strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Depesze Ojca Wojciecha

Anno Domini 2017

4 (120). Baśnie i legendy afrykańskie
Część IX: Donh i brodaty kamień
3 marca 2017 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFŻył kiedyś człowiek bardzo łakomy, głupi i złośliwy. Nazywał się Donh Neungbeu. Pewnego dnia przechadzając się po buszu, pośrodku lasu zobaczył zwisający z gałęzi, wielki, brodaty kamień. Zaskoczony wykrzyknął:

– Czy świat stanął na głowie? Cóż to jest? Brodaty kamień?

Zaledwie skończył wypowiadać te sowa, gdy kamień spadł mu na głowę. Po uderzeniu kamień wrócił na swoje miejsce, a Donh do wioski, z wielkim guzem na głowie.

Następnego dnia Donh wziął ze sobą aguti (rodzaj dużego gryzonia, nieco podobnego do zająca) i poszedł na miejsce, gdzie zwisał brodaty kamień. Zatrzymał się i z daleka wskazał go towarzyszowi. Ten nie potrafił powstrzymać okrzyku zdumienia:

– Co? Brodaty kamień…?

Nie dokończył jednak wyrażać swego zdziwienia, bo brodaty kamień spadł mu na głowę i aguti zemdlał. Donh rzucił się na niego, zabił i zabrał do siebie, by go zjeść. Następnego dnia przyszła pora na łanię, a później na gazelę... W ten sposób Donh wybił prawie wszystkie zwierzęta w buszu. W lesie nie pozostał już nikt poza zającem. Donh zaczepił go pewnego popołudnia:

– Zającu, mój przyjacielu, chcesz zobaczyć coś niezwykłego?

– Parę niezwykłych rzeczy już widziałem – odpowiedział wymijająco zając.

Ale Donh nie pozwolił mu opowiedzieć, co też takiego niezwykłego mógł widzieć, stwierdzając tylko, że na pewno kłamie. Jedyną bowiem niezwykłą rzeczą, jaką widział Donh, był brodaty kamień. Namówił jednak w końcu zająca, by udali się na miejsce, gdzie się znajdował. Donh postąpił z nim jak i w przypadku innych zwierząt: zatrzymał się i z daleka wskazał kamień palcem. Zając zauważył go, ale powstrzymał się i odpowiedział bez entuzjazmu, że widzi to, co on, ale nie dostrzega w tym niczego niezwykłego.

– Jak to? Widzisz to, co ja i nic nie mówisz?

Ujrzenie brodatego kamienia nie było jednak niebezpieczne, jeśli tylko nie wypowiedziało się jego nazwy. Donh próbował zatem sprowokować zająca, by ten powiedział: brodaty kamień.

– Zapomniałeś języka w gębie? Jeśli widzisz tę rzecz, powiedzże coś! – nalegał.

Zając pozostał niewzruszony. Donh zdenerwował się w końcu i krzyknął:

– Patrz, przecież to brodaty kamień!

Gdy tylko wypowiedział te słowa, kamień zwalił się na niego z wielkim impetem i Donh padł bez czucia. Zając w mig wszystko zrozumiał. Zostawił Donha i oddalił się stamtąd.

Przechodziła tamtędy boga, mrówka-grabarz. Zlitowała się nad niemogącym wrócić do siebie Donhem i postanowiła zanieść go do domu. Mrówka ta wydzielała jednak bardzo nieprzyjemny zapach i przez całą drogę Donh narzekał, mówiąc:

– Boga, pomagasz ludziom, ale przy tym śmierdzisz nieprawdopodobnie!

Od tego czasu w plemieniu Yacouba, gdy ktoś oddaje ci przysługę i chce czegoś w zamian, mówi się, że jest „boga”.

Morał: Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada.

Jedno pytanie nie daje mi spokoju: czym do ©µº¡¢®¥ jest „brodaty kamień”? (franc. caillou barbu) (przyp. tłumacza).

Na podstawie: Latilette (Tilé Yvonne), "Contes et légendes Dan", t. 1, Abidjan 2013.
Z języka iworyjskiego tłumaczył: o. Wojciech Kobyliński CMF.

3 (119). Baśnie i legendy afrykańskie
Część VIII: Kamienni ludzie z Soutilé
18 lutego 2017 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Działo się to w zamierzchłych czasach. Mieszkańcy Soutilé uważani byli za najmniej gościnny lud na ziemi. Podróżni, którzy mieli nieszczęście przybyć do ich wioski nocą mogli być pewni, że będą spać pod gołym niebem i z pustym żołądkiem. Przybywając za dnia, nie mieli wiele więcej szczęścia. Soutilé było bogate, ale mieszkańcy woleli wyrzucić do śmieci to, co im zbywało, niż dać jeść zgłodniałym wędrowcom.

Pewnego popołudnia ci ludzie bez serca ujrzeli młodzieńca w łachmanach, pokrytego od głowy do stóp wielkimi ropnymi wrzodami, który zmierzał w kierunku ich pięknej miejscowości. W lewej ręce trzymał żebraczą miskę, w prawej pęk liści do odganiania roju zielonych much, który go otaczał. Wszyscy ci, którzy spotkali go na swojej drodze, zatykali nosy, ponieważ rozsiewał wokół zapach zgnilizny i padliny.

Człowiek ten chodził od domu do domu, prosząc o kubek wody, trochę jedzenia i, jeśli to możliwe, schronienie na noc. Ale wszędzie, gdzie się pojawił, podpuszczane przez rodziców dzieci wyśmiewały go i obrzucały kamieniami. Wszędzie, oprócz ostatniego obejścia, gdzie przyjął go pewien mężczyzna ze swoją żoną. Z pomocą najstarszej córki, matka rodziny umyła go dokładnie szarym mydłem i opatrzyła jego wrzody. Dano mu do dyspozycji osobną izbę i duży koc do okrycia. Ale wbrew oczekiwaniom, obcy nie chciał spędzać nocy w Sautilé. Jeszcze bardziej zaskakująca była prośba, którą skierował do gospodarzy, którzy go u siebie przyjęli:

– Odchodzę – powiedział, – ale chcę was prosić o wielką przysługę: jeszcze tej nocy, zanim kogut zapieje, opuśćcie wioskę ze wszystkimi waszymi krewnymi i przyjaciółmi.

Każde z nich, ojciec i matka, udało się, by ostrzec innych mieszkańców wioski, ale nikt nie chciał do nich dołączyć. Odeszli więc, zabierając ze sobą jedynie sześcioro dzieci – cztery córki i dwóch synów. Następnego dnia, gdy wzeszło słońce, wszyscy mieszkańcy Sautilé zostali zamienieni w kamienie i cmentarna cisza okryła wioskę.

Mówi się, że wioska z ludźmi z kamienia istnieje po dziś dzień, gdzieś w kraju Tanoessou, co oznacza region dorzecza rzeki Tanoé. U nas wszyscy o niej wiedzą, wszyscy o niej mówią, ale nikt jej nie widział, ponieważ jest to zaklęta wioska. Soutilé – miasto przeklęte.

Morał: W każdym przybyszu jest obecny Bóg. Otwórz przed nim drzwi twojego domu i twego serca.

Na podstawie: François-Joseph AMON D’ABY, "La mare aux crocodiles, Contes et légendes populares de Côte d’Ivoire", Abidjan 1992.
Z języka iworyjskiego tłumaczył: o. Wojciech Kobyliński CMF.

2 (118). Baśnie i legendy afrykańskie
Część VII: Mamé i jego bracia
4 lutego 2017 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFDawno, dawno temu żyło siedmiu braci: Ule, Kpan, Mekeu, Dua, Ble, Deli i Mamé. Byli sierotami i nie wiodło im się w życiu. Pewnego dnia, by odpędzić prześladującego ich pecha, sześciu starszych postanowiło złożyć w ofierze najmłodszego - Mamé. Nazajutrz wrzucili go do worka, zawiązali i ruszyli nad świętą rzekę. Na skrzyżowaniu dróg zobaczyli mnóstwo rosnących w okolicy grzybów. Chwilowo zapomnieli więc o celu swojej wędrówki i zbierając je, oddalili się od drogi. Mamé zaczął się szamotać w worku, gdy opodal przechodził bogaty kupiec.

– Co to jest? – zainteresował się.
Chłopiec, który dzięki obcemu akcentowi rozpoznał przybysza z odległych stron, powiedział:
– Moi bracia towarzyszą mi w podróży do dalekiego kraju, gdzie potrzebują młodzieńca takiego jak ja, by uczynić go swoim królem. Ale ja tego nie chcę. To dlatego mnie uwięzili.
– Dziecko, czyś ty zwariowało?
– odpowiedział kupiec. – Nie chcesz zostać królem? Jestem handlarzem materiałów i idę właśnie do waszej wioski. Weź więc mój towar, a ja pozwolę, by uczynili mnie królem. Zgoda?
– Zgoda
– odpowiedział Mamé.
Kupiec pospiesznie uwolnił chłopca i zajął jego miejsce w worku. Mamé porządnie go zawiązał i zabrał towar.

Gdy bracia wrócili na drogę, znaleźli swój pakunek. Nie zwrócili uwagi na to, że ten stał się znacznie cięższy. Szli rozmawiając na temat swojego młodszego brata:
– W ogóle nas nie szanujesz. Dzisiaj będziesz tłumaczył się przed potworami świętej rzeki. Jesteś bardzo niegrzeczny, dlatego w ogóle nie jest nam żal złożyć dzisiaj z ciebie ofiarę.
Kupiec, który zrozumiał swoje położenie, zaczął się rzucać i krzyczeć. Starał się przy tym tłumaczyć, że nie jest ich bratem Mamé, ale wszystkie jego wysiłki wywołały jedynie śmiech.
– Chce sobie z nas zakpić, podszywając się pod kupca – powiedział jeden.
– Nie damy się zwieść tak łatwo – dodał drugi.
Gdy przybyli nad rzekę, wrzucili kupca do wody i wrócili do wioski.

Tymczasem ich młodszy brat udał się w przeciwnym kierunku i z czasem sam stał się bogatym kupcem. Po kilku latach w obcych stronach powrócił do rodzinnej wioski. Jego bracia, widząc wszystko to, co ze sobą przywiózł (krowy, kozy, owce, ubrania, biżuterię itd.) przyjęli go z wielką pompą. Każdy z braci i wszystkie ich dzieci otrzymało prezent. Podczas powitań Mamé dawał do zrozumienia, że zmartwychwstał. Powiedział swoim braciom, że uratowali go ich rodzice i przodkowie. Ci uwierzywszy wyrazili życzenie, by również zwiedzić królestwo zmarłych. Mamé odpowiedział, że aby złożyć wizytę ich dziadom, każdy z nich musi zaopatrzyć się worek i solidny sznur, a następnie udać się nad brzeg świętej rzeki. Resztą miał zająć się sam. Każdy zrobił to, co polecił Mamé.
Nad brzegiem rzeki, po zakończeniu wiązania worków z braćmi w środku, Mamé powiedział:
– To nie mnie wrzuciliście kiedyś do świętej rzeki, ale pewnego kupca. To dzięki materiałom, które sprzedawał, a które zabrałem, jestem dzisiaj bogaty. A teraz pożegnajcie się, bo za chwilę umrzecie.
Jego bracia zaczęli płakać i błagać go, by darował im życie. Ten zlitował się nad nimi i przebaczył złe postępowanie. Zamiast wrzucić ich do rzeki, rozwiązał po kolei. Szczęśliwi z takiego obrotu sprawy bracia porwali Mamé na ramiona w geście triumfu i wydali wielką ucztę na jego cześć.

Morał: Nie należy odpłacać pięknym za nadobne.

Na podstawie: Latilette (Tilé Yvonne), "Contes et légendes Dan", t. 1, Abidjan 2013.
Z języka iworyjskiego tłumaczył: o. Wojciech Kobyliński CMF.

1 (117). Baśnie i legendy afrykańskie
Część VI: Pierwszy mieszkaniec ziemi
21 stycznia 2017 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFChoć od mojego powrotu z Afryki minęło ponad dwa lata, a w międzyczasie zdążyłem już zmienić miejsce posługi z Łodzi na Wrocław, na półce ciągle stoi kilka książek z afrykańskimi podaniami, baśniami i legendami, stanowiąc niemy wyrzut sumienia przy każdym ścieraniu kurzu. W końcu doszedłem do tego momentu, gdy odkładanie rzeczy na później, kiedy to czas będzie odpowiedniejszy, stało się aż nazbyt oczywistym oszukiwaniem samego siebie. Mój francuski zdążył w tym czasie już troszkę zardzewieć, co tylko potwierdza słuszność decyzji o zabraniu się do tłumaczenia afrykańskiej literatury baśni. Oto więc kolejna po długiej przerwie „depesza”, a w niej kolejna afrykańska legenda. Posłuchajcie:

Gdy Bóg stworzył człowieka i zwierzęta, był nimi tak zachwycony, że postanowił pozostać wśród nich – by rozsądzać małe i duże waśnie oraz podtrzymywać między nimi podstawy prawdziwego braterstwa, to jest sprawiedliwość, pokój i zgodę. Niestety stworzeniom daleko było do pokojowego nastawienia ich Stwórcy. W rezultacie nie było dnia, by kura nie skarżyła się na sępa, owca na hienę, antylopa na lwa itd. I tak Bóg spędzał większość swego czasu na wysłuchiwaniu skarg, sądzeniu konfliktów, godzeniu nieprzejednanych nieprzyjaciół...

Stwarzanie jest dziełem ciągłym, a kierowanie nim wymaga nieustannej uwagi, dlatego Bóg zmuszony został w końcu wycofać się do nieba, by móc sprawować tę funkcję w całkowitym spokoju. Przed opuszczeniem swoich poddanych zaprosił ich, by zebrały się w jego obecności i wybrały swojego reprezentanta, który będzie odtąd zaprowadzał sprawiedliwość w jego imieniu. Zaskoczone i zbite z tropu zwierzęta przystały jednak na propozycję człowieka, by dać sobie osiem dni, które wykorzystają na zastanowienie się nad sposobem wyboru.

Rankiem dziewiątego dnia na olbrzymim dziedzińcu Bożego Sądu odbyło się najbardziej demokratyczne zebranie, jakie kiedykolwiek widziano. Po kolei, wszelkie stworzenie z człowiekiem na czele, wchodziło na mównicę, by zgłosić lub poprzeć czyjąś kandydaturę. Człowiek, zabierając głos jako pierwszy, wygłosił mowę przepełnioną inteligencją i godnością. Po przypomnieniu, że to z powodu cierpliwości Bóg opuścił swoje stanowisko, a jednocześnie kładąc akcent na jego wyjątkową wagę, nasz przodek podsumował:
– Następca Boga nie może być ani największy, ani najsilniejszy, by nie dał się zwieść swojej wadze czy sile i nie zaczął deptać słabszych, a w końcu nie zaprowadził dyktatury. Nie powinien również być najmniejszy lub najsłabszy, ponieważ mały i słaby nie znajdzie posłuchu, niezbędnego by zaprowadzić sprawiedliwość. Według mnie reprezentant Boga musi łączyć inteligencję, cierpliwość, zdolność do rozumienia i łączenia faktów z niezależnością charakteru i całkowicie obiektywnym osądem. Nie popadając w zarozumiałość, wszystkie te cechy naraz posiadam jedynie ja sam i Bóg dobrze o tym wie.

Ten wywód naszego przodka bardzo nie spodobał się słoniowi, lwu i panterze, ale również mrówce. Wówczas odezwał się szympans:
– Zgadzam się – zauważył – że cierpliwość, mądrość i bezstronność są cechami dobrego sędziego. Ale jeśli jest między nami ktokolwiek zupełnie ich pozbawiony, jest nim człowiek. W jaki sposób zamierza bronić nas przed samowolą i niesprawiedliwością, kiedy on sam znajduje przyjemność w zabijaniu biednych niewiniątek? Czy muszę przypominać liczne procesy wytaczane przeciwko niemu przed Bogiem przez kurę, barana czy krowę o wymordowanie ich rodzin?
– Pożarł wszystkie moje dzieci
– oskarżała kura.
– Zabił i zjadł mojego ojca – wzdrygnął się baran.
– Wymordował moje dzieci zaraz po zabójstwie ich ojca – dodała krowa.
Nawet ryba ośmieliła się dodać:
– Osacza mnie z każdej strony i sama już nie wiem, co robić by umknąć przed jego śmiertelnie skuteczną pomysłowością.

Przywołanie tylu bolesnych wspomnień spowodowało szlochy i łzy. W jednej chwili nastrój tego pamiętnego spotkania stał się niezwykle bolesny i ciężki. Wystąpienie szympansa wywarło mocne wrażenie na słuchaczach. On sam opuścił mównicę bez wysunięcia konkretnych propozycji, przekonany jednak, że żadne ze zwierząt nie zagłosuje na człowieka.

Następnie głos w debacie zabrał zając. Przypomniał on zasadę, według której ziemia należy do tego, kto pierwszy ją zajął i zasugerował, by zadanie najwyższego sędziego przyznano najstarszemu mieszkańcowi naszej planety, czyli temu, kto dostarczy dowód na to, że istniał już wtedy, gdy Bóg stwarzał wszystko, co porusza się i oddycha. Ta propozycja została przyjęta z tą większą skwapliwością, że jej autor nie kandydował na wakujące stanowisko.

Z wyjątkiem zająca, gazeli, ryb i zwierząt wodnych, jedne po drugich, boskie stworzenia wstępowały na mównicę, by próbować udowodnić swoje pierwszeństwo. Nikomu jednak nie udało się przekonać zebranych. W końcu głos zabrał lew. Jego przemówienie było bardzo długie i zawiłe, ale starano się wysłuchać je do końca. Podczas przemówienia szympans ponad sto razy chrząkał, sowa ziewała raz za razem kłapiąc dziobem, a mucha zacierała ręce tak długo i mocno, że na koniec wystąpienia lwa miała zakrwawione dłonie. Zaskoczone zwierzęta patrzyły jedne na drugie, nie śmiąc wyrazić swojej zgody czy dezaprobaty. Po raz kolejny w zgromadzeniu zapadło ciężkie milczenie.

Znowu to zając uratował sytuację, rzucając pytanie:
– Ojcze lwie, nigdy nie widziano, byś jadł trawę. Czym więc się żywiłeś, zanim Bóg stworzył inne zwierzęta?
– O to samo chciałam go zapytać
– zauważyła antylopa.

Gdy odrzucono kandydaturę lwa, głos zabrał dzioborożec, który już na wstępie oznajmił:
– Spośród wszystkich tu zebranych, tylko ja byłem przy stworzeniu świata i zaraz to udowodnię. Najpierw musicie wiedzieć jednak, że na początku wszędzie była woda. Jedynymi żywymi istotami była moja matka i ja. Kiedy moja matka umarła, nigdzie nie było nawet najmniejszego skrawka lądu, by ją pochować. Byłem zatem zmuszony rozłupać swoją czaszkę, by tam ją pogrzebać. To wyjaśnia ten ogromny guz, który widzicie na mojej głowie.

Nikt nie znajdował odpowiedzi – ani z reguły bystry zając, ani nasz przodek, który zniechęcony swoją porażką już na samym początku, okazał obojętność. Nie pozostawało więc nic innego, jak ogłosić dzioborożca prawowitym reprezentantem Boga-Stwórcy. W tym jednak momencie cyweta (dziki kot afrykański) zgłosiła nieobecność kameleona, który przedwczoraj pokonywał ostatni pagórek, pół dnia drogi marszu od miejsca spotkania. Gazela chętnie udała się na poszukiwania. Gdy siedząc na grzbiecie gazeli kameleon przybył na miejsce i zrelacjonowano mu przebieg toczącej się dyskusji, wpadł w straszny gniew:
– W jaki sposób można uznać, że dzioborożec był pierwszym mieszkańcem ziemi? – pytał.
– Sam wam powiedział, że na początku ziemia była pokryta wodą. To bez wątpienia prawda, ale jeśli tak, to gdzie przysiadał ten, który boi się wody, a ponadto szybko męczy się w locie?

Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, a kameleon kontynuował:
– To pewne, na początku wszędzie wokół nie było niczego prócz wody, a stały ląd nie istniał. Pojawił się o wiele później i to bardzo powoli, wynurzając się to tu, to tam. Był jeszcze bardzo miękki i chodząc po nim trzeba było bardzo uważać, by się w nim nie zapaść. W tym czasie ja się pojawiłem. Takie jest wytłumaczenie mojej powolności. Co do was wszystkich, Bóg stworzył was dopiero wtedy, gdy wody się cofnęły, a ziemia stała się solidna. I tak, wasza gwałtowność, ta szybkość, z której jesteście tacy dumni, zdradza waszą niezwykłą młodość.

Po chwili ciszy poświęconej na zastanowienie, grom braw wybuchnął na znak jednomyślnej zgody. Od razu posadzono kameleona na grzbiecie antylopy i poprowadzono przed Boga, by ukoronował go na swego prawowitego reprezentanta, odpowiedzialnego za zaprowadzanie sprawiedliwości w Jego imieniu.

Morał: Powolna niczym kameleon, prawda zawsze dogoni kłamstwo...

Na podstawie: François-Joseph AMON D’ABY, "La mare aux crocodiles, Contes et légendes populares de Côte d’Ivoire", Abidjan 1992.
Z języka iworyjskiego tłumaczył: o. Wojciech Kobyliński CMF.

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy