strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

I wizyta afrykańskiego chóru ewangelizacyjnego "Claret Gospel"

Bartosz Kobyliński

W dniach 12-14 lipca 2003 r. miało miejsce wielkie wydarzenie - i to nie tylko w skali Polinowa, ale także całych Łosic. W tych dniach bowiem - pod koniec drugiej już wizyty w Polsce - zaszczycił nas swoją obecnością afrykański chór ewangelizacyjny "Claret Gospel", jeden z najlepszych na Wybrzeżu Kości Słoniowej, jeśli nie w całej Afryce.

Przyjazd poprzedzony był oczywiście solidnymi porządkami na Polinowie, które później przerodziły się w przygotowania miejsca pikniku. Początkowo nocleg odbywać miał się na Polinowie, jednak liczba zapowiadanych gości z Wrocławia (i Afryki oczywiście) zwiększyła się do dwudziestu. Zapadła zatem decyzja o przeniesieniu noclegów i części posiłków do Łosickiej bursy. W rzeczywistości przybyło razem 16 osób, przy czym liczba ta zmniejszyła się drugiego dnia do 12. Oczywiście trzon stanowili sami czarnoskórzy chórzyści - w liczbie 9 osób oraz ich stali opiekunowie, czyli księża misjonarze: Roman Woźnica oraz nasz stryj - Andrzej Kobyliński.

Ale od początku. Od dawna już zapowiadany chór przyleciał do Polski w połowie maja 2003 r. W ubiegłym roku także gościli w Polsce, lecz w dużo większym składzie - było to ok. 25 osób, przy czym koncertowali raczej w zachodniej części Polski. Latem 2002 r. koncertowali np. na wrocławskim rynku razem z takimi sławami jak: Muniek Staszczyk (T-Love, Szwagierkolaska), Artur Gadowski (IRA), Paweł Kukiz (Piersi, Aya RL), który wywijał oberdasy z niejaką Michelle:), Krzysztof "KASA" Kasowski, Big Cyc (Skiba + zespół), Tercet Egzotyczny i wieloma innymi. Transmisja z tego koncertu emitowana była już dwa razy w TVP (ostatnio w wakacje 2003 r.). Chodzą słuchy, że klimat całego koncertu uratował podobno właśnie nasz chór... Z kolei w tym roku występy zaczęły się już od trzeciej połowy maja - przy czym tak jak i rok temu - odbywały się głównie na Śląsku (dokładny harmonogram widoczny jest na plakacie obok). Tym bardziej egzotycznym wydarzeniem okazał się przyjazd afrykańskiego chóru na Podlasie - do rodzinnego miasta naszych dziadów (a właściwie ojców) - czyli właśnie Łosic.

Sobota

Przygotowania do podjęcia gości, jak już wspomniałem, były bardzo intensywne. Chór po przyjeździe wraz z organizatorami został zakwaterowany w Łosickiej bursie (początkowo rozważaliśmy noclegi na Polinowie, ale wziąwszy pod uwagę 20 osób + sporą część rodziny, zrezygnowaliśmy z tego pomysłu). W sobotę po południu zaczęli się zjeżdżać pierwsi goście, na początku głównie z najbliższej rodziny. Po nerwowych chwilach oczekiwania - około godziny 17.00 - na Polinów zajechał mini-bus z szanownymi gośćmi ze Śląska i Afryki (swoją drogą to zapewne po raz pierwszy czarny człowiek przekroczył polinowską bramę).

Po powitaniach łamaną francuszczyzną ("Bon jour Monsieur!") nastąpił nieunikniony punkt programu - czyli przemówienie naszego ojca (na szczęście było to tylko kilka zdań o historii Polinowa). W Afryce tamtejsza ludność ponoć nie zna czegoś takiego jak "tradycja", a więc przetłumaczone słowa dosyć trudno było im pojąć. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych na podwórku i pierwszych wspólnych fotografiach - wszyscy przenieśli się pod namioty rozstawione w naszym ogródku. Należy zwrócić przy tym honor naszemu kotu - Leonowi, który jako pierwszy zajął miejsce (na obrusie po środku stołu), niestety po tym jak zobaczył tylu czarnych ludzi, a później usłyszał niepokojące okrzyki: "zjeść kota!, zjeść kota!" szybko odpuścił sobie drzemkę na suto zastawionym stole.

Swoją obecnością zaszczycił nas nawet (co widać na zdjęciu obok) sam proboszcz tamtejszej parafii - ks. prałat Henryk Rzeszotek! (któż go nie zna - chociażby z listopadowej procesji na Łosickim cmentarzu w dniu Wszystkich Świętych). Pogoda na szczęście dopisywała, choć nie było aż tak ciepło, jakby sobie tego niektórzy życzyli (a w szczególności goście z okolic równika). Jako że sobotni wieczór miał być potraktowany jako odprężający po dwumiesięcznych trudach pobytu - już po chwili rozbrzmiał śpiew podsycany dźwiękami tam-tamów i innych egzotycznych instrumentów, a że każdy chórzysta musi mieć gardło nie od parady, było ich słychać na drugim końcu Łosic. Oczywiście przez większość czasu działała kamera, a oślepiające błyski fleszy sprawiały wrażenie nadciągającej burzy - takiego wydarzenia nie można było przecież przegapić. Jako że "czarna część gości" w zasadzie nie jada wędliny i kilku innych, podstawowych na polskich stołach rzeczy, wcześniej trzeba było opracować dodatkowe, specjalne menu.

Niedziela

W niedzielę od samego rana chór brał udział w każdej mszy świętej - zastępując nasze posępne i smutne pieśni mszalne swoimi aranżacjami - oczywiście po stokroć weselszymi - z tańcem, przyklaskiwaniem i tam-tamami. Po każdej mszy sprzedawane były pamiątki przywiezione z Afryki - prawdziwe dzieła sztuki Wybrzeża Kości Słoniowej. Ciekawą techniką tworzy się tam obrazy - najpierw płótna zanurza się w gorącym wosku, następnie zdrapuje go w odpowiednich miejscach, po czym macza w barwniku o odpowiedniej barwie - a czynność tę powtarza się średnio 7 razy (w zależności od liczby kolorów, jakie chcemy otrzymać). Wynikiem tej żmudnej pracy (która trwa około kilka tygodni) jest samo płótno, które następnie trzeba jeszcze oprawić w ramy (tym zajęliśmy się już na miejscu). Dla zainteresowanych wspomnę, że jedno z takich arcydzieł można zobaczyć np. na ścianie kawiarenki parafialnej w Łosicach. Pamiątki rozeszły się w całości po pierwszych dwóch rannych mszach. Oczywiście muszę wyprowadzić z błędu tych, którzy myślą tu o jakimś handlu czy "dorabianiu". Sprzedaż tych pamiątek (dużo większa ilość "rozeszła" się na Śląsku) tylko w małej części pokrywa koszty związane z pobytem chóru. Możecie sobie wyobrazić, ile pochłania przyjazd i 2-miesięczny pobyt 25 osób (tak jak w ubiegłym roku)? Nie rzucę tu konkretnej liczby, ale wierzcie mi że to kolosalne pieniądze, a jeszcze większe przedsięwzięcie organizacyjne. Podczas gdy chórzyści zbierali siły przy obiedzie, Polinów odwiedzili reporterzy z "Katolickiego Radia Podlasia" - w którym to później prezentowany był łosicki koncert. Przy kościele nasz stryj udzielił także wywiadu "Podlaskiemu Echu Katolickiemu", niestety cały nakład sprzedano na pniu (czyżby właśnie z tego względu?).

Po wieczornej mszy świętej - o godzinie 19.00 rozpoczął się koncert chóru w Łosickim Kościele pod wezwaniem św. Zygmunta. Trzeba przyznać, że koncert był wspaniały, dopisała zarówno publiczność, jak i pogoda. Kościół był wypełniony po brzegi, niestety naszą ławkę przy ołtarzu zajęło tzw. "starsze pokolenie" (dla przypomnienia dodam, że ufundował ją nasz wspólny pradziadek - Michał Kobyliński - widnieje tam zresztą złota tabliczka z nazwiskiem ofiarodawcy), wskutek czego musieliśmy wszyscy kisić się gdzieś w środku głównej nawy. Trzeba powiedzieć, że to pierwszy taki koncert w tych okolicach, a dla większości tubylców pierwsze zetknięcie z afrykańską kulturą było zapewne równie szokujące co fascynujące. W pierwszej części koncertu prezentowane były pieśni religijne z tamtego zakątka Afryki (w języku francuskim) - przy czym członkowie chóru ubrani byli w fioletowe i żółte suknie, co już wyglądało egzotycznie (każdy strój jak i instrument posiada oczywiście swoją niepowtarzalną, afrykańską nazwę).

Ale największą niespodzianką okazała się być druga część koncertu - wtedy wkroczyły tamtejsze stroje plemienne, tańce, choreografie oraz oczywiście śpiew - tym razem już w ich rdzennym języku. Każdą osobę, oprócz egzotycznych strojów, zdobiły także malowidła wykonane w przerwie na zmianę "makijażu", który tu dotyczył nie tylko twarzy, ale całego ciała.

Przy tańcach (chociaż także w części pierwszej koncertu) chórzystki często na "scenę" zapraszały dzieci, niestety ta niespodzianka trafiła także naszego ojca... Na szczęście wszyscy zgodnie zasłonili oczy, a kamerzysta nie złapał akurat tej sceny (nie wiedział co traci:-). Zachowało się tylko jedno ujęcie - którego to zamieszczenia tutaj nie mogłem sobie odmówić. Po koncercie można było zrobić sobie zdjęcie z egzotycznymi gośćmi - chętnych było tylu, że po jakimś czasie trzeba było ewakuować całą ekipę, gdyż padliby z wyczerpania. Wieczorem standardowe spotkanie w naszym ogrodzie - kolacja, śpiewy (o rozmowach raczej nie było mowy - trzeba było krzyczeć), nasz naczelny pirotechnik - Andrzej Serżysko - wieczorem dał pokaz sztucznych ogni (co wywołało niemiłosierny wręcz pisk zachwytu w środku nocy). Co po niektóre z murzynek nie chciały wyjeżdżać z Polinowa i zarzekały się, że za żadne skarby się stąd nie ruszą, męska część chóru zaś także nie chciała pakować się samochodu - ale z innego względu - następny kurs do bursy miał mieć Mercedes, na którego chłopaki tak bardzo czekali... Niestety była to już ostatnia noc, chociaż najlepsze miało dopiero nadejść nazajutrz...

Pożegnalny poniedziałek

Rano - po śniadaniu - po raz kolejny odwiedzili nas czarnoskórzy przyjaciele - tym razem gwoździem programu była przejażdżka konno. Śmiechu było co niemiara - wystarczy spojrzeć na zdjęcia - choć najlepsze sceny były także kręcone kamerą (materiał z tego wydarzenia dostępny jest poniżej). Konie dla nich to taka sama mniej więcej egzotyka jak dla nas wielbłądy - większość z nich po raz pierwszy w życiu widziała zwierzę, bez którego to przecież nasi dziadowie nie wyobrażali sobie życia. Dosyć dziwnym zjawiskiem był widok dumnego murzyna na koniu, prowadzonego przez białego człowieka idącego z pochyloną głową; "świat stanął na głowie" - jak to skwitował nasz ojciec.

Po rozegranym na ogrodowej murawie krótkim meczyku w "nogę", przyszła pora na pamiątkowe, romantyczne zdjęcia - teraz już bez cienia strachu i dystansu (wielkim powodzeniem cieszył się polinowski żuraw - którego działanie trzeba było oczywiście wytłumaczyć na przykładzie - oraz miejsce kierowcy w Mercedesie wujka Jasia).

Po tej wielkiej dawce wrażeń, transportem kołowym cała grupa dotarła do baru nad łosickim zalewem. Po dwóch kolejkach piwa od sponsora - czyli naszego najbardziej związanego z Polinowem wujka - zjawiła się właścicielka baru - której tak spodobała się cała ta atmosfera i murzyni (pewnie głównie męska część), że zamówiła jeszcze jedną "partię" na koszt firmy. Na szczęście w międzyczasie zdążyliśmy popływać na kajakach (szkoda tylko, że człowiek nie umie ani słowa po francusku, bo nie mogłem nawet uzgodnić z moją pasażerką dokładnego kursu podróży). Ale i tak było romantycznie.

Tak więc po dobraniu w pary - nastąpiło uroczyste wodowanie. I tak po chwili upadł ostatni stereotyp: oto biały człowiek siedzi z tyłu i zlany potem wiosłuje, podczas gdy czarnoskóra piękność stwarza jeszcze dodatkowy opór rękami zanurzonymi po łokcie w wodzie, machając dodatkowo w przeciwnym kierunku i chlapiąc niemiłosiernie na wszystkie strony... Pomimo że wody jest pewnie po pas na całym akwenie, po kilku przechyłach zmuszony byłem założyć kapok, chociaż nie wiem czy sztuczne oddychanie metodą usta-usta nie byłoby takim złym pomysłem... Ludzie na rowerach wodnych i innych sprzętach wodnych trzymali od nas bezpieczną odległość ok. 100 m... - przeraźliwe krzyki naszych wodniaków wskazywałyby co najmniej na ludożerców... Część z chłopaków trochę się jeszcze gubiła, ale później jakoś dawali sobie radę. Na koniec przejażdżki (przepływki?) odbył się pamiętny wyścig kajakami dookoła wyspy. Oczywiście jako wyścig w pełni międzynarodowy i integracyjny - nie była to rzeź typu "czarni na białych" czy "kontynent na kontynent". Drużyny były sprawiedliwie wymieszane (zarówno pod względem koloru skóry, jak i płci). Nie dziwne zatem było, że w drużynie przypadła mi czarnoskóra murzynka:-) Razem z Niną uplasowaliśmy się na 2 pozycji - choć zasady nie były jeszcze jasne w godzinę po ukończeniu wyścigu...

Wycieńczonym zawodnikom pozostało już tylko odprowadzić swoje "maszyny" i zacumować przy pomoście, co bez znajomości języka także stanowiło poważny problem - niestety trzeba było wpłynąć do zatoczki tyłem, a ja nawet nie wiem jak jest "kajak" po francusku... Na dodatek wszyscy porozkręcali sobie wiosła, przez co chłopak wypożyczający sprzęt mało nie dostał ataku serca (myślał, że wszystkie połamaliśmy podczas wyścigu). Po mocnych wrażeniach na wodzie przyszła czas na inne atrakcje - piwo, lody, nawet "piłkarzyki" oblężone były przez dłuższy czas (trzeba przyznać, że od podziwiania zabytków zdecydowanie wolą inne rozrywki). To, co się działo później to po prostu istny żywioł: po raz kolejny ujawnił się ich gorący temperament. Po prostu ludzie z tamtych z stron cały czas są radośni i pełni entuzjazmu, bez względu na okoliczności. Jak to mówi nasz stryj Andrzej: "nie jedna murzynka ma tyle ognia w sobie, że potrafi umarłego z grobu podnieść i jeszcze z nim nad trumną zatańczyć". Tak więc więc bar na kilka godzin został kompletnie unieruchomiony - o spokojnej rozmowie nie było mowy - a podejrzewam, że śmiech, piski i krzyki było słychać nawet na Polinowie. Przyjazd chóru można uznać za "w pełni multimedialny", gdyż oprócz radia, był także redaktor z "Tygodnika Siedleckiego" - który to przeprowadził wywiad ze stryjem Andrzejem oraz zrobił kilka zdjęć. Po krótkim wywiadzie przyszła kolej na tańce (tym razem już przy "europejskiej" muzyce - tj. bez tam-tamów). Niniejszym składam szczere wyrazy współczucia pani barmance, która to została zniesiona głową w dół przez jednego z chórzystów po schodach i zmuszona do zaprezentowania "polskiej szkoły tańca". W myśl zasady, że prezentów nie można oddawać - trzecia kolejka piwa nie mogła się zmarnować - w związku z czym termin obiadu został przymusowo przesunięty. Grupa śpiewających murzynów wzbudzała ogromne zainteresowanie tubylców, a niektórzy zachowywali się wręcz jakby zobaczyli UFO. Niestety jako że obiadu nie można podgrzewać w nieskończoność, musieliśmy ruszać powoli w stronę miejsca zakwaterowania. Sentymentalne pożegnanie na mostku, odśpiewanie "Bóg zapłać" i pożegnalne zdjęcia świadczyły o nieuchronnym końcu naszego spotkania.

Po obiedzie chór "Claret Gospel" wraz z prowadzącym o. Romanem Woźnicą i naszym stryjem o. Andrzejem, ze łzami w oczach odjechał do Warszawy (z kolei na drugi dzień - podczas odprawy na lotnisku - po spontanicznym występie całego chóru - cała obsługa z wrażenia zalała się łzami). Muszę także nadmienić, że dwudniowy pobyt w Łosicach wspominają ponoć najlepiej z całego wyjazdu. Zresztą takich wspólnych wieczorów mieli naprawdę niewiele, gdyż podczas koncertowania przydzielani byli małymi grupkami do różnych rodzin - a takie wspólne spotkania należały do rzadkości.

Po wyjeździe grupy na Polinowie zapanowała grobowa cisza, którą po trzech dniach wrażeń wręcz trudno było znieść. Pozostaje tylko pytanie: dlaczego tacy ludzie mieszkają tak daleko od nas? Ja szczerze mówiąc zmieniłem zdanie o murzynach (a jeszcze bardziej o murzynkach) i obiecuję, że już nigdy w życiu nie opowiem żadnego kawału o czarnoskórych ludziach:-) Naprawdę wiele moglibyśmy się od nich nauczyć, ale przede wszystkim - radości z życia, wbrew wszystkim niepowodzeniom, wbrew biedzie i zepsutemu światu. I nawet pomimo tego, że nie można zamienić z nimi ani słowa - człowiek zżywa się z nimi jak z nikim innym. A i tęskni się za nimi inaczej: po spotkaniu z większością białych (zwłaszcza polskiego pochodzenia), człowiek może dowiedzieć się co najwyżej, komu jest jeszcze gorzej niż jemu, kto umarł w jego miejscowości lub wysłuchawszy potoku narzekań ze spuszczoną głową wrócić do domu. A tam - pomimo wręcz tragicznej sytuacji w tamtym regionie - ludzie są po stokroć weselsi od nas - potrafią się cieszyć z każdego drobiazgu. Widać także, że udziela się to także osobom z nimi przebywającym - oni wprost zarażają radością. I może właśnie dlatego tak trudno się z nimi rozstawać... Ale miejmy nadzieję, że odwiedzą jeszcze kiedyś Polskę, a także tą małą miejscowość na wschodzie kraju, jaką są Łosice, ponownie przynosząc nam radość i nadzieję.

Podsumowując - przyjazd chóru afrykańskiego w te okolice to z pewnością wielkie, niezapomniane wydarzenie. Takie spotkania ubogacają - i to nie tylko kulturowo, lecz także duchowo. Został także odciśnięty kolejny stempel na kartach historii tego miejsca - miejmy nadzieję, że choć trochę pozostanie także w sercach ludzi. Proboszcz Rzeszotek w 2 tygodnie po koncercie stwierdził, że jeszcze do tej pory parafianom śnią się murzynki (a parafiankom murzyni). Co w takim razie będzie za rok?

Dziękujemy niniejszym serdecznie wszystkim sponsorom i dobrodziejom, a przede wszystkim o. Romanowi Woźnicy, który już po raz drugi wziął na swoje barki ogromny ciężar organizacji całego przyjazdu do Polski, a bez którego ta strona z pewnością by nie zaistniała.

Chór - ponoć w odmłodzonym (przynajmniej częściowo) składzie ma przyjechać za rok lub dwa (w 2004 lub 2005 r.) Miejmy nadzieję, że ponownie zjednoczą sporą część naszej rodziny i znajomych. A ja tymczasem spieszę uczyć się francuskiego...

Ojcowie serwisu Polinów
Misje w Afryce i chór Claret Gospel
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy