strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

II wizyta afrykańskiego chóru ewangelizacyjnego "Claret Gospel"

Bartosz Kobyliński

To już nasze drugie spotkanie Podlasia z afrykańską kulturą - po raz drugi mieliśmy bowiem zaszczyt gościć zespół Claret Gospel z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Tym samym była to już trzecia wizyta tego zespołu w Polsce. Podczas pierwszej wizyty w 2001 r. Polskę odwiedziło aż 24 osoby, jednak to przedsięwzięcie okazało się niesamowicie dużym obciążeniem - zarówno od strony organizacyjnej, jak i finansowej. Z tego głównie względu podczas drugiego przyjazdu w roku 2003 liczba chórzystów zmniejszyła się do 12, w tym roku zaś swoją obecnością zaszczyciło nas 13 osób.

Piątek

Po wielu koncertach na Śląsku (od początku czerwca), w połowie lipca grupa skierowała swe kroki na wschód Polski. Powitalny wieczór na Polinowie miał miejsce w piątek - 15 lipca. Po posileniu się, śpiewom i tańcom nie było końca. Znów mieliśmy okazję podziwiać olbrzymi temperament pełnych radości czarnoskórych przyjaciół, pomimo iż w ich rodzinnym kraju panuje obecnie piekło wojny domowej. Przy ognisku czarnoskórzy popisali się m.in. "tańcem Michaela Jacksona" oraz choreografią weselną, czyli tańcem pana młodego z charakterystycznymi ruchami bioder.

Jako że beczka piwa szybko się skończyła, a artyści czuli jeszcze zmęczenie po długiej i wyczerpującej podróży, po wylewnych pożegnaniach odjechali na nocleg - musieli wszak porządnie wypocząć przed sobotnim koncertem na Polinowie.

Sobota

Nazajutrz od rana na Polinowie aż wrzało. Wszyscy uwijali się jak w ukropie, a atmosferę nerwowości potęgowały dodatkowo zapowiedzi opadów i burz. Porozwieszanym wszędzie batikom z pewnością nic by się zapewne stało, ale powodzenie całego występu stało pod znakiem zapytania. Zespół przyjechał już przed 18.00, od samego początku zaczynając szaleństwa. W ostatniej chwili udało nam się zwabić grupkę do ogrodu, wszak grzechem byłoby nie wykorzystać takiej okazji i nie wykonać chociażby kilku fotografii.

Oficjalne otwarcie rozpoczęło się poświęceniem przez łosickich księży czwartej już polinowskiej kapliczki, poprzedzonym krótkim przemówieniem naszego ojca. Na wielkiej, lipowej rososze stanęła odrestaurowana rzeźba św. Nepomucena, pochodząca z wieży kościoła św. Stanisława w Łosicach (zastąpiła ją w tym roku nowa figura ufundowana przez Jana i Jacka Kobylińskich). Oczywiście poświęcenie swoim śpiewem uświetniał afrykański chór.

Później przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli koncert. Zespół zaprezentował zarówno tradycyjne pieśni religijne, jak i utwory wywodzące się wprost z Czarnego lądu. Śpiewali m.in. po francusku, łacińsku, angielsku, a także w języku afrykańskich plemion. Podczas przerw między utworami o. Roman Woźnica pięknie opowiadał o afrykańskich realiach, przybliżył wszystkim cel i założenia misji, a także przedstawił codzienne, wcale niełatwe życie mieszkańców Wybrzeża Kości Słoniowej. Oczywiście nie obyło się bez tańców: w kolorowy korowód został wciągnięty nawet proboszcz!

Po części artystycznej przyszedł czas na licytację afrykańskich arcydzieł sztuki ludowej, podczas której wszyscy mogli złapać nieco tchu. Ceny rosły lawinowo, chętnych nie brakowało, a trzeba powiedzieć że wystawiane były niesamowite i niepowtarzalne przedmioty: od czarnych, hebanowych stołów i rzeźby, przez barwne, woskowe batiki, których już sama ręczna produkcja jest sama w sobie arcydziełem, aż po oryginalne instrumenty - takie jak bębny, grzechotki czy tam-tamy. W międzyczasie na stoisku obok sprzedawane były inne pamiątki, które cieszyły się wcale nie mniejszym zainteresowaniem i rzadko kiedy można było się dopchać do zastawionych stołów z ekspozycjami.

Po pierwszej części licytacji przyszła pora na kolejny pokaz śpiewu i tańca w wykonaniu afrykańskiej grupy. Tym razem utwory były już typowo afrykańskimi aranżacjami. W przerwie piękne bordowe suknie zastąpiły niesamowite stroje ludowe oraz makijaże, co dodało całej imprezie jeszcze większego kolorytu. Gdy zaczęło już zmierzchać, rozpoczęła się druga, jeszcze bardziej emocjonująca część aukcji. Tym razem ceny pojedynczych arcydzieł dochodziły nawet do 1.000 zł, a temperatura sięgnęła zenitu. Podczas tej części na ścianie powozowni przez rzutnik wyświetlane były zdjęcia przedstawiające pobudowane przez polskich misjonarzy kościoły, dziką przyrodę Czarnego Lądu czy wreszcie sceny z codziennego życia mieszkańców.

Po tej emocjonującej części przyszedł wreszcie czas na chwilę relaksu - nasz ojciec zaprosił bowiem wszystkich gości do zakosztowania afrykańskiej nalewki, serwowanej przez nas w Krypcie. Niektórzy z gości po raz pierwszy zwiedzili ten przybytek. Takiej ilości ludzi te ściany dawno (o ile w ogóle) nie wiedziały. Zauważyć można jednak było, że gościom znacznie łatwiej wchodziło się do Krypty niż z jej wychodziło, co zapewne było skutkiem "uzdrowicielskiej" mocy nalewki.

Po takim pokrzepieniu przyszedł czas na gorącą grochówkę z kuchni polowej, do której w kilka sekund unoszący się zapach zwabił kilkunastometrową kolejkę. Oprócz tego ognisko i grille zapraszały do upieczenia kiełbaski. Po solidnym posileniu się przyszła pora na piękny pokaz ogni sztucznych. Gdy ściemniło się już na dobre, wokół stawu zaczęły zbierać się grupki ludzi, pochodnie rozproszyły egipskie ciemności, a taflę wody rozświetliły ogniste wianki. Zgodnie z obrządkiem tej staropolskiej ceremonii, powinno pomyśleć się życzenie, które to w niedługim czasie ma się spełnić. Zdradzę tylko, że my życzyliśmy sobie tego, by w przyszłości powtórzyć tak wspaniałe spotkanie.

O godzinie 23.00 goście powoli zaczęli opuszczać Polinów, żegnając się i dziękując organizatorom. Młodzież z kolei dopiero zaczęła się rozkręcać, a jako że 12 butelek nalewki zostało opróżnione do cna, oblężony został dystrybutor z piwem obsługiwany przez przesympatyczną barmankę. Jeszcze o 3.00 w nocy dało się słyszeć gasnące powoli rozmowy, a wszyscy - wymieniając jeszcze wrażenia - powoli układali się do snu - wszak nazajutrz czekał nas nader pracowity dzień.

Niedziela

Niedziela była bezspornie najcięższym i najbardziej wyczerpującym dniem całego pobytu, zwłaszcza dla naszych egzotycznych gości. Z samego rana bowiem zaplanowane zostały 2 msze oraz koncert w Białej Podlaskiej (parafia Wniebowzięcia NMP), później zespół uświetnić miał mszę o 15.30 w Łosicach (w parafii św. Zygmunta) oraz dać kolejny godzinny koncert, by na godz. 18.00 pojawić się na mszy i występie w Siedlcach w parafii św. Ducha. Oczywiście nie zabrakło wyszukanych, afrykańskich strojów, instrumentów muzycznych (bębny, tam-tamy, grzechotki i inne, których nazw nawet nie będziemy starali się tu przytoczyć) czy egzotycznych makijaży. Po raz kolejny mieliśmy okazję doświadczyć kontrastów smutnego już z definicji, pokutniczego Podlasia i tamtejszej żywiołowej kultury, zwłaszcza jeżeli chodzi o ceremonię mszy św., u nas mającej charakter niemalże pogrzebowy. Przerw na odpoczynek nie było zatem zbyt wiele, a zawrotne tempo nie dało odetchnąć do samego wieczora. Po całym dniu wrażeń chórzyści nie mieli już siły na nic oprócz snu, choć kilka murzynek odwiedziło jeszcze Polinów aby podzielić się wrażeniami i odpocząć po tym wyczerpującym tournee.

Poniedziałek

W poniedziałkowe popołudnie po spacerze ulicami Łosic cały zespół wyruszył do Paprotni, gdzie w parafii św. Bartłomieja Apostoła odbył się koncert. Po występie chór został zaproszony przez znajomego, niesamowicie gościnnego proboszcza na przyjęcie.

Wtorek

We wtorek atrakcją dnia okazała się jazda konno. Po przybyciu rozkrzyczanej grupki czarnych przyjaciół na Polinów i odpoczynku w ogrodzie, zaczęło się czyste szaleństwo. Część z chórzystów po raz pierwszy widziało konie na własne oczy, w związku z czym spotkanie te okazało się dla nich nie lada atrakcją. Niektórzy z nich mieli problem z okiełzaniem czworonogów, ale już po kilku minutach śmiało mogliby startować w zawodach. Pobyt na Polinowie zakończył się jakże owocną sesją zdjęciową - tu każdy mógł fotografować się z kim, kiedy i jak chciał - co zresztą widać w naszej galerii. Wieczorem chór pojechał do Siedlec, gdzie przy udziale licznie zgromadzonej publiczności zaprezentował swój repertuar w parafii Bożego Ciała. Po koncercie kilku z członków oraz opiekunowie udzielili wywiadu dla TVP.

Środa

Atrakcją środy natomiast okazał się łosicki zalew. Kajaki, rowery wodne, "piłkarzyki", lody i piwo po raz kolejny okazały się strzałem w dziesiątkę jeżeli chodzi o atrakcje. Oczywiście nie obyło się bez śpiewów i tańców (przez co drewniany pomost nad wodą niepokojąco trzeszczał), co nie mogło nie wzbudzić uwagi ciekawskich przechodniów. Wieczorem odbył się godzinny koncert w łukowskim kościele Podwyższenia Krzyża Świętego, a wieczór zakończył się kolacją w parafii i oczywiście powrotem do Łosic.

Czwartek

Większość czwartku murzyni także spędzili na wodzie, tym razem jednak na tratwach. Kolejną przygotowaną dla nich atrakcją był bowiem spływ tratwami po Bugu - z Mielnika do Drohiczyna. Po nasyceniu oczu pięknymi krajobrazami dzikiej, nie naznaczonej piętnem człowieka doliny rzeki, przyszedł czas na występ. Odbył się on przed pensjonatem "Panorama" w Mielniku, oczywiście przy udziale licznie zgromadzonej publiczności. Tutejszy ksiądz okazał niespodziewanie okazał się kolegą z "seminaryjnej ławy".


Po "czymś dla duszy" przyszedł czas na "coś dla ciała", czyli wystawny obiad. To był dopiero początek atrakcji, gdyż w niedługiej chwili główna sala biesiadna "Panoramy" zamieniła się w parkiet z kolorowymi światłami, estradowym nagłośnieniem i zaczęła się zabawa. Szaleństwom nie było końca (niestety zdjęcia nie oddadzą choćby małego skrawka tego, co tam się działo). Po kilkugodzinnej zabawie przyszedł czas na podziękowania i oczywiście nieuchronne pożegnania połączone z zaproszeniami do kolejnych odwiedzin.

Po przyjeździe do Łosic chórzyści podziękowali całej rodzinie Kobylińskich za włożony w organizację ich pobytu trud, zaśpiewali pieśń dziękczynną oraz kilka innych utworów, po czym po czułym obściskaniu każdego z osobna rozstaliśmy się na całe 2 lata, a może i dłużej.

Podsumowanie

Ciężko jest podsumować w kilku zdaniach tak owocną wizytę niecodziennych gości z gorącego kontynentu. Tak jak i wszystkim, z kim dane było im się spotkać, tak i nam dali niesamowitą radość, nadzieję, okazję do zetknięcia się z tym samym, a jakże odmiennym kulturowo kościołem. Wierzą w tego samego Boga, śpiewają te same pieśni, a jednak traktujemy ich jak ludzi z innej planety. Takie spotkania zbliżają nas do siebie, uczą nas miłości do bliźnich bez względu na kolor skóry czy zamieszkiwanego kontynentu, poszerzają nasze horyzonty, a przede wszystkim uczą wiary. Wiary w kościół, w ludzi, w cały ten trochę szalony, pędzący i zwariowany świat... Niestety, a może na całe szczęście, jeszcze bardziej odwodzą od wiary w prognozy pogody:)

W Polsce chór koncertował wcześniej na Śląsku, a na koniec pobytu - po koncertach na Podlasiu - w Warszawie.

Do zobaczenia!
Ojcowie serwisu Polinów
Misje w Afryce i chór Claret Gospel
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy