strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Wieści z królewskiego folwarku

Anno Domini 2012

"Klub Polinowskich Morsów"
23 grudnia 2012 r.

Bartosz KobylińskiChoć o polinowskim morsie pisaliśmy już wcześniej przy okazji otwarcia "Kąpieliska Pod Kopcem" oraz na stronie "Mierzwice Zdrój", dotychczas był on skazany na samotność w swych niecodziennych wyczynach, nie licząc oczywiście licznej widowni. W tym roku jednak dotychczasowy "Klub Polinowskiego Morsa", o ile w ogóle klubem można nazwać pojedynczego śmiałka, powiększył swoje szeregi o całe 100%, przez co oficjalnie już może zmienić swą nazwę na "Klub Polinowskich Morsów" i stać się pełnoprawnym klubem. Kolejnym plusem powiększenia grona polinowskich morsików jest wzajemna asekuracja, bo w wodzie o tej temperaturze nie ma żartów - w osamotnieniu każdy skurcz czy szok termiczny może się skończyć tragicznie, np. w postaci mrożonego filetu z morsa w kostce lodu...

Pierwszy sparing już za nami - po sobotniej zachęcie wujka Jasia, dziś nie można już było po prostu ot tak zdezerterować. Tym bardziej, że jak wspomina prowodyr kąpieli - i tak ekspedycję trzeba było przełożyć z Wigilii, a to za sprawą nadchodzącej odwilży z temperaturą około 0°C. W taką pogodę prawdziwemu morsowi nie przystoi nawet wychodzić z domu, nie mówiąc już o kąpieli, którą na dodatek mógłby przypłacić przeziębieniem lub katarem. Dziś za to pogoda jeszcze dopisywała: w nocy -22°C (sam sprawdzałem), choć w dzień już tylko -16°C i ożywczy (czyt.: lodowaty) wiatr od wschodu, więc od biedy jeszcze ujdzie. Rano ekipa rębaczy (w liczbie 1) wkroczyła na nasz stawek, by skruszyć siekierą wierzchnią warstwę lodu. Dzięki stosownym zabezpieczeniom nie trzeba było jednak używać piły lub cięższego sprzętu, bo lodowy kożuszek miał zaledwie kilka centymetrów. Po kilku ruchach siekiery cieplutka (w porównaniu z temperaturą otoczenia) woda stanęła otworem.

A jak było - możecie zobaczyć na zdjęciach. Aż chce się... hmmm, zostać w domu i przy kominku wypić staropolskiego grzańca za zdrowie śmiałków. Choć jeśli już chodzi akurat o zdrowie, to wypadałoby raczej martwić się o kondycję piecuchów, którzy w taką pogodę zostają w domu, a nie naszych morsów. Dodam tylko, że po powrocie sesji zdjęciowej przez godzinę nie mogłem dogrzać spuchniętych od mrozu palców, a wchodząc do domu ręka przymarzła mi do klamki... W każdym razie, zapraszamy kolejnych śmiałków! Choć na nas póki co nie liczcie...

Patriotyzm na zakupach: czy wiesz, co (i gdzie) kupujesz?
14 grudnia 2012 r.

Bartosz KobylińskiZaczynamy okres świątecznych zakupów. Ale zanim pobiegniemy do pobliskiego dyskontu z listą zakupów warto się zastanowić, czy jako konsumenci jesteśmy świadomi tego, co i gdzie kupujemy? Weźmy na ten przykład łosicką Biedronkę, gęsto obleganą przez miejscową gawiedź nawet w niedzielę (ale to już temat na kolejny artykuł) i będącą ponoć na drugim miejscu w Polsce pod względem wielkości obrotów. Spotkałem się np. z wieloma opiniami, że Biedronka to sieć... polska! O ironio! Owszem, do połowy lat 90. była polska, ale później została odsprzedana przez Elektromis portugalskiemu konsorcjum Jerónimo Martins, obecnie rozmnażając się do 2 tys. sklepów i zostając przez to „krajowym” liderem. Polska została zatem już tylko nazwa... Wg najnowszych badań, swoje podstawowe zakupy Polacy robią niestety głownie w sklepach wielkopowierzchniowych. To tam w zeszłym roku kupiliśmy 50% towarów spożywczych i 52% chemicznych. Upadają zaś małe sklepiki; w 2011 roku zamknięto 5% z nich...

Jak zagraniczne dyskonty zalewają nasz kraj i podtapiają naszą gospodarkę

By uświadomić skalę zjawiska, za Gazetą Wyborczą przytoczę przykłady dominacji w polskim handlu zagranicznych sieci:
„detal jest w rękach Portugalczyków z Biedronki, Brytyjczyków z Tesco, Francuzów z Auchan i Carrefoura oraz Niemców (czyli grupy Schwarz z Kauflandem i Lidlem). Hurt z kolei kontrolują Niemcy z Makro Cash and Carry, Szwajcarzy z Selgrosa i Portugalczycy z Eurocash. Pojedyncze sklepy, które nie wstępują do sieci franczyzowych, takich jak np. Carrefour Express, Odido (Makro) czy ABC (Eurocash), czeka zaś wegetacja lub upadek. Ciekawostką jest fakt, że niemiecki Real sprzedał francuskiej sieci Auchan 91 hipermarketów – w Polsce, Rosji, Rumunii i na Ukrainie, a także 13 galerii handlowych w Rosji i w Rumunii – co przyczynia się do umacniania oligarchii. Jeszcze do niedawna mieliśmy w kraju właściwie prawie wszystkich liczących się operatorów handlowych w Europie, jednak połowa sieci już odeszła, m.in. holenderski Ahold (Albert i Hypernova), francuska grupa Casino (Géant i Leader Price) czy niemiecka grupa Tengelmann (Plus). A im mniej sieci na rynku, tym gorzej, bo zamiera konkurencja i pojawia się oligopol”.

Na dokładkę podeprę się tekstem z bloga „590x.pl”: „Można by powiedzieć: no i co, w końcu dzięki takim sklepom powstają nowe stanowiska pracy, zwiększa się konkurencyjność a mieszkańcom wygodniej robi się zakupy. Krótkowzroczność ludzka nie zna granic – wydawać by się mogło, że wszystko jest ok., tymczasem skutki dla naszej gospodarki są druzgocące. Zagraniczny produkt kupiony w sieci zagranicznych sklepów generuje dla polskiej gospodarki jedynie podatek, który zapłacimy za niego przy kasie (VAT) oraz podatek dochodowy polskiego pracownika, który nam ten towar sprzedał, cały zysk zaś łącznie z podatkiem dochodowym najprawdopodobniej zostanie wytransferowany za granicę. Zapytacie „jak to?” – odpowiedź jest prosta, zagraniczne koncerny do perfekcji dopracowały metody kreatywnej księgowości. Głównym trikiem stosowanym przez te koncerny jest ukrywanie dochodu – nie trzeba fałszować faktur czy stosować innych niezgodnych z prawem kroków – wystarczy, że polski oddział koncernu musi swojej centrali za granicą zapłacić za „użyczenie” logo. Takim oto sposobem filia w Polsce nie przynosi zysku, a centrala za granicą płaci potężne pieniądze w postaci podatku dochodowego, zasilając nim kraj, w którym koncern jest zarejestrowany. Ostatnimi czasy głośno było o spółce Jeronimo Martins – właścicielu sieci Biedronka, przenoszącej swoją siedzibę do Holandii. Portugalczycy podnieśli głosy, że firma opuszcza rodzimy, tonący statek, jakim jest portugalska gospodarka. Jak myślicie, czy firma ta płaci podatki u nas, skoro nie chcą ich płacić nawet w kraju, z którego pochodzą? Zakładając, że tylko w 2010 roku obrót Biedronki wyniósł 24 mld zł, a średni zysk z handlu wynosi około 10%, Biedronka wypracowała około 2,4 mld czystego zysku, które zaraz potem wyparowały z polskiej gospodarki – a to tylko Biedronka...”.

Z kolei Puls Biznesu pisze:
Co trzecia zakładana w Polsce zagraniczna firma chce prowadzić sprzedaż, a to nie daje wiele korzyści naszej gospodarce. Nie tworzy wielu miejsc pracy, do Polski nie trafia zaawansowana technologia. Co więcej, na przykład każde otwarcie w Polsce sklepu wielkopowierzchniowego powoduje, że zamykane są okoliczne małe sklepiki, wobec czego miejsc pracy nawet ubywa. Ponadto można się spodziewać, że wzrośnie import towarów danej firmy do naszego kraju, bo chce ona po prostu sprzedawać u nas swoje produkty. To odbieranie rynku rodzimym producentom. Podobnie są oceniane przez specjalistów inwestycje zagraniczne w polskim budownictwie: mają niewielki wpływ na rynek pracy w Polsce i na import nowoczesnych technologii. Najkorzystniejsze dla gospodarki są takie zagraniczne inwestycje, które tworzą miejsca pracy, sprowadzają do naszego kraju nowoczesne technologie i ożywiają eksport. Takie warunki spełniają firmy produkcyjne. Jednak jedynie co dziesiąte otwierane w Polsce zagraniczne przedsiębiorstwo zajmuje się produkcją.

Prawda jest taka, że zagraniczny koncern naprędce buduje nam pod oknami blaszany hangar, w którym za głodowe pensje zatrudnienie znajduje zaledwie kilka osób, choć np. w takim łosickim Tesco obchodzą się i bez tego, zastępując ludzi automatami. Później wystarczy już tylko za bezcen zatrudnić kilka osób, do minimum ograniczając ich prawa, po czym zostaje już tylko wielkimi paletami na wielkich tirach ściągać gotowy towar zza granicy. W dyskontach zaś asortyment sprzedaje się nawet bez jego wypakowania na półki, bo przecież wymagałoby to zwiększenia zatrudnienia... No a później pozostaje już tylko wysysać z nas krwawicę i słać ją grubym ciurem z powrotem za granicę... Im więcej usług i dóbr zagraniczne sieci sprzedają u nas, tym więcej „wydzierają” podatków z naszej gospodarki. Tym oto sposobem sponsorujemy dobrobyt Francuzów, Niemców czy Portugalczyków... Na przykład w momencie, kiedy kupujemy samochód zagranicznego koncernu, dajmy na to Opla (obecnie znajdującego się w rękach amerykańskiego General Motors), co prawda nabywamy połowę części wyprodukowanych w Polsce przez naszych pracowników, niestety to tylko zadowalanie się ochłapami. My produkujemy ich auta, jeździmy nimi, serwisujemy, płacimy za nie – a w zamian dostajemy niby-pracę, niby-zarobki i... jak najbardziej realną dziurę w budżecie! Ale wracając do bardziej powszednich zakupów: może warto więc dla własnego zdrowia (i kraju!) zastanowić się jeszcze przed wybraniem na świąteczne zakupy, zmienić nawyki i skierować swe kroki do „zieleniaka” za rogiem, swojskiego straganu czy nawet kilku polskich sklepów czy mniejszych sieci w rynku – chociażby po to, by np. nie nabijać kabzy Portugalii, z którą mamy nota bene „tyle wspólnego, co z mercedesami, czyli nic” – jak to onegdaj śpiewał Kazik. Jeśli sklepy osiedlowe to dla nas za mało, mamy przecież w Łosicach kilka sklepów i supermarketów osiedlowych o charakterze delikatesowym, np. należący do Polskiej Grupy Supermarketów "Top Market" na ul. 1 Maja, "Topaz Express" (dawniej "Groszek") w centrum miasta, delikatesy "U Anny" w samym środku rynku i wiele innych...

Dyskontowy "fenomen"

O ile zagraniczne sieci hiper-marketów (Auchan, BILLA, Carrefour (przejął sieć hipermarketów Hypernova i supermarketów Albert), E.Leclerc, Elea, Atac, Intermarche, Kaufland, Real (część Metro AG, przejął sieć hipermarketów Géant) czy Tesco (przejął sieć hipermarketów Hit i Leader Price)) pełnią funkcję pompy ssąco-tłoczącej w odniesieniu do polskiego kapitału, dając nam w zamian tylko kilka wątłych etatów na głodowych pensjach, a zyski zabierając dla siebie, to obracają jednak asortymentem markowym - a więc przynajmniej w pewnej części polskiej produkcji. Prawdziwym destruktorem naszego rynku są jednak dyskonty. W tym miejscu należałoby się zastanowić, na czym właściwie polega strategia tych buldożerów, oprócz tego, że równają polski rynek z ziemią? Główną tajemnicą dyskontów (ang. discount = obniżka ceny), np. sieci sklepów ALDI, Biedronka, Kaufland, Lidl czy Netto, jest świadome ograniczanie liczby swych pozycji asortymentowych i zmniejszanie przez to znacząco kosztów działalności oraz przyspieszanie rotacji towarów. Chcąc podjąć walkę o klienta z lokalnymi sklepami muszą mocno obniżyć ceny produktów, a to wymusza z kolei ich koncentrację na produkcji własnych towarów i tworzeniu własnych marek, przeważnie gorszych jakościowo (wszak niższa cena musi skądś się brać). Ma to też na celu obniżenie kosztów marketingu i zwiększenie dochodowości całej sieci, a to właśnie poprzez uzyskanie wyższych marż niż w przypadku produktów marek narodowych (producenckich). Niestety odbywa się to wszystko kosztem krajowych producentów, odcinając ich skutecznie od lokalnego rynku zbytu. Jeśli hipermarkety oraz dyskonty mają już jakimś cudem na półkach jakieś polskie produkty, wymuszają na producentach ceny na granicy opłacalności. Jaki z tego morał? Ano taki, że na dyskontach i hipermarketach, oprócz naszego zdrowia, najbardziej cierpią krajowi producenci artykułów – od mleka, sera i napojów, aż po kosmetyki czy chemię gospodarczą. Natomiast polskie sieci handlowe (abc, Alma, Bomi, Chata Polska, Delikatesy Centrum (Eurocash), eLDe, Groszek, KAH, Lewiatan, Milea, Piotr i Paweł, POLOmarket, Sieć 34, Stokrotka) czy lokalne sieci handlowe (Agap, AGRO-COOP, Alux, aldik, Ardi, Arhelan, As Market, Asort, Aspo, Chata Polska, Dino, Dobry Sklep, Eden, Eko, Euro), sprzedające narodowe marki artykułów, w obliczu takich praktyk i tak nie mogą zejść poniżej ceny ustalonej przez producenta, w rozrachunku przegrywając walkę o klienta z zagranicznymi molochami, posiadającymi w swojej ofercie własny i tani asortyment. Nie ma się zatem czemu dziwić, że coraz częściej towary polskich producentów wypierane się przez te produkowane na potrzeby dyskontów – tanie i niekoniecznie dobre. My z kolei, zadowoleni z „udanych i tanich zakupów”, przy okazji rujnujemy własną gospodarkę, wspierając tym samym często opływającą w luksusy zagranicę. Mamy także wiele innych polskich sieci handlowych, mniej związanych z przemysłem spożywczym, w samych Siedlcach np. sieć drogerii "Alabaster" czy sieć sklepów budowlanych "Mrówka". Wiele razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że w dyskontach typu nasza "Dronka" kupuje bieda i prowincja. Od siebie dodałbym tylko, że owszem - jest to objaw prowincjonalności i zaściankowości, ale głównie mentalnej...

I jeszcze jedno: od wieki wieków było tak, że kupowaliśmy jeszcze ciepłe pieczywo w lokalnych sklepach lub piekarniach. Często jeszcze ciepłe, bo pieczone tuż za rogiem lub ew. okolicznych miejscowościach, np. piekarni w Niemojkach. A teraz? Teraz w hipermaketach czy dyskontach owo pieczywo dowożone jest na paletach np. gdzieś z Wielkopolski, w zależności od rodzaju sieci. A co ma z tego nasz region? Niestety jedynie zakorkowane wielkimi tirami drogi z powybijanymi przez ich koła dziurami i koleinami. A kto za to wszystko płaci? Oczywiście samorząd, z naszych podatków... I tak pieniądze, które mogłyby zostać w regionie, np. z opodatkowania naszych regionalnych piekarni, transferowane są za granicę - tj. tam, gdzie zarejestrowana jest firma. Tak samo sprawa wygląda ze wspieraniem innych regionalnych przedsiębiorców: ciekawe ilu z nas jest świadomych tego, że w "Lidlu" nie kupimy żadnego polskiego warzywa czy owocu? A co za tym idzie żaden nasz regionalny ogrodnik, pszczelarz czy rolnik nie zarobi ani grosza? Czy tym samym my sami nie wyzyskujemy biednego, polskiego rolnika, nad którym się tak użalamy i na dotacje którego idą nasze podatki? Bo w końcu ile trafia do jego kieszeni z biedronkowych, "codziennie niskich cen"? Nic? Oooo, jaka szkoda... Na forach da się też słyszeć np. takie głosy:
Dla mnie sztandarowym przykładem jest Biedronka, która dodatkowo została mistrzem w przedstawianiu się jako polski sklep... Hasełka typu: "Nasza Biedronka" czy sponsorowanie drużyny narodowej to czysty przekaz Portugalczyków: "Chcemy być postrzegani jako swojski sklep"... Jest to też jednak sygnał, że zachodnie koncerny troszkę boją się lojalności Polaków. Ogłupiają nas dodatkowo reklamami w rodzaju: "Kupujemy, bo jest tanio". Reklamy te mają w nas zakotwiczyć przekonanie, że jesteśmy szczęśliwi, bo mało wydajemy... To nic, że mało zarabiamy. Ważne, że stać jest nas na przeżycie. Dla zachodu to świetny układ. Dać nam pozory szczęścia i wyciągnąć od nas kasę do siebie".
Wspomagamy naszymi zakupami zachodnie sieci handlowe i ich rodzimych dostawców. Dlaczego u nas społeczeństwo umie się zjednoczyć jedynie w momencie śmierci Papieża, a gdy ktoś nami pomiata i zabiera nasze pieniądze, siedzimy cicho i dajemy się bić po dupie? A może to ta nasza otwartość na integrację i inne narody, jak zwykle wychodzi nam bokiem?

I to tyle, jeśli chodzi o korzyści płynące z zagranicznego kapitału... Przenosząc cały ten "biznes" w gospodarskie realia można by rzec, że zagraniczne holdingi przyjeżdżają do nas tylko na żniwa, a ściślej mówiąc po ziarno, wyhodowane na naszej krwawicy...

Jak więc widzimy, z pozoru niewinny, poprawiający kondycję naszej kieszeni i ułatwiający nam życie dyskont, w rzeczywistości staje się maszynką do rujnowania krajowej gospodarki, głównie poprzez wyciąganie z nas pieniędzy i transferowanie ich następnie za granicę. W obliczu tych okoliczności kuriozalnym staje się fakt czynionych przez niektóre władze samorządowe ustępstw w kierunku zagranicznych sieci, gdyż wbrew pozorom zabija to a nie ożywia region, co prędzej czy później odbije się na naszych kieszeniach... Trzeba mieć bowiem świadomość, że pod płaszczykiem ściągania obcego kapitału tylko sprzyjamy stawianiu tych finansowych pomp, wysysających z nas pieniądze za granicę. Czy powoli nie mamy przypadkiem do czynienia z krajem, który jest bardziej przyjazny dla obcego kapitału niż dla swoich obywateli? Tak naprawdę Polska z racji swojego położenia i z racji tego, że nasze społeczeństwo jest mądrzejsze i sprytniejsze niż ludzie na zachodzie, ma wszelkie cechy aby stać się jednym z najbogatszych krajów w Europie. Niestety nie do końca wszystkim się to podoba, więc masowo rozdawane są na prawo i lewo pozwolenia na budowę w Polsce obcych sieci handlowych, wrogie nastawienie urzędników państwowych do rodzimych przedsiębiorców i jednoczesne ulgi podatkowe dla obcych sieci czy zagraniczne banki, które dyktujących horrendalne opłaty dla polskich klientów... Jeśli dalej będziemy uzależniać się od obcego kapitału, to nasz słomiany dobrobyt, w którym obecnie żyjemy, zniknie jak bańka mydlana. Skoro twierdzimy, że konkurencja jest dla rynku zbawienna, to dlaczego przez zakupy produktów firm zagranicznych przyczyniamy się do dominacji niepolskich firm na polskim rynku?

Jesteś Polakiem - świadomie kupuj polskie produkty w polskich sklepach!

Kolejną, chyba nawet ważniejszą kwestią, jest kupowanie polskich produktów, których - jak wskazują badania - na półkach dyskontowych sklepów jest coraz mniej! Procedura weryfikacji produktu swój - obcy wcale nie jest skomplikowana, a w skrócie wygląda tak:

Podstawowym sposobem na rozpoznanie produktu wyprodukowanego w Polsce jest kod paskowy (kreskowy – EAN-13). Poszczególne grupy cyfr w każdym z nich oznaczają kolejno: kod systemowy (3 cyfry), kod producenta, kod produktu oraz cyfrę kontrolną. Po początkowych cyfrach każdego kodu możemy zatem dowiedzieć się, z jakiego kraju pochodzi dany produkt (dla zainteresowanych więcej na stronie Wikipedii). I tak, kod zaczynający od cyfr „590” (prefiks zarezerwowany dla Polski) oznacza, iż dany produkt został wyprodukowany lub jest dystrybuowany przez przedsiębiorstwo zarejestrowane w Polsce (w GS1). Następnie należy sprawdzić, czy zawiera informację „wyprodukowano w Polsce”. Coraz częściej jednak zdarza się, że za tym kodem będzie kryć się żywność wyprodukowana np. Chińskiej Republice Ludowej czy na Tajwanie, a będzie tylko owijana w Polsce w kolorowe opakowania. Dobre i to, gdyż nawet taki "zapakunek" wymaga zatrudnienia kilku osób i odprowadzania podatków to krajowej kieszeni. Tym sposobem jednak coraz częściej nieświadomie kupujemy np. chiński czosnek, pestki z dyni, orzeszki, a nawet truskawki! A tamtejsze pestycydy, uzdatniacze czy inne środki zabezpieczające produkty na czas transportu wcale nie muszą odpowiadać europejskim normom...

Warto zatem na opakowaniu poszukać dodatkowych oznaczeń lub wskazówek w stylu "produkt polski". Przy okazji, zwłaszcza dla młodszych, taka zabawa w sklepowego detektywa może uprzyjemnić zakupy, będąc przy tym jakże pożytecznym i prawdziwym przejawem naszego patriotyzmu! Zapewniam, że po kilku wypadach do sklepu ten nawyk wchodzi w krew i wcale nie zajmuje zbyt wiele czasu. Warto też śledzić na podanych niżej stronach kolejne przejęcia polskich firm, by przestać np. kojarzyć "nasze polskie" Winiary, Łowicz, Kotlin, Włocławek, Krakus, Bobo Frut, Gerber, Tarczyn, Łowicz, Fortuna czy Hortex z polskim producentem, bo dawno nie mają już z nim nic wspólnego, a znajdują się w rękach np. francuskiego molocha - Nestle. Oczywiście nie mówiąc o tak oczywistych przypadkach, jak sieci czy produkty od początku będące pomiotami jakiegoś obcego kapitału, że wspomnę tylko hamerykańskiego „McDonalds'a”, w którego produktach to chemia ma nam przypominać smaki dzieciństwa, "Coca-Colę" składającą się w połowie z cukru, płatki śniadaniowe "Nestle" (jakbyśmy nie mieli polskiej kukurydzy, i to tej niemodyfikowanej genetycznie) czy dyskonty o obcojęzycznych nazwach, wymienione na początku tego artykułu. Z kolei czy wiedzieliście, że zamiast jakiegoś RedBulla w polskich sklepach można zakupić polski napój energetyczny wprost z reaktywowanej stajni Ursusa? Po większą ilość informacji o tych i innych manipulacjach polskim konsumentem odsyłam do prawego menu na naszej stronie, gdzie na stałe już umieszczamy odnośniki do stron pomagających dokonać wyboru między „swoim” a „obcym”, a przy okazji dowiedzieć się wiele o polskich i niepolskich firmach oraz ich produktach - naprawdę wciągająca i pouczająca lektura! Oprócz kupowania w sklepach, nasze rodzinne strony możemy również wspierać kupując regionalną żywność, wędliny, sery, piwa... Możliwości jest co najmniej tysiące!

Wbrew pozorom zostało jeszcze wiele polskich marek, i to nie tylko w przemyśle spożywczym, ale również farmaceutycznym (np. Polpharma, Polfa, Herbapol), kosmetycznym (np. Dr Irena Eris, Joanna, Pollena Eva, Soraya, Ziaja), odzieżowym (np. Reserved, Ravel, Top Secret, Cropp, House, Grawik), alkoholowym (np. Polmos Siedlce z wódką Chopin i gorzelnią w Krzesku, regionalne piwa prawdziwie warzone, w przeciwieństwie do tych popularnych - przemysłowych, powstających z wody zmieszanej ze skondensowanym ekstraktem piwnym i CO2...), budowlano-chemicznym (np. Atlas, Śnieżka) a nawet motoryzacyjnym (Ursus rulez!) czy komputerowym (np. media-tech, GOODRAM). Często są to produkty nie tylko tańsze, ale i lepsze jakościowo. Wystarczy poszukać i świadomie wybrać! Jeśli nie mamy wyboru (np. kupując samochód osobowy czy perfumy), wybierzmy mniejsze zło, czyli coś z europejskich marek - wszak z Unii Europejskiej, w przeciwieństwie do innych kontynentów, otrzymujemy niemałe dotacje. Najgorszym złem jest bowiem nabywanie produktów firm położonych poza Europą, np. amerykańskich molochów, którzy nijak się mają do naszej gospodarki, a jedynie na niej żerują, np. wypychając nam swój złom w postaci myśliwców F-16 wraz z ich obsługą i serwisem, które to nawet nie doleciały do granic Polski o własnych siłach, a którymi szczycimy się na lewo i prawo. Oczywiście część z rodaków powie: "a ch... mnie obchodzi gospodarka, ja idę tam, gdzie jest taniej i nikt mi tego nie zabroni", po czym spędzi pół niedzieli w świątyni spod znaku czerwonego żuczka o polsko-brzmiącej nazwie. No cóż, można i tak, wszak śmieci zawsze płyną z prądem, a od zawsze były dwie strony barykady - tak kiedyś ZOMO i Solidarność, choć teraz z działalności tej drugiej korzystają także ci pierwsi... Ale ten temat już kiedyś poruszałem, więc nie będę się powtarzał. Czasem jednak warto jest świadomie wydać kilka groszy czy nawet złotych więcej, mając wiedzę, że w skali krajowego rynku te "grosze" to być lub nie być polskiego producenta. To także miejsca pracy lub ich brak, źródło utrzymania kilku, a może nawet kilkuset rodzin, przy czym utrata przez nich pracy to de facto dodatkowe obciążenie Państwa, chociażby z powodu konieczności wypłacania zasiłków. I tu koło się zamyka - pieniądze płyną za granicę, zwolnienia, bezrobocie, przejęcia i zamykanie kolejnych polskich firm czy rodzinnych piekarni, emigracja na zachód... Proponuję więc kolejnym razem, kiedy wyjdziemy na ulicę z okrzykami "Ten rząd musi odejść!" najpierw uderzyć się w piersi i przemyśleć, czy to przynajmniej po części nie my sami jesteśmy winni braku pieniędzy na podwyżki dla pielęgniarek czy fali emigracji "za chlebem".

Na przestrzeni ponad 20 lat wmawiano nam, że "to z zachodu jest lepsze, a to polskie gorsze", wykorzeniając przez to resztki przywiązań do wszystkiego, co Polskie. Przez to upadło wiele polskich firm produkujących bardzo dobre produkty. Niestety ten proceder trwa nadal i większość z nas nadal nie rozumie, że to co Polskie, powinno być na pierwszym miejscu. To, co zrozumieli mieszkańcy innych krajów, my w dalszym ciągu nie możemy pojąć, i nie pomoże tutaj polityka Państwa, a tylko i wyłącznie świadomość obywateli do tego by kupować "swoje". Tego powinno się uczyć i wpajać dzieciom od przedszkola, nie mówiąc już o domu rodzinnym. Na pytanie "Dlaczego tato kupujesz to a nie tamto", dziecko powinno usłyszeć: "Bo to jest polskie"!

Podsumowując, patriotyzm na zakupach może przynieść wymierne korzyści w skali kraju: zmniejszyć bezrobocie, wpłynąć na wysokość zarobków, wesprzeć rodzimych przedsiębiorców, będących przecież głównym motorem polskiej gospodarki. Dla tej idei warto dać się ponieść nie tylko z pobudek patriotycznych, ale i czysto egoistycznych, bo mocna gospodarka to wygodniejsze życie nas wszystkich! Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć udanych, a przede wszystkim świadomych zakupów polskich produktów w polskich sklepach - do chwili podejścia do kasy los polskiej gospodarki jest jeszcze w naszych rękach! Polsko i Polacy! Czas obudzić się wreszcie!

Jesień, jesień smutna pora...
13 listopad 2012 r.

Maciej Kobyliński"Jesień, jesień, smutna pora, nie wychodź bez parasola". Taki wierszyk ułożył ojciec w swoich dziecinnych latach i z dumą przybił go sobie nad łóżkiem, a mi z kolei zawsze przychodzi mi na myśl, kiedy przychodzą jesienne słoty. Ale nie ma co narzekać: ta pora ma również wiele uroków. Podczas długich, jesiennych wieczorów można np. grzać się przy kominku i bawić się z kotami. Można ulepić bałwana z resztek śniegu. No i oczywiście można kąpać się w stawie: niektórzy nie mogą się już doczekać, kiedy będą mogli wyrąbać sobie przerębel!

Pierwszy atak zimy
27 październik 2012 r.

Maciej KobylińskiŚnieg, silny wiatr i temperatura poniżej zera - tak żegna się z nami październik. Na ostatni weekend przed Świętem Zmarłych wszyscy zaplanowali sobie porządki na grobach. Sobotni rynek był zapchany zniczami, wieńcami, chryzantemami - wszystko leżało pod grubą warstwą śniegu, a siekący po twarzach wiatr wygonił wszystkich klientów. Zima przypomniała, że już puka do naszych drzwi. Najbardziej zdziwiony był Gustaw i Maja - nasze koty, które po raz pierwszy w życiu widziały śnieg. Przyjęły go z wielką nieufnością i lękiem, z początku wcale nie myśląc o wychodzeniu na zewnątrz. Zresztą, nie ma co im się dziwić - zdecydowanie przyjemniej jest na ciepłej podłodze przy kominku..

Pożegnanie naszych misjonarzy
22 września 2012 r.

Maciej Kobyliński Dzisiaj żegnamy astronomiczne lato. Dla rodziny to także czas jeszcze innych pożegnań - do Afryki odlatują nasi misjonarze. Czeka ich czas ciężkiej pracy w targanym niepokojami kraju. Trzymiesięczny urlop obfitował w msze odprawiane m.in. na Śląsku, w Domanicach, obu parafiach łosickich - Św. Trójcy oraz Zygmunta, Jeleńcu k. Łukowa oraz Białej Podlaskiej, a po każdej z nich każdy mógł zabębnić na oryginalnym, obitym skórą bębnie afrykańskim. Oby nasi misjonarze mogli wrócić do nas za rok w dobrym zdrowiu i humorach! Wspominajmy ich w naszych modlitwach.

Wielka demolka
wrzesień 2011 r. - wrzesień 2012 r.

Jacek KobylińskiZ pełną, wynikającą z ponad sześćdziesiątletniego doświadczenia odpowiedzialnością stwierdzam, że świat zmienia się coraz szybciej. Tempo zmian dyktują ludzie. W dniu dzisiejszym to przede wszystkim oni się zmieniają, głównie dzięki szalonemu postępowi wzajemnej komunikacji oraz dostępowi do wiedzy. Czy stają się lepsi i szczęśliwsi – to odrębny problem... Tak też i nasz mikroświat obok nas nie stoi w miejscu. Dotyczy to także mieszkańców Polinowa - majątku, który za naszego życia z wielorodzinnego gospodarstwa rolnego zmienił się w rodzinną rezydencję rekreacyjno-mieszkalną. Zniknęła większość gospodarskich budynków lub zupełnie zmieniła swoje funkcje, umarło pokolenie dorosłych z naszego dzieciństwa, zaś moja generacja powoli zbliża się do tej samy bramy, wiodącej do wieczności.

Gruntowne zmiany przeszedł ostatnio i nasz rodzinny dom, będący ostoją trzypokoleniowej rodziny przez długie lata. Z jednej strony, co tu dużo kryć – trochę szkoda tego, co było, bo w tych murach spędziliśmy wiele szczęśliwych lat. Na dodatek we wspomnieniach to, co było kiedyś, teraz będzie jeszcze piękniejsze. Czas zaciera bowiem skutecznie wszelkie niedoskonałości – tym bardziej, gdy coś dobrze nam się kojarzy. Jednak tam, gdzie żyją ludzie, muszą zachodzić też i zmiany. Przyszedł zatem czas, by ukryć sentyment i zniszczyć to, co kiedyś było bardzo cenne, by śladem swoich przodków po sobie także coś pozostawić.

Starsza część domu przeszła lifting już w 2009 roku, zaś ta murowana została obecnie gruntownie przebudowana i zmieniła się nie do poznania. Początkowo była wielka demolka, lecz po długich miesiącach powoli zaczęło wyłaniać się nowe oblicze naszego domostwa. Mamy nadzieję, że teraz jest piękniejsze, wygodniejsze, a nam nie będzie w nim gorzej, niż w starym. Żal było jedynie patrzeć przez rok na rozjeżdżony ogród, zniszczone trawniki i miejscami wykarczowane drzewa. Wszędzie kłuła w oczy gliniasta ziemia i gruz, a nozdrza, zamiast woni kwiatów, drażnił zapach zaprawy murarskiej. Trzeba było przejść wiele niewygód i rozwiązać dziesiątki problemów technicznych, by z tego chaosu wyłoniło się coś nowego, doskonalszego i ładniejszego. Przy okazji mogliśmy przekonać się na własnej skórze, że remont starego budynku nastręcza kilkakrotnie więcej problemów i wymaga większej ilości nakładów finansowych, niż budowa nowego od podstaw. Słowa uznania należą się tutaj m.in. naszym nieugiętym projektantom - Państwu Szymczukom z Łosic, ekipie remontowo-budowlanej z Kisielewa z Panem Tomaszem Laszukiem na czele za całość demolki oraz naszemu kuzynowi Markowi Tokarskiemu, za kompleksową obsługę materiałowo-logistyczną, doradztwo oraz liczne upusty:)

Remonty zapoczątkował naczelny restaurator Polinowa - Jan Kobyliński, renowacją ponad stuletniej stodoły, nadszarpniętej ostatniej zimy naporem zalegającego na dachu śniegu. Trzeba było więc ściągnąć całość metalowymi prętami, wymieniony został także nadwątlony dach, który od wewnątrz wyglądał już jak ser szwajcarski. Co ciekawe, miejscami zachował się oryginalny gont, z czasem przykryty papą. Na naszym starym domu także jej nie brakowało – robotnicy naliczyli bowiem blisko 10 warstw! Każdy przeciek niwelowany był bowiem kolejną jej nakładką i uszczelniany smołą, przez co poszycie ważyło już kilka ładnych ton. Za izolację służyła zaś sieczka słomy, tworząca pod sklepieniem ponad półmetrową warstwę. Strop oraz drewniane ściany stanowiły deski pokryte trzciną i zachlapane wapnem. Aż dziw bierze, jak przez te kilka dziesiątków lat zmieniła się technologia budowlana!

Niewątpliwie następna w kolejności jest kamienica - dawna dworska oranżeria, która od lat przechodziła jedynie kosmetyczne i doraźne naprawy jak tynkowanie ścian, smołowanie dachu czy wymiana dziurawych rynien. Ale tak poważnego przedsięwzięcia być może podejmie się już nowe pokolenie. Na razie tam, gdzie rezydowało pięć wcale niemałych rodzin, obecnie samotnie mieszka już tylko najstarszy przedstawiciel wojennego i powojennego pokolenia mieszkańców Polinowa.

Przy okazji renowacji i rozbudowy domu nowe oblicze uzyskał także prawie stuletni spichlerz, który niebawem na powrót pełnił będzie rolę rodzinnej izby pamięci, a być może i rodzinnego muzeum misyjnego. Jego pokrycie wytrzymałoby jeszcze najwyżej kilka lat, a liczne przecieki coraz bardziej dawały o sobie znać. Dopiero zdjęcie starej warstwy smołowanej już kilka razy blachy utwierdziło nas w przekonaniu, że nadwątlony dach wymaga natychmiastowej interwencji. Przy tej okazji nie obyło się też bez małej katastrofy budowlanej, gdyż pod ciężarem strychowych gratów pękły trzy stare belki stropowe. Ale tak to już bywa przy remontach – im dalej w las, tym więcej drzew...

Planowana początkowo skromna rozbudowa zakończyła się zatem nową budowlą, z całym zamieszaniem i niedogodnościami wokół niej. Po ponad roku ostatni majstrzy szczęśliwie zakończyli jednak prace, a my w nagrodę... mogliśmy wreszcie wziąć się za gruntowne porządki! Póki co wszyscy mają już dosyć remontów i zapewne przynajmniej przez kilka kolejnych lat nikt nawet nie pomyśli o nowych inwestycjach. Nam pozostaje cieszyć się tym, co zostało zrobione. Polinów znów się zmienił, tylko czasem szkoda, że już nigdy nie będzie takiego, jaki pozostał w naszych wspomnieniach...

Śmierć nadeszła rankiem...
15 września 2012 r.

Bartosz KobylińskiZ wielkim bólem w sercach informujemy, że 15 września o godz. 5:25 sobotniego poranka w wieku 78 lat do wieczności odszedł Zdzisław Czmoch - mąż Marii z domu Kobylińskiej. Uroczystości żałobne rozpoczną się we wtorek 18 września o godz. 11:00 wyprowadzeniem z kaplicy przy ul. Starowiejskiej w Siedlcach, po czym o godz. 12:00 w kościele pw. Ducha Świętego zostanie odprawiona msza św. Ostatnią posługę zakończy ceremonia na Cmentarzu Janowskim przy ul. Św. Faustyny Kowalskiej w Siedlcach. Znamiennym jest fakt, że w dniu śmierci naszego drogiego wuja w jego ogrodzie runęła na ziemię ogromna rzeźba, wykonana niegdyś przez naszego ojca, niejako pieczętując tę ponurą wiadomość...

Triduum
22 sierpnia 2012 r.

Maciej Kobyliński Końcówka wakacji to trochę smutny okres, który zawsze kojarzy mi się z odlotem bocianów. Na szczęście jest jeszcze rodzinne "triduum", czyli potrójna okazja do świętowania. Zaczynamy urodzinami Ojca 22 sierpnia, później urodziny Grześka 23 i na deser imieniny Bartka 24. Wszystkiego najlepszego dla jubilatów i solenizantów :)

Chór Claret Gospel z Wybrzeża Kości Słoniowej po raz szósty w Polsce!
24 maja 2012 r.

Bartosz KobylińskiMiło nam poinformować, że po wielu perturbacjach już po raz szósty odwiedza nas afrykański chór Claret Gospel z Abidżanu. Występy z wizyty na wizytę obejmują coraz większą część kraju, tym razem trasa prowadzi od Lublina przez Warszawę, Śląsk, aż po Szczecin i Trójmiasto. Grupa konsekwentnie omija jedynie najchłodniejsze zakątki kraju, a więc północno-wschodnią Polskę.

Jest to już szósty przyjazd tej grupy do Polski, poprzednie miały miejsce w latach 2002, 2003, 2005, 2007 i 2009, a wszystkie okazały się wielkim sukcesem. Głównym celem przyjazdu chóru jest wymiana kulturowa pomiędzy dwoma kontynentami. Dla przypomnienia dodam tylko, że opiekunami całego zamieszania są Misjonarze Klaretyni z Prowincji Polskiej, pracujący od ponad 20 lat na Wybrzeżu Kości Słoniowej: o. Roman Woźnica oraz nasz stryj – o. Andrzej Kobyliński. Warto zaznaczyć, że podczas kolejnej ewangelizacji w 2012 r., celebrującej jednocześnie 10. rocznicę powstania chóru, planowane jest nagranie nowej płyty. Zarówno obecna jak i poprzednie ewangelizacje dedykowane są Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II. Grupę 14. osób tworzą dobrze nam znani nasi parafianie, pełni zapału i chętni do pracy dla dobra ich kraju. Zdobyte w naszej ojczyźnie doświadczenia niewątpliwie poszerzają ich horyzonty i wiedzę o świecie. Organizowane spotkania, konferencje, prelekcje i koncerty dla dzieci i młodzieży mają na celu poznanie się i zrozumienie odmiennej mentalności oraz kultury. Wspólna zabawa, dyskusje i bycie razem mają ukazać prawdziwy obraz naszych braci Afrykańczyków, często przedstawianych w złym świetle.

Chór odwiedziłby nas już w ubiegłym roku, jednak artyści, mimo wielkich starań, nie dostali polskich wiz... I tu należy się kilka gorzkich słów pod adresem naszych władz. Jak wiemy, polskie podwoje otwierane są przed wieloma narodowościami – nie będę tu wymieniał każdej z nich, żeby nie zostać posądzony o rasizm czy dyskryminację narodowościową, której to za granicą nota bene my również często jesteśmy ofiarami, na własne życzenie zresztą. Nasze ulice coraz częściej obfitują w żebraków, bezrobotnych z wyboru, imigranckich pseudo-muzykantów i innych ludzi marginesu. Owi „kolorowi” często bezprawnie przebywają na terytorium naszego kraju i jakoś nikomu to nie przeszkadza, za to szary, ciężko pracujący obywatel jest zmuszony do tego przywyknąć i łożyć posłusznie na ich utrzymanie coraz więcej ze swej skromnej pensji. A więc jak to w końcu wygląda? Ano pokrótce tak: grupa artystów z biednej Afryki chce legalnie odwiedzić nasz kraj, by m.in. wesprzeć misje chrześcijańskie na kontynencie, którego kultura bądź co bądź została pobudowana na nie żadnym innym jak chrześcijańskim fundamencie. Unia Europejska jednak zdaje się o tym pamiętać, a przynajmniej usilnie stara się o tym zapomnieć, wstydząc się chyba historii starego kontynentu. Mimo tych asekuranckich zrywów, które tłumaczy zresztą dbałością o uczucia religijne imigrantów m.in. z krajów arabskich, po cichu częściowo dotuje europejskie misje. Owe fundamenty nie są jednak sprawą przyszłości i reżimu, gdyż w obecnych czasach doczekaliśmy się (i całe szczęście!) wolności słowa i wyznania, ale FAKTÓW, jakkolwiek by na to nie patrzeć.

Niestety niechęć do tradycji zdaje się powoli udzielać i włodarzom naszego podwórka: od początku bowiem procedura przyjazdu chóru napotykała kolejne przeszkody, a była przecież prowadzona drogą jak najbardziej oficjalną, popartą wszelakimi dokumentami, badaniami i pozwoleniami, a sam pobyt chórzystów oczywiście tylko tymczasowy, bo zaledwie trzymiesięczny. Mimo, że dwójka najlepszych chórzystów miała podjąć u nas roczną naukę, nie mieli przecież najmniejszego zamiaru osiadać tu na stałe, tym bardziej dziwi niechęć polskich władz. I jeżeli w rządzie mielibyśmy nawet samych zatwardziałych ateistów to trzeba mieć na uwadze, że takie ewangelizacyjne wizyty wnoszą również (a może przede wszystkim) szeroki wątek kulturowy, a z nim powiew gorącego lądu, regionalnych wierzeń, strojów, tańców, pieśni, również tych rdzennych, pogańskich. Niestety nasz piękny, ale zarazem i dziwny czasami kraj postawił szlaban dla czarnoskórych gości, z nie do końca nawet znanych przyczyn... Być może zbyt mocno lubujemy się w biurokracji, być może to coś więcej... I tak, dopiero w tym roku, po dotarciu naszego ojca do jednego z posłów i uruchomieniu odpowiednich kontaktów w Warszawie, wyjazd mógł dojść wreszcie do skutku.

Na dzień przed tą radosną nowiną chórzyści dostali jeszcze telefon, że na 90% w tym roku odwiedziny również spełzną na niczym. Oczywiście taka informacja nie mogła poskutkować niczym innym, jak morzem łez zaprzepaszczonych nadziei. Dla tych młodych ludzi taki wyjazd do Polski jest bowiem największą nagrodą i przygodą życia. Z racji trudnej sytuacji materialnej w ich kraju nie mają nawet co marzyć o wojażach po kraju, nie mówiąc już o zagranicy czy innym kontynencie... Co ciekawe, zwykli szarzy ludzie przyjmują ich w Polsce z otwartymi ramionami i niezmiennie wielką serdecznością, problem musi tkwić zatem gdzieś „wyżej”. A przecież na naszych oczach w centrum wielkich miast budują się, bądź co bądź obce naszej kulturze, meczety czy synagogi, a kolejne dziwne sekty powstają jak grzyby po deszczu, na co nikt się jakoś nie skarży. Tymczasem nie wpuszczamy grupki artystów z egzotycznego kontynentu. Czy to aż tak dużo? Dla naszych władz, widocznie tak... Na szczęście po dwóch latach nerwów i starań wszystko skończyło się dobrze, a nam pozostaje cieszyć się obecnością naszych egzotycznych gości i podziwiać ich w śpiewie, tańcu i tym, co przywieźli ze swej gorącej ojczyzny. "Bo miłość trwa mimo wszystko..."

Pełny plan ewangelizacji na 2012 rok grupa Claret Gospel z Wybrzeża Kości Słoniowej (może ulegać nieznacznym zmianom) prezentowany jest na stronie Referatu Misyjnego Misjonarzy Klaretynów, zaś na tej stronie możecie obejrzeć zdjęcia z wizyty. Można też rzucić okiem na wzmiankę na stronie Radia Warszawa.

Wystawa fotograficzna Sławomira Kordaczuka „Dwory i pałace południowego Podlasia i wschodniego Mazowsza" "Galerii na Poddaszu" w Łosicach
8 lutego 2012 r.

Bartosz KobylińskiMiło nam poinformować, że 8 lutego 2012 r. o godzinie 13.00 w „Galerii na Poddaszu” w Domu Handlowym „Janusz” w Łosicach odbył się wernisaż wystawy fotografii Sławomira Kordaczuka pt. „Dwory i pałace południowego Podlasia i wschodniego Mazowsza”. To już druga wystawa artystyczna w tym miejscu i wszystko wskazuje na to, że nie ostatnia. Jej tematem przewodnim są zespoły pałacowo-parkowe i dworsko-parkowe, położone na pograniczu trzech województw: podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Autor przez szkiełko aparatu z często opustoszałych i zniszczonych obiektów na powrót wydobywa ich pierwotne piękno, zwracając uwagę widza również na budynki gospodarcze należące do wspomnianych założeń, tworzone współcześnie skanseny i inne elementy świadczące o kontynuacji tradycji szlachty podlaskiej i sąsiednich regionów.

Na mapie kulturalnej regionu powoli wyłania się remontowany zespół dworsko-parkowy w Dąbrowie, w którym tworzony jest oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach. Pierwotnie plany adaptacyjne muzeum dotyczyły dworu w Toporowie, niestety do dziś niewyjaśniona sytuacja prawna tego obiektu skutecznie odstrasza kolejnych potencjalnych właścicieli, doprowadzając zabytek na skraj kompletnej ruiny. Warte szczególnej uwagi są też dwory i pałace np. w Korczewie, Mościbrodach, Gałkach, Sinołęce, Starej Niedziałce, Chotyczach czy Nosowie, przywrócone kulturze polskiej przez prywatnych właścicieli. Wystawa ta towarzyszyła sesji naukowej poświęconej wybitnym przedstawicielom ziemiaństwa podlaskiego w XIX i XX w., zorganizowanej w maju 2010 r. Następnie prezentowana była w dworze w Mościbrodach.

Trzeba powiedzieć, że wydarzenie przyciągnęło naprawdę wielu gości. Oprócz przemówienia samego organizatora - Jana Kobylińskiego, władz oraz ludzi związanych historią regionu, swoje pięć minut miał także nasz ojciec - Jacek Kobyliński. Już na wstępie nawiązał on do utrwalonego na wystawowych fotografiach dworu w Toporowie, gdzie urodziła się jego matka (a nasza babcia). Przypomniał, że oprócz często unikalnej architektury, każdy z tych obiektów posiada przede wszystkim swą duszę, a w niej zaklęte dawne losy mieszkańców tych miejsc - czasem chwalebne, czasem tragiczne, ale zawsze niepowtarzalne. Oprócz rozpadających się ruin, to właśnie one stanowią o bogactwie tradycji naszego narodu i regionu. Warto zatem żywiej zainteresować się losami tych znikających przybytków, chociażby sięgając do wspomnianej tu "Kroniki Rodzinnej" Władysława Wężyka. Bowiem dopiero zgłębienie tematu rzuca nam właściwe światło i objawia pełną na historię tych miejsc.

Sławomir Kordaczuk urodził się w Hołowczycach na Podlasiu (powiat łosicki). Jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Janowie Podlaskim, Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oraz członkiem Rady Muzealnej Muzeum Niepodległości w Warszawie, a obecnie wicedyrektorem Muzeum Regionalnego w Siedlcach oraz założycielem i prezesem Siedleckiego Klubu Kolekcjonerów. Ten historyk regionalista zawodowo zajmuje się historią fotografii, Siedlec i regionu, jest autorem wielu artykułów prasowych i ponad 20 książek o historii Siedlec i Podlasia, a wśród nich 464-stronicowej monografii „Siedlecki fotograf Adolf Ganiewski (Gancwol) 1870-1942” oraz autorskiego albumu fotografii „Siedlce moich ścieżek”. Jest również pomysłodawcą i realizatorem uroczystości „Dni Niepodległej”, organizowanych w Muzeum Regionalnym w Siedlcach, jedynych w województwie o tak bogatym programie uroczystości z okazji kolejnych rocznic odzyskania przez Polskę w 1918 r. niepodległości. Uczestnik plenerów fotograficznych „Podlaski Przełom Bugu” i Grupy Twórczej „Fotogram”, należy do Stowarzyszenia Twórców Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie. Odznaczony przez to stowarzyszenie medalem srebrnym za zasługi dla rozwoju twórczości fotograficznej nr 16/2008. Pasje fotograficzne realizuje poprzez uczestnictwo w plenerach fotograficznych, wystawy i wydawnictwa. W publikacjach, wykładach i pokazach multimedialnych wykorzystuje własne zdjęcia.

Wystawę można oglądać od 1 do 20 lutego w „Galerii na Poddaszu" Domu Handlowego „Janusz" w Łosicach, ul. Rynek 12 (II piętro), w godzinach 9.00 – 17.00.

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy