Pagn to rodzaj barwnego materiału, z którego zazwyczaj szyje się tu ubrania lub używa do dekoracji. Kupuje się go na sztuki (piece) o znormalizowanej wielkości. By uszyć koszulę wystarcza jedna, ale już na sukienkę potrzeba ich zazwyczaj trzy (wydaje się, że życie kobiece jest zawsze bardziej skomplikowane). Istnieją jego różne jakości, przybliżona cena wynosi od 2 do nawet 50€ za sztukę, a liczba wzorów i kolorów potrafi przyprawić o zawrót głowy. Niektóre są przygotowywane zresztą na jakieś specjalne okazje, np. w okresie kampanii wyborczej zdarzają się nawet takie z podobiznami kandydatów.
Co roku episkopat ivoryjski produkuje ozdobiony emblematami religijnymi pagn narodowy (pagn national), z którego nasi parafianie są w zasadzie zobowiązani uszyć uniformy do chrztu, pierwszej komunii czy bierzmowania (ich krój jest już dowolny). Nie są to jednak ubrania jednorazowe, ale używa się ich później od święta albo i co dnia. Stają się tym samym elementem dawanego świadectwa.
Dziś dla odmiany będzie na smutno... Z przykrością bowiem informujemy, że do historii z wielkim hukiem przeszła kilkusetletnia chluba całej łosickiej okolicy - Jesion Napoleoński w Toporowie. Sobotni wypad na narty tylko potwierdził tę hiobową wieść. Ten piękny okaz jednego z najstarszych i najpotężniejszych w Europie jesionów uległ pod naporem potężnych, grudniowych wichur. Jak wspomina nasz ojciec, onegdaj był on celem wielu szkolnych wycieczek krajoznawczych i obiektem przyciągającym wielu turystów. Tymczasem pozostała po nim jedynie ogromna wyrwa w drzewostanie oraz powalony, spróchniały pień. Niestety w późniejszym czasie drzewo stało ofiarą wieloletnich zaniedbań. Kilkanaście lat temu musieliśmy interweniować do właściwego organu o chociażby wycinkę zakrzaczeń i częściowe odsłonięcie tego pięknego, ukrytego w gęstwinie pomnika przyrody. Trzy lata temu odpadł od niego ogromny konar, co już wtedy mogło świadczyć o jego nie najlepszej kondycji. Pień okazał się pusty w środku, a drzewo stało tylko dzięki zewnętrznym tkankom, również nadszarpniętych próchnicą. W związku z tym dokładne oszacowanie wieku drzewa, przynajmniej na podstawie liczby słojów, pozostaje niemożliwe. Jak wieść gminna niesie, decyzją łosickich radnych powiatowych przestał być już dłużej uznawany za pomnik przyrody. Na otarcie łez jego spróchniały pień ma pozostać w dworskim parku, świadcząc o wyjątkowości i dawnej świetności tego miejsca.
Niestety wygląda na to, że jego los podzieli niebawem także rozgrabiony już do ostatniego kafla i chylący się ku upadkowi dwór. Wszakże Polsce to co wspólne, pozostaje niczyje... Tylko patrzeć, jak ten zabytkowy budynek dołączy do kolejnych "upaństwowionych" i odebranych przez "Waadzę" dóbr, które za kilka lat bezpowrotnie znikną z kulturalnej mapy Południowego Podlasia. A trzeba mieć na uwadze, że większość z tych majątków wspaniale wówczas prosperowała, zapewniając pracę i utrzymanie dla ludności okolicznych wiosek. Teraz jego ruiny nie zdołują przyciągnąć już nawet turystów - ot, taki nasz typowo wschodni sposób myślenia, a raczej jego brak. Aż dziw bierze, że podczas gdy w dzisiejszym cywilizowanym świecie na ochronę historycznych obiektów przeznaczamy grube miliony, innym bezcennym zabytkom pozwalamy na naszych oczach doszczętnie zniszczeć... Tym bardziej tym kryjących w sobie jakże bogatą historię naszego regionu. Najwyraźniej klątwa Hrabini Ossolińskiej nadal wisi nad tym majątkiem i snując się po nim jak złowroga mgła, nieugięcie zbiera swe ponure żniwo... I zapewne nie spocznie, dopóki ostatniej cegły tego pięknego onegdaj miejsca nie pochłonie ziemia. Tak to już bowiem jest z przeklętymi miejscami...
Ech, aż ciśnie się na klawiaturę kolejny felieton, ale tym razem otrę tylko łzy i powstrzymam się od dalszego głosu... Więcej o Jesionie Napoleońskim możecie przeczytać na stronie o Toporowie.
Miło nam poinformować, że 8 lutego 2012 r. o godzinie 13.00 w „Galerii na Poddaszu” w Domu Handlowym „Janusz” w Łosicach odbył się wernisaż wystawy fotografii Sławomira Kordaczuka pt. „Dwory i pałace południowego Podlasia i wschodniego Mazowsza”. To już druga wystawa artystyczna w tym miejscu i wszystko wskazuje na to, że nie ostatnia. Jej tematem przewodnim są zespoły pałacowo-parkowe i dworsko-parkowe, położone na pograniczu trzech województw: podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Autor przez szkiełko aparatu z często opustoszałych i zniszczonych obiektów na powrót wydobywa ich pierwotne piękno, zwracając uwagę widza również na budynki gospodarcze należące do wspomnianych założeń, tworzone współcześnie skanseny i inne elementy świadczące o kontynuacji tradycji szlachty podlaskiej i sąsiednich regionów.
Na mapie kulturalnej regionu powoli wyłania się remontowany zespół dworsko-parkowy w Dąbrowie, w którym tworzony jest oddział Muzeum Regionalnego w Siedlcach. Pierwotnie plany adaptacyjne muzeum dotyczyły dworu w Toporowie, niestety do dziś niewyjaśniona sytuacja prawna tego obiektu skutecznie odstrasza kolejnych potencjalnych właścicieli, doprowadzając zabytek na skraj kompletnej ruiny. Warte szczególnej uwagi są też dwory i pałace np. w Korczewie, Mościbrodach, Gałkach, Sinołęce, Starej Niedziałce, Chotyczach czy Nosowie, przywrócone kulturze polskiej przez prywatnych właścicieli. Wystawa ta towarzyszyła sesji naukowej poświęconej wybitnym przedstawicielom ziemiaństwa podlaskiego w XIX i XX w., zorganizowanej w maju 2010 r. Następnie prezentowana była w dworze w Mościbrodach.
Trzeba powiedzieć, że wydarzenie przyciągnęło naprawdę wielu gości. Oprócz przemówienia samego organizatora - Jana Kobylińskiego, władz oraz ludzi związanych historią regionu, swoje pięć minut miał także nasz ojciec - Jacek Kobyliński. Już na wstępie nawiązał on do utrwalonego na wystawowych fotografiach dworu w Toporowie, gdzie urodziła się jego matka (a nasza babcia). Przypomniał, że oprócz często unikalnej architektury, każdy z tych obiektów posiada przede wszystkim swą duszę, a w niej zaklęte dawne losy mieszkańców tych miejsc - czasem chwalebne, czasem tragiczne, ale zawsze niepowtarzalne. Oprócz rozpadających się ruin, to właśnie one stanowią o bogactwie tradycji naszego narodu i regionu. Warto zatem żywiej zainteresować się losami tych znikających przybytków, chociażby sięgając do wspomnianej tu "Kroniki Rodzinnej" Władysława Wężyka. Bowiem dopiero zgłębienie tematu rzuca nam właściwe światło i objawia pełną na historię tych miejsc.
Sławomir Kordaczuk urodził się w Hołowczycach na Podlasiu (powiat łosicki). Jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Janowie Podlaskim, Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oraz członkiem Rady Muzealnej Muzeum Niepodległości w Warszawie, a obecnie wicedyrektorem Muzeum Regionalnego w Siedlcach oraz założycielem i prezesem Siedleckiego Klubu Kolekcjonerów. Ten historyk regionalista zawodowo zajmuje się historią fotografii, Siedlec i regionu, jest autorem wielu artykułów prasowych i ponad 20 książek o historii Siedlec i Podlasia, a wśród nich 464-stronicowej monografii „Siedlecki fotograf Adolf Ganiewski (Gancwol) 1870-1942” oraz autorskiego albumu fotografii „Siedlce moich ścieżek”. Jest również pomysłodawcą i realizatorem uroczystości „Dni Niepodległej”, organizowanych w Muzeum Regionalnym w Siedlcach, jedynych w województwie o tak bogatym programie uroczystości z okazji kolejnych rocznic odzyskania przez Polskę w 1918 r. niepodległości. Uczestnik plenerów fotograficznych „Podlaski Przełom Bugu” i Grupy Twórczej „Fotogram”, należy do Stowarzyszenia Twórców Fotoklub Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie. Odznaczony przez to stowarzyszenie medalem srebrnym za zasługi dla rozwoju twórczości fotograficznej nr 16/2008. Pasje fotograficzne realizuje poprzez uczestnictwo w plenerach fotograficznych, wystawy i wydawnictwa. W publikacjach, wykładach i pokazach multimedialnych wykorzystuje własne zdjęcia.
Wystawę można oglądać od 1 do 20 lutego w „Galerii na Poddaszu" Domu Handlowego „Janusz" w Łosicach, ul. Rynek 12 (II piętro), w godzinach 9.00 – 17.00.



