobylińskich.

Południowe Podlasie KobylińscyPołudniowe Podlasie WęglińscyPołudniowe Podlasie Korycińscy

Drzewiej majątku owego gościnę wielu wojów docenić miało już sposobność wszelaką, jako że i dóbr tutejszych przyjezdnym nie szczędzono. Samże gród tako i dwie stajnie posiadał, co i w każdej po sto koni stanie, prze co i sam król ochoczo w te strony przybywał.
Tako i Ty wędrowcze strudzony racz spocząć przed tym ognia kominem, i pomnij tę krainę pradawną, co mężów zacnych wielu już na świat wydała, a jej strumień, któren od stuleci z Tatarskiego Wzgórza niestrudzenie wody swe toczy, niejedną co noc opowiada historię...

www.polinow.pl to serwis regionalno-historyczno-rodzinny, prezentujący dawny folwark - Polinów, znany dawniej jako Dobra ziemskie Konarzewszczyzna i Skolimowszczyzna (Konarzewszczyzna-Skolimów) lub po prostu Folwark miasta Łosice. Pod koniec XVIII w. opiekę nad majątkiem przejęła dawna i zasłużona rodzina wołyńska - hrabiowie Ledóchowscy h. Szaława, późniejszymi właścicielami byli zaś Perkowscy h. Peretyatkowicz. Wreszcie w 1906 r. folwark we władanie objęła rodzina Kobylińskich, czyniąc go swym rodzinnym gniazdem.
Tutejsze życie przez wieki koncentrowało się wokół centralnego podwórca, którego układ, mimo powojennej parcelacji folwarku, nie zmienił się do dnia dzisiejszego. W tym magicznym miejscu co krok bogata tradycja splata się ze współczesnością, a każdy budynek, kamień czy drzewo posiada niepowtarzalną, nierzadko kilkusetletnią, historię.
Oprócz dawnych dziejów tego niecodziennego miejsca przytaczamy także burzliwe dzieje jego kolejnych posesorów, dla których jako tło doskonale służą wspomnienia z samych Łosic i codziennego życia ich mieszkańców.

Warto także wspomnieć, jak ważną rolę w pielęgnacji wielowiekowej tradycji oraz sąsiedzkich więzi na Polinowie nadal odgrywają konie, z którymi Kobylińscy, jak i całe Łosice, związani są od stuleci. To one pozostają wspólnym punktem zainteresowań wielu okolicznych hodowców i hobbystów, wzbogacając historię naszego regionu m.in. o zawody konne, organizowane na Polinowie oraz wielu innych malowniczych miejscach całej okolicy. Kolejny dział naszej strony: Stajnia Polinów, dedykujemy zatem końskim pasjom.

W kolejnym rozdziale: Łosice i okolice opisujemy leżące nad rzeką Toczna (dawniej Tuczna lub Łosiczanka) miasto Łosice wraz z jego ciekawą historią oraz całe Południowe Podlasie, przedstawiając ich bogatą historię oraz unikatowe zabytki: pałace, dwory, stare folwarki i majątki, kościoły, czy wreszcie przydrożne krzyże i kapliczki. Jako że nasz pradziadek - hrabia Alfred Wiktor Witalis Węgliński h. Godziemba - oprócz majątków na lubelszczyźnie posiadał także dwa założenia dworskie nieopodal miasta Łosice: Toporów i Chotycze, grzechem byłby nie poświęcić także im nieco więcej miejsca. W późniejszym okresie dział powiększyliśmy także o Podlaski Przełom Bugu, o którym po prostu nie sposób nie wspomnieć, a całość zamykają zdjęcia lotnicze, na których podziwiać można całą okolicę z lotu ptaka.

Oczywiście stale pielęgnujemy nasze rodowe drzewo genealogiczne, w którym przewijają się takie nazwiska jak: Kobylińscy, Węglińscy, Młoccy, Wężyk, Ossolińscy, Mazur, Ganabasińscy, Korycińscy, Łęczyccy, Trębiccy, Sułkowscy.

Z kolei z racji duchowego powołania naszych dwóch misjonarzy - brata oraz stryja, na kolejny rozdział naszej witryny obraliśmy Misje w Afryce, przedstawiający katolickie misje afrykańskie ojców klaretynów CMF na Wybrzeżu Kości Słoniowej (Abidjan, Bouaflé, Soubré) i w Burkina Faso (Koudougou). O. Andrzej Kobyliński CMF oraz o. Wojciech Kobyliński CMF stara się w nim przybliżyć urokliwy kawałek Czarnego Lądu - Wybrzeże Kości Słoniowej oraz jego wspaniałą perełkę - założony przez naszych misjonarzy afrykański chór Claret Gospel, co kilka lat odwiedzający nasz kraj. Ostatnie wpisy poszerzają powyższy dział również o misje katolickie na Ukrainie (Truskawiec), gdzie obecnie przebywa nasz brat.

Życzymy niezapomnianych wrażeń i zapraszamy do lektury! Jednocześnie pragniemy nadmienić, że nie prowadzimy żadnego rodzaju działalności komercyjno-usługowej, a nasz portal nie posiada żadnego zewnętrznego źródła finansowania, co nie oznacza, że go nie potrzebuje!

"Naród, który nie szanuje swej przeszłości, nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości".
"Naród, który traci pamięć, przestaje być Narodem - staje się jedynie zbiorem ludzi czasowo zajmujących dane terytorium".

Marszałek Józef Piłsudski, honorowy obywatel miasta Łosice od 1934 roku

Czy wiesz, że...

W roku 1728 został wprowadzony zakaz "...brania piwa i gorzałek i chodzenia do karczemki księżej i do karczemki Sędziego Mielnickiego i do Konarzewszczyzny (Polinowa)...". Być może zakaz ten wynikał z nieprzestrzegania zasad związanych z nakazem stosowania określonych cen.

Wieści ze starego folwarku

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
IX dzień: Niedziela. Uroczystość św. Jana Chrzciciela
24 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Od samego rana gorączka niedzieli. Jeden z nas wyruszył z ks. Leopoldem do okolicznych kaplic: Gonzagueville. Było to dla niego pierwsze zderzenie z prawdziwą niedzielną Afryką, której pierwszy raz czytał Ewangelię… Śpiew, tańce, liturgia… Msza łącząca chrzest, I Komunię i sanację małżeństwa…

Po Mszy przyjęcie i podjęcie wspaniałą kuchnią afrykańską.

Drugi zaś udzielał się w tutejszej parafii. Po Mszy, przy akompaniamencie murzyńskiej orkiestry – tańce w kościele. Tubylcy wpadli w trans nie oszczędzając nawet ołtarza, nie mówiąc już o siostrach, które zarazili swym tanecznym duchem, co pozwoliło nam nieco zidentyfikować ich misję.

Po Mszy i tańcach, ogólne przyjęcie we wspólnej sali, zorganizowane przez parafialne wspólnoty młodzieżowe. Po obiedzie Mundial i wielki smutek sióstr – Brazylia przegrała z Argentyną 0:1.

Wieczorem, po długim oczekiwaniu na przyjazd księdza, który miał nas zawieźć na zebranie «Foyers Chrétiens», gdy już zrezygnowani oglądaliśmy Mundial, zostaliśmy zaskoczeni wizytą świeckiego aktywu, który nas tam zawiózł.

Zebranie – choć z kilkugodzinnym opóźnieniem, które nikomu nie przeszkadzało, prowadzone było z wielką kulturą i w atmosferze modlitwy.

Porządek:
– Krótka prezentacja wspólnoty nowym księżom z parafii przez Sekretarza
– Krótkie sprawozdanie z wyjazdu do Kodjoboue w poniedziałek 4 czerwca przez Sekretarza
– Film video o objawieniach Maryi Dziewicy w Kibeho w Rwandzie
– Przygotowanie praktyczne i uczestnictwo w święcie nowożeńców.

Po zebraniu kolacja i specjały tutejszej kuchni.

Gościnność gospodarzy, obfitość i pikantność potraw pozostaną na zawsze w pamięci. Po serdecznych pożegnaniach wróciliśmy do domu.

Było to pierwsze spotkanie oficjalne z grupą zaangażowanych świeckich, których w parafii jest wiele; uświadomiło nam ono jak wiele pracy będzie wymagała animacja tych grup.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
6. Samochodowe klasyki
13 września 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFSzykując się do wyjazdu na Ukrainę, byłem przygotowany na fatalny stan dróg. Jednak te, przynajmniej w zachodniej części kraju, prezentują się już całkiem przyzwoicie. Tymczasem na uwagę zasługują nie tyle same drogi, a to, co po nich jeździ. Niekiedy można odnieść wrażenie, że człowiek znalazł się na planie zdjęciowym jakiegoś filmu z czasów późnego PRL-u. Widział ktoś z Was ostatnio jeżdżącą Wołgę albo Moskwicza? Tutaj to widok powszechny. Królowymi szos pozostają Łady (różne modele zbudowane na bazie Fiata 124 i 125). Niestety w Polsce nie da się tych cudów motoryzacji zarejestrować, bo nie spełniają norm unijnych. „Cudów”, bo często mają po 30, 40, 50 lat i ciągle jeżdżą! A jeśli coś jeździ, znaczy się jest zdatne do użytku i żadnych innych norm spełniać nie musi. A że trochę więcej pali i co kilka kilometrów trzeba dolać oleju? Mój samochód – mój problem, i o co tyle krzyku? W końcu żyjemy w wolnym kraju, prawda?

Że nowe samochody są bezpieczniejsze? Wypadków też nie zaobserwowałem tutaj więcej (wręcz przeciwnie), a porównując ich osiągi, śmiem zgłosić poważne wątpliwości.

P.S. Kolejny punkt do dopisania na liście marzeń: poprowadzić kiedyś jeden z takich klasyków.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VIII dzień: Uroczystość Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny
23 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Rano, w odświętnie przystrojonej kaplicy, Msza Święta Uroczysta z laudesami i krótkim wprowadzeniem w istotę święta.

Po śniadaniu udaliśmy się do parafii i do Domu Młodzieży «CARITAS», aby zobaczyć finał miejsko-parafialnych mistrzostw w pingponga. Jeden z nas wrócił szybciej, aby zająć się korespondencją, drugi zaś, jako że okazał się wierniejszym kibicem, pozostał (niestety – jak się później okazało – za długo).

Obiad uroczysty i smaczny, uszykowany nawet pod polsko-kartoflane gusta, na którym byli również księża z parafii, zakłócony został nieco spóźnieniem się misjonarza-kibica, który – rozegrawszy ponoć całkiem niezły mecz i usatysfakcjonowany kontaktami z parafianami – wrócił z iście afrykańską niefrasobliwą punktualnością.

Po obiedzie udaliśmy się gromadnie na latarnię morską, aby podziwiać widoki i zrobić kilka zdjęć. Panorama rzeczywiście piękna!…

Pod wieczór znowu mecze: w telewizji Mundial, Camerun-Columbia 2:1, i na żywo w parafii, poganie «contra» konwertyci (wynik nieznany, lecz zaciekłość świętej wojny). Wróciliśmy z niego brzegiem morza, tym razem wśród modlących się muzułmanów.

Nie obyło się oczywiście bez wygłupu, gdyż jeden z misjonarzy, chcąc być bardziej grzeczny, a widząc mężczyzn rozciągających koc i ustawiających się na nim, wziął ich za podmiejskich artystów przygotowujących się do występów, co nie pozwoliło mu przejść obojętnie, bez okazania swej podziwiająco-radosnej ciekawości. Dopiero po jakimś czasie, dzięki licencjatowi z misjologii i innym muzułmanom będącym już w trakcie modłów, odkrył ducha Mahometa.

Wieczór upłynął barwnie na Święcie Młodości w parafii. Razem z tłumem tubylców podziwialiśmy niesamowite występy tutejszych artystów. Zwłaszcza taneczne popisy baletów… W pamięci utkwił nam balet ministrantów, który przyprawiał o pisk i omdlewanie niewiasty oraz balet młodych dziewczynek.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
5. Marszrutki
30 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKrzysztof wyjechał właśnie na kilka dni do Polski po jakieś dokumenty, zabierając oczywiście nasz jedyny samochód. Biorąc pod uwagę, że kościół w Borysławiu znajduje się siedem kilometrów od naszego domu, komplikuje to nieco sprawę. Niby to nie koniec świata, ale piechotą między Mszami się nie wyrobię. Poza tym staram się jednak hołdować zasadzie: „Nie ma problemów, są wyzwania”. Nie chcąc więc niepotrzebnie niepokoić parafian (uczciwie muszę podkreślić, że ofiarowywali się z podwózką), postanowiłem przetestować słynne marszrutki, czyli rodzaj naszych podmiejskich busów.

Wyszedłem na przystanek sporo wcześniej, bo jedną z różnic w stosunku do Polski jest brak rozkładu jazdy… Nie czekałem nawet długo, natomiast stan techniczny pojazdu pozostawiał wiele do życzenia (na szczęście ja właściwie żadnych życzeń nie miałem – wręcz przeciwnie – i zakochałem się od pierwszego wejrzenia: ahoj przygodo!) Wehikuł co prawda posiadał wszystkie szyby w oknach i drzwi, czego z reguły nie da się powiedzieć o busach w Afryce (i dzięki Bogu, bo tam bardziej niż o cokolwiek innego chodzi o przewiew), ale drzwi akurat się zacięły i kierowca musiał wysiąść od strony kierowcy, okrążyć pojazd i otworzyć je „ręcznie”… I tak na każdym przystanku (facet zdecydowanie zasługiwał na napiwek)! Poza tym pojazd telepał niemiłosiernie, kopcił jak smok, a prędkość pod górkę (teren górzysty) nie przekraczała 20 km/h. Ale na miejsce dowiózł? – Dowiózł! I to się liczy. Koszt przejazdu 13 hrywien, czyli ok. 1,80 zł.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Jacek KobylińskiTegoroczna wiosna ma swoją specyfikę. Chłodno, mokro, wietrznie zarówno w kwietniu i maju. Ale za to roślinność bujna i kwiaty trzymają się długo...

Jacek KobylińskiW dniu 11 maja 2021 r. zmarł Leszek Czmoch (syn Marii Czmoch z domu Kobylińskiej). Leszek od najmłodszych lat był z Polinowem bardzo związany. Tutaj przyjeżdżał do dziadków, gdzie bawił się z polinowską dzieciarnią. Zawsze gdy tylko mógł wpadał aby razem poświętować, czy po prostu porozmawiać i powspominać. Był bardzo rodzinny i przez członków naszej rodziny bardzo lubiany...

Maciej Kobyliński9 maja odbył się jak co roku odpust ku czci św. Stanisława przy kościółku św. Stanisława. Wnętrze kościółka zostało w tym roku wyremontowane...

Spóźniona wiosna
marzec 2021 r.

Jacek KobylińskiPoprzednie sezony przyzwyczaiły nas do łagodnych zim i raczej wczesnych wiosen. W tym roku jest nieco inaczej. Zima najpierw zwlekała z rozwinięciem swoich uroków, ale potem zdążyła dokuczyć, a gdy już na dobre się rozgościła,to nie bardzo chciała ustąpić. W lutym wydawało się, że wiosna już blisko, a w marcu zrobiło się nieomal zimowo...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VII dzień: Uroczystość Serca Pana Jezusa
22 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Po uroczystej mszy porannej piesza przechadzka do parafii w celu ustalenia momentu przenosin.
Umiarkowanie w rwaniu się do pracy skłoniło nas do pozostania w cieniu siostrzanych ramion. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Domu Młodzieży «CARITAS», gdzie jeden ze sprawniejszych misjonarzy został wytypowany do rozegrania meczu pingpongowego z miejscowymi mistrzami, których sromotnie rozgromił, dzięki czemu nasz autorytet wzrósł niewymiernie.

Kontynuując nasz powrót szliśmy plażą, podziwiając jak murzyńskie dzieci łowią ryby. W pewnym momencie zaskoczył nas widok załatwiających się w bezpośredniej bliskości tubylców. Sposób wykonywania tych fizjologicznych potrzeb można było podzielić na styl: koński, koci i papuzi. Aby uniknąć przykrej przygody, wróciliśmy bezpieczniejszą drogą.

Wieczorem w kościele parafialnym wzięliśmy udział w koncelebrze ujętej w piękną tutejszą formę liturgiczną, co dla jednego z nas było pierwszym w życiu tego rodzaju przeżyciem, a następnie w nabożeństwie dla młodzieży z okazji „Święta Młodości”.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
4. Kolejny tydzień
16 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKolejny tydzień upłynął mi pod znakiem nieoficjalnych kolonii z Centrum Nauczania Języka i Kultury Polskiej w Drohobyczu (więcej o Szkole Polskiej można zobaczyć tutaj, zaś na TVP3 Rzeszów obejrzeć krótki reportaż).

Zaczęło się niewinnie, od prośby o poprowadzenie wieczornych modlitw… Do modlitwy doszła krótka katecheza… Później była również modlitwa poranna, a jeśli już modlitwa, to i poranna gimnastyka (nie od miesięcy, ale od lat obiecuję sobie, że wrócę do tego zwyczaju)… I śniadanie… I jeszcze kilka innych punktów programu, w których uczestniczyłem, jeśli tylko czas na to pozwalał. Dzieciaki całkowicie normalne i zasadniczo niczym nie odróżniające się od naszych. Największą rozrywką okazało się nie spotkanie z mistrzem świata w kickboxingu, Andriejem Szewczukiem, ale wizyta w supermarkecie, gdzie nakupiły chipsów, coli i słodyczy. Czyli klasyka (kto był na wyjeździe z dziećmi, ten wie). Może tylko fantazji mają nieco więcej: w akcie buntu przeciwko nocnej konfiskacie telefonów, poustawiały budziki co pół godziny, przez co opiekunowie w zasadzie nie zmrużyli oka (na ich miejscu chyba bym gówniarzerię pozabijał)…

Do mnie początkowo podchodziły z pewną dozą nieufności, ale mimo różnic językowych (większość mówi po polsku tak jak ja po ukraińsku) szybko udało nam się dogadać. A po tym, jak mogły wziąć aktywny udział we mszy św. (czytania, modlitwa wiernych, dzwonienie dzwonkami), było już z górki. Niektórzy po raz pierwszy byli w kościele, dlatego by ich zaciekawić, a nie wystraszyć, wstępem do liturgii była krótka gra terenowa. Całość działa się już wieczorem, było więc odpowiednio tajemniczo i niezwykle.

Na koniec usłyszałem pytanie, jak długo zostaję na Ukrainie. Odpowiedziałem, że raczej na długo. Z dyrektorką szkoły zaczęliśmy już robić przymiarki do katechezy w ciągu roku szkolnego.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
VI dzień
21 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Ranek jak zwykle.
Po śniadaniu oczekiwanie na obiad w błogostanie, który coraz pełniej nas ogarnia. Niezjełczałe jeszcze sumienia skierowały nasze intencje na pisanie listów do Polski, Francji i Italii, co zostało powstrzymane przybyciem kandydata do Zgromadzenia i rozmową z nim, a że jest to człowiek pojętny, rozmowa przeciągnęła się… później przyszli jeszcze inni, i tak przy kawie i bananowym cieście, zeszło do obiadu.

Dziś zawisło nad naszą misją śmiertelne niebezpieczeństwo. Tutejsza (chyba? klaretynka?) świecka, dziewczyna niezwykłej urody i powierzchowności, poszukująca pracy… przyrządziła obiad według tutejszych zwyczajów… i na wniosek jednego z bardziej zachwyconych misjonarzy przyjęła posadę w naszej przyszłej misji…

W miarę jednak konsumowania obiadu, zwłaszcza paprycznego sosu z krabami, uroda jej wzrosła w sposób niebezpieczny do tego stopnia, że decyzję zawiesiliśmy, szczególnie z obawy przed mającymi przybyć współbraćmi (oczywiście), których wizja, gdy ze zjeżonym włosem i tłustymi gębami rzucają się, by podziękować kucharce za smaczne jadło, zmusiła nas do przemyślenia tego kroku.

Dzień średnio-gorący, bez deszczu. Pod wieczór uroczyste Nieszpory do Uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Dwie dekady wirtualnego Polinowa!
9 lutego 2021 r., godz. 20:49

Bartosz Kobyliński Dawno, dawno temu, a konkretnie 9 lutego Anno Domini 2001 o godz. 20:49 czasu środkowoeuropejskiego, na liczącą sobie dokładnie trzy miesiące Listę Dyskusyjną Polinów dociera lakoniczna wiadomość, która targnęła całą ówczesną cyberprzestrzenią, a po odbiciu się szerokim echem po nielicznych jeszcze wówczas serwerach, jej pomruki w globalnej wiosce słychać po dziś dzień... Jej lapidarna treść niespodziewanie zwiastowała bowiem wzbogacenie się raczkującego jeszcze w Polsce Internetu o nową, nieznaną witrynę...

Jak co roku, w dniu 9 lutego nasz serwis www.polinow.pl obchodzi urodziny, na dodatek przypadające w Międzynarodowy Dzień Pizzy. W tym roku są to jednak urodziny nie byle jakie, gdyż właśnie świętujemy... pełne dwie dekady istnienia w globalnej sieci! Z okazji tej okrągłej rocznicy w pobliskiej pizzerii wypadałoby zatem zamówić co najmniej podwójny urodzinowy tort, a przynajmniej taki z podwójnym serem! Że o podwójnej ilości złotego trunku nie wspomnę, ale przy takiej okazji to już chyba oczywista oczywistość!

Przy okazji podsumowań warto by było przytoczyć chociażby wskazanie ogólnego licznika odwiedzin serwisu (unikalnych sesji) – a ten przekroczył właśnie... tak, tak, ponad ćwierć miliona wizyt!!! (a dokładnie: 257 686). Dziękujemy za tę imponującą liczbę i prosimy o jeszcze!
Mamy także nadzieję, że ta okrągła rocznica przyczyni się wreszcie do ukończenia strony o zamierzchłych początkach naszego serwisu, przy czym tu posuwamy się znacznie dalej, sięgając bowiem aż do lat 80. i wspominając początki naszej styczności z komputerami jako takimi...
Jednak jako że tort już stygnie, podsumowywać będziemy kiedy indziej, a tymczasem – Cowabunga! Chwila, chwila, może tak łaskawie ktoś najpierw zdmuchnąłby świeczki?

A jednak prawdziwa zima
styczeń 2021 r.

Jacek Kobyliński Niektórzy wieszczyli, że prawdziwych zim już niema i nie będzie. Faktycznie ostatnio były jakieś anemiczne. Ale w tym roku mamy prawdziwą polską zimę (przynajmniej na wschodzie). Były 20-to stopniowe mrozy była śnieżyca i podobno zima jeszcze w lutym nie odpuści...

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
3. Pierwszy tydzień
9 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF

2 VIII (niedziela)

Pierwsza niedziela na nowej parafii, a w zasadzie na dwóch. Nasz dom znajduje się przy kościele w Truskawcu. Drugi kościół, w Borysławiu, nie jest jednak kościołem filialnym, ale oddzielną jednostką duszpasterską, gdzie na stałe mieszkają Siostry Służebniczki (to do nich dzwoniliśmy z granicy i w ich klasztorze w Przemyślu mieliśmy spać). Do naszego przyjazdu parafiami opiekowali się Redemptoryści, którzy jednak ze względu na rewizję pozycji (coraz mniej powołań) zdecydowali się opuścić Ukrainę.

Przyszło więc nam odprawić trzy (!) msze: dwie w języku polskim (o 9:00 w Truskawcu i o 11:00 w Borysławiu) i jedną po ukraińsku (o 17:00 w Truskawcu). Tej ostatniej na szczęście przewodniczył o. Piotr – Redemptorysta. O przemęczaniu się nie było więc mowy, co po wczorajszych przebojach przyjęliśmy z niekłamaną ulgą. Po mszy o godz. 11:00 siostry (a w zasadzie jedyna obecna w tej chwili s. Teresa) zaprosiły nas na uroczysty obiad, a później, już w Truskawcu, w obecności dziekana – ks. Wojciecha Bukowca, nastąpiło przekazanie i podpisanie dokumentów dotyczących przejęcia przez nas parafii.

3 VIII (poniedziałek)

Tego dnia zarówno w Borysławiu o 17:30, jak i w Truskawcu o godz. 20:00 msze święte sprawowane są w języku Ukraińskim. Przed południem o. Piotr oprowadził nas jeszcze po Truskawcu, pokazując najważniejsze miejsca (najbliższy sklep, targ warzywny, sklep budowlany, mechanika samochodowego, supermarket). Po drodze wstąpiliśmy również do urzędu miasta: o. Piotr – by pożegnać się, a my – przywitać się z burmistrzem.

Popołudnie minęło nam pod znakiem nauki czytania mszału. Niezastąpioną pomocą wykazał się pan Stanisław – od 30 lat, a więc od początku istnienia parafii, kościelny i człowiek od wszystkiego. Na razie polega ono na składaniu literek w słowa (cyrylica). O składaniu słów w zdania mowy na razie być nie może. Po mszy świętej s. Teresa z kamienną miną, ale i figlarnym błyskiem w oku stwierdziła, że jeszcze nigdy nie doceniła tak bardzo wagi każdego słowa, które pada we mszy św. Szelma! Chyba ją lubię...

Po powrocie wybrałem się na zasłużony spacer i różaniec, po drodze zaopatrując się w 2,5 litrową flachę piwa na braterski wieczór.

4 VIII (wtorek)

O. Piotr niestety musiał nas opuścić, bo tego dnia kończyła się ważność jego dokumentów uprawniających do pobytu na Ukrainie i gdyby został dłużej, prawdopodobnie miałby problemy przy ewentualnym kolejnym wjeździe. Zostaliśmy więc sami, szybko aklimatyzując się do nowych warunków.

5 VIII (środa)

Wypad do Drohobycza do ks. Mirosława Lecha (to jego ludzie pomogli nam przekroczyć granicę) w celu ogarnięcia papierów, które trzeba złożyć. Ukraina to kraj biurokracji, choć trzeba uczciwie przyznać, że Polska czy Francja usilnie próbują dotrzymać jej w tej konkurencji kroku. Poznaliśmy panią Olgę Pawłowską – szefową Fundacji Św. Antoniego i twórcę Szkoły Języka Polskiego. To ona pomogła nam skompletować potrzebne dokumenty i sama zawiozła je do urzędu.

6 VIII (czwartek)

Przed Mszą w Borysławiu miało miejsce pierwsze spotkanie z ministrantami, po mszy natomiast z młodzieżą z Ruchu „Światło-Życie”, czyli tzw. „Oazą”. Grupa około kilkunastu osób stanowi plon siedmiu lat pracy, przede wszystkim sióstr.

7 VIII (piątek)

Ranek upłynął nam pod znakiem comiesięcznej wizyty u chorych. Nie ma może ich zbyt wielu (część ze strachu przed koronawirusem zrezygnowała z odwiedzin), ale za to rozrzuceni są po dość znacznym, i co gorsza nieznanym dla nas, terenie. Mnie w Borysławiu wszędzie pomogła dojechać s. Teresa. W przyszłym miesiącu jednak jej nie będzie i mogą być problemy...

Przy okazji można było zobaczyć, jak naprawdę żyją tu ludzie. Klimat trochę jak w Polsce w latach ’90-tych – od tamtej pory niewiele się tu zmieniło. Boczne drogi wołają o pomstę do nieba, ale najgorzej wyglądają blokowiska. Ponieważ jednak sam wzrastałem w takich właśnie klimatach, była to podróż raczej nostalgiczna, niż przygnębiająca.

8 VIII (sobota)

Pierwszy od naszego przyjazdu, spokojniejszy dzień. Po mszy w Borysławiu, z s. Teresą pojechaliśmy do jakiejś hurtowni w Drohobyczu po kwiaty. Wycieczka raczej krajoznawcza.

9 VIII (niedziela)

Dzień imprez: najpierw po mszy o 11:00 obiad u sióstr związany z pożegnaniem s. Krystyny, która następnego dnia miała wyjechać do Winnicy w centralnej części Ukrainy i przywitaniem s. Niny (obie rodem z Ukrainy), a po południu, z tej samej okazji, grill z młodzieżą i wczesnowieczorna nasiadówa u sióstr. Ile można!...

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
V dzień
20 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Noc z 19 na 20 czerwca była burzowa i burzliwa. Tropikalna ulewa z burzą rozszalała się nad Abidżanem, a w pokoju rozszalały się komary, burząc nasz błogi stan. Jeden z misjonarzy – pomimo ukończonego technikum budowlanego – tak zbudował moskitierę, że wszystkie komary były wewnątrz, bez możliwości wyjścia; misjonarz zaś wyszedł z tej przygody z poważnymi obrażeniami skóry i nerwów (około 100 ukąszeń).

Ranek jak zwykle. Po śniadaniu wyjazd na miasto.

Wstrząsający widok międzynarodowego dworca autobusowego pływającego w błocie i chaosie, przywrócił poprawne widzenie rzeczywistości. Byliśmy też w Prokurze i zapoznaliśmy się wstępnie z pomocami duszpasterskimi.

Następnie udaliśmy się do Ambasady Polskiej, którą po długich poszukiwaniach „na wyczucie” przez siostrę Szoferkę udało nam się w końcu – za niewielką opłatą policjanta – szczęśliwie odnaleźć. Murzyn, który otworzył bramę zwątpił, a następnie otworzył gębę, gdy jeden z nas zażądał spotkania z ambasadorem. Ambasadora nie było, ale zostaliśmy mile przyjęci przez jego zastępcę i zaproszeni do dalszych odwiedzin.

Po obiedzie spotkaliśmy się z François – kandydatem do naszego Zgromadzenia.

Następnie wyjechaliśmy na naszą przyszłą placówkę: Vridi. Zapoznaliśmy się ze stanem budowy domu, jego budowniczymi i problemami (natury finansowej). Wstąpiliśmy do kościoła, który będzie naszą świątynią parafialną, gdzie z radością wyraziliśmy naszą wdzięczność Bogu na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. W odpowiedzi na to usłyszeliśmy brzęk tropikalnego deszczu o blaszany dach, który – jak to siostra teologicznie stwierdziła – miał być znakiem błogosławieństwa. Po godzinnym oczekiwaniu na zakończenie tegoż znaku, pokropieni jego widzialnymi przejawami, wskoczyliśmy do samochodu i szczęśliwie dotarli do domu, gdzie po tradycyjnie dobrej kolacji obejrzeliśmy mecz Brazylia – Szkocja.

Szczęście mieliśmy podwójne: Brazylia wygrała 1:0, a deszcz zagłuszał przeraźliwy pisk kibicek. Tę nieopisaną radość siostry uczciły bananowym ciastem i ponczem na bimbrze, który – jak jedna z nich określiła – zawierał 100, 200, a może i 40% alkoholu (szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się chyba zbiec podczas godzinnego gotowania).

Dzień kończy się spokojnie ciągłym deszczem tropikalnym.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
2. Dzień wyjazdu
1 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF31 lipca, wraz z bratem Marcinem Kukusiem CMF (ekonomem naszej nowej wspólnoty) i dobytkiem spakowanym do czterech walizek, opuściliśmy Wrocław i pojechaliśmy do Łodzi. Tam spotkaliśmy się z o. Krzysztofem Łabędziem CMF (proboszczem) i w sobotę (1 sierpnia) ruszyliśmy w stronę ukraińskiej granicy. Już na początku zaliczyliśmy spore opóźnienie, które w połączeniu z ogólnym brakiem pośpiechu już niebawem miało okazać się niemal tragiczne w skutkach.

Kiedy dojechaliśmy do przejścia granicznego w Medyce było po 16:00. Od Polskiej celniczki dowiedzieliśmy się o kwarantannie, jaką o godzinie 15:00(!) ogłosiła Ukraina dla wjeżdżających z Polski. Pojechaliśmy jednak dalej, ufni, że nasze długoterminowe wizy załatwią sprawę. Nie załatwiły...

Zostaliśmy poproszeni o ukraińskie numery telefonów w celu założenia aplikacji do śledzenia przestrzegania kwarantanny. Żaden z nas takiego numeru nie miał (nie do kupienia w Polsce), wobec czego kazano nam zawrócić. Na pytanie, czy może gdzieś tutaj można kupić startery do telefonów, usłyszeliśmy, że nie...

Zjechaliśmy na bok i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej, wydzwaniając do kogo tylko się dało. Co chwilę rwał się zasięg, zarówno telefonii komórkowej, jak i internetu. Zadzwoniliśmy do sióstr z naszej nowej parafii, one z kolei do innych osób w celu dowiezienia nam ukraińskich starterów. Ojciec Prowincjał, poinformowany o naszych problemach, znacznie podniósł nas na duchu stwierdzając, że w Warszawie ani w żadnym innym z naszych domów w Polsce nikt na nas nie czeka i żebyśmy nawet nie myśleli o powrocie...

W końcu, podobnie jak dziesiątki innych podróżujących, zawróciliśmy, zamierzając jechać do sióstr do Przemyśla, gdzie mieliśmy już umówiony nocleg. Dzięki zrządzeniu Boskiej Opatrzności utknęliśmy jednak w korku między granicą ukraińską a polską.

Jakieś dwie godziny później, tuż przed ponownym wjazdem do Polski, ktoś zapukał w szybę samochodu i wręczył nam ukraińskie karty do telefonów. Dzięki uprzejmości polskich celników znowu udało się nam zawrócić. Tym razem nikt nawet nie zapytał o numery telefonów… Czy to sprawa cudownie olewczego stosunku do przepisów celnika, kilku słów szepniętych przez kogoś komu trzeba, czy zwyczajny cud – do dzisiaj nie mam pojęcia. Wszyscy parafianie z księdzem dziekanem oczekiwali nas w Truskawcu na uroczystej Mszy o 20:00, ale plany te spełzły oczywiście na niczym. Uczciwie się jednak za nas modlili, więc może to ich zasługa? W każdym razie po blisko sześciu godzinach nerwów, udało nam się wjechać na Ukrainę bez nakazu dwutygodniowej kwarantanny. Allahu Akbar.

Bynajmniej nie był to jednak koniec naszych problemów...

W tzw. międzyczasie zrobiło się ciemno. W Polsce zdążyliśmy odwyknąć już od dziur w asfalcie, kiepskiego oznakowania dróg i innych niespodzianek. Dochodziła północ, kiedy tuż przed wjazdem do Truskawca, na środku drogi wyłoniła się przed nami betonowa zapora, którą w ostatnim momencie udało się nam wyminąć. Rzekłbym: egzotyka na całego! Dalej, jadąc według wskazań GPS-u, dwieście metrów od domu, skręciliśmy w uliczkę jednokierunkową. Policyjne koguty zabłysły niebieskim światłem i zawyła syrena...

Negocjacji z policją podjął się Krzysztof. Nie wiem jak to zrobił (z tego co udało mi się ustalić, on chyba też nie), ale chyba dzięki skomplikowanej sytuacji językowo-dokumentacyjnej (Krzysiek pracował wcześniej na Słowacji i w Czechach i za bardzo nie wiadomo skąd jest, gdzie mieszka i jakim językiem włada), skończyło się na upomnieniu.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy do domu, przywitał nas o. Piotr Wiśniewski CSsR – ostatni z Redemptorystów, który pozostał na miejscu, by przekazać nam opiekę nad parafią.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Toporowski dwór wraz z parkiem wreszcie idzie pod młotek!
grudzień 2020 r.

Bartosz KobylińskiPo dekadach stagnacji i popadania w kompletną ruinę, założenie dworsko-ogrodowe w Toporowie wreszcie ma szansę na odzyskanie choć części dawnego blasku. Nieruchomość od 1992 r. jest własnością Miasta i Gminy Łosice, i choć znajduje się pod nadzorem konserwatora zabytków, to wygląda jakby już wieki temu zapomniał o niej świat. Co prawda samorząd kilka razy próbował już pozbyć się tego kłopotliwego majątku, niestety jak dotąd bezskutecznie. Opisana dosyć szczegółowo na łamach naszego serwisu, trwająca latami przepychanka administracyjna znalazła jednak wreszcie swój koniec po śmierci ostatniego ze spadkobierców. To pozwoliło już bez przeszkód ogłosić przetarg na sprzedaż nieruchomości. Cena wywoławcza nieruchomości (8,15 ha gruntów oraz budynek dworu w stanie ruiny) wynosi 490.155 zł brutto. Pełna treść ogłoszenia znajduje się pod tym adresem.

Miejmy zatem nadzieję, że transakcja przerwie wreszcie klątwę rzuconą przez żonę jednego z dawnych właścicieli majątku, a zamurowany "fatalny kamień węgielny" nie stanie się przeszkodą w odbudowie świetności tego przybytku... Jak potoczą się dalsze losy tego niegdyś urokliwego, ale i tragicznego miejsca dowiemy się już wkrótce, a nam pozostaje liczyć na owocną współpracę z przyszłym właścicielem!

Kolejny dzień z "Pamiętników Misjonarzy":
IV dzień
19 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMFWstanie: 6:00
Modlitwy, msza św.: 6:30
Śniadanie: 7:15

Po raz pierwszy tego dnia, przynajmniej czasowo, nie odczuwamy gorąca. Także w nocy, śpiąc w przeciągu bez pidżamy i przykrycia, nie było duszno; uczucie to jest rzadkie i dziwne, do odczuwania chłodu jednak daleko. Przed obiadem, w czasie spaceru brzegiem oceanu, około 10 m od linii wody, zostaliśmy dotknięci wyższą falą, która zmoczyła nas swą pianą zmieszaną z morskim piaskiem.

Pomni na przestrogi doświadczonych misjonarzy na temat inkulturacji i wyliczane bez końca cnoty misjonarza: cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość... ćwiczymy się w nich pilnie i aż do upadłego (na łóżko oczywiście), a inkulturacja w tutejszą atmosferę błogiego o...nia (np. oczekiwania) przebiega – wbrew oczekiwaniom najwyższych przełożonych – pomyślnie; do pracy nie palimy się, ale wewnętrzny zapał zawsze będzie można rozdmuchać.

Dziś mieliśmy pierwszy kontakt z Europą: telefon z Rzymu od Prowincjalnej Sióstr Klaretynek; słyszalność ok. 1%.

Wspólna modlitwa w kaplicy głęboko przeżywana, kolacja w rodzinnej atmosferze i Mundial w telewizji (Italia – Czechosłowacja 2:0) kończą ten spokojny dzień.

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
1. Przed wyjazdem
kwiecień – lipiec 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Ukraina zaczęła się dla mnie 19 kwietnia 2020 roku, a więc w samym środku wybuchu pandemii koronawirusa, i gdyby przed tym dniem ktoś powiedział mi, że za kilka (a dokładniej 3,5) miesiąca znajdę się tu stałe, pewnie bym go wyśmiał. To kolejny dowód na to, że Pan Bóg ma swoje sposoby na opornych...

Siedziałem sobie właśnie w kaplicy zakonnej we Wrocławiu, pytając Pana Jezusa, co będzie z naszym Duszpasterstwem Akademickim po "narodowej kwarantannie". Naprawdę mam nadzieję być kiepskim prorokiem, ale uważam, że ośrodki akademickie jako pierwsze, ale wcale nie jedyne, doświadczą kryzysu związanego z brakiem ludzi w Kościele. Nie chodzi mi oczywiście o załamywanie rąk – wręcz przeciwnie! Ala ja akurat nie bardzo miałem pomysł, jak temu przeciwdziałać.

Nagle przyszło mi do głowy, że może to nie ja mam mieć pomysły. Co to, moje Duszpasterstwo? Chrystusowe przecież! To niech On się martwi. Poza tym od jakiegoś czasu łapałem się na tym, że coraz mniej rozumiem studentów, a Prowincjał od kilku miesięcy szuka osób, które chciałyby rozpocząć nową misję na Ukrainie – a konkretnie w Truskawcu, w obwodzie lwowskim.

O Ukrainie co prawda wiedziałem tyle co nic, ale zawsze kojarzyła mi się z otwartymi ludźmi (czasami aż za bardzo), trudną historią i nieskażoną (no, może poza okolicami Czarnobyla) przyrodą. Zresztą rozważania te były czysto teoretyczne i byłem pewien, że któreś sito rozeznania na pewno je zatrzyma.

Pierwszym z owych sit był telefon do mamy, która mocno przeżywała mój pięcioletni pobyt na na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a ja nie chciałem dodawać jej zmartwień.

Mamo, co byś powiedziała, gdybym chciał wyjechać na misje? – zapytałem bez zbędnych wstępów.
Gdzie?! – zapytała rzeczowo.
Na Ukrainę.
Nastąpiła chwila milczenia.
Do Amazonii – to po mojej śmierci, ale na Ukrainę możesz jechać...

Drugim sitem był telefon do Prowincjała ze zgłoszeniem swojej kandydatury. Towarzyszyło mu przekonanie, że i tak nigdzie nie pojadę, bo przecież na miejscu jestem "niezastąpiony"... Okazało się inaczej...

No i zaczęły się przygotowania, podczas których Pan Bóg jakby dawał znaki, że to On wybrał dla mnie tę drogę. Jakoś tak udawało mi się szybko pozamykać różne sprawy, które ciągnęły się za mną od dawna, zrealizować zaległe plany, wyrobić wymagane dokumenty itd., że miałem coraz mniej wątpliwości. Dla lepszego zobrazowania tego, co się działo powiem tyle, że w zasadzie jedyną rzeczą, jakiej nie zdążyłem zrobić przed wyjazdem, był lot szybowcem... Resztę sami sobie dopowiedzcie.

Największym wyzwaniem okazało się pakowanie. Ubóstwo zakonne ma to do siebie, że wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu, jaki spędza się w jednym miejscu. Moje zdążyło urosnąć do całkiem pokaźnych rozmiarów i gdyby nie pomoc rodzonego brata, który większość książek wywiózł do rodziców (żadna biblioteka nie chce dziś przyjmować książek) i kilka kartonów pozostawionych we Wrocławiu, nie poradziłbym z nim sobie.

W końcu przyszedł czas na pożegnania, które z uwagi na wyjazd w trakcie wakacji rozciągnęły się na cały miesiąc i ostatecznie odbyły bez zbędnej pompy. Oto otwierały się przede mną nowe horyzonty.

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Maciej KobylińskiW czasie kampanii napoleońskiej 7 listopada 1812 r. doszło do 3-godzinnej bitwy w okolicy polinowskich stawów. Atakujący miasto około 3-tysięczny oddział kozaków, pod dowództwem gen. Iwana Witta, powstrzymał major Józef Rzodkiewicz i zajmując groblę na polinowskich stawach, odrzucił ich do lasu chotyckiego....

Jacek KobylińskiW listopadowym numerze miesięcznika "Dobre rady" ukazał się artykuł o Polinowie. Poniżej fragmenty:...

Rodzinne Muzeum Misyjne
październik 2020 r.

Jacek KobylińskiW październikowym numerze tygodnika "Echo katolickie" ukazał się artykuł o Rodzinnym Muzeum Misyjnym na Polinowie. Oto jego treść:...

Sesja fotograficzna
wrzesień 2020 r.

Jacek KobylińskiU schyłku lata odbyła się na Polinowie sesja fotograficzna dla potrzeb własnych i na użytek kolorowej prasy. Będzie o nas artykuł w miesięczniku "Dobre Rady"...

Wakacje
wrzesień 2020 r.

Jacek KobylińskiNiestety wakacje minęły i były one inne jak zazwyczaj. Z wiadomych powodów plany wojaży trzeba było odłożyć na przyszłe lata. Ale nie ma co narzekać i tak było fajnie...

Kresowe depesze Ojca Wojciecha:
0. Nowe otwarcie
1 października 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Dawno, dawno temu, bo w roku 2009, wyjechawszy na Wybrzeże Kości Słoniowej zacząłem pisać „Depesze Ojca Wojciecha” – z założenia raczej głupawe i krótkie teksty o życiu misyjnym. Mimo powrotu do Polski w 2014 r., nigdy na dobre ich nie porzuciłem, bowiem przywiozłem ze sobą kilka książek z afrykańskimi legendami, które ciągle czekają na tłumaczenie... Na przeszkodzie stoi jednak brak czasu i samozaparcia.

Misje, obojętnie w jakim kraju, wywierają na człowieku swoje piętno. Pozytywne czy negatywne – nie mnie to oceniać. Trudno to wyrazić słowami, ale zasadniczo łatwiej dogaduję się ze współbraćmi, którzy zakosztowali życia poza granicami Polski (nie mylić z podróżami), niż z tymi, którzy znają tylko polską recepcję Kościoła Chrystusowego. Może zwyczajnie trudno nam się później w niej odnaleźć? A może to sprawa indywidualnego powołania każdego z nas? A może gadam głupoty (taką możliwość również warto wziąć pod uwagę)?

W każdym razie w moim życiu przyszedł czas na otwarcie nowego misyjnego rozdziału, któremu na imię Ukraina. Ktoś powie: „E tam, Ukraina to nie Afryka. Tam w ogóle nie jest egzotycznie!”.

Czyżby? Posłuchajcie...

zobacz poprzednie kresowe depesze...

Maciej Kobyliński22 sierpnia obchodziliśmy nie byle jaką rocznicę, bo 70-tkę Dziadka Jacka. Najpierw świętowaliśmy na Polinowie, a później przenieśliśmy się do pobliskiej "Gospody u Olka"...

Radca Prawny Grzegorz Kobyliński - Siedlce

. .
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy