strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Opowieści znad Polinówki

Anno Domini 2013

1 (33). Paskudne przedzimie
listopad 2013 r.

Jacek Kobyliński W tym roku na jesień nie powinniśmy narzekać, ale nawet ta najbardziej łaskawa kiedyś się kończy. Okres przejściowy między jesienią a zimą jest najbardziej przykry, bo szary mokry, wietrzny i zimny. Co prawda w marcu jest podobnie, ale zawsze idzie ku lepszemu, a dni są coraz dłuższe i jaśniejsze. Ta paskudna pora zwana jest "szarugami jesiennymi" lub po prostu "przedzimiem". Jak każda pora roku, tak i ta ma swoje charakterystyczne oblicze, bo o urokach trudno mówić. Chociaż kiedyś była to pora sytości i lenistwa...

Z pól zebrano ostatnie uprawy. Zgoniono bydło do zagród, by nie marzło na wietrze i deszczu. Młocki zaczynano dopiero gdy mrozy osuszyły zgniłe powietrze. Była to pora gromadzenia opału na zimę i ogacania chałup, darcia pierza w długie i ciemne wieczory, kiszenia kapusty i długiego wylegiwania się pod pierzynami. Z uwagi na wysoką cenę nafty, lampy trzeba było gasić wcześnie. Spiżarnie i komory były za to pełne zapasów na zimę. Wisiały warkocze cebuli i czosnku, stały beczki z kiszonymi ogórkami i kapustą. Jajka wkładano do skrzynek wypełnionych zbożem, gdzie długo zachowywały swą świeżość. W zimie kury słabo się niosły, a na święta jajka były potrzebne w większych ilościach. U bogatych gospodyń stały garnce z powidłami i miodem na świąteczne okazje. Podstawową potrawą były kartofle w rozmaitej postaci i kiszona kapusta, zaprawiane skwarkami z zasmażonej słoniny. Wiejskie gospodynie miały dużo czasu na sporządzanie smacznych posiłków z tego, co miały pod ręką. W sklepie kupowało się tylko to, czego w gospodarstwie wytworzyć się nie dało, np. sól, cukier, naftę, materiał na ubrania lub narzędzia do domowego gospodarstwa. Większość zakupów czyniono na targach, które jesienią i zimą były szczególnie bogate. Na placach targowych stały setki furmanek wymoszczonych słomą i sianem. Chłopi nie marzli w żółto-brązowych kożuchach, a kobiety otulały się grubymi, wielkimi chustami przyozdobionymi frędzlami. Wieczorami gotowano kartofle dla świń w parnikach, przeto dymiła każda zagroda, bo i w piecach trzeba było już przepalić. Dym ze spalonego drewna nie był jednak tak przykry, jak ten z węgla.

Przedzimie było kiedyś też porą intensywnych kontaktów sąsiedzkich. Każdy pretekst był dobry do spotkania, pogadania czy pośpiewania przy jakimś domowym zajęciu. Nie było radia i telewizji, więc ludzie lgnęli do siebie żądni wiadomości, sensacji i skorzy do zabawy. Dzisiaj tę potrzebę w dużej mierze zaspokajają telewizyjne seriale. Wiejskie gadki w jesienne wieczory nie były na dużo wyższym poziomie. Chętnie opowiadano o cudach, objawieniach, znakach i przepowiedniach. Nie brakło też lokalnych sensacji i plotek – kto z kim i co z tego wynikło.

Jesienią najbardziej nudziły się dzieci. W cenie były więc bajki i straszne historie, które słuchane w mrocznych izbach, przy wątłym blasku lampy i wtórze wyjącego wiatru nabierały realnej mocy i skutecznie zastępowały dzisiejsze horrory. Po takich opowieściach spało się z głową pod pierzyną, nasłuchując tajemniczych odgłosów zza okna. Ot, czasy nie tak odległe, a jednak wszystko się odmieniło. Tylko szarugi jesienne pozostały tak paskudne, jak kiedyś...

Co dzisiaj zostało z tych przygotowań do zimy na Polinowie? Konie schodzą już z pastwiska na zimowy wybieg i zmieniają dietę z letniej na zimową. Wygrabia się opadłe liście i wywozi wielkie ich ilości z podwórza i ogrodów. Czyści się rynny i dachy z resztek listowia, spuszcza wodę z zewnętrznych ujęć. Okrywa się róże, krzewy ozdobne i zwozi do piwnicy ostatnie warzywa. Trzeba też zadbać o źródło ciepła dla całego domu i drewno do kominka. I to w zasadzie wszystko – i tak niewiele w porównaniu z tym, co było onegdaj. Nie zmienia się tylko aura za oknem. Ale za potrójną szybą, przy ciepłym kaloryferze, w jasnym pokoju z telewizorem i internetem to już nie jest ta sama szara, zimna, mokra i błotnista pora roku co kiedyś. A i oczekiwana zima nie wydaje się aż tak straszna. Może i ludziom dużo lżej znieść ten trudny czas, ale romantyzmu w tym już niewiele. Teraz czekać będziemy na pierwszy śnieg, który zupełnie odmieni krajobraz, a może i wybieli smętne myśli, którym sprzyja to, co dzieje się teraz za oknem.

Anno Domini 2012

1 (32). Jesienny smętek
listopad 2012 r.

Jacek KobylińskiWkroczyliśmy w najmniej ciekawą porę roku. To już nie złota jesień, ciesząca kolorami i całkiem miłymi promieniami słońca. Mamy przed sobą porę szarą, mokrą, zamgloną, wietrzną, czyli szarugi jesienne. Można popaść w depresję, lenistwo lub szukać pocieszenia w świecie wirtualnym czy używkach. Warto jednak znaleźć dobre strony takiej pluchy i docenić to, o czym myślimy wtedy gdy świat wygląda kolorowo.

Jak miło jest teraz zaszyć się w ciepłym wnętrzu domu, ogrzać w płomieniach kominka, wziąć na kolana mruczącego kota, a w chwilach przejaśnień ruszyć na spacer obserwując jak przyroda szykuje się do zimowego snu. Kto miał odlecieć do ciepłych krajów, już odleciał. W lesie słychać tylko skrzek srok i wrzask coraz częściej widzianych krasek. Zawzięcie polują też jastrzębie. Dziki obżarte kukurydzą ryją w ziemi już tylko dla rozrywki. Sarny delektują się oziminą, a zajęcy prawie nie widać. Koty porastają zimowym futrem i pchają się do ciepłych pomieszczeń nie gorzej niż myszy, bo słoneczko już ich nie ogrzeje.

Na Polinowie to pora jesiennych porządków, zgrabiania opadłych liści, zebrania resztek warzyw w ogródku. Najładniej jest o poranku, gdy ustępują mgły, przez które z ogromnym trudem i rzadko przebija się słoneczko. Wieczory za to długie, leniwe, pozwalające na wiele zajęć, o których latem nie ma mowy. Można więc i poczytać, i pogapić się w telewizor, i jest czas na „gadki-szmatki”, plany i podsumowania.

Jednym słowem: ciepły kąt, rozpalony kominek, mruczący kot i dużo czasu, szczególnie w weekendy – teraz właśnie trzeba to docenić – tym bardziej, im paskudniej jest za oknem. Polinów zaś ma urok w każdą pogodę. Teraz nadal cieszy zielenią trawników i odbiciem drzew w taflach szarych stawów. Nocne wichury, szumy, jęki i trzaski pozwalają rozkoszować się zaciszem i ciepłem domu. A już niedługo wszystko się zmieni – to jest właśnie urok naszych stron ojczystych, tylko trzeba go dostrzec i mieć czas na jego kontemplację.

Anno Domini 2011

1 (31). Plagi polinowskie
9 maja 2011 r.

Jacek KobylińskiCo prawda do plag egipskich tym polinowskim jeszcze daleko, ale też się zdarza, że wyrządzają niemałe szkody. Najdokuczliwsze z nich związane były i są z kapryśną pogodą. Starsze pokolenia używały tego terminu na określenie długotrwałych opadów deszczu. Taki deszczowy okres kilku dni nazywany był u nas potocznie „plagą”. Deszcze przynosiły zwykle więcej szkody, niż susze. Babcia Wandzia nie pozwalała się nawet modlić o deszcz, twierdząc, że jego nadmiar może wyrządzić więcej szkód niż długotrwała susza. Taką sytuację mieliśmy w ubiegłym roku – problemy w rolnictwie, drożyzna na rynkach, błoto na grządkach i warzywach, woda w piwnicach. Ten ostatni problem dotknął też nasze podziemie, leżące nieco niżej niż polinowska krypta, gdzie zawsze jest sucho. Wody nie było tam od 30 lat, a w ubiegłym roku pojawiała się już dwukrotnie - po roztopach oraz letnich ulewach. Na rozmiękłych groblach przy stawach potworzyły się osuwiska ziemi, przez co zbiorniki stają się coraz płytsze i bardziej zamulone. Po rzęsistych opadach woda chlupotała na trawnikach, a w zagłębieniu na ognisko można było hodować kijanki.

Kolejną plagą w naszym ogrodzie są turkucie podjadki. To wyjątkowo obrzydliwy, podstępny i trudny do zwalczenia szkodnik. Lubi wilgoć, a tej u nas nie brakuje. Żyje to paskudztwo pod ziemią niczym mini-kret drążąc korytarze, podgryzając przy tym korzenie wszystkiemu co rośnie, szczególnie drobnym sadzonkom pikowanych warzyw i siewkom. Trzykrotnie siana kapusta pekińska została wprost wycięta w pień, a piki porów trzeba było trzykrotnie uzupełniać. Jedynym wrogiem turkucia jest kret. Ale kret w ogrodzie to plaga nie mniej dokuczliwa, jak turkuć. Szkody krecie są innego rodzaju i szczególnie paskudnie wyglądają na wypieszczonych trawnikach. Ponieważ równowaga w przyrodzie być musi – nie ma kretów, ale są za to turkucie.

Na stawach corocznie doświadczamy nieproszonych gości, rybich morderców – czyli wydry i czaple. Wydry grasują szczególnie jesienią. Czasem mordują nawet duże sztuki „dla sportu” i własnej przyjemności. Świadczą o tym wyciągnięte z wody i tylko lekko naruszone rybne tusze. Walka z nimi jest nieskuteczna i ryzykowna - są to bowiem zwierzęta chronione. Podobnie zresztą jak piękne czaple siwe, które nawiedzają stawy przed wschodem słońca. Dziobią przepływające sztuki, raniąc je często śmiertelnie. Czego nie upolują to dotkliwie poranią, a tak "uszkodzona" ryba pada po kilku dniach. Są ostrożne i płochliwe, dlatego polują zanim wzejdzie na dobre słońce. Ulubionym ich miejscem polowań są płycizny lub kępy przybrzeżne.

Kilka lat wstecz mieliśmy prawdziwą plagę piżmaków. Ucierpiały szczególnie groble, w których te gryzonie kopały potężne korytarze. Okazały się jednak wielkimi amatorami świeżej marchwi, przez co, stosując proste pułapki, szybko udało się wyeliminować ich obecność. W minionym tygodniu mieliśmy zaś pierwszą (i oby ostatnią) wizytę bobra. Pierwszej nocy ogryzł z kory wierzbę mandżurską i wykopał ogromną jamę w grobli. Nie przejawiał strachu przed ludźmi i dopiero po dwóch godzinach usilnych starań udało się go przegonić do Polinówki. Póki co nie widać śladów jego pobytu, ale z pewnością jest gdzieś niedaleko, co da się łatwo rozpoznać po szkodach w drzewostanie. Gdyby pozostał w stawie, nasz przydomowy sadek byłby zapewne jego pierwszą ofiarą.

Kiedyś jesienią dokuczliwą plagą były „najazdy” myszy i szczurów, szukających zimowych leży. Koty cieszyły się wtedy dużym szacunkiem, obrastając w zimową sierść i tłuszczyk na mysiej wyżerce. Współcześnie trutki załatwiają jednak ten problem dość skutecznie. Latem pewnym problemem, szczególnie przy dużej wilgotności, są komary. Apogeum ich wylęgu obserwuje się w drugiej połowie maja. Zdecydowanie mniej niż kiedyś jest natomiast much. Nie ma już na Polinowie obór i chlewów, stanowiących onegdaj ich ulubione środowisko. Ale nie widać też, przynajmniej tylu co kiedyś, sympatycznych jaskółek.

Dzięki Bogu omijają nas klęski żywiołowe. Już dawno nie było silnego gradobicia, huraganu czy trąby powietrznej. Jak z powyższego wynika, współczesne plagi na które utyskujemy to prawie nic w porównaniu z tym, co przeżywali nasi dziadowie. Nasilenie jakiejś plagi oznaczało biedę, a nawet głód, bo byli wobec nich bezradni. Przyjmowali jednak te dopusty z determinacją i stoickim spokojem. My, współcześni, utyskujemy nawet na to, co zaburza nasz błogi spokój lub uszczupla przyjemności. Plagi uczą nas pokory wobec praw przyrody i szacunku do równowagi stanowiącej jej harmonię. Jeśli człowiek w imię własnej wygody coś chce poprawić lub zmienić, często popada w kolejne tarapaty, a wiele współczesnych plag jest tylko tego konsekwencją. Przyroda rządzi się własnymi prawami i mimo że wydaje się nam, iż potrafimy nad nią zapanować, potrafi nieźle zakpić z naszej pychy i udowodnić swój prymat w najmniej oczekiwanym momencie.

Anno Domini 2010

6 (30). Filozofia chłopsko-gminna, czyli ekologia "Made in China"
14 listopada 2010 r.

Bartosz KobylińskiPatrząc na otaczający nas świat można dojść do wniosku, że błogostan jest dla ludzi stanem nienaturalnym lub wręcz iście patologicznym. Idealnie obrazuje to prawo Murphy'ego, utwierdzające nas w przekonaniu, że "w naturze nigdy nic nie jest całkiem w porządku, czyli jeśli coś idzie dobrze... to coś jest nie tak". A jeśli coś jest nie tak, człowiek natychmiast musi to poprawić i ulepszyć po swojemu, co dla natury z kolei oznacza przeważnie coś dokładnie odwrotnego. To, co dla człowieka jest "poprawą komfortu bytowania", dla przyrody oznacza zaburzenie jej idealnego porządku, tkanego misternie przez miliardy lat mrówczej pracy.

Tak to już bowiem na tym świecie jest, że od zarania dziejów naturalny spokój nawet najspokojniejszej okolicy musi zostać w końcu zmącony, a każdy jej mieszkaniec w swej bezradności musi w końcu przywyknąć do nowego, niekoniecznie lepszego, stanu rzeczy. Niekwestionowanym liderem tego typu zachowań były z pewnością "złote czasy PRL-u" obfitujące w wyrządzaną siłą krzywdę ludzką, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy cokolwiek posiadali, cokolwiek tworzyli i cokolwiek znaczyli. Mimo stworzeniu mechanizmów prawnych zapobiegającym takim nadużyciom jak i szeroko pojętej "partyzantce", i w obecnych czasach co i rusz przychodzi nam ścierać się z lokalnymi kuriozami "nadopiekuńczej władzy", która każdemu ze swoich nawet najbardziej szkodliwych przedsięwzięć potrafi nadać status sprawy "niezbędnej i jedynie słusznej". Problem w tym, że w przeciwieństwie do sił natury, prawie każda władza jest ślepa i tak naprawdę mało kogo obchodzi dobro każdego z nas, nie mówiąc już o ubezwłasnowolnionym środowisku, w którym przyszło nam egzystować.

Nie będę już wspominał takich barbarzyńskich pomysłów dawnych czasów jak reforma rolna, parcelacja majątków, konfiskata dóbr materialnych (w naszym przypadku był to np. nowo otwarty młyn przy ul. Bialskiej), czy drobniejsze wybryki lokalnych włodarzy, jak spuszczenie serwatki do krystalicznie czystego potoku i trwałe wytrucie większości gatunków organizmów zamieszkujących jego wody. To były lata PRL-u, które dzięki Bogu, lecz niestety wbrew woli coraz większej ilości z nas, na szczęście nigdy już nie wrócą. Takie wydarzenia jednak jak przeciągnięcie nad działkami rekreacyjnymi wbrew woli właścicieli linii średniego napięcia, mającej zasilać Zespół Szkół nr 3 RCKU w Łosicach przy ul. Radzyńskiej i uraczenie ich piętnastoma tysiącami Voltów, miały jednak miejsce jeszcze w latach 90., choć jak widać i wówczas nie były raczej niczym niezwykłym... Dzięki temu do dziś nasz krajobraz uatrakcyjnia kilka trójnożnych, betonowych słupów, a niebo przecinają trzy stalowe liny...

Warto wspomnieć jeszcze o kolejnej, okazanej przez władzę samorządową swoim mieszkańcom, trosce. Sprawa dotyczyła bowiem wywłaszczenia w 1994 r. dotychczasowych właścicieli Polinowa z kawałka prawie 40 arów ziemi (za wspomnianym młynem) pod pretekstem utworzenia na nim obszaru "strefy chronionej" dla przepompowni ścieków, na terenie której docelowo miał obowiązywać całkowity zakaz budowy czegokolwiek, przez co i tak stałby się bezużyteczny dotychczasowym właścicielom. Jednak już po kilku latach, gdy tylko sprawa przycichła, nie przeszkodziło to władzy sprzedać ze sporym zyskiem ten teren dobrze znanemu, łosickiemu przedsiębiorcy i wydać decyzję zezwalającą na budowę, wcale niemałych, obiektów. W chwilę później nowy właściciel postawił w obrębie tej rzekomo "chronionej strefy" okazały gmach - hotel i pizzerię. Kolejny cud? Chyba tak!

Z kolei w roku bieżącym środkiem wspomnianego pola, w przyszłości przeznaczonego zresztą w planach pod zabudowę, miał zostać poprowadzony... wysokociśnieniowy przewód! - oczywiście skutecznie wyłączający okoliczne grunty z jakiejkolwiek możliwości zabudowy i czyniąc je w zasadzie bezwartościowymi... Dopiero po postawieniu sprawy na ostrzu noża i wysłuchaniu licznych pretensji i krzyków co do braku zgody właścicieli na taki kształt inwestycji, udało się zmienić przebieg tego diabelstwa i poprowadzić go mniej inwazyjną drogą, przy granicy działek. Ze strony technicznej okazało się to być nadłożeniem raptem kilkudziesięciu metrów - jak widać wszystko się da, trzeba tylko chcieć! Lecz skoro to nie nasze, to po co się trudzić? Podobnie jak inne, także i ten przypadek wymagał ruszenia głową, ale jak widać - to o wiele za dużo. Oczywiście jak i w szeregu innych przypadków winni są tu także projektanci, wykonujący pospiesznie kolejne zakontraktowane prace. Niestety w pośpiechu idzie to przeważnie w ilość, a nie w jakość. Jeżeli bowiem komuś zależy tylko na tym, by wykonać zleconą robotę po jak najmniejszej linii oporu, wziąć za taką fuszerkę pieniądze i ulotnić się, skutki takiej inwestycji nie mogą być po prostu inne niż tylko opłakane, a dodatkowo odbywa się to kosztem wieloletniej krzywdy mieszkańców. Kiedyś miałem uraz do ludzi negujących każdą taką inwestycję, ale powoli chyba zaczynam ich rozumieć...

Kolejnym większym "przedsięwzięciem" ostatnich czasów jest uszczęśliwienie mieszkańców Łosic projektem drogi ekspresowej S-19, mającej przebiegać kilkaset (a w niektórych przypadkach i kilkadziesiąt) metrów od ich okien. Niestety to tereny wprost wymarzone pod rekreację, a z kolei z technicznego punktu widzenia jedne najgorszych dla drogi - teren podmokły, ciek wodny, bagna... No ale cóż, widocznie po raz kolejny, po prostu "tak musi być"... Niestety i ten rok nie ustrzegł nas od "wspaniałych" pomysłów naszych włodarzy, które - jak to zwykle bywa - odbijają się bardzo negatywnie na kondycji psychicznej mieszkańców, jak i całym regionie. Faktem wiążącym te przypadki jest to, że beneficjentem tych pochopnych decyzji nawet w najmniejszym stopniu nie jest żaden z mieszkańców, a wyłącznie władza, zrzucająca ze swych jakże nadwyrężonych barków kolejny ciążący problem, tłumacząc się później, że przecież inaczej postąpić nie mogli, zapewniając przy tym mieszkańców o słuszności swych decyzji...

Pochylmy się zatem nad tegorocznym, kolejnym wyczynem lokalnych władz. "Niespokojna Spokojna" - tak można by podsumować ubiegłoroczny letni sezon na Polinowie. Wszystko zaczęło się od przebudowy górnego odcinka jednej z łosickich ulic, kończącej się zaraz za murami Polinowa. O konieczności tej inwestycji nie sposób dyskutować, bowiem temu odcinkowi drogi remont należał się już dawno. W czerwcu 2009 ogłoszono zatem nieograniczony przetarg pn. "Budowa drogi gminnej - ul. Spokojnej w Łosicach". Na uwagę zasługują jednak jego okoliczności oraz to, co miasto zrobiło niejako "przy okazji". Początkowo odwodnienie ulicy miało odbywać się grawitacyjnie i powierzchniowo, korytkami ściekowymi usytuowanymi przy krawężnikach - a więc tak, jak robi się to w każdej cywilizowanej miejscowości, nie tylko na drogach kategorii gminnej, ale również tych o większym znaczeniu, tj. powiatowych, wojewódzkich czy nawet krajowych. Takie rozwiązanie byłoby jedynie kontynuacją i usprawnieniem dotychczasowego, naturalnego rozwiązania, gdzie woda spływała w kierunku północnym, a następnie wsiąkała i samoistnie filtrowała, nikomu przy tym nie wadząc.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie jeden z nadgorliwych mieszkańców, posiadający swoją posesję kilkaset metrów dalej. Otóż pewnego dnia odwiedził burmistrza Łosic i zakomunikował, że jeśli choćby jedna kropelka wody z przebudowywanej ulicy spadnie na jej pole - spotkają się w sądzie. Taki obrót sprawy nie dziwił jednak nikogo ze znających sprawę mieszkańców, bowiem podobnych gróźb było w przeszłości już wiele, a dotyczyły dosłownie wszystkich i wszystkiego. I co zrobił burmistrz? Bez sprzeciwu przystał na żądanie obywatela, a w przetargu znalazło się sformułowanie "odprowadzenie wód deszczowych odbywało się będzie poprzez wykonanie zaprojektowanej kanalizacji deszczowej". Nie ma to jak pieniędzmi podatników zapewnić sobie święty spokój! Inwestycja na rzecz powierzchniowych korytek ściekowych musiała powiększyć się zatem o kompleksową kanalizację deszczową pod jezdnią, setki metrów rur, odstojnik, eko-płyty do umocnienia rowu, żeliwne studzienki rewizyjne, kanalizacyjne i inne nadplanowe urządzenia, nie licząc oczywiście kilku tygodni pracy ekipy budowlanej.

Przekupienie za kilka srebrników właścicieli gruntów i dokupienie przez gminę pod nikomu niepotrzebną inwestycję kolejnych arów ziemi okazało się tylko kwestią czasu. Co śmieszniejsze, jako że miasto nie mogło oficjalnie wykupić niezbędnego pod inwestycję pasa ziemi, burmistrz w zamian za zgodę na umiejscowienie ostatniego jej odcinka przekazał właścicielowi gruntów 5 tys. zł w gotówce, i to za pośrednictwem... wykonawcy robót! Przy tej okazji działki, na których posadowiono odstojnik i całą podziemną infrastrukturę staną się teraz bezużytecznymi, zarastającymi ugorami, bo i co na takim terenie można jeszcze zrobić... Co dziwniejsze, mieszkańcy ulicy Spokojnej wcale nie domagali się budowy kanalizacji deszczowej, bo i po co? Od niepamiętnych czasów woda z ulicy i tak spływała siłami grawitacji do niżej położonych terenów, a teraz dodatkowo spływ regulowałyby korytka. Całkowita końcowa wartość zamówienia (bez VAT) obejmująca wszystkie zamówienia i części wyniosła 578.788,27 PLN, przy czym sporą część tej sumy pochłonęła budowa od podstaw kanalizacji deszczowej. Inwestycja, mimo wielu próśb i pism mieszkańców, niestety doczekała się inwestycji, a nadgorliwy mieszkaniec zmarł rok później...

Kilkadziesiąt tysięcy złotych z pieniędzy podatników to jedno (projekt nie był finansowany ze środków Unii Europejskiej) a konsekwencje drugie. Otóż woda z całej ulicy, włączając w to również ul. Radzyńską i Leśną, spływa teraz nowym, kilkusetmetrowym kanałem wprost do strumienia, biorącego swój początek zaledwie kilkaset metrów na wschód. Jeszcze do niedawna z polinowskiego potoku można było śmiało napić się wody czy całymi dniami brodzić w wodzie, uganiając się za rybkami czy szlachetnymi rakami. Dziś uganiać można się co najwyżej za pływającymi po powierzchni petami, a picia wody nie proponowałbym nawet krowom, pojonym tu przecież codziennie od dziesięcioleci...

Strumyk po 150 metrach wpada natomiast do polinowskich stawów hodowlanych, liczących sobie już co najmniej 200 lat. Przez 200 lat w niczym nie zmąconym spokoju przyroda kwitła w tym miejscu o każdej porze roku - początkowo w formie dworskich sadzawek pośrodku pięknego angielskiego parku, a później użytkowanych jako stawy hodowlane. W międzyczasie stawy spełniały jednak jeszcze wiele innych funkcji - fryzjerki na przykład czerpały z nich wodę do mycia głów, a zimą lodziarze pozyskiwali lód do wyrobu lodów. Późniejszymi czasy przez wiele lat mieszkańcy całej okolicy zaopatrywali się tu w karpie z własnej hodowli - smaczne, czyste, nie faszerowane żadnymi chemikaliami. I ta sielanka kwitła aż do teraz, kiedy to władze wzięły się za "pomoc i uszczęśliwianie swoich mieszkańców". No cóż, na święta pozostanie nam zapewne mrożona panga z wietnamskiej hodowli, nafaszerowana chemią nie gorszą niż w niejedna sklepowa wędlina... Jak widać, miasto ma za nic wytyczne ochrony przyrody, w których czytamy m.in. "...Ponadto celem ochrony wód powierzchniowych i podziemnych przed zanieczyszczeniami komunikacyjnymi oraz zmniejszenia szkodliwości dróg jako barier antropogenicznych dla fauny, należy dążyć do uszczelnienia rowów przydrożnych odprowadzających zanieczyszczone wody opadowe z koron dróg publicznych". W naszym mieście mamy do czynienia z dokładną odwrotnością, a zanieczyszczoną chemikaliami wodę odprowadza się wprost do cieków wodnych I klasy czystości!

Interesującym pozostaje też, jak ta decyzja ma się do misji wspierania prywatnych przedsiębiorstw i rozwoju rodzinnych biznesów. Stawy bowiem nie są już obecnie zarybiane, a istnym horrorem stało się oczekiwanie na każdą kolejną burzę. Nigdy nie wiadomo bowiem, co tym razem deszcz przyniesie nam z ulic, a spodziewać się można wszystkiego. Po każdym większym deszczu w stawach zdycha obecnie kilka sztuk młodych karpi - zapewne tych najmniej odpornych na zanieczyszczenia. Jak widać, jedna bezmyślna decyzja może zniweczyć piękne plany i do końca życia spędzać sen z powiek w czasie każdego większego opadu deszczu, a coś co kiedyś cieszyło, dziś może doprowadzać do palpitacji serca.

Niestety nie pomogły liczne prośby i listy mieszkańców w tej sprawie. Na szkicach załączonych do korespondencji widniały nawet mapki z propozycją nieinwazyjnego i nieszkodliwego rozwiązania problemu, z którego wszyscy mieszkańcy byliby zadowoleni. Pomijając już bezpodstawność tej inwestycji, rurę można było np. połączyć z istniejącym rowem przy ulicy Targowej, skąd woda nie wadząc nikomu spokojnie wpadałaby tuż za stawami, a więc prawie wprost do oczyszczalni ścieków. Tymczasem wydaje się, że obecnie to strumień i stawy ze wszystkimi gatunkami organizmów żywych je zamieszkującymi mają przejąć tę zaszczytną funkcję filtrowania wody z wszelakich nieczystości.

Ostatnimi dniami na przykład z rury spustowej zaczęła spływać biała ciecz niewiadomego pochodzenia. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że to jakiś kilometr stąd jeden z mieszkańców wykłada kostką podwórko, a deszcz zmył świeże wapno wprost do krystalicznych dotychczas wód Polinówki. Nie mówię już o brudnej pianie, niedopałkach, plastikowych butelkach i innych śmieciach spływających z całej ulicy, czy choćby stęchłej, wypompowywanej z piwnic wodzie. Tylko patrzeć, jak na powierzchni pokarzą się tłuste plamy ropy, oleju czy nawozu zmytego z gospodarskich podwórek czy celowo rozszczelnianych szamb. Często spotykanym, rzekomo nieszkodliwym procederem jest także wypompowywanie wody z zalanych piwnic, a w nich można spotkać dosłownie wszystko - rozlaną ropę, olej, ale także środki chemiczne: pestycydy i inne, często zabójcze dla organizmów żywych, substancje chemiczne. To wszystko ląduje w kratkach ściekowych, a zaraz potem w naszych wodach naturalnych. Nie sposób także pominąć destruktywnego działania soli używanej do zwalczania śliskości na lokalnych drogach, zmywanej przez kilka miesięcy każdej zimy. Na dodatek tak się składa, że w tym temacie orientuję się niezgorzej - o wpływie zimowego utrzymania dróg traktowała bowiem broniona przeze mnie przed kilkoma laty praca magisterska. Oczywiście przyroda jest w stanie przyjąć wiele, ale po ówczesnym przefiltrowaniu i przetworzeniu, czyli tak, jak to odbywało się dotychczas.

Zasilenie hodowlanych stawów z ponad 200-letnią tradycją ulicznym szlamem i przymusowe pożegnanie Polinowa z czystą wodą to jednak nie jedyna ufundowanych przez władzę atrakcji - za jednym zamachem bowiem zapewniła nie lada "rozrywkę" także mieszkańcom położonym niżej strumienia, przyczyniając się (z powodu zbyt małego światła przepustu pod ul. Targową) do podtapiania okolicznych domostw. Oczywiście kosztów kolejnej już w tym roku akcji straży pożarnej wypompowującej wodę z piwnic niefortunnie nikt nie przewidział w kosztorysie tej godnej podziwu inwestycji... Co będzie się działo podczas roztopów - aż strach pomyśleć, skoro tylko w tym roku byliśmy świadkami kilku już takich akcji.

Jak widać, pogrożenie palcem wystarczy do wyrzucenia przez władzę lekką ręką sporej sumy publicznych pieniędzy, na które zapotrzebowania bądź co bądź w Łosicach nie brakuje. Jest bowiem wiele pilniejszych inwestycji niż odwodnienie kawałka ugoru - w wielu miejscach ludzie tracą całe dobytki, podmywane są zamieszkiwane przez całe rodziny budynki, że nie wspomnę już o stanie dróg i innych samorządowych problemach. Wiele z mieszkańców od lat nie może doczekać się m.in. na kanalizację sanitarną. I nie chodzi tu o to, by każdą kolejną władzę piętnować, ale patrzeć na ręce i mieć świadomość na co wydaje się naszą, bo nikogo innego, krwawicę. W obliczu wielu niecierpiących zwłoki lokalnych problemów, nasze pieniądze wyrzuca się na rzeczy nie tylko zbyteczne, ale także dla wielu z nas szkodliwe i spędzające co noc sen z powiek. Tym bardziej bulwersuje brak jakiegokolwiek innego uzasadnienia tego posunięcia oprócz ucieczki przed rzekomą sprawą sądową. Po to jednak wybieramy władzę jako naszych reprezentantów, by w naszym imieniu umiała stanąć po stronie stronie słusznej sprawy i jej bronić jej imienia. Wygląda jednak na to, że o tym przypominają nam już tylko historyczni bohaterowie, bo raczej nie ci obecni... Ciekawe kogo burmistrz przestraszy się następnym razem? Po tym, jak już na wieki wpuścił ścieki z ulicy wprost do kilkusetletnich, hodowlanych stawów, może teraz pod groźbą jakiegoś mieszkańca z łosickiego zalewu zrobi publiczne szambo? Czekamy z niecierpliwością na kolejne wspaniałe pomysły!

5 (29). Czy klimat oszalał? Nie, to tylko media!
18 lipca 2010 r.

Bartosz KobylińskiObecny rok z pewnością zapisze się jako rekordowy pod względem opadów deszczu. Naturalna retencja ziemi już dawno osiągnęła apogeum, przez co kolejne opady w mgnieniu oka wypełniały przydrożne rowy i podtapiały pieczołowicie doglądane uprawy. Jako że lejąca się z nieba woda zawsze szuka najkrótszej drogi do morza, a najbliższym ciekiem łączącym Polinów z Bałtykiem jest Polinówka, nietrudno zgadnąć na czyich barkach spoczywa bojowe zadanie ratowania okolicy przed powodzią. Już po raz kolejny w tym roku po kilkugodzinnych intensywnych opadach koryto nie poradziło sobie jednak z odprowadzeniem w ogromnej ilości wody, a spokojny na co dzień strumień wystąpił z brzegów. Jak jednak widać na poniższych zdjęciach, deszcz czy nawet i lokalna powódź nie robi większego wrażenia na koniach, a w zasadzie przeszkadza jedynie człowiekowi, który siłą wtargnął na tereny od wieków naturalnie zalewane przez wodę.

W obliczu periodycznie występujących ostatnio na terenie naszego kraju niszczycielskich epizodów wielu "mędrców" zachodzi w głowę, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Oczywiście pogląd na ten temat uparcie kreują media, jak zwykle grzesząc przy tym brakiem zdrowego rozsądku. To właśnie głównie za sprawą czwartej władzy wielu fanatycznych eko-wojowników podziela zdanie "wielkich uczonych", w tym m.in. tegorocznego noblisty, na temat tegorocznych anomalii pogodowych jako skutków efektu cieplarnianego. Żeby jednak ferować podobne poglądy, plując przy tym modnym ostatnio w Polsce jadem, trzeba mieć również świadomość "kto za tym wszystkim stoi", jak to zwykł mawiać Gomułka. A w tym przypadku za sznurki pociąga nie kto inny, jak niesamowicie modni ostatnio eko-terroryści, a wraz z nimi ogromne sumy pieniędzy, lobby i polityka. Nie wszyscy na przykład wiedzą, że po "klimatycznej nagonce", w roku 2007 firma General Investment Management należąca do naszego dobrodusznego amerykańskiego noblisty-samarytanina Ala Gore'a, zarobiła na pośrednictwie sprzedaży tzw. kredytów CO2 ponad 50 milionów dolarów (a wg niektórych źródeł nawet dwa razy więcej). O jakości tez przez niego stawianych możemy się przekonać z jego książki pt. "Earth in the Balance" (Ziemia na krawędzi), na łamach której nasz noblista wspomina o Polsce następującymi słowami:
"Dowiedzieliśmy się, na przykład, że w niektórych miejscach w Polsce dzieci regularnie zabiera się pod ziemię do głębokich kopalni, by mogły odpocząć od gazów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu. Można sobie niemal wyobrazić ich nauczycieli, wyprowadzających dzieci tymczasowo z kopalni, trzymających kanarki by ostrzegały o tym, że dalsze przebywanie na powierzchni jest niebezpieczne". Autorowi życzymy dalszych sukcesów na arenie międzynarodowej i kolejnych nagród! O winnym wszystkim tym paskudztwom dwutlenku węgla, Gazeta Wyborcza pisze m.in.: "Żaden wymyślony przez człowieka parametr nie miał takiego wpływu na tak wiele dziedzin życia".

W dzisiejszych czasach lęk i herezja nadzwyczaj dobrze się sprzedaje, a to tylko dzięki temu, że ciemnogród łyka te apokaliptyczne wizje, wciskane przez media jak ciepłe bułeczki. Codziennie z mediów dowiadujemy się na ten przykład, że każda toaleta pełna jest złych, unoszących się w powietrzu przez 24 godziny na dobę bakterii i zabić je może jedynie środek określonej marki, 3/4 dzieci ma pneumokoki i symptom ADHD, a bez kolejnych lekarstw z pewnością umrzemy na grypę przy najbliższej okazji. Niestety tych, którzy przeczytawszy skład tych cudownych leków odkryją, że zawierają one jedynie ibuprofen (środek znieczulający) i witaminę C (zdecydowanie lepiej zresztą przyswajalną w postaci świeżych owoców), można już policzyć na palcach.

Nie inaczej jest z żarówkowym szwindlem, przeprowadzonym ostatnio przez lobbystów. European Lamp Federation (ELF), organizacja branżowa skupiająca producentów 95% żarówek w Europie, od lat bombardowała opinię publiczną danymi, ile to dwutlenku węgla uda się zredukować dzięki wymianie starych żarówek na nowe. Żarówkowa rewolucja doskonale wpisywała się w europejską walkę z globalnym ociepleniem i odpowiadała na polityczne zapotrzebowanie zrobienia czegokolwiek dla ochrony klimatu, oczywiście przy chóralnym wsparciu decyzji o rezygnacji z żarówek przez organizacje ekologiczne (również opłacanych przez lobbystów). Greenpeace np. przygotował specjalną kampanię i przy udziale znanych ludzi przekonuje nas, żebyśmy kupowali świetlówki, a producenci świetlówek podkreślają, że pracują one nawet kilka lat dłużej niż żarówki i pozwalają zmniejszyć rachunki za prąd.

Okazuje się jednak, że oświetlenie stanowi na ogół ledwie 2% zużywanej w mieszkaniu energii. Nikt nie oświecił nas przy tym, że do wyprodukowania takiej nowoczesnej świetlówki trzeba zużyć kilkadziesiąt razy więcej energii niż przy produkcji tradycyjnej żarówki (ten sam paradoks dotyczy elektrowni wiatrowych). Oprócz tego te "cuda współczesnej techniki" zawierają lotną rtęć, stanowiącą silną i niebezpieczną dla środowiska oraz człowieka (w szczególności dzieci) truciznę, a mogącą wydzielić się podczas ich uszkodzenia. Oprócz tego w miejscach zbierania surowców wtórnych próżno szukać specjalnych pojemników na zużyte świetlówki, dlatego też ponad połowa polaków wyrzuca zużyte urządzenia na śmietnik (lub zgodnie ze starą, polską tradycją - do lasu). W rzeczywistości zatem ten rzekomy postęp w dziedzinie żarówek jest gwarancją zbytu dla ich największych producentów w Europie, a nie zapobieżeniu urojonemu efektowi cieplarnianemu. kolejnym kuriozum pozostaje fakt wprowadzania świetlówek zawierających przecież niemałe ilości rtęci, przy równie głośnej i drogiej kampanii wycofywania rtęciowych termometrów...

No a co z badaniami nad efektem cieplarnianym i jego anomaliami? Wbrew pozorom takie zjawiska nie są niczym niespotykanym. Okresowe wahania średnich temperatur występują w naturze od zarania, a coraz bardziej zacieranym wydaje się fakt, że największy wpływ na klimat Ziemi ma słońce, a nie człowiek. Analizując stare kroniki i pamiętniki meteorologowie odnajdują opisy równie drastycznych zmian klimatu, czego doskonałym przykładem jest stan pogody w Europie na przestrzeni ostatniego tysiąclecia.

Źródła historyczne donoszą o istotnych wahaniach klimatu na przestrzeni ostatnich stuleci, o które trudno jednak obwinić człowieka. W trwających kilka miliardów lat dziejach Ziemi okresy ciepłe przeplatane są zimnymi. Może trudno w to uwierzyć, ale w dobie średniowiecza w Anglii uprawiano winorośl, a na bujnych łąkach porastających Grenlandię spasano bydło i owce. Radykalna zmiana, która z pewnością wzbudziła niepokój ówczesnych mieszkańców naszego kontynentu, nastąpiła około 1550 roku i trwając nieprzerwanie przez 300 lat (do drugiej połowy XIX stulecia) sprawiła, że wieki XVII i XVIII nazywane są dziś "małą epoką lodowcową". Z opisów wiemy, że np. Bałtyk pokrywała tak trwała pokrywa lodowa, iż budowano na niej karczmy i zdarzało się, że zimą można było suchą stopą dostać się do Szwecji. Można przypuszczać, że powszechnie wiązano te nieprzemijające chłody z rychłym końcem świata. Współcześnie w opinii większości badaczy panuje przekonanie, że zmiany klimatu na kuli ziemskiej, w tym zwłaszcza na półkuli północnej, będą zmierzać nie do jego ocieplenia, a powolnego ochłodzenia klimatu. Trend ten jednak nie doprowadzi do epoki lodowcowej w ciągu najbliższych kilkuset lat.

Wniosek nasuwa się sam: dbajmy o środowisko, klimat, segregujmy odpady, oszczędzajmy wodę i prąd, ale za grosz nie wierzmy mediom, bo to przyroda, a nie wpływ ludzi, decyduje o klimacie. W obliczu napływających sprzecznych opinii i doniesień najważniejsze wydają się zdrowy rozsądek i umiar, zarówno w ferowanych sądach jak i podejmowanych środkach zapobiegawczych. Być może klimat wcale nie oszalał, więc i my nie dajmy się zwariować!

4 (28). Nasza fauna zmienną jest...
23 czerwca 2010 r.

Jacek KobylińskiTo, że mamy dość uciążliwy i zmienny klimat, każdy przekonuje się na własnej skórze, i to wielokrotnie. Ale fauna... Z perspektywy prawie kopy lat życia mogę stwierdzić, że zaszło sporo zmian w składzie dominujących gatunków okolicy Polinowa.

I tak, pół wieku wstecz w łosickich lasach zabito ostatniego wilka, co doskonale zresztą pamiętam. Na polach i w lasach dominowały wtedy zające i kuropatwy. Każdej jesieni odbywały się duże polowania, a mimo to zwierzaków wcale nie ubywało. W naszej Polinówce dominowały wtedy kiełbie i ślizy, zaś w polinowskich stawach złote karasie, pełnołuskie karpie i piżmaki. Zimą wśród ptactwa dominowały gile i jemiołuszki, latem zaś jaskółki, szpaki, wilgi, a i dudek się trafił. Do rzadkości wcale nie należały sowy i kraski. Dużo mniej było za to szkodników, np. w ogóle nieznana była stonka ziemniaczana, a turkuć podjadek był ogromną rzadkością, prawie nie było też kleszczy. Więcej było zaś pożytecznych pszczół, trzmieli i bąków, w tym też tych kąsających.

Dziś fauna różni się gatunkowo od ówczesnej, i to znacznie. I tak, w lasach prawdziwą plagą stały się, dobrze odkarmione na przyleśnych polach kukurydzy, dziki. Liczne są stada sarenek i łosi. Znakiem naszych czasów jest też inwazja lisów, które prawie wchodzą już na podwórka. Wieczorem w ogrodzie można potknąć się o jeża, a ryby i żaby niestrudzenie mącą wody okolicznych stawów. Pojawiły się szkodniki wodne. Szczególnie dokuczliwe stały się czaple i wydry. Od niedawna pojawiły się też bobry, które mają szansę stać się kolejną plagą. Bardzo rzadko widać z kolei jaskółki, kiedyś licznie okupujące stajnie i obory. Rzadkością są już zające i kuropatwy, pojawiły się za to ogromne, czarne kruki i jastrzębie. Ogrody pustoszą pospolite (lecz w Polsce pod ścisłą ochroną gatunkową) kwiczoły. Dość pospolity jest także kos i synogarlica (dziki gołąb). Duże szkody w ogrodach wyrządza też turkuć podjadek i aż roi się od wszędobylskich mrówek. Jednym słowem na brak zwierzyny nie narzekamy, choć struktura gatunków znacznie się zmieniła.

Mimo że skład fauny mocno się zmienił, okolice Polinowa szczególnie wiosną tętnią życiem. Od godziny czwartej na ranem następuje takie nasilenie ptasich treli, że pozostaje tylko szczelnie pozamykać okna. Te stworzenia bowiem w zasadzie nie śpiewają, lecz się drą, i to kto głośniej i dłużej. Takiej obfitości ptactwa jak w naszej okolicy doprawdy trudno gdzie indziej uświadczyć. Zawdzięczamy to m.in. obfitości wody i związanego z nią pokarmu. Gniazda znaleźć można dosłownie na co drugim krzaku czy drzewie. Mamy też lokatorów - sikorki modre oraz sikorki bogatki w bartkowych budkach lęgowych. O ile jednak teraz narzekamy na ten ptasi rejwach, o tyle w sierpniu będzie nam go już brakowało. Cisza oznacza bowiem koniec sezonu lęgowego i niechybnie zwiastuje smutek jesieni. Ale póki co, autentyczne polinowskie "Ptasie radio" nadaje na pełnych falach!

3 (27). Odpustowe impresje
9 maja 2010 r.

Jacek KobylińskiW świadomości ludzi młodych odpust kojarzy się z anachroniczną imprezą kościelną oraz jarmarczną oprawą zewnętrzną. To trochę krzywdzące stereotypy, bo odpusty to także lokalne świętowanie, wynikające czasem z wielowiekowej tradycji. Ich degradacja bądź rezygnacja z całej odpustowej otoczki odbywa się z pewnym uszczerbkiem dla lokalnej społeczności, bo odpust przypisany jest zarówno do konkretnego świętego patrona lub faktu teologicznego, jak też i miejsca. To święto lokalnego kościoła, rozumianego jako miejscowa wspólnota wiernych.

Pomijając treści teologiczne, odpust od setek lat spajał lokalne społeczności, będąc okazją do wyjazdów, spotkań, zakupów, a nawet do autoprezentacji swoich koni, bryczek czy strojów. Na odpust szykowało się najlepsze ubrania, najlepszą uprząż dla koni, świąteczne pokarmy. Konie były wypielęgnowane, miały zaplecione ogony i grzywy, a wozy okryte były kolorowymi samodziałami.

W czasach mego dzieciństwa, a więc przed półwiekiem, odpusty bywały liczne i huczne. W naszych Łosicach tradycja ustaliła pierwszą niedzielę po 8 maja (św. Stanisława) jako niedzielę odpustową. Obchody tego święta są od lat identyczne. Centrum świętowania znajduje się w kościele pw. św. Stanisława, przy łosickim Kozim Rynku. O dziwo święto patrona głównego kościoła pw. św. Zygmunta (2 maja) mija bez echa. Odpust rozpoczyna się i kończy uroczystą procesją z kościoła św. Zygmunta do kościółka św. Stanisława. Z uwagi na niewielkie gabaryty tej (w zasadzie) kaplicy, msza św. odprawiana jest przy ołtarzu polowym przed budynkiem kościółka. Tradycją jest kiepska pogoda, chociaż od 2 lat trend zdaje się nieco załamywać. Odpustową procesję i uroczystą sumę prowadzi zaproszony przez proboszcza ksiądz. Po mszy św. procesja wraca do parafialnego kościoła, a w małym kościółku zapada cisza aż do Bożego Ciała, gdy umiejscawia się tam jeden z czterech procesjonalnych ołtarzy.

W tym roku po raz pierwszy od ćwierćwiecza w odpustowych uroczystościach uczestniczył ojciec Andrzej CMF - klaretyn, który zjechał do ojczyzny na zakonną kapitułę, zaliczając tym samym tegoroczny urlop. Podczas uroczystości trochę kulił się z zimna, ale wytrwał mężnie do końca, czyli odpustowego obiadu na plebanii.

Na św. Stanisława trzeba było narwać kwiecia, bo moja młodsza siostra przez wiele lat sypała w procesji kwiatki. O tej porze roku nie jest to produkt deficytowy, więc pozyskanie kwiatów nie stanowiło problemu. Inne skojarzenia to odpustowy obiad z obowiązkowym schabowym i pierwszą sałatą, kupowaną wcześniej u okolicznych ogrodników. Ta nowalijka stanowiła niewątpliwą atrakcję, bo jej smak (z jajkiem na twardo i śmietaną na półsłodko) pamiętam do dziś.

Lokalne, odpustowe wspomnienia nie są jednak zbyt bogate i porywające. Więcej przeżyć i atrakcji dostarczał odpust wyjazdowy św. Antoniego w Huszlewie. Sama podróż furmanką w towarzystwie sąsiadów trwała około dwie godziny. Do Huszlewa ciągnęły sznury furmanek ozdobione pióropuszami kurzu z polnych gościńców. Wjazd do wsi stanowił nie lada problem, a zaprzyjaźnione obejście leżało z drugiej strony wsi. Trzeba było się przebić przez obszerny plac przed kościołem, wypełniony straganami i ciżbą.

Ojciec powoził stojąc, drąc się na całe gardło: "Na bok! Na bok!". Tłum rozstępował się niechętnie, a z powstałej szczeliny korzystały też inne furmanki. Pod kościołem rozkładały się całe rodziny, bo na odpust zwoziło się wszystkie dzieci na specjalne błogosławieństwo. Dzieciaki były przestraszone tłokiem i odmiennością miejsca, wskutek czego zaraz się mazały. Matki uspokajały je kupioną na straganie zabawką lub przywiezionym z domu pocukrzonym plackiem. Panie wystrojone były w błyszczące lamy i brokaty, panowie zaś w lśniące oficerki i spodnie galefe (u góry szerokie, od kolan w dół zwężone - specjalnie do butów z cholewami).

Po mszy św. odpustowej, w drodze powrotnej stałym punktem programu była majówka w huszlewskim lesie. Starzy gościli się na rozłożonych kocach, a młodzi chodzili po lesie, szukając pierwszych poziomek i grzybów. Pamiątką po odpustach były kolorowe baloniki z barwionych kondomów z drewnianym ustnikiem uzbrojonym w piszczałkę, kolorowe wiatraczki i inne straganowe zakupy. Niezapomniany też był smak skrobanych z bańki po mleku lodów.

Dzisiaj takich odpustów niestety już nie ma, dobrze chociaż, że są jeszcze takie, jakie są.

2 (26). Srogie zimy
18 lutego 2010 r.

Jacek KobylińskiTegoroczna zima przejdzie do historii jako nie tyle ekstremalna, co długa i śnieżna. Takich śniegów nie było już dawno. Zawdzięczamy to też brakiem odwilży od Świąt Bożego Narodzenia do połowy lutego. Młodzież takich zim raczej nie pamięta, ale onegdaj nie były rzadkością.

Pierwszą srogą zimę pamiętam gdy miałem 5 lat, a więc na przełomie 1955/6 r. Przeprowadziliśmy się wówczas do nowego domu z kamienicy. Nie doprowadzono do niego jeszcze elektryczności i długie wieczory rozświetlała jedynie lampa naftowa. Nie było radia ani innych rozrywek, więc Matula wieczorami (i nie tylko) czytała nam bajki. Koziołka Matołka umiała prawie na pamięć. Podwórze zasypane było śniegiem i jedynie przekopano ścieżki do zabudowań gospodarskich. Zaspy wydawały mi się wielkie jak góry. Siedzieliśmy uwięzieni w domu przez długie tygodnie, bo i mróz był tęgi. Najprzyjemniejszą rozrywką było puszczanie baniek mydlanych i zjeżdżanie po wyślizganej desce do prasowania. Ależ ta zima była była długa i straszna dla pięciolatka uziemionego w zawianej chałupie bez prądu! Urozmaiceniem były wizyty listonosza, który co tydzień przynosił zaprenumerowany "Świerszczyk". Matula musiała od razu przeczytać wszystko co w nim było, a obrazki utkwiły mi w pamięci do dziś.

Druga sroga zima, która utkwiła mi w pamięci to chyba rok 1963/4, gdyż byłem w szóstej klasie. Ścisnęły takie mrozy, że w końcu zamknęli nam szkołę, ogrzewaną kaflowymi piecami. Relacje o rekordowych mrozach miałem na bieżąco, gdyż u sąsiadów Kucewiczów znajdowała się stacja meteo, a z Mańkiem chodziłem do szkoły. Mrozy były tak silne i długotrwałe, że polinowskie stawy zamarzły do dna. Zginęły prawie wszystkie ryby, w tym potężne "maciory" karpia. Gdy lody puściły, Tokarski wyrzucał je na brzeg, gdzie później dziobały je stada wron. Zmarzły wtedy też prawie wszystkie drzewa w sadzie stryjka Józia, wskutek czego nadawał się on już tylko do "kasacji".

Znacznie później pamiętny tragiczny sylwester 1978/9 r. rozpoczął straszną i długą zimę, trwającą aż do końca marca. Po sylwestrowej śnieżycy trwającej dwa dni, przyszły trzydziesto stopniowe mrozy. Drugi atak śnieżyc w lutym odciął komunikację z Łosicami na tydzień, a do Przesmyk czy Korczewa na 2 tygodnie. Zamknięto szkoły i były problemy z ogrzaniem bloków. Jeszcze w pierwszy dzień wiosny rano mróz znacznie przekraczał -20°C. Droga Siedlce - Łosice miała odśnieżony jeden pas ruchu i wyminąć można się było tylko w niektórych, poszerzonych miejscach.

Zwykle dzieje się tak, że srogie zimy występują w kilkuletnich cyklach, zaś później może nastąpić kilkuletnie zimowe ocieplenie. Tyle, że dziś nawet sroga zima nie jest tak straszna jak kiedyś. Mimo lokalnych utrudnień, wszystko jakoś funkcjonuje. Obecne śniegi grożą zawaleniem słabszych dachów. Murowana stodoła u sąsiadów za Polinowem rozleciała się, jakby trafiła w nią bomba. Polinowskie stodoły, mimo leciwego wieku, ostały się dzięki solidnej konstrukcji i dbałości gospodarzy. Niemniej takich zwałów śniegu nie było na Polinowie już dawno. Zapowiadają się też prawdziwe roztopy, chyba nawet takie, jak to onegdaj bywały. Dobrze, że Polinówka nigdy na Polinów nie wtargnęła. Miejmy nadzieję, że jej wezbrane wody i tym razem przewalą się za polinowskim podwórzem.

1 (25). Zima na Polinowie
12 stycznia 2010 r.

Jacek KobylińskiZimowy Polinów jest trochę senny, trochę pusty, ale za to bardzo pięknie przystrojony nieskazitelnie białym śniegiem, który wygląda odświętnie i tajemniczo. Przyroda wokół zasypana białym puchem, skuta lodem, chyba faktycznie śpi już od połowy grudnia. Zamarzły "na amen" polinowskie stawy i Polinówka. Ale pod grubym lodem, w zwolnionym tempie toczy się normalne, podwodne życie. Ryby i inne stwory wodne co prawda nie żerują, ale niemrawo poruszają się w lodowatej wodzie i ciemnicy, spowodowanej grubą warstwą nawianego na lód śniegu. Mieliśmy też wizytę wydry, o czym świadczą częściowo nadgryzione zwłoki karpia wyciągniętego na lód.

U źródeł pojawiła się zaś nowa plaga - bobry. Leży już parę olsz zwalonych przez tych futrzastych pilarzy. Imponującej wielkości są nie tylko szkody przez nie wyrządzone, ale i wióry po ich robocie. Te zwierzęta muszą mieć niewiarygodną wprost siłę w swych zębiskach! Trudno powiedzieć jaki będzie ich następny ruch i do jakich jeszcze szkód przyczynią się w okolicy. Póki co też chyba przysypiają, a ich działania są ograniczone. Aktywne są natomiast zimowe ptaki, czyli głównie sikory, jemiołuszki, gile i dzięcioły.

Mróz i śnieg nie straszny jest natomiast dla Karinki i Walusia, czyli polinowskich koni. Niezależnie od pogody spacerują po wybiegu, marząc zapewne o majowych, soczystych łąkach. Póki co jedyną ich rozrywką jest udział w zimowych kuligach i imprezach, na które zaprzęga je wujek Jasio. Pierwszy tegoroczny kulig sąsiedzki odbył się w sobotę, 9 stycznia. Aura tego dnia była niesamowicie zimowa, co nie wystraszyło organizatorów ani części gości. Były pochodnie, ognisko i niepowtarzalna atmosfera. Takiej zimowej scenerii nie było już dawno!

Aktywne są też polinowskie koty. Z całej piątki zostały już tylko dwa - nasza poczciwa kocica oraz jej dorosły już syn Kleofas, który gania i fuka na nią jak na młodszą siostrę. Trójka jesiennego przychówku została zaś przekazana przez Wujka Jasia w dobre ręce. Kocica jest dobrej formie i zapewne niebawem pocznie następne pokolenie. Ciekawe gdzie tym razem się okoci, a w konsekwencji czyim okaże się to zmartwieniem. Kot Kleofas wprost uwielbia wygrzewać się z nami przy kominku i żałuje tylko, że nie może tego czynić codziennie. Poza weekendami rezyduje w ocieplanej elektrycznym kaloryferem budce u Rodziny Tokarskich. Każdy nasz przyjazd na Polinów zaczyna się od powitania przez koty, które oczekują rewanżu w formie mięsnego poczęstunku.

Obecnie w zasadzie jedynym zimowym zajęciem jest odgarnianie śniegu i palenie w kominku. Nawet spacery muszą odbywać się po drogach, bo śnieg kopny i bez nart ani rusz. Szczerze mówiąc, gdyby nie sprzęt Wujka Jasia i jego "służby porządkowe", Polinów tej zimy byłby nie do zdobycia. Piękna jest zima na Polinowie, ale... oby do wiosny!

Anno Domini 2009

5 (24). Z czym kojarzą nam się święta?
14 grudnia 2009 r.

Jacek KobylińskiPewnie każdemu z czym innym... Lista skojarzeń jest długa i raczej miła. Dlatego też świąteczne skojarzenia zostały wykorzystane także do reklamy, co zresztą skutecznie je obrzydziło. Dziś święta skojarzono z zakupami, toteż cała ich pierwotna oprawa i symbolika mają im służyć. Z czym kojarzy się dzisiaj dziecku choinka i Mikołaj, wiadomo - z prezentami, a zapewne połowa z nich nie wie już co to adwent czy roraty. Same święta to raczej czas dla telewizora, niż rodziny. Tyle fajnych filmów leci, że szkoda czasu na nudne, rodzinne spotkania. W telewizorze jest dużo ciekawiej, przecież tyle się tam dzieje - nie to co w "realu"!

Nam, "starociom", święta kojarzą się przede wszystkim z dzieciństwem. Nie było co prawda takich prezentów, telewizji i życzeń wysyłanych SMS-em, ale było cicho i skromnie. Lecz to "coś", co się czuło w powietrzu, na co czekało się przez długi adwent, co stanowiło odmianę w szarej codzienności, było właśnie "tym czymś". Ale dość narzekań i ckliwych wspomnień, dzisiaj też można przeżyć prawdziwe święta, pod warunkiem, że zechcemy je przeżyć nieco głębiej niż zachęca Mikołaj z reklamy.

Święta Bożego Narodzenia mają ogromnie dużo treści i symboli, winny być także okazją do budowania wewnętrznej radości, nadziei, pozytywnego nastawienia do świata, a szczególnie innych ludzi. Najważniejsze, by narodził się w nas optymizm, nadzieja, serdeczność, autentyczna radość płynąca ze spotkania z tym, który nas do życia powołał i z tymi, z którymi przyszło nam żyć - w bliższej czy dalszej odległości. Aby tak było, potrzebny jest wysiłek do podniesienia oczu znad telewizora czy ekranu komputera. Nie oczekujmy, że świąteczna atmosfera stworzy się sama - to od nas zależy, czy tak będzie!

Najłatwiej jest ponarzekać, powspominać, powybrzydzać i skrytykować. Warto jednak zadbać o to, by święta były czasem wyjątkowym, magicznym i wartym wspomnień, a na całą oprawę patrzeć zachwyconymi oczami dzieci - bo przecież karp wigilijny to nie taki sobie zwykły karp, a pierogi to nie takie tam jakieś z kapustą. Wigilia jest raz w roku i każda musi być wyjątkowa. Nikt z nas nie wie, czy będzie uczestniczył w tej za rok, czy pozostaniemy w niezmienionym gronie, w takiej atmosferze. Trzeba więc stworzyć tę nieuchwytną magię wyjątkowej chwili i wyjątkowych symboli, ale jednocześnie zadbać o to, by na symbolach się nie skończyło. Przecież to Święta Narodzenia Miłości i niech Ona je zdominuje, niech przesłoni prezenty i migające światełka, niech sprawi, że przesolony barszcz Matuli będzie smakował jak boska ambrozja! Tego wszystkim szczerze życzę i świątecznie pozdrawiam!

4 (23). Polinowskie koty
10 października 2009 r.

Jacek KobylińskiNa Polinowie od zawsze obok ludzi żyły zwierzęta. Wiadomo słynna była onegdaj polinowska stajnia - czyli hodowla koni. Niedawno, bo jeszcze 60-70 lat temu hodowano tu także rozpłodniki, czyli ogiera, buhaja i knura. Zawsze było też pokaźne stadko świń i krów. Tak duże gospodarstwo nie mogło obyć się bez kotów, w które zresztą obfitowało od zawsze. Kilka z nich przeszło nawet do lokalnej historii, a ja doskonale je pamiętam jako współmieszkańców Polinowa.

Generalnie ich rolą było tępienie myszy, przy okazji jednak były naszymi pupilami i pieszczochami. W latach 50. dwoje najsłynniejszych to Warszawiak u Cioci Stasi i Stryjka Józia oraz nasza Seniorita. Warszawiak był zapewne sprowadzony z warszawskich ruin po wojnie - stąd też jego nazwa. Był wielkim (może ze względu na to, że ja byłem mały) kocurem w biało-czarne łaty. Budził nasz respekt i szacunek ze względu na tuszę i warszawski rodowód.

Seniorita urodziła się w szafie na świątecznej sukience Matuli, stąd też niezliczone porody w czasie 18. lat swego żywota odbywała także w ulubionym miejscu, czyli szafie. Co prawda jeden raz zrobiła wyjątek i urodziła mi kociaka na czytaną książkę. Po prostu przyszła gdy leżałem na tapczanie i czytałem, a ona w ekspresowym tempie powiła mi potomka, choć nie pamiętam, czy był to osławiony kot Miglans - bohater opowieści i bajek snutych przez Wujka Andrzeja (obecnie afrykańskiego misjonarza klaretyna).
Wszyscy w okolicy bali się polinowskich psów: Ciapka, Reksa i Kanisa, które były spuszczane z łańcuchów na noc. Te zaś bały się naszej kotki Seniority, bo gdy ta miała młode rzucała się na nich z pazurami. Omijały ją więc z daleka.

Kot Miglans był niewątpliwie najsłynniejszym z polinowskich kotów. Cechowało go niesamowite lenistwo, inteligencja i interesowność. Był przemycany przez nas do łóżka, bo pięknie pachniał sianem i wspaniale mruczał. W wieku dojrzałym przepadał wiosną na całe miesiące i jak gdyby nigdy nic wracał jesienią aby wygrzewać się na ciepłej węglowej kuchni. Potrafił też wyjąć kawałek mięsa z gotującej się zupy i udawać niewiniątko po swych największych "szkudnych" wyczynach. Raz został też przyłapany na podjadaniu szynki wiszącej w piwnicy na haku, wysoko pod sufitem - wisiał na niej wczepiony pazurami i bezczelnie podżerał ją od dołu.

Zaciekłym wrogiem naszych ulubieńców była Ciotka Stefa z Warszawy, spędzająca u nas corocznie wakacje. Goniła koty z mieszkania, przez co mocno nam się narażała. Raz pędząc je z kuchni wpadła do otwartego zejścia do piwnicy. Spadając ze schodów złamała tylko palec u nogi, ale i tak mieliśmy satysfakcję i potraktowaliśmy to jako karę za obcesowe traktowanie naszych pupili.

Niezliczone były dynastie Hipków, Maćków, ale zdarzały się też oryginały, jak np. kot Fernando, który zginął śmiercią tragiczną podczas wyprawy do "krzysiowego" gołębnika. Ich następcą był niedawno uspany kot Leon - potwornie wielki kastrat, który gościł na Polinowie w czasie wakacji. Obecnie na Polinowie rezyduje wciąż płodna Kocica-Pifcica, mająca w tym roku aż dwa mioty, oraz jej pręgowany jedynak Kleofas, którego wiosną przyniosła nam w zębach i położyła na progu, ani myśląc wracać do stodoły. Ten "podrzutek" zapowiada się jednak na prawdziwie dzikiego pogromcę polinowskich myszy, choć nie tylko ich! Jako kilkumiesięczny kociak złapał bowiem pokaźnych rozmiarów kawkę, po czym gdy ta opadła już z sił i straciła ochotę na tzw. "zabawę" - po prostu odgryzł jej głowę! Słowo "respekt" dla niego nie istnieje, często wdrapuje się po nas jak po drzewach, wskakując znienacka na plecy. Przegania nawet własną matkę, którą powoli zaczyna już przerastać, ale póki co jest dla niej bardziej denerwujący niż groźny. Niemniej zmusza do groźnych pofukiwań i przywoływania do porządku. Mimo wszystko ten mały rozbójnik jest z jednym bardziej rozkosznych kotów - uwielbia się bawić, chodzi za nami krok w krok i stale dotrzymuje towarzystwa. Obecnie zamieszkuje spichlerz zamieniony na rodzinną izbę pamięci, dzięki czemu myszy trzymają się od niego z daleka.

We wrześniu nasza kocica już po raz drugi w tym roku okociła się, tym razem w stajni wujka Jasia. Tym razem okazało się, że są to aż trzy śliczne kociaki - pierwszy to iście eklektycznie ubarwiona kotka, drugi z kociaków jest podobny do Kleofasa, ma jednak biały krawat i wygląda bardziej łagodnie - wyraz jego pyszczka sprawia wręcz wrażenie jakby nieustannie się uśmiechał! Trzeci kotek wygląda z kolei jakby zabrakło dla niego miejsca w brzuszku mamy, bo ma wprost komiczną mordkę (podobną do... umorusanego prosiaczka?) i wydaje się być bardzo nieśmiały, nieustannie chowając się za swoją większą siostrą.
Wydaje się zatem, że w najbliższych latach atrakcji nam nie zabraknie - wszak w sumie daje to już 5 kotów! A na wiosnę znów tylko patrzeć, jak kocica przyniesie następne młode, a może i kilka - mam tylko nadzieję że będzie wiedziała, na którym progu złożyć swe potomstwo!

3 (22). Szkolnych wspomnień czar
19 czerwca 2009 r.

Jacek KobylińskiSpektakularny sukces portalu "Nasza Klasa" ma swoje uzasadnienie w naszej skłonności do wspominania. Lubimy cofać się w czasie, wracać pamięcią do zdarzeń z dzieciństwa i młodości. Z biegiem lat zapominamy fakty przykre, codzienne i nudne. Długo pamiętamy natomiast to, co stanowiło "poezję tamtych czasów", czyli miłe wydarzenia, osoby, nastroje, a nawet takie szczegóły jak stroje czy zapachy. Żywe są także skojarzenia osób z jakimiś zdarzeniami, przedmiotami czy miejscami. Szkołę pamięta prawie każdy do końca swoich dni. Najdokładniej zaś pierwsze szkolne przeżycia, czyli przeważnie niepewność a nawet strach przed nieznanym środowiskiem, pierwszych kolegów, pierwszą nauczycielkę i pierwsze oceny. Ja natomiast pamiętam, że w swojej Pani byłem prawie zakochany!

Szczenięce szkolne lata decydują czy szkołę się lubi, czy też nienawidzi. Osobiście lubiłem podstawówkę, nie lubiłem zaś liceum. Podstawówka była przede wszystkim mniej stresująca, klasa niewielka (dwudziestu paru uczniów), bez podziałów i konkurencji. Do szkoły ciągnęło też z powodu dziewczyn, które już w podstawówce wydawały mi się fascynujące.
Jedyna wizyta Matki na wezwanie w szkole odbyła właśnie z ich powodu. Bowiem zdaje się że w szóstej klasie wpadliśmy na pomysł, w jaki sposób zaglądać dziewczynom pod sukienki. Otóż służyło temu małe kieszonkowe lusterko, zamocowane na wierzchniej stronie pantofla. Potem trzeba było już tylko podejść do dziewczyny, zagadać i skromnie spuszczając wzrok monitorować obraz w lusterku. Nie pamiętam już tych z pewnością rozkosznych widoków, lecz awanturkę gdy wydały się te sprośne podchody. Wezwano rodzica i poddano w wątpliwość morale dziecka, ale Ojciec był aż dziwnie wyrozumiały, żeby nie powiedzieć zadowolony, widząc iż preferencje jego pierworodnego są prawidłowe, a co najwyżej za wcześnie rozbudzone.

Potem poszło już jak "z płatka". Najlepszym miejscem do zawierania nowych znajomości był obóz harcerski. W dobrym tonie było mieć tam swoją dziewczynę (7 klasa szkoły podstawowej), z którą chodziło się trzymając za rękę, na ogniskach przykrywało jednym kocem i wspólnie paliło fajki w krzakach. Całowanie jakoś nie stanowiło jeszcze wtedy specjalnej atrakcji.
Co innego czasy licealne. Lata 60. to rozkwit prywatek przy patefonie "Bambino", odtwarzającym znane szlagiery z pocztówek dźwiękowych. Nasza Matula zawsze była otwarta na takie niewinne imprezki, przy pączkach domowej roboty i oranżadzie. Światło oczywiście było zbyteczne, ogólnie było miło, ale grzecznie. Ulubiona zabawa to "gra w szczerość". Rozkręcona butelka wskazywała delikwenta, który musiał szczerze odpowiedzieć na trudne, osobiste pytanie typu: "która dziewczyna w klasie najbardziej Ci się podoba?". Alkohol pod postacią taniego wina piło się już bliżej matury i raczej na wyjazdach plenerowych (biwakach, wycieczkach szkolnych itp.). Skutek był zwykle jeden i to dość przykry. Młode organizmy broniły się przed tym mało szlachetnym trunkiem konserwowanym siarką i wydalały tą zdradziecką miksturę niedługo po wypiciu.

Szkolne autokary wożące nas z prowincji do warszawskich teatrów były niestety zanieczyszczane w swojej tylnej części. Tam to właśnie co odważniejsi, ukryci przed okiem nauczycieli, raczyli się winem i próbowali pierwszych pocałunków, tyle że potem bywało już mniej przyjemnie. O niewinne lata! (chociaż może nie do końca takie niewinne).
W liceum pojawiały się już pierwsze trwałe pary, szkolne zauroczenia czy miłości. Ale to już zupełnie inna bajka...

2 (21). Roztopy
2 marca 2009 r.

Jacek KobylińskiDługoterminowe prognozy głosiły, że w tym roku zimy już nie będzie. Styczeń miał być ciepły i wietrzny, luty ciepły i mokry, a w marcu miała do nas zawitać prawdziwa wiosna. Tymczasem zima była i niechętnie ustępuje, choć luty ma się już ku końcowi. Dopadało sporo śniegu, w górach nawet więcej niż sporo. Jeśli teraz przyjdzie nagłe ocieplenie, możemy mieć w tym roku prawdziwe roztopy! Na dużych rzekach grozi to powodzią i podtopieniami. Jednym z pozytywnych aspektów tych zdarzeń jest wyczyszczenie koryt rzecznych z licznych mułów i osadów tam nagromadzonych.

To, co dzisiaj zdarza się bardzo rzadko, kiedyś było normą. Roztopami kończyła się niemal każda zima. Śnieg nie topniał, a jego warstwa przybierała na grubości od grudnia do lutego. Zwykle na początku marca przydarzał się ciepły i słoneczny dzień - wtedy to zaczynały się roztopy. Zmarznięta pod śniegiem ziemia nie wchłaniała wody, a stopniały śnieg spływał małymi strumykami stopniowo łączącymi się w coraz większe, te wpadały zaś do rowów i okolicznych rzeczek. Nasza Polinówka przyjmowała wody głównie z okolicznych pól na wschód od Łosic. Najpierw mętna woda pojawiała się na powierzchni lodu, który pokrywał rzeczkę. Potem lód pękał, a woda coraz śmielej rozlewała się na okoliczne łąki, szuflując starym korytem przez łąki Tokarskiego, napełniając po drodze dwa jeziorka, by spływając za stawami połączyć się z okresowym potokiem płynącym od strony cmentarza.

Roztopy stanowiły nie lada atrakcję dla polinowskiej dziatwy. Tego dnia działo się tak wiele, że w kąt szły zatem książki i zadane lekcje. Takiego widowiska nie można było przegapić, a na następne trzeba by było czekać co najmniej rok! Najlepszą zabawą było pływanie na krach lodowych. Lód był już co prawda kruchy i zabawy na nim kończyły się z reguły niegroźną kąpielą w lodowatej wodzie, ale nikt się tym jakoś specjalnie nie zrażał. Pamiętam jak sąsiadka Pani Irena siłą zaprowadziła mnie i brata Andrzeja do siebie i przebrała w suche ubrania jej chłopców. Nasze mokre okrycia spakowała i dopiero w takim stanie odprawiła do domu.

Przednią zabawą było też puszczanie na spienione wody łódek i ich wyścigi. W wodzie taplały się też zwierzaki polne, których nory zalała wcześniej woda (myszy polne, krety i ryjówki). Często strumień płynął nad mostkami z uwagi na zbyt małe światło przepustów, rozmywając przy tym gruntową drogę prowadzącą z Polinowa na pola. Wtedy powrót do domu był dość trudny nawet w gumowcach. Wujek Tokarski otwierał wtedy przepusty przy stawach, bojąc się o wytrzymałość grobli. Woda szumiała niosąc resztki liści, gałęzi i wszelkiego śmiecia. Ale kiedy opadła, ku uciesze wszystkich objawiało się piaszczyste dno Polinówki oraz jeziorka wypełnione wodą, która w promieniach wiosennego słońca tu nagrzewała się najszybciej, pozwalając nam na taplanie już na przełomie kwietnia i maja.

To, co dla nas było atrakcją, nad Bugiem stanowiło spory problem. Wojskowe amfibie wywoziły z zalanych gospodarstw ludzi i zwierzęta. Za to całe mienie chłopskie, w tym wszystkie uprawy, były obowiązkowo ubezpieczone - taki za komuny był obowiązek. Wiem, że tamtejszy chłopi wcale na powodzie nie narzekali, bo zgłaszali zawsze więcej niż tracili i dostawali solidne odszkodowania.

Gdy śniegi spłynęły, zaczynało się błoto. Ziemia rozmarzała stopniowo. Ta wierzchnia, rozmarznięta i nasączona wodą warstwa dawała efekt błota, które pogłębiało się w miarę rozmarzania ziemi. Koszmarnie błotnista była m.in. droga łącząca Polinów z Łosicami, biegnąca przez tzw. Błonie (zresztą adres Polinowa brzmiał wtedy "ul. Błonie 47"). Błoto obsychało jednak dość szybko w promieniach wiosennego słońca. Gdy obeschło zaś polinowskie podwórko, zaczynał się okres wiosennych zabaw, wśród których prym wiodła ta w chowanego. Trwała zwykle do zapadnięcia zmroku i trudno było nas zagonić do domów.

Zapach zamarzniętej ziemi, wiosenne głosy ptactwa, budząca się po zimowym śnie przyroda - to wszystko było zbyt interesujące by zamykać się w czterech ścianach. To, co działo się wokół nas nie było zagłuszane przez internet i telewizję, gry komputerowe czy nawet muzykę, bo ich po prostu nie było! Dzięki temu do dziś doskonale pamiętam zdarzenia, zapachy i nastroje oraz cały ten polinowski mikroklimat - dokładnie taki, jaki był - naturalny, powiązany z przyrodą, zmiennością pór roku i nieodłącznymi zabawami, które zmieniały się w zależności od tego, co działo się za oknem. Zastanawiam się jednak czy dzisiejsze dzieciaki będą miały co wspominać ze swego dzieciństwa...

1 (20). Zimowe wspomnienia
4 lutego 2009 r.

Jacek KobylińskiZa oknem trzaska mróz. Zima w porywach przypomina tę sprzed pół wieku. Wzięło mnie więc na wspominki - jak to było na Polinowie podczas prawdziwych zim lat 50.
Zimy były onegdaj nie tylko mroźne, ale i śnieżne. Jak ścięło jesienne błoto w połowie grudnia - to puściło pod koniec lutego albo i w marcu. To co napadało, nie topniało zaraz jak obecnie, ale warstwa śniegu była coraz grubsza. Dróg nikt nie solił, więc sanna była przednia, a wypoczęte i znudzone bezczynnością konie rwały się w saniach do galopu. Każdy koń miał dzwonek lub janczary (może i taki był obowiązek?). "Dzięki" nim drogi były ani białe, ani czarne, ale żółte od nawozu - szczególnie te mocno uczęszczane.

W Łosicach na ulicy, w sklepach czy kościele pachniało kożuchami. Cała wieś i pół naszego miasta chodziło całą zimę w kożuchach. Ich kolor był jednolity - żółto-brązowy. Większość ludzi na nogach miało walonki, w których nogi nie marzły w nawet największe mrozy. Kobiety miały na głowach obowiązkowo kwieciste chustki, a babcie opatulone były w duże wełniane chusty z frędzlami. Najwięcej ludzi do Łosic zjeżdżało się w środy na jarmarki. Handlowano zbożem, prosiakami, krowami, końmi. Kobiety przywoziły osełki swojskiego masła, sery, jajka, olej. Za utargowane pieniądze wiozły na wieś "kupczy" chleb, maślane bułki, landrynki, a na piątek śledzie prosto ze stojącej w każdym sklepie beczki - w każdym, to znaczy we wszystkich trzech sklepach spożywczych w łosickim rynku. Dzięki tym beczkom w każdym z nich dominował zapach solonego śledzia, ale nie był to wcale zapach niemiły. Ryby spoczywały w grubej warstwie soli - tak zakonserwowane mogły leżeć bardzo długo bez uszczerbku na świeżości. Kiedy chłop coś sprzedał, często kupował ćwiartkę "czyściochy" w butelce z korkiem oblanym lakiem - do tego brakowało już tylko śledzia i chleba. Śledzia brał za ogon, stukał nim 3 razy o cholewę walonek aby sól obleciała (tzw. śledź a'la "bęc o cholewę"), popijał, zagryzał i był szczęśliwy bardziej niż dzisiaj biznesmen po nie wiem jak udanej transakcji!

Ale wróćmy na Polinów. Dzień zaczynał się wcześnie z uwagi na konieczność porannego obrządku. Pamiętam, że ojciec wstawał gdy było jeszcze ciemno. Ubierał się, mówił pacierz, wypijał szklankę wody, zapalał pierwszego sporta i szedł do obrządku. Ryczała domagająca się dojenia krowa, kwiczały głodne świnie, gdakały kury, chwaląc się zniesionym nad ranem jajkiem. Ojciec karmił i poił chudobę, równał ściółkę, ścielił świeżą słomę, przyrządzał karmę dla świń. A że się zbytnio nie spieszył, z reguły trwało to kilka godzin. Po obrządku przychodził na zasłużone śniadanie.

Tymczasem babcia i matula musiały podjąć zadanie wielce niewdzięczne - budzić i wybrać dzieci do szkoły. Wykaraskać się z ciepłej pościeli nie było rzeczą miłą, gdyż w nocy chałupy mocno się wyziębiały. Śniadanie było za to zwykle gorące i rozgrzewające. Najczęściej jajka w różnych postaciach i kakao lub kawa zbożowa na mleku.
W szkole też za ciepło nie było. Palono w kotłowych piecach. Większość dziatwy ubrana była w grube wełniane swetry z owczej wełny pracowicie dziergane na drutach przez matki. Na dużej przerwie była gorąca kawa zbożowa na mleku i pajda chleba posmarowana marmoladą. Do dziś pamiętam smak tego szkolnego śniadania.

Szkoła nr 2 w Łosicach mieściła się w dwóch budynkach przedzielonych boiskiem. Na każdej przerwie odbywała się wojna na kule śniegowe: drewniak przeciwko murowańcowi. To były totalne bitwy! Wojownicy ustawiali się w tyralierę, każdy oczywiście z zapasem gałek śniegowych. Potem już tylko gromkie "hurrrraaa!" i właściwy atak. Strona przegrana chowała się w budynku szkolnym. Na następnej przerwie wszystko zaczynało się od początku. Nauczycielki wolały się w to nie wtrącać, chyba że poleciała szyba lub pogoń wdarła się za uciekającymi na korytarz. Wszyscy chodzili w butach, których podeszwy puchły od "pyłochronu" na podłogach.

Dzieciaki myły się z grubsza, a prawdziwa kąpiel była od wielkiego dzwonu. Wszy były rzadkością. Wykrywała je higienistka szkolna na systematycznych przeglądach. Delikwentowi sypano wtedy na łeb proszek, zakręcano w ręcznik i było po krzyku. Pcheł był za to dostatek z uwagi na zapchlone koty i psy. Kiedy mróz potrzymał dłużej i poniżej 20°C, szkoły zamykano. Nikt nie myślał jednak o odrabianiu w inne dni. Zresztą wszyscy pracowali i uczyli się także w soboty (trochę krócej, bo do 13.00). Ferie trwały od Bożego narodzenia do Trzech Króli, tj. ok. 2 tygodni. Na stawach i żwirowniach dziatwy było co niemiara. W domach się nie siedziało bo nie zawsze było radio, nie mówiąc o telewizorze czy komputerze.

Mało kto miał kupione łyżwy na plastynki czy prawdziwe narty. Jeżdżono więc na sprzęcie własnej roboty. Na polinowskie stawy schodziły się niemal całe "Nowodomki". Duży staw był zastrzeżony dla lodziarzy, ale na małym wujek Tokarski przeważnie pozwalał się bawić, choć gdy zebrało się dużo dzieciarni, gonił ją bez pardonu. Nam też nieraz się dostawało, gdy ten wpadał w zły humor. Ale na szczęście często wylewała na łąki Polinówka, przemarzając niemal do dna. Na rozlewiskach można było ślizgać się zatem do woli. Zima kończyła się wtedy prawie zawsze potężnymi roztopami. Ale to już temat na inne wspominki...

Anno Domini 2008

7 (19). Jakie święta?
15 grudnia 2008 r.

Jacek Kobyliński Odpowiedź na to pytanie zawierają życzenia składane w okresie przedświątecznym i przy stole wigilijnym. Czego sobie życzymy? Najczęściej bezmyślnie wyklepaną formułką: "zdrowia, radości i wszelkiej pomyślności". Jakich świąt pragniemy? Śnieżnych i pogodnych - żeby był urok. Rodzinnych - żeby było z kim pogadać i co wspominać. Ciekawych prezentów, smacznego jadła itp. Załóżmy, że wszystko to się spełnia, mijają miłe chwile, i... czekamy na następne. Jeśli świętowanie ograniczymy do spotkań, prezentów, spacerów, posiłków, to zabraknie czegoś co nada temu sens i spowoduje radość trwalszą niż miłe doznania kulinarne czy nawet ciekawy prezent choinkowy. Moim jednak zdaniem w prawdziwie "dobre" święta powinny coś zmieniać.

Po pierwsze (i najłatwiejsze?) - zmienić nas samych. Zwykle nie mamy o sobie najgorszego zdania i uważamy swoje ego za całkiem przyzwoite. Od święta warto jednak spojrzeć na siebie poprzez pryzmat ocen bliźnich. Trywializując - o co oni się do nas przy...czepiają?! Naprawdę warto przez chwilę pomyśleć czy nie da się czegoś zmienić by otoczenie bardziej nas akceptowało. Zaprawdę milej będzie i dla nas, i dla bliźnich.
Po drugie - co zmienić w otaczającej nas rzeczywistości? Warto podejmować takie działania, na które mamy jakiś wpływ lub chociażby szansę spowodowania oczekiwanych zmian. Może potrafię komuś pomóc, rozwiązać czyjś problem, zapobiec wydarzeniom nieprzyjemnym lub tragicznym?
Po trzecie - pomyśleć "do przodu". Czy wiem czego pragnę, do czego dążę, czy mam jakiś pomysł na dalsze życie, jakiś życiowy plan? Czego on wymaga ode mnie dziś i jakie kroki muszę podjąć, by go zrealizować?

Myślę, że najgorsze jest życie miałkie, bez perspektyw, refleksji i celu, z dnia na dzień. Dziś czekamy na Święta, po Świętach na Sylwestra, po Nowym Roku na... Ale co z tego wynika, co pozostanie, co przyniesie radość i satysfakcję trwalszą niż kilka miłych chwil, zakończonych jeśli nie kacem lub niestrawnością, to pustką lub niespełnieniem, gdy już miną?
Ważne, aby świąteczna radość była w nas trwalsza, niezależna od pogody czy udanych prezentów. Ważne, by Święta były okazją do pojednań, zmiany relacji międzyludzkich, wzrastania ponadto to, co brodate krasnale od reklamy wciskają nam przez szkiełko telewizora.

Każdy jest kowalem swego szczęścia, a "gdzie skarb twój, tam serce twoje". Jeśli swoje święta ograniczymy do symboli i zakupów, to ich owoce znajdą się po świętach razem z nimi,czyli najczęściej na śmietniku. Warto jednak zadbać o coś trwałego, pięknego, może niewymiernego, co przyniesie prawdziwe uczucie radości, która narodzi się w nas w tą jedyną Noc Bożego Narodzenia i pozostanie z nami, tak jak On pozostał...

6 (18). Refleksje nad 10-leciem reaktywacji Powiatu Łosickiego
29 listopada 2008 r.

Jacek KobylińskiW sobotę 29 listopada Łosice świętowały 10-lecie reaktywacji powiatu. Z tej też okazji odbyła się uroczysta sesja Rady Powiatu. Były przemówienia, wyróżnienia, podziękowania, uściski. Dla mieszkańców Łosic przywrócenie powiatu było niezmiernie ważną decyzją, która dała pracę i perspektywy życia dla setek, jeśli nie tysięcy mieszkańców.

Z tej też okazji przed sesją w miejscowym kościele św. Zygmunta odprawiono mszę św. dziękczynną. Jakże smutno jednak wyglądały pustawe ławki... Było trochę gości, trochę ludzi starszych, kilku prominentów. Zabrakło tych, którzy powinni być szczególnie wdzięczni, w tym m.in. wielu urzędników - ich skromna reprezentacja bowiem ginęła w pustawym kościele. Msza dziękczynna zaś była naprawdę uroczysta, również dzięki podwójnej oprawie liturgicznej: w obrządku greko- oraz rzymskokatolickim. Ks. Zbigniew, były wikariusz z Łosic, obecnie kapłan parafii grekokatolickiej w Kostomłotach, przypomniał przełomowe wydarzenia historyczne, które decydowały o rozwoju Łosic i życiu mieszkańców tego miasta. Dwie cerkwie grekokatolickie, które funkcjonowały tu jeszcze w XIX w., świadczą o kilkusetletnim styku dwóch kultur na tym skrawku Południowego Podlasia.

Po mszy św. na uroczystej sesji Rady Powiatu, również dominowały dwie grupy gości: byli włodarze, dziś już emeryci, dla których była to okazja do spotkań i wspomnień, oraz przyjezdni goście. Młodych niestety niewielu, a była to rzadka okazja by poznać ludzi, którzy przed 30-40. laty sprawowali tu władzę. Każdy z nich to kawałek historii Łosic. Dzisiaj mało kto ich pamięta i chce z nimi rozmawiać, jeszcze rzadziej docenia ich wkład w rozwój tego miasta i regionu. Dobrze, że przy okazji tego jubileuszu niektórzy z nich zostali wyróżnieni i nagrodzeni, a przy tym stworzono im możliwość spotkania się i okazję do wspomnień.

Po sesji Rady Powiatu odbyła się sesja naukowa z wiodącym tematem o mniejszościach narodowościowych, zamieszkujących niegdyś Łosice. Dla mnie o wiele ciekawszym tematem byłaby jednak nowsza historia Łosic powojennych, której świadkowie i animatorzy jeszcze żyją i mogliby wnieść wiele ze swoich życiowych doświadczeń, przypadających na mroczne lata totalitaryzmu, którego część z nich była zresztą narzędziem. Chętnie sam dowiedziałbym się o kulisach decyzji zapadających na partyjnych egzekutywach czy akcjach, które dzisiaj wydając się śmieszne, jeszcze nie tak dawno decydowały o ludzkich karierach zawodowych i awansach. To kawałek trudnej historii, z której nie wszyscy wyszli bez skazy, ale którą warto by poznać bliżej, zwłaszcza że ludzie ją tworzący jeszcze żyją.

Dla mnie, którego te czasy dobrze jeszcze pamięta, to daleko bardziej ciekawe niż liczenie Żydów mieszkających w Łosicach w XVII wieku. Rozumiem niechęć do późniejszych czasów, a może i ludzi, którzy się z tymi czasami kojarzą. Ale przecież historia to nie tylko patriotyczne zrywy, lecz również zdarzenia mniej chwalebne. W tych trudnych, powojennych latach żyli tu także ludzie wartościowi, z których dorobku korzystamy do dziś. Warto o nich pamiętać i utrwalić to, co tworzy przecież nie aż tak odległą historię...

5 (17). Mądrość jesieni
26 października 2008 r.

Jacek KobylińskiJesień to taka pora roku, z którą coraz bardziej się utożsamiam. Piękna i bujna jest wiosna, oszałamiająca bogactwem życia i nadzieją rozwoju. Bogate w wydarzenia jest lato, zaskakujące zmiennością, gwałtownością i intensywnością zjawisk, lecz jesień także ma swój urok. Niby to pora zamierania, usychania, wyczerpania sił witalnych przyrody, ale też pora owoców, spokoju, spoczynku i pogodzenia się z nieuchronnością przemijania.

Jakże nasze życie podobne jest do tego odwiecznego cyklu... Każdy wiek ma swoje uroki i ciemne strony. Młodość jest radosna, ale "głupiutka". Życie wiele obiecuje, ale ile za tym kryje się rozczarowań? Ile z tych wspaniałych obietnic się spełni? Lato pozwala czerpać z życia pełnymi garściami, ale tylko niewielu z nas zdolnych jest czerpać do syta, a jeszcze mniejsza część wybrać rzeczy naprawdę wartościowe, dla których warto żyć całą pełnią. Jesień życia przynosi zaś spóźniony nieco rozum (no, może nie wszystkim), rozsądek i tzw. "życiową mądrość", która starym już na niewiele się przydaje, a młodzi nie chcą z niej korzystać. Chyba mają też rację...

Każdy musi dojrzeć do własnej mądrości, ale starsi jakoś nie chcą tego zrozumieć. Na siłę chcą wcisnąć młodym własną filozofię życia, nabytą kosztem wielu doświadczeń, będąc przy tym święcie przekonanymi, że ich mądrość jest najlepsza i pasuje jak ulał dla innych. Tak było, jest i zapewne będzie, gdy obecni młodzi podejmą takie próby za kilkadziesiąt lat. Skutki są jednak mierne. Może zamiast prawienia morałów lepiej byłoby pokazać młodym, że człowiek starszy to nie zgorzkniały "mędrzec", który wie najlepiej i chce wszystkich do swoich racji przekonać, ale człowiek który także potrafi cieszyć się każdym dniem (tym bardziej że ma ich przed sobą coraz mniej), widzi świat pełniej, bardziej świadomie, lepiej go rozumie, a przede wszystkim nareszcie wie jak żyć, aby być ze swego życia maksymalnie zadowolonym. Może niech zatem starzy zajmą się trochę sobą, niech skupią się na tym co im jeszcze świat oferuje, niech przygotowują się do godnego przekroczenia progu i nie uszczęśliwiają młodych na siłę i swoje podobieństwo.

Natomiast młodzi niech poza poszukiwaniem doznań starają się chociaż czasem pozwolić sobie na chwilę zatrzymania i refleksję: pędzę, ale dokąd? Tęsknię, ale za czym? Podążam, ale co będzie gdy to osiągnę? Czy moje działania i sukcesy przynoszą radość prawdziwą i trwałą, i czy tylko mnie? Czy tak naprawdę wiem czego od życia oczekuję? Jeśli młody człowiek żyje świadomie, ma wielkie szanse nie tylko na "życiową mądrość" u schyłku, ale także i udane życie oraz całkiem znośną codzienność.

Jeszcze jedno Kochana Młodzieży: jeśli z przerażeniem myślicie o wieku mocno dojrzałym to oświadczam, że po pięćdziesiątce życie też ma swoje uroki i nie traci ze swej atrakcyjności. Naprawdę jest w porządku, ale pod jednym warunkiem: na dobrą starość trzeba sobie wcześniej zasłużyć!

4 (16). Pogoda dla... wszystkich!
12 kwietnia 2008 r.

Jacek KobylińskiPogoda - uniwersalny temat do narzekań czy rozmowy "o niczym" z nieznajomym, niby nic nie znaczący szczegół każdego dnia, jednak jakże żywe wykazujemy nim zainteresowanie. Prognozy pogody to programy skupiające przed telewizory najwięcej zainteresowanych. Czy faktycznie warto się nią aż tak przejmować, interesować i przewidywać?

Myślę, że dla większości z nas pogoda jest bardzo ważna z wielu względów.
Po pierwsze - wpływa na nasze samopoczucie. Prawie każdy czuje się lepiej, jest bardziej radosny i pała większą chęcią do życia gdy za oknem jasno, ciepło i przyjemnie. To oczywista zależność między pogodą ducha od pogodą za oknem.
Po drugie - wiele naszych planów oraz ich realizacja zależy od pogody. W szczególności dotyczy to rekreacji, ale również wielu innych dziedzin. Niestety pogoda potrafi "położyć" każdą plenerową imprezę, wycieczkę czy wczasy, o czym na Polinowie niejednokrotnie mieliśmy okazję się już przekonać.
Po trzecie - od pogody zależy sukces lub klęska poczynań wielu grup zawodowych, jak choćby rolników, sadowników, rybaków itp. Wpływ pogody na nastroje ludzi jest różny w zależności od tego, jaki mają z nią kontakt. Mniej przejmują się nią mieszczuchy. Potrafi jednak i im spłatać figla, co potwierdza choćby ostatni paraliż Szczecina spowodowany opadem mokrego śniegu, który porwał trakcje elektryczne i totalnie sparaliżował miasto.

Na szczęście nie mamy w naszej strefie klimatycznej takich katastrof pogodowych jak choćby huragany, gwałtowne powodzie czy susze. Nie mamy też pór roku podczas których słońca prawie nie widać, jak ma to miejsce np. w Skandynawii. Skutkiem tego jest lawina depresji w okresie zimy, podczas której słońce wschodzi po godz. 10.00, a zachodzi już około 14.00. Szpitale psychiatryczne nie są w stanie przyjąć wszystkich chorych, szczególnie tych dotkniętych depresją z powodu braku światła słonecznego.

Nasza pogoda jest co prawda kapryśna, nieco chłodna, a przez pięć miesięcy nawet przykra - ot, najczęściej od listopada po marzec panuje głównie plucha, szarość i smutek. Za to gdy nadchodzi wiosna, szybko zapominamy o naszych jesienno-zimowych szarugach. Warto wtedy wykorzystać każdy ładny dzień, gdyż dynamika w przyrodzie jest niesamowita i na powtórkę z tego spektaklu trzeba będzie czekać znów długi rok. Co prawda już przekwitły przebiśniegi i mamy za sobą wiosenne przeloty ptactwa, lecz w jeszcze bezlistnych lasach można już cieszyć oczy m.in. dywanami zawilców. W ogrodach zaś króluje forsycja. Za tydzień - dwa przyroda dosłownie wybuchnie i każdy dzień przyniesie zmiany. Przyroda i pogoda to ważne czynniki stanu naszego ducha. Znajdźmy zatem czas aby cieszyć się ich łaskawością i odzyskać radość życia po długich, szarych miesiącach.

3 (15). Wielkanoc na Polinowie
22 marca 2008 r.

Jacek KobylińskiŚwięta Wielkanocne na Polinowie od zawsze były wydarzeniem, na które czekało się przez długie tygodnie postu z dużą niecierpliwością. Co prawda nigdy nie obchodziliśmy tzw. "Śródpościa", ale tego dnia na ulicy 1 Maja wiodącej do rynku nieraz widywałem zamalowane farbą okna lub wóz wciągnięty na dach szopy przez psotnych młodziaków. U nas jedynie w Popielec robiło się wycięte z papieru lalki, na których pisało się jakieś śmieszne teksty lub wierszyki i starało się zawiesić komuś z tyłu na pasku palta.

Ale Wielkanoc naprawdę czuć było dopiero w Niedzielę Palmową. W przeddzień każdy dzieciak wycinał możliwie długą witkę wierzbową. Dzień zaczynał się od palmowania domowników. Cała sztuka polegała na obudzeniu się jako pierwszy i wypalmowaniu śpiących. Zadzierało się kołdrę i ćwiczyło po nogach czy tyłku, deklamując wierszyk:

"Palma bije, nie zabije
Stare kości, młode kije.
Pamiętajcie Chrześcijanie,
Że za tydzień Zmartwychwstanie!"

Potem trzeba było cichcem dostać się do ciotek i wypalmować "ciotecznych". Po mszy porannej z długimi witkami wszyscy wynosili się na podwórze. Tam zaczynały się gonitwy i pojedynki na palmy. Kto miał dłuższą witkę mógł sięgnąć dalej i sam uniknąć sieknięcia po nogach. Siniaków po tym palmowaniu nie było, ale nogi trochę piekły.

W Wielkim Tygodniu miejsce miał natomiast tzw. "sądny dzień", kiedy Babcia z Matulą piekły ciasta wielkanocne. Wstawały wtedy o 5 rano, przygotowując ciasto do wypieków. Ojciec z kolei miał za zadanie rozgrzać piec chlebowy, a na dodatek zrobić to tak, by był nagrzany "w sam raz" - tzn. nie za mocno - gdyż ciasto się spiecze wówczas na żużel, ale i nie za słabo - bo się wtedy nie upiecze w środku. Jednak z powodu napiętej atmosfery i troski kobiet o udane wypieki, zbierał przy tym, delikatnie mówiąc, sporo krytycznych uwag;) Nas ganiano i nie pozwalano wchodzić, gdyż ciasto mogło się "przeziębić" i opaść. To był naprawdę ciężki dzień i najlepiej było wynieść się na ten czas z domu na jakąś wędrówkę po lasach.

Ranem w Wielką Sobotę nieśliśmy Święconkę i odwiedzali Grób Pański, przy którym stali pięknie ubrani strażacy, w tym Mietek Tokarski z Polinowa. Błyszczały hełmy i toporki przy szerokich pasach i trzeba powiedzieć że strażnicy prezentowali się naprawdę pięknie.

Same święta rodziny spędzały we własnym gronie. Pierwszy dzień, po mszy (czasem szliśmy też na Rezurekcję) zaczynał się od świątecznego śniadania. Po długim i surowo przestrzeganym poście była to duża frajda. Najbardziej smakowała mi swojska kiełbasa na gorąco. Gorzej było z zabawami, na które nie pozwalał świąteczny strój.

Natomiast w drugi dzień Wielkanocy można było już poszaleć. Gdy dopisała pogoda i było ciepło, śmingusy były naprawdę mokre! Po południu, gdy ubrania schły na sznurach, Matula zabierała nas do lasu. Nieśliśmy koszyk ze smakołykami. Tam Matula czytała ulubionego Kraszewskiego, a my bawiliśmy się w podchody i chowanego. Często na te wycieczki zapraszało się także znajomych. Po świętach jeszcze przez jakiś czas jadło się wielkanocne mazurki, baby czy wędzonki, no i był to najlepszy czas na zabawę w chowanego!

Obecnie o ile tylko pogoda pozwala - zjeżdżamy na Polinów, rozstawiamy w ogrodzie stoły, wykładamy małe "co nieco" i ciesząc się wiosennym słońcem gawędzimy i wspominamy - to najmilsze świąteczne chwile! Niestety od dwóch lat pogoda nie pozwala na te rodzinne zjazdy. W tym roku również ma być mokro i zimno - szkoda, ale i tak będziemy się starali chociaż na chwilę zajrzeć na Polinów!

2 (14). Polinowskie rekolekcje
9 marca 2008 r.

Jacek KobylińskiTytuł na czasie, gdyż połowę postu mamy już za sobą. Niedługo czas radości, czas zmartwychwstania - tego w aspekcie religijnym, jak i tego w przyrodzie. Czas wiosennego budzenia się do życia. Człowiek po zimie cieszy się każdym cieplejszym promieniem słońca. To pragnienie słonecznego ciepła bardziej odczuwają ludzie starsi, a spostrzeżenie to wiąże się też z pewną polinowską historią...

Mianowicie przed południową ścianą Kamienicy stała drewniana, prosta ławeczka, na której siadywał onegdaj Wuj Tadeusz Tokarski. Im był starszy, tym dłużej cieplejszymi dniami tam przebywał. Gdy odszedł (a dożył sędziwego wieku), jego miejsce zajął Wujek Józef Rumik. Grzał tam stare kości całymi godzinami, ucinając sobie ulubioną drzemkę i odpędzając muchy gumową łapką. Teraz, gdy mijam to miejsce, wciąż mam ich przed oczami. Wraca też niewesoła refleksja - że to miejsce czeka teraz na mnie...

Tak, tak - trzeba pogodzić się z przemijaniem, bliską starością i nieodwołalnym pożegnaniem tego co trudne i tego co miłe. Taka kolej rzeczy, chociaż na co dzień o tym się nie myśli. Gdy Rodzice mówili jak szybko upłynęło ich życie, nie dawałem im wiary. Przeżyć 70-80 lat i narzekać, że szybko minęły to absurd dla młodego człowieka. Zdanie zmienia się jednak tak pod 60-kę. Świat jeszcze wabi swymi urokami, jeszcze coś obiecuje, ale "ławeczka" coraz bliżej, a na niej to najwyżej można wspominać i bilansować swoje dokonania, sukcesy i porażki. Zmieniające się pory roku uświadamiają doskonale przemijanie i jego tempo - zatrważające szybkie tempo...
Moja refleksja jest taka, że jeśli już siądę na tej ławeczce pod nagrzanym murem kamienicy i będę odczuwał żal tego co bezpowrotnie minęło, będę rozpamiętywał błędy których nie da się się już naprawić i generalnie rozczulał się się nad sobą oraz swoją starością - znaczyć będzie, że przegrałem. Znaczyć będzie, że zbyt dużo życia poświęciłem na rzeczy nieistotne, ulotne, bezwartościowe. Jeśli jednak będę pogodnym staruszkiem, który potrafi uśmiechać się do swoich wspomnień i żartować ze swoich słabości, staruszkiem pogodzonym z rzeczywistością i kiepską ziemską perspektywą - to Wy młodzi winniście mi wtedy zazdrościć. Pozytywny życiowy bilans jest podstawą naszego szczęścia.

Ławeczka czeka też na Was. To kwestia czasu, który nie jest wcale tak odległy jak z perspektywy młodości to wygląda. Ważne abyśmy u schyłku życia nie musieli niczego żałować, aby zachować czyste sumienie wobec innych ludzi, aby bilans naszych poczynań nie budził odczucia żalu. Myślę zatem, że czasem warto i dziś przysiąść chwilę na takiej ławeczce, podsumować to co już oraz na czym się skupić, aby kiedyś nie bać się spojrzeć wstecz i z nadzieją oczekiwać finału...

1 (13). Co z tą zimą?
24 stycznia 2008 r.

Jacek KobylińskiStyczeń ma się już ku końcowi, a za oknem pogoda wciąż jesienno-wiosenna - szaro, smutno i grząsko. Niektórzy tęsknią do prawdziwej zimy - takiej co to płoty trzeszczały od mrozu, a śniegi leżały od grudnia do marca. Cóż, chyba faktycznie klimat się zmienia - raz pada obfity śnieg, by za kilka godzin zniknąć pod kroplami ulewnego deszczu. W środku zimy mamy pogodę typowo angielską, przez co lekarzy zalewają tłumy zasmarkanych i kaszlących pacjentów.

Na Polinowie niekiepskie błotko - mimo że wierzchnia warstwa gleby dawno już rozmarzła, wsiąkaniu wody w głębsze partie ziemi zapobiega znajdująca się pod spodem zmarzlina. Rozmarzła natomiast Polinówka - a muszę powiedzieć, że było już nieciekawie, gdyż w okresie mrozów gdzieś przemarzła w swym korycie i woda zaczęła wylewać się na łąki. Kilka lat wstecz z tego samego powodu o mały włos miałby miejsce mały kataklizm - woda zamiast korytem płynęła bowiem starym biegiem przez łąki, wskutek czego stawy przestały być zasilane bieżącą wodą bogatą w tlen. Ryby przetrwały tylko dzięki zasilaniu zbiorników z wodociągu. Za to przedwiośniem na okolicznych łąkach długo leżała półmetrowa warstwa litego lodu i to w czasie gdy po śniegu nie było już nawet śladu. Ten swoisty lokalny lodowiec był niecodziennym widokiem, atrakcyjnym szczególnie w promieniach marcowego słońca.

Wygląda na to, że z obecnej pluchy najbardziej cieszą się zimujące u nas ptaki. Sikory i wróble zdają się już myśleć o wiośnie, ale w lutym pewnie im jeszcze nie raz piórka zmarzną... Nadzieją napawa jednak fakt, że słońce coraz wyżej i w lutym poczujemy już jego miłe, choć jeszcze nieśmiałe "pieszczoty". Jak na razie narty stoją w kącie, ale jest nadzieja, że jeszcze w tym roku zostaną przypięte - nie mam wątpliwości, że zima jeszcze pokaże swe białe oblicze. Tym milej trzaska wówczas ogień w kominku i tym bardziej rozgrzewa ciepło bijące z rozpalonego na polanie ogniska. Zima na Polinowie ma swoje niezaprzeczalne uroki. "Nic nie robienie" pozwala na błogie kominkowe lenistwo, refleksje i wspomnienia. Jest czas na poczytanie starych, zapomnianych książek, spacery na miejscowy cmentarz gdzie niestety coraz więcej znajomych czy leniwe snucie planów na wiosnę i lato. Więc niech żyje zima, oby tylko taka normalna i niezbyt długo się zadomawiająca. A później to już oby do wiosny!

Anno Domini 2007

10 (12). Czekając na zimę...
17 grudnia 2007 r.

Jacek KobylińskiCicho, ciemno i ponuro za oknami. Przyroda oczekuje zimy, która uśpi ją na dobre parę miesięcy. Może nie wszyscy mieszkańcy okolicznych pól, łąk i stawów utną sobie coroczną drzemkę i pod skorupą lodu lub zmarzłej ziemi będzie się to i owo niemrawo poruszać, ale co to za życie... Cała przyroda, a my razem z nią, będziemy tęsknić do wiosny. Jak się dać tym jesienno-zimowym smutkom?

Jedna rada to nie rezygnować z kontaktów ze światem zewnętrznym. Ważna jest każda odrobina naturalnego światła, świeże powietrze, otwarta przestrzeń, ruch i przyzwyczajanie ciała do zimowych warunków. Nie można zapomnieć także o diecie zdominowanej przez owoce i warzywa, chroniącej przed wieloma choróbskami. Dla dobrego samopoczucia od czasu do czasu zafundujmy sobie odrobinę relaksu: jakiś kulig, ognisko, grzaniec przy kominku itp. Zima to także dobra pora na snucie przyszłorocznych planów, szkice wojaży i w ogóle czekających nas przyjemności.

Jaka ta zima będzie? Można obserwować jej początek, który decyduje często o jej dalszych losach. Jeśli w połowie grudnia ściśnie mróz "na sucho" a około Bożego Narodzenia popada śnieg, to jest duża szansa na normalną "polską zimę". Natomiast zbyt wczesne mrozy w listopadzie czy na początku grudnia lub ich brak do Bożego Narodzenia wróżą zimę nietypową, z pluchą w roli głównej. Jeśli styczeń będzie nietypowo ciepły, to spodziewajmy się huraganowych wiatrów. Obserwować też można pogodę np. w Ameryce - sroga zima u nich zwykle oznacza chlapę u nas. Obecnie trwają zmiany klimatyczne, powodujące zwykle duże zawirowania w pogodzie.

Na razie jednak wszystko idzie zgodnie z corocznym scenariuszem. Jest więc nadzieja na normalną, białą zimę. Póki co, niech myśli o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia rozjaśniają nam mroki za oknem, jak i rozpraszają jesienno-zimowe smutki naszych wnętrz...

9 (11). Odczarować wspomnień czar...
15 listopada 2007 r.

Jacek KobylińskiWracając do zapamiętanych obrazów z dzieciństwa, w pamięci odnajduję mieszkańców Polinowa - takimi, jakimi byli wówczas, czyli w kwiecie wieku. Zwykle też widzę te postacie w jakichś charakterystycznych sytuacjach i kojarzę z przedmiotami będącymi swego rodzaju fetyszami ówczesnych czasów i osób.

Takim charakterystycznym przedmiotem, jawiącym mi się przed oczami wspominając wujka Tadeusza Tokarskiego jest jego rower na szerokich "balonówkach", z którym to zresztą się nie rozstawał. Są to także gumowce na jego nogach, wiecznie przepocona, zielona koszula oraz spodnie na szerokich szelkach. W jego wyglądzie dominowały krzaczaste brwi, przenikliwe spojrzenie i wąski zagon wąsików pod nosem. Słyszę też donośny głos, w którym dominowały barwne i wymyślne przekleństwa. Wujek "Tadzio" był postrachem polinowskiej dzieciarni, surowym stróżem stawów, które wraz z przyległym gruntem stanowiły strefę przeważnie zakazaną, nazywaną zresztą przez nas złośliwie "Ziemią Świętą". W jego wydającym się być bardzo tajemniczym pokoju intrygowała mnie wypchana wiewiórka, poroża koziołków i obrazy na ścianach. Punktem centralnym jego "królestwa" było stare radio na baterie z imponującą anteną rozciągniętą na tyczkach przed domem. Przez ten wehikuł słuchał co wieczór rozgłośni "Wolna Europa". Z okazji 1 Maja nauczył nas też (tzn. mnie i brata Andrzeja) wierszyka, wielce niecenzuralnego zresztą:

"Komuniści - skur...syny,
Wasze kości psom rzucimy!

Ale dla świętego spokoju na 1 Maja pierwszy wyciągał biało-czerwoną flagę i mocował u płota przed swoim oknem.
Jego żona Marianna (Ciocia Mania) kojarzy mi się z wietrzonymi pierzynami i chustką szczelnie okrywającą jej czoło oraz całą głowę. Rzadko pojawiała się na podwórzu, wydawała się być wiecznie chora i cierpiąca.

Stryjek Józio staje mi przed oczami w czapce z daszkiem, jasnej kamizelce i KBKS-em w ręku (Karabinek Sportowy - ćwiczebna broń palna), którym straszył gawrony dziobiące jabłka w jego sadzie. W jego mieszkaniu dominował piękny zielony piec kaflowy, wypchana głowa jelenia na ścianie, srebrny budzik i czyjeś popiersie na biurku. Całość dopełniała ogromna czarna szafa i gięte krzesła.

Z kolei niewątpliwym priorytetem wśród przedmiotów kojarzonych ze Stryjkiem Stachem był motorower Simson. Stryjek dosiadał swój pojazd i kręcąc pedałami zwalniał sprzęgło, po czym motorower ruszał niosąc Stryjka na kolejne pomiary geodezyjne, zawsze zabierając ze sobą szpilki na metalowej obręczy, tyczkę mierniczą oraz taśmę. Stryjek także nosił wąskie, siwe wąsiki, palił natomiast umiarkowanie (a potem wcale).

Natomiast jego bracia Hieronim i Józef byli namiętnymi palaczami aż do samej śmierci, a więc oprócz Józefa Rumika palili z tego pokolenia palili w zasadzie wszyscy: Józio, Stacho, Ojciec, nawet "stary" Tokarski. Stryjek Józio palił przeważnie "Giewonty", ojciec Hieronim zaś całe życie "Sporty". Ponieważ papierosy nie posiadały wówczas filtrów, nieodłącznym atrybutem palaczy były tzw. "fifki", czyli ustniki do papierosów. Wyróżniało się fifki szklane (nietrwałe, często się tłukły), drewniane lub plastikowe. Wypalonego peta wybijało się przez odpowiednie ułożenie fifki w dłoni i przybicie drugą dłonią. Sprężone w ten sposób powietrze wyrzucało peta z fifki na metr albo i dalej. Tytoniem pachniało całe ubranie ojca, jednak nie był to zapach przykry.

Dla poszczególnych rodzin przypisuję też w pamięci charakterystyczne zwierzęta. U Rumików by to koń Tapciut i pies Ciapek, u Cioci Stasi kot Warszawiak, u Cioci Dusi krowa Eleonora i pies Lord. U nas zawsze było pełno kotów - najsłynniejsze z nich to kocica Seniorita oraz kot Miglans. Przez wiele lat była też suczka Miśka. Chlubą Tokarskich były zaś wypasione wielkie konie pociągowe.

Do mieszkańców Polinowa przypisać można też pewne charakterystyczne zachowania. Ciocia Stasia (Józefowa) głośno śpiewała przy obrządku, np. dojąc krowę czy karmiąc świnie. Ciocia Dusia rozmawiała ze zwierzakami jak z dobrymi znajomymi, szczególnie z krową Eleonorą. Wujek Tadeusz Tokarski klął i zabraniał obcym przechodzić przez podwórze. Wujek Rumik i Ciocia Jadzia lubili podrzemać za dnia, obrządek kończąc późno w nocy. Nasza Matula Wandzia uwielbiała zaś lekturę Kraszewskiego, wyjazdy do lasu, spacery i wycieczki z dziatwą (aby z domu i z podwórza).

Wszystkie te wspomnienia nasuwały mi się w chwili refleksji, gdy idąc od grobu do grobu zapalałem kolejne świeczki. Przymykałem wtedy oczy i widziałem kolejno byłych mieszkańców Polinowa - takimi, jakimi byli kiedyś, bez upiększeń i sztuczności jakie nadaje każdemu wspomnieniu perspektywa minionego czasu...

8 (10). Złota polinowska jesień
17 października 2007 r.

Jacek Kobyliński"A mnie jest szkoda lata"... Tak zaczynała się bardzo znana i lubiana piosenka o sentymentalnej wymowie. Może faktycznie szkoda - że trwa tak krótko, że takie kapryśne, że czas latem biegnie jakby szybciej. Cóż - możemy już tylko powspominać i czekać na następne.

Tymczasem wcale nie jest smutno. Przede wszystkim na Polinowie jest kolorowo. Liście zanim opadną i staną się uciążliwym śmieciem, mienią się wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni, późnych kwiatów nie zważył jesienny przymrozek, a trawa nadal pozostaje soczysto-zielona. Wszystko to, dodatkowo okraszone świergotem sejmikujących szpaków, daje niepowtarzalny klimat "babiego lata". Jeszcze nikt nie myśli o zimie. Każdy korzysta z ostatnich ciepłych dni. Zwierzaki i ryby ostro żerują aby zgromadzić zapasy tłuszczu na zimowe niedostatki. Odlatują kolejne gatunki ptaków, chociaż do zimy przecież jeszcze daleko. Ciekawe, dlaczego tak im się spieszy? Na Polinowie, tak jak i w przyrodzie - sennie i cicho...

Znów odwiedziła nas siedlecka telewizja VECTRA, kręcąc dla "Magazynu Historycznego" program o uratowanych od zniszczenia i zapomnienia pamiątkach po naszych przodkach. Kamerę zaprosiliśmy m.in. do urządzonej Rodzinnej Izby Pamięci, czyli "Michałowej Karczmy". Prowadzący byli też zachwyceni odrestaurowaną nadbużańską chatą u Wujka Jasia. Faktycznie - wgląda jakby żyjący 100 lat temu mieszkańcy na chwilę wyszli, pozostawiając cały dobytek. Jest co pokazać i zadumać się nad ich życiem i pracą.

Czy byli od nas mniej szczęśliwi, mimo wielu niedostatków? Wydaje się, że byli po prostu "szczęśliwi inaczej". Mieli wiele czasu, szczególnie zimą, żyli skromnie ale ekologicznie. Kwitło życie towarzyskie. Mieli też swoje zmartwienia - gnębiły ich często m.in. nieuleczalne wówczas choroby (szczególnie dzieci marły jak muchy). Przewalały się wojny, fronty i wojska, które często grabiły co się dało. Natomiast nigdy nie uczestniczyli oni w "wyścigu szczurów", nie zatracali się w pracy, nie żyli pod ciągłą presją otoczenia. Każdy czas ma swoje blaski i cienie. Cieszmy się, że nasz czas upływa bez wojen i kataklizmów. Nie dajmy się jednak zwariować i znajdźmy choć chwilę wolnego czasu aby popatrzeć, posłuchać i poczuć to co wokół nas trwa, przemija i powraca, ale już nieco inne...

7 (9). Z Archiwum X: UFO na Polinowie!
27 sierpnia 2007 r.

Bartosz KobylińskiWszystko zaczęło się od "Wielkiego Wybuchu"... Nie inaczej było i tym razem. Wybiła 3.15 w nocy z 26 na 27 sierpnia: spokojna, chłodna, gwieździsta noc - nocny stróż po zakończeniu obchodu skierował swe kroki do stróżówki. Zdążył jednak tylko przekroczyć próg, kiedy powietrzem niespodziewanie targnął przeraźliwy wybuch - wprowadzając w drżenie zarówno ziemię, jak i szyby w oknach okolicznych domostw... "O k...wa" - pomyślał, trzymając się stołu w obawie przed utratą równowagi oraz dalszymi wstrząsami.

Kiedy odwrócił się w stronę drzwi, kilka metrów dalej ujrzał coś, co postawiło mu wszystkie włosy na głowie i wryło w ziemię... Na wysokości blisko metra nad ziemią ujrzał bowiem nieregularną, świetlistą kulę o średnicy ponad 1 m i powierzchni przypominającej zmięty, powgniatany papier, mieniącą się różnymi kolorami: złoto-srebrnym i żółto-czerwono-niebieskawym. Dookoła, na wysokości ok. 1 m zawisła dziwna, pomarańczowa poświata. Owy "niezidentyfikowany obiekt latający" niczym balonik odbił się z niesamowitą lekkością od ziemi i poszybował wolno ku górze, by za moment skryć się za dachem domu wujka Jasia... Znieruchomiały widokiem tego niecodziennego zjawiska i skąpany w tym dziwnym świetle stróż, podejrzewając że to łuna bijąca od pożaru, czym prędzej pobiegł na podwórzec, wcześniej upewniając się czy od pomarańczowej łuny nie zajęły mu się przypadkiem dolne części garderoby... Dziedziniec również do wysokości podmurówki naszego domu skąpany był w tym dziwnym świetle, które zdawało się podnosić temperaturę powietrza o kilka dobrych stopni. Po oględzinach stwierdził jednak że konie pozostawały niewzruszone, a pies nawet nie otworzył oka... Czym prędzej wrócił zatem by bliżej przyjrzeć się tej ognistej kuli, jednak po niej nie było już śladu... Dalsze poszukiwania na targowicy i przeczesywanie terenu byłych GS-ów również nie dało oczekiwanych rezultatów - tajemniczy obiekt po prostu się rozpłynął...

Dodam tylko że owej nocy zarówno ja, jak i moja mama słyszała ten przeraźliwy, metaliczny huk, który w środku nocy wyrwał okolicznych mieszkańców ze snu - skojarzyliśmy go raczej z wybuchem wielkiego kotła czy kadzi lub co najmniej butli z gazem... Po przebudzeniu przekląłem tylko w myślach tego, kto pod oknami urządza sobie prywatny poligon, po czym oddałem się dalszym medytacjom w zaświatach, zupełnie nieświadomy dziejących się za oknem dziwów... Nadmienię tylko że Pan Andrzej służył niegdyś w komandosach, więc zarówno głośne eksplozje jak i strach nie są w stanie wywrzeć na nim większego wrażenia, co tylko uwiarygodnia jego relację.

Czym w takim razie była ta enigmatyczna kula? Po licznych dyskusjach snujemy podejrzenia, iż mógł być do bardzo dorodny okaz pioruna kulistego - samego już w sobie niezwykle rzadkiego zjawiska. Ostatni taki znany przypadek w okolicach Łosic miał miejsce jakieś 50 lat temu w "lasku Czyżewskiego" - na północny wschód od Tatarskiej Góry. Wtedy to właścicielowi udało się wygonić śmiercionośnego intruza przez komin, zdarzają się jednak przypadki przypłacenia spotkania z nim życiem lub zwęgleniem części ciała...

Emocje dodatkowo podgrzewa fakt, iż udokumentowane pioruny kuliste miały od 1 do 100 cm, w zdecydowanej większości jednak są wielkości brzoskwini lub piłki tenisowej i dochodzą do góra 30 cm, ten więc musiał być więc wyjątkowo dorodnym okazem. Poza tym trzeba być wielkim szczęściarzem, gdyż wg statystyk takie niecodzienne spotkanie z tym kilkunastosekundowym zjawiskiem zwykłemu śmiertelnikowi zdarza się średnio raz na 1200 lat... Oczywiście jeżeli to był "tylko" piorun, a nie czart jaki lub siły nieczyste... Oprócz tego nie wszystkie pioruny wybuchają - w większości żyją nie dłużej niż kilkanaście sekund po czym rozpływają się bez śladu... Tylko nieliczne z nich kończą swój żywot głośną eksplozją, a co dziwniejsze w naszym przypadku wybuch zdawał się być początkiem jego osobliwego żywota...

Jedno jest pewne: do dziś nauka nie ma pojęcia, z czym ma do czynienia, a jak powiedział prof. Guenri E. Norman podczas otwarcia międzynarodowego sympozjum na temat pioruna kulistego: "piorun kulisty jest jak cyrkowa sztuczka, ale nikt nie wie, kto jest iluzjonistą". Nie wiem jak Wy, ale ja od tego czasu częściej spoglądam w jak się okazuje, pozornie tylko spokojne, rozgwieżdżone niebo...

6 (8). Lato Anno Domini 2007
sierpień 2007 r.

Jacek KobylińskiSam nie mogę uwierzyć, że to już 56. lato, które spędzam na Polinowie. Co najmniej 50 z nich pamiętam, kojarząc z różnymi wydarzeniami.

Z dzieciństwa najbardziej w pamięci utkwiły mi straszne burze - zwłaszcza gdy podczas tych szczególnie gwałtownych wyrwani ze snu domownicy ubierali się, a nawet pakowali co cenniejsze przedmioty by w razie uderzenia pioruna i pożaru ocalić chociaż część dobytku. Zawsze jednak Polinowa strzegł piorunochron i Boska Opatrzność. Za to okoliczne drzewa noszą wiele śladów świadczących o tym, że pioruny wcale nas nie omijają. Ostatni z nich w lipcu br. zostawił ślad na pochylonym ku Dużemu Stawowi zabytkowym dębie. Trzeba jednak przyznać, że onegdaj burze były o wiele bardziej gwałtowne, wyrządzały też więcej szkód. Najwięcej trwogi wzbudzały te "suche", bezdeszczowe - wówczas to przejrzyste powietrze bez przeszkód przecinane było niesamowitym, świdrującym uszy trzaskiem i hukiem, wzbudzając tym większy lęk i poczucie zagrożenia.

Tegoroczne lato kaprysi. Próbka upałów na początku lipca przekonała nas, że nie ma jednak co narzekać. Wakacje rozpoczęły się od przykrej przygody naszej mamuśki Ali. Rowerowa przejażdżka polną drogą przekreśliła wszystkie piękne wakacyjne plany. Paskudnie złamana noga, operacja, gips i uziemienie na całe lato - to skutek z pozoru niegroźnego upadku. Mamy więc czas aby do woli nasycić się "polinowskim latem" i cieszyć się że mamy takie miejsce, które osłodzi te przykre wydarzenia. Był też czas na dłubanie w lipowym pniaku, którego efekt stanie przed wejściem do remontowanego spichlerza.

Maciek składa i poddaje renowacji zabytkowe krzesła oraz stół, na którym przed prawie stu laty jadał Dziadek Michał, Bartek poleruje kolejne sprzęty, które dawno już mogły znaleźć się na wysypisku, a pozostają jednymi z nielicznych świadków polinowskiej historii. We wrześniu odwiedzi nas siedlecka telewizja regionalna i musimy zdążyć z jeszcze kilkoma pomysłami. Letnie "polinowskie plenery" najlepiej pokażą załączone zdjęcia.

5 (7). Polinowskie wesela
6 czerwca 2007 r.

Jacek KobylińskiNiemal historycznym już faktem jest to, że w Rodzinie Kobylińskich od co najmniej czasów dziadka Michała nie było nigdy przypadku "singla", czyli staropanieństwa lub starokawalerstwa, jak się onegdaj taki przypadek określało. Co prawda dzieci dziadka Michała w wieku młodzieńczym do ożenku się nie kwapiły, ale tak około trzydziestki - to i owszem, i to bez wyjątku.

Zdarzały się co prawda dysproporcje wiekowe i to w różne strony - np. nasz ojciec Hieronim mając prawie 32 lata poślubił połowę młodszą, bo 16-letnią Wandzię, za to z hrabiowskiej rodziny Węglińskich, a na dodatek prześlicznej urody (potwierdzenie czego znajdziecie tutaj). Za to stryj Józef poślubił (po zawodzie miłosnym) starszą od siebie 6 lat Stanisławę, która była później jego troskliwą opiekunką w okresie choroby i ciężko pracowała gdy stryj siedział po wojnie w więzieniu za ukrytą broń. Stryj Stanisław przywiózł natomiast żonę Alicję aż z okolic Odessy, lecz niedługo się nią cieszył, spędziwszy zaraz po ożenku 6 lat w niemieckiej niewoli.

Jako małe dziecię pamiętam wesele Mieczysława i Stasi. Panna młoda miała niewiele ponad 16 lat i pewnie przeprowadzka na Polinów była dla nie niej lada przeżyciem. Na weselu przygrywał zespół braci Antonowiczów, których pole graniczyło z Tokarskimi. Przyjęcie weselne odbyło się parterze kamienicy. Pamiętam, że udawaliśmy pijanych zataczając się w rytm muzyki. Kilku starszych udawać nie musiało, a cały Polinów bawił się na pierwszym weselu wnuków dziadka Michała. Potem już się posypało...

Wesele siostry Marysi ze Zdzisiem w świeżo pobudowanym naszym domu na Polinowie wymagało wyniesienia całego dobytku na strych. Tam też spaliśmy kilka kilka nocy. Cały dół zastawiony był stołami biesiadnymi, których część trzeba było "dorobić" domowym sposobem, zbijając z desek. Wesele było chyba udane, gdyż nawet leciwa już Ciotka Stefa długo jeszcze wspominała imprezowe pląsy. Po weselu i poprawinach ojciec zaprzęgł konia, na furmankę załadowano walizy, po czym młoda para została odstawiona na stację w Niemojkach, skąd udali się pociągiem do Olsztyna, gdzie spędzili pierwszy okres małżeństwa.

Kolejne wesela, w tym i moje, odbywały się już poza Polinowem. Dopiero następne "prawie wesele" - przyjęcie prymicyjne po święceniach kapłańskich Wujka Andrzeja, przełamało tą tradycję. Ostatnie Polinowskie wesele ciotki Dzidki (Elżbiety Czajkowskiej) odbyło się w lipcu 1976 r. w naszym domu rodzinnym.

Wesela wyjazdowe - a było ich kilka - zwykle kojarzą się z jakąś sytuacją lub wydarzeniem. O niektórych wolę nie wspominać publicznie z uwagi na pikantne szczegóły, ale zawsze było fajnie. Wesela zawsze cementowały rodzinne więzi, a po każdym ktoś dotychczas obcy wchodził do naszej rodziny i stawał się bliskim, jednym z nas.

Rok 2007 obfituje w wesela i kronika rodzinna bardzo się bogaci. Monika ma to już za sobą, Tomek z Agatką i Małgosia z Konradem odliczają dni. Jest okazja aby spotkać się rodzinnie i zabawić tak by ten dzień zapadł mocno w pamięć. Natomiast tym co jeszcze zwlekają przypominam - w Rodzinie Kobylińskich od ponad 100 lat nie było przypadku martwej gałęzi w drzewie rodowym! I tak kurczę trzymać!

P.S. Refleksje powyższe ogarnęły mnie po sesji zdjęciowej młodej pary w naszym ogrodzie, której migawki znajdziecie nie opodal...

4 (6). Wiosenne szaleństwa
15 maja 2007 r.

Jacek KobylińskiWiosną na Polinowie to zaiste pora szaleństw jeśli nie wprost orgii, która funduje rozbudzona przyroda.

Orgia życia, którą można zaobserwować w skali mikro i makro. Po długim zimowym śnie pierwsze budzą się przebiśniegi i zanim nieśmiałe promienie je ogrzeją - już przekwitają. Potem to już lawina wschodów, kwitnienia i owocowania wszystkiego co zdołało przezimować i wykiełkować. Ożywiają się mieszkańcy stawu, zlatują skrzydlaci lokatorzy i zaczynają się gody.

Orgia barw - to cała paleta zieleni jako tło dla przeróżnego kwiecia. Zmiany zachodzą tak dynamicznie, że trudno nadążyć z podziwem nad kolejnymi rozkwitnięciami. Łąki żółkną od mniszka, te podmokłe także od od kaczeńców. Potem bieleją od kwiecia zwanego popularnie "kaszką". Nad Polinówką rozkwitają wspaniałe bukiety wonnej czeremchy.

Orgia zapachów - i to zapachów różnych - od wywożonego na pola obornika, przez czeremchę, po zapach świeżo zaoranej ziemi czy rozgrzanej słońcem oziminy.

Orgia dźwięków - to nieustanny, trwający dzień i noc koncert na dziesiątki ptasich gardeł. W dzień dominują skowronki, szpaki trznadle, sikory i Bóg wie co tam jeszcze, a w nocy bezkonkurencyjny jest słowik. Tak będzie do lipca, gdy skończy się pora lęgowa. Wtedy zalega cisza zwiastująca letnie lenistwo i sytość. Coś do powiedzenia mają też żaby, a także szumiące świeżym listowiem drzewa i przelewająca się mnichach woda.

Wszystkie te szaleństwa wiosny powodują, że człowiek lituje się nad sobą. Zamiast podziwiać, słuchać, wąchać i kontemplować, ugania się za swoimi planami, obowiązkami, problemami i traci wiele z tego teatru przyrody. Spektakl trwa jednak nawet gdy nie ma widzów, a następna powtórka będzie dopiero za rok. Szkoda, że tak niewiele z tych przyrodniczych przedstawień uda się zaobserwować, zachwycić ich skalą, złożonością i celowością. Warto jednak, chociaż na chwilę, zatrzymać się w takim miejscu jak Polinów by poczuć siłę, piękno i dynamizm tego co nazywamy "Wiosną"...

3 (5). Postne tradycje
28 marca 2007 r.

Jacek KobylińskiNaturą człowieka jest dążenie do zadowalania i radości, unikanie tego co przynosi ból, niezaspokojenie i smutek. Coraz więcej ludzi pragnie codziennie świetnie się bawić, uczestniczyć w niekończącym się karnawale, a co do postu nawet słyszeć nie chcą o jakichkolwiek ograniczeniach. Często okazuje się jednak, że bez religii, ograniczeń które niesie, poszanowania kultury i tradycji, która z nich wyrasta - tak naprawdę nie uda się żyć w taki sposób, by z życia być zadowolonym czy szczęśliwym. Nasi przodkowie, mimo że może do końca szczęśliwi nie byli, to jednak nawet w ciężkich czasach potrafili zachować radość życia.

Świadczy o tym wiele zwyczajów, dzisiaj już raczej zapomnianych, lecz "żywych" jeszcze chociażby w latach 50. Wielki post był okresem wstrzemięźliwości od potraw mięsnych, tłuszczów, niektórzy nie pili nawet mleka i nie jedli jaj. W Popielec gospodynie szorowały garnki aby nie pozostały na nich resztki tłuszczu. W kościele sypał się na głowy popiół. Ten wielki czas smutku starano się jednak urozmaicać licznymi, pewnie jeszcze pogańskimi, zwyczajami.

Już w środę popielcową starano się robić różnorakie psikusy. Najpopularniejszym z nich było czepianie na plecach przechodniów różnych "gadżetów", jak skorupki od jajek, łby od śledzi czy papierowe lalki z obraźliwymi napisami. Było dla nas wielką frajdą gdy udało się nam kogoś tak "ozdobić" i tak obdarowany jegomość spacerował po mieście lub targu. Sam muszę się przyznać do takich czynów, nie licujących z powagą rozpoczynającego się postu. W jego połowie obchodzono tzw. "półpoście". Była to kolejna wspaniała okazja do do nie zawsze stosownych żartów. Stroną "żartującą" była głównie miejscowa kawalerka, a ofiarami panny na wydaniu i ich rodzice. Najczęściej polegało to na tworzeniu sytuacji wręcz ekstremalnych jak wciągnięcie wozu konnego na dach stodoły(!) lub zamalowanie wszystkich okien w chałupie. Ojciec panien długo się później zastanawiał jak ten wóz zdjąć z dachu i "jak te cholery go tam wciągnęły". Kobiety zaś najpierw nie mogły doczekać się rana gdyż w izbie wciąż było ciemno, a potem długo czyściły okna co sprzyjało bez wątpienia postnym kontemplacjom i umartwieniom.

W palmową niedzielę w każdej wsi panowało wielkie zamieszanie i skoro świt grupy młodzieńców nachodziły domy panienek z witkami w ręku. Pomocnicy deklarowali wierszyk:

"Palma bije nie zabije,
Stare kości, młode kije.
Pamiętajcie chrześcijanie,
Że za tydzień Zmartwychwstanie!"

Panny piszcząc uciekały w popłochu, ale i tak nie jedna miała czerwone pręgi na nogach i innych częściach ciała. Palmowali się też domownicy. Na Polinowie przygotowywaliśmy sobie w przeddzień długie witki - kto wcześniej wstał, dostępował przyjemności palmowania śpiochów. Potem trwały gonitwy po podwórzu. Nikt się nie obrażał, mimo iż ćwiczono się wcale nie na żarty.

W Wielki Piątek o 15.00 wszyscy domownicy zbierali się na modlitwę w godzinę śmierci Chrystusa. W Wielką Sobotę rano już przystrojeni nieśliśmy wspólnie świąteczną święconkę i odwiedzali grób Pana Jezusa. Przy grobie stali strażacy w błyszczących hełmach i toporkami przy pasach. Nabierało się też święconej wody.

Dobrze przeżyty post był powodem wielkiej radości w Wielkanoc, kiedy to zapach swojskiej kiełbasy i innych wędzonek łaskotał zmysły a radość Zmartwychwstania była szczera i głęboka, i to nie tylko z powodu świątecznego stołu.

2 (4). Polinowskie konie
26 lutego 2007 r.

Jacek KobylińskiPoliniowskie konie stanowią nieodłączną część historii tego miejsca, choć tak naprawdę niewiele wiemy o tych najsłynniejszych z dawnych lat. Wiadomo tylko, że Polinów "końmi stał" i to nie byle "chabetami". Tu zakupy czynił sam Jam Sobieski przed wiedeńską wyprawą. Od "zawsze" na Polinowie był ogier i klacze ze szlachetnym rodowodem. Później, gdy Polinów podupadł, dostał się w ręce żydowskie i wszystko uległo degradacji.

Dziadek Michał hodował nie tylko konie, ale też postrachem Polinowa był zarodowy buhaj i potężny knur. O koniach niewiele wiemy. Zwykle doglądali je młodzi synowie gospodarza lub parobcy. Latem paśli je nocą (w dzień konie musiały pracować) na leśnych polanach lub na nadrzecznych łąkach.

Te, które zapamiętałem, nie były specjalnie rasowe ani szczególnie dorodne. Jedynie Mietek Tokarski, który "furmanił", posiadał zwykle parę silnych perszeronów, które musiały wyciągnąć ze żwirowni furmański wóz pełen piachu. Mietkowe konie wyróżniały się też piękną uprzężą z mosiężnymi ozdobami. Ogony miały zawiązane w węzeł (chyba po to, aby nie siekły furmana po oczach). Grzywy zaplecione w warkocze. Dobry zaprzęg był tym czym dzisiaj piękny samochód. Mietek jeździł konno na okoliczne zabawy na kawalerkę. Inne polinowskie konie to gospodarskie chabety. Najsłynniejszy był "Tapciut" wujka Rumika. Żył na Polinowie z 15 lat. Pasował idealnie do gospodarza: wysoki, kościsty powolny i spokojny. Miał za to najdłuższe włosy w ogonie przydatne do łowienia kiełbi na "pętelkę". Tapciut uwielbiał drzemki i nawet w zaprzęgu chyba zdarzało mu się przysnąć. Nie lubił gdy zakładano mu chomąto, a że był wysoki to nie było to łatwe. Wujek Rumik lubił go dosiadać na oklep i wtedy stanowili zgrany duet: Don Kichot w wydaniu polinowskim. Stryjek Józio miał przez kilka lat niezwykle narowistą, niedużą klacz, do której lepiej było nie podchodzić. Próby wychowania nic nie wniosły. Być może jej charakter wynikał z nieróbstwa, bo w sadzie roboty miała wiele. W zimie wykorzystywaliśmy ją z wujkiem Jasiem do ciągnięcia na nartach.

Dziadek Henio zmieniał konie często. Najbardziej pamiętam Karego, który co niedziela woził nas do lasu. Takie niedzielne wyjazdy od wiosny do jesieni były polinowską tradycją. Miał jakoś wadę w nogach, które zachodził jedna na drugą. Pamiętam, że babcia Wandzia bała się, iż w końcu nogi mu się zaplączą gdy biegł szybko. Kilka lat ciągnik i samochód zastępowała nam ładna klacz (zbliżona wyglądem do rasy angielskiej). Była dobrym wierzchowcem, chociaż lubiła odwracać łeb i próbowała skubnąć zębami dosiadającego jeźdźca. Niestety prawie wszystkie konie kończyły służbę jako towar eksportowy do Włoch z przeznaczeniem na mięso... Jedynie wujek Stacho nie miał nigdy konia. Chyba dlatego wujek Jasio nadrabia ten brak. Waluś i Karinka są spadkobiercami wieloletnich końskich tradycji na Polinowie.

1 (3). Anomalia pogodowe
16 stycznia 2007 r.

Jacek KobylińskiW środku zimy mamy jesienną pluchę. Czyżby listopad chciał spotkać się z marcem? Raczej nie możliwe aby zimy w ogóle nie było. Fakt, że od pół wieku nie pamiętam aby do połowy stycznia nie było mrozów... Pogoda wariuje coraz częściej. Chociaż anomalie pogodowe zdarzały się zawsze...

Onegdaj typowa zima przychodziła zazwyczaj w połowie grudnia wraz z pełnią księżyca. Zamarzała ziemia, kałuże i stawy. Śnieg na dobre zaczynał padać w porze zbliżonej do Bożego Narodzenia. Jak napadał to pomimo zdarzających się odwilży leżał do mniej więcej drugiej połowy lutego. Potem któregoś wyjątkowo ciepłego dnia zaczynały się roztopy. Rzeczki zamieniały się w rzeki, a prawdziwe rzeki rozlewały szeroko występując z brzegów. Nawet nasza Polinówka rozlewała się na okoliczne łąki. Duża woda czyściła znakomicie zamulone łożyska rzek. Zimy zdarzały się co prawda różne, ale były raczej mroźne i śnieżne. Zdarzały się mrozy rekordowe, jak np. w 1963 i 1979 gdy mrozy przekraczały -33°C. Przemarzały piwnice z kartoflami, stawy lód skuwał do samego dna. Wymarzały ryby, szczególnie te najbardziej okazałe... W największe mrozy zamykano szkoły, część fabryk i urzędów. Jeszcze gorsze były śnieżyce. Najbardziej pamiętne to podobno zaraz na początku II wojny światowej w 1940 r. Za mojej pamięci to rok 1956, potem 1969 i 1979 r. Droga z Siedlec do Łosic wyglądała jak tunel. Odgarnięty był wąski pas szosy z wymijkami co pół kilometra. Do niektórych wsi to i przez miesiąc dojeżdżały tylko sanie po polach gdzie wiatr wydmuchał śnieg i końskim zaprzęgiem można było z trudem przejechać. Do większości wsi prowadziły gruntowe drogi zwane gościńcami, których nikt nie odśnieżał. Ludzie byli samowystarczalni. Sami piekli chleb, robili masło, wędlinę - i jakoś żyli. Gorzej jeśli ktoś zachorował. Dowieść lekarza było trudno o ile w ogóle zgodził się na taką wyprawę. Z odległych przysiołków dzieci często całymi tygodniami nie docierały do szkoły. Może dlatego do nadejścia wiosny wszyscy cieszyli się bardzo szczerze.

Natomiast lata bywały różne. Jedynie burz było chyba więcej i o większym natężeniu. Jako dzieci baliśmy się burz nocnych, gdy od błyskawic robiło się jaśniej niż w dzień, co rusz gdzieś się paliło, a Ojciec ubierał się w środku nocy aby być gotowym w razie czego. U nas na Polinowie pioruny ściągały stawy. Na podwórzu zawsze stał piorunochron. We wczesnych latach pięćdziesiątych drewniany ze stalowymi szpikulcami na szczycie i linką do uziemienia. W drugiej połowie lat 50. ustawiono piorunochron stalowy - ten który stoi do dzisiaj.

Największe wichury zdarzały się w marcu. Były groźne dla słomianych strzech, które po ich przejściu wyglądały jak rozczochrana fryzura i wymagały naprawy. Jedna z groźniejszych wichur zdjęła dach z nowo budowanego młyna i przeniosła go na drugą stronę ul. Bialskiej. Oczywiście dach trzeba było robić od nowa...

Największy grad padał nie tak dawno - w połowie lat 80. Był tak duży, że popękały szyby w oknach, przebił w paru miejscach blachę na stodole i zniszczył uprawy na polach. Samochody stojące pod chmurką miały później dziwną fakturę na dachach i pokrywach silników.

Jednym słowem anomalie i kaprysy pogody były zawsze. Ostatnio jednak takie zaburzenia zdarzają się częściej. Klimat zmienia się z kontynentalnego na morski. Zdecydowanie przeważają wiatry zachodnie. Myślę, że jednak jakaś zima będzie i to wtedy gdy my wyglądać będziemy wiosny. A do tej jest już coraz bliżej...

Anno Domini 2006

2. Adwentowe refleksje
10 grudnia 2006 r.

Jacek KobylińskiAdwent to czas radosnego oczekiwania. Całe nasze życie przesączone jest oczekiwaniem. Oczywiście oczekiwaniem z nadzieją na przyszłe radosne zdarzenia, przeżycia lub owoce naszych wysiłków. Dzieci czekają niecierpliwie kiedy dorosną, młodzież pragnie szybko się usamodzielnić i wyrwać spod opiekuńczych skrzydeł rodziców, dorośli oczekują sukcesów swoich latorośli. Inni oczekują na pomyślną odmianę losu, karierę, dostatek itp. Staruszkowie najczęściej są zgorzkniali bo ich oczekiwania są bardzo skromne i coraz mniej rzeczy i zdarzeń mieści się w zasięgu ich oczekiwań.

Czasem oczekiwanie na coś przyjemnego jest milsze niż spełnienie. Najczęściej nasze oczekiwania, marzenia i wyobrażenia przerastają to, co się spełnia. Następują rozczarowania, frustracje, depresje. Wszystko zależy od tego, co stanowi dla nas prawdziwą wartość - kwintesencję oczekiwania. Jeśli nasze oczekiwanie ogranicza się do rzeczy nawet atrakcyjnych, przeżyć nawet przyjemnych, a pozbawione jest tej nadbudowy, jakiejś idei, jakiegoś głębszego sensu - to z góry wiadomo, że spełnienie będzie w jakimś sensie rozczarowaniem, niedosytem, zawodem. Pragnienia rzeczy i zdarzeń nietrwałych, zawodnych, szybko przemijających, nie przyniosą wiele szczęścia, jeśli nie są zanurzone w wyższych uczuciach, jeśli nie posłużą celom z "wyższej półki".

Sprowadzenie adwentu do czasu wzmożonych zakupów świątecznych, a świąt do symboli i tradycji jest pozbawieniem ich właściwej treści i sensu. Współczuję głęboko tym, którzy nie potrafią poczuć ich prawdziwej idei i znaczenia daleko wspanialszego niż najpiękniej przystrojona choinka czy rubaszny krasnolud zachęcający do szaleństwa zakupów...

1. Jesienna plucha...
3 listopada 2006 r.

Jacek KobylińskiNiestety wkroczyliśmy w najmniej przyjemny okres pogodowy. Polinów też pogrążył się w ciszy. Przyroda zamiera i niemal wszystko co żywe przygotowuje się do zimowego przetrwania. Pierwszy śnieg i przymrozki dały przedsmak tego co czeka nas wszystkich za kilka tygodni. W tej krótkiej zimowej scenerii, jaką mieliśmy po Wszystkich Świętych pewnym urozmaiceniem było napotkanie pary czarnych jak węgiel, żółtodziobych kosów. Nie wiadomo czemu jeszcze nie odleciały... Podobnie było zresztą i w zeszłym roku. Nastała pora opadłych liści, zeschłych kwiatów i nagich gałęzi, chociaż listowie w tym roku trzymało się nadzwyczaj długo.

Polinów jesienią przed pięćdziesięciu laty kojarzy mi się z błotem i naftową lampą, rozświetlającą długie wieczory. Domownicy tulili się do ciepłego pieca. Więcej było sąsiedzkich wizyt, a pogaduszki były długie. Dzieciaki nudziły się niemiłosiernie, więc też częściej zbierały się na różne gry i zabawy, które można było zorganizować w domu. Wieczory bez telewizora i radia miały też swój urok. Jesień sprzyjała więc zacieśnianiu więzów rodzinnych i sąsiedzkich. Była to też pora dostatku, gdyż pieniądze za sprzedane zboże lub kartofle jeszcze się nie rozeszły.

Pachniało jabłkami, herbatą i pieczonym ciastem, a czasem znienawidzonym tranem, którym wtedy karmiono na siłę prawie wszystkie dzieciaki (nawet w szkole). W nocy straszył wyjący w zakamarkach strychu wiatr, który dodatkowo łomotał źle zamocowaną blachą na dachu naszego domu. Straszyły też pohukiwania sowy i świetliste smugi na suficie, pochodzące z naftowych latarek używanych do wieczornych obrządków na polinowskim podwórzu. W cieplejsze dni można było wybrać się do sadu stryja Józia i znaleźć w opadłych liściach smaczne, czerwone jabłka. Najlepsze były jednak kosztele. Mimo że u nas "krąselki" uginały się od owocu, wyprawy do stryjowego sadu były zawsze jakimś urozmaiceniem.

Fajną zabawą było też drążenie jam w stertach zboża czekających na młockę. Można tam było schronić się przed deszczem i zimnem oraz schrupać przyniesione jabłka. W niedzielę na obiad był zwykle rosół z kury i kurze mięso w potrawce. Przed zimą wybijano słabe nioski, aby nie marnować paszy. Jajka wkładano do skrzynek i zasypywano zbożem. W zimnych pomieszczeniach czekały na okres Świąt Bożego Narodzenia. Dzieciaki zaś odliczały dni do upragnionej choinki i czekały na ślizgawkę oraz pierwszy śnieg...

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy