strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Pamiętniki Misjonarzy

Bartosz Kobylińskio. Wojciech Kobyliński CMFEchhhh, jakże nieodgadnione są losy wielkich dzieł sztuki! Po wielu latach tułaczki, zagadkowych perypetii, a nawet narosłych wokół legend i mitów, w końcu się udało! Nasz brat bowiem – o. Wojciech CMF – wykradł wreszcie chciwym szponom Afryki (a raczej niezbyt entuzjastycznie nastawionemu Stryjowi) istnego białego kruka klaretyńskiej literatury, przez dekady dzielnie strzegącego jakże niesamowitych historii! Niepozorny stos luźnych, pożółkłych kartek, dodatkowo ponadgryzanych przez termity, z zagubioną w niewyjaśnionych okolicznościach bądź wręcz wtrząchniętą przez tamtejsze szkodniki drewnianą okładką (wykonaną przez stolarza-artystę wg projektu samych autorów), okazał się być istną kopalnią wiedzy o początkowych perypetiach naszych misjonarskich pionierów na Czarnym Lądzie! Grubo ponad setka stron ręcznie pisanego tekstu, przewlekanego tu i ówdzie zdjęciami, autorskimi rysunkami i wycinkami z gazet aż nadto uzmysławia nam, jak wielką stratą byłoby zaginięcie tego wiekopomnego dzieła!

Już po krótkim kontakcie z lekturą pojawia się pierwsza refleksja: jak to wszystko mogło wyglądać od "wewnątrz" – tj. z punktu widzenia młodych misjonarzy, rzucanych w nieznane czeluście obcego kontynentu? Wszak podróż za Saharę zaraz po opadnięciu żelaznej kurtyny i upadku muru berlińskiego musiała wzbudzać coś więcej, niż tylko lekki dreszczyk emocji... Zderzenie z jakże obcą kulturą, rasą, plemionami, wierzeniami, czy wreszcie niemal zabójczym dla nas klimatem, musiało mocno odcisnąć na nich swe piętno. Na tym tle pustynia, plemiona ludożercze, malaria, skorpiony czy jadowite pająki to już tylko egzotyczne dodatki, które nasi klaretyni dotychczas mogli oglądać jedynie na nielicznych filmach z Tony Halikiem... Z tą większą ciekawością przekłada się kolejne karty tych niecodziennych wspomnień, z których coraz wyraźniej bije jednak zrozumienie dla tamtejszych realiów, przy jednocześnie rosnącym zapale i zaangażowaniu. Na całe szczęście fala zamachów stanu, wojen domowych i zbrojnych napadów przypadła już na nieco późniejsze lata misjonarskiej posługi, pozwalając przyjezdnym już nieco solidniej zakorzenić się w afrykańskiej tkance.

Z punktu widzenia biernego obserwatora można teraz na chłodno domniemywać, że "Pamiętniki Misjonarzy" były naówczas swoistym pomostem – łącznikiem ze starym światem, znikającym właśnie gdzieś w obłokach Starego Kontynentu. A przypomnijmy jedynie, że w owych zamierzchłych czasach jedyną formą kontaktu ze starym światem był... tak, tak, telefon stacjonarny! Pomijając już jednak fakt, że w latach 90. był on dobrem luksusowym, to nawet krótka rozmowa z Europą kosztowała wtedy majątek, a samo połączenie często graniczyło z cudem...

Jako że w obliczu nowych doświadczeń i wyzwań tęsknota za krajem znika jednak dosyć szybko, to już po miesiącu pobytu w Afryce opisy każdego kolejnego dnia ustąpiły coraz bardziej skąpym relacjom z najważniejszych wydarzeń, by definitywnie zakończyć się zaledwie po dwóch latach od rozpoczęcia misyjnej posługi. Swoistym dopełnieniem całości są natomiast późniejsze listy nadsyłane przez stryja Andrzeja oraz o. Romana, które poniekąd kontynuują kronikę i uzupełniają ją o relacje z kolejnych lat misji (a przynajmniej z ich pierwszej dekady).

Dodam tylko, że bardziej wnikliwa lektura daje nam dziś do zrozumienia jeszcze jedno – a mianowicie fakt, że tamtego świata... już po prostu nie ma! I że w żadnym stopniu nie przypominał on wtedy tego dzisiejszego, co po latach podkreślają również i sami autorzy kroniki. Zagłębiając się bowiem w kolejne relacje odnosimy nieodparte wrażenie, że trzy dekady temu Czarny Ląd był dalece bardziej niedostępny, dziewiczy, zachwycający, naturalny i mniej zepsuty niż dziś, a nasi misjonarze trafili po prostu na ten "dobry czas"...

Na koniec pozostaje już tylko wyrazić wdzięczność naszemu bratu za ocalenie owej kroniki od pewnej zagłady i niechybnego zapomnienia, przepisanie całości tekstu, aż po pełną digitalizację jej treści.

Wykorzystując zatem ostatni dzwonek na ratowanie strzępków tych niecodziennych historii, równo w 30. rocznicę przybycia na Wybrzeże Kości Słoniowej naszych misjonarzy klaretynów, poniżej przytaczamy pierwszą relację z (trwającej do dziś!) wyprawy w nieznane... AHOJ!

Anno Domini 1990

Początek Pamiętników Misjonarzy: WYJAZD
16 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Na początku było opóźnienie... Opóźnienie było trzygodzinne. Później wzrosło do pięciu, ale zapał nie spadł. Po nerwowych i smętnych przygotowaniach i pożegnaniach z grzesznym światem, a potem zakonnym, wyjechaliśmy z paryskiego domu pełni napięcia, które mijało wraz z przydrożnymi słupami. Dotarliśmy na lotnisko Roisy i otrzymawszy darmowe karty do restauracji (z powodu opóźnienia) resztki smutku utopiliśmy w czerwonym winie (tym bardziej, że nie byliśmy zobowiązani do prowadzenia samolotu).

Ruchomymi schodami z zaburzeniami ruchowymi dotarliśmy do odprawy paszportowej, gdzie – po kilku ‘bluesach’ wyższej klasy i błyskach przemytego intelektu – spoczęliśmy w poczekalni, ku radości personelu. Patrząc przez okna na cuda techniki, zostaliśmy uderzeni jej czarami, co szeroko otworzyło nam usta.

Podnieceni pamięcią historyczną, zrobiliśmy sobie zdjęcia do kroniki Prowincji na tle wielkiego Boeinga 747, który, jak obliczyliśmy, po rozchlastaniu się z pełną zawartością pasażerów, dostarczyłby marmolady całemu zakonowi na cały rok (w tym momencie jeden z nas zapalił papierosa)...

Widząc naszą elegancję podszedł do nas jakiś lepszy gość i poprosił, żeby mu zrobić zdjęcie, niestety – uznawszy swą znikomość, gdyż nie znał ani francuskiego, ani hiszpańskiego, ani włoskiego, ani rosyjskiego, ani niemieckiego, nie mówiąc już o polskim – uśmiechnął się tylko i uznał za zaszczyt, że może być sfotografowany przez tak znakomite osobistości. Był to chyba muzułmanin, jak zauważyliśmy. Zauważyliśmy również, że naszą niepohamowaną wesołością (aż do łez!) wzbudziliśmy zainteresowanie znudzonych i zdenerwowanych współuczestników podróży. Wesołość przerwał na chwilę głos z megafonu, który nas zatrwożył, oznajmiając odwołanie lotu i zamknięcie Abidżanu; po kilku powtórkach i głębszej analizie tekstu, ku naszej uciesze okazało się, że szukają jakiś pasażerów, co powstrzymało nas od powrotu do domu… i uświadomiło potrzebę dalszego studiowania języków obcych.

Jako, że ożywia nas charyzmat klaretyński, wspomnieliśmy jak to nasz Założyciel ruszył na Kubę: procesja do portu, błogosławieństwa, rekolekcje na pełnym morzu dla całej załogi; być może nasz humor dał się we znaki nie mniej naszym bliźnim, niż silentium sacrum marynarzom...

Ta właśnie refleksja skłoniła nas do rozpoczęcia pisania na gorąco tegoż pamiętnika.

W tym momencie jest godzina 15:15, mamy jeszcze prawie dwie godziny do odlotu. Czujemy się jak na wyspie otoczeni rzeczywistością XX-go wieku: wokół muzułmanie, lekki smród żydostwa, dość dużo murzynów, których trudniej religijnie sklasyfikować na falującym morzu ateizmu i obojętności, z miłym wyjątkiem sympatycznej stewardessy, która przechodząc uśmiechnęła się czarująco w naszą stronę.

Bezpośrednio przed nami dwie piękne murzynki zerkają na nas obgryzając pazury, obok murzyn chrapie i przeszkadza, dalej nieco jacyś muzułmanie bełkocą coś i wychodzą (najpierw z siebie, później z poczekalni), jeszcze dalej murzynka w stroju egzotycznym (być może nasza parafianka) przeciąga się leniwie i ziewa, za oknem kołują samoloty, a do naszego – w otwarty silnik wchodzą mechanicy.

My zaś wychodzimy do baru, gdzie za okazaniem biletu bierzemy dwie butelki białego wina, które przedłuża nam wspaniały nastrój, w którym wytrwawszy do końca, zasiedliśmy w samolocie, w sektorze III klasy, bez widoku na boki i w przyszłość. Ze smutnej wizji wyłoniła się bardzo grzeczna i miła stewardessa w wieku gwarantującym bezpieczeństwo lotu i pozwoliła nam zmienić miejsca na bardziej godne... z lepszymi widokami. Korzystaliśmy bez skrupułów z kuchni i piwnic Boeinga, co umocniło nas w wytrwaniu na poprzednio zawyżonym poziomie...

ŻEGNAJ EUROPO!

Mieliśmy jeszcze międzylądowanie w niezidentyfikowanym kraju afrykańskim, a to z powodu ciemności i ciemnoty obywateli, którzy nie oświetlili nazwy tej stacji, chociaż i tak było nam wszystko jedno, a dzięki temu ocalona została jedna z tajemnic Afryki.

I dzień: Witajcie w Abidżanie!
17 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Przed godz. 2:00, 17 czerwca spłynęliśmy łagodnie na lotnisko w Abidżanie wraz ze strugami tropikalnego deszczu, w którego dusznej atmosferze dobrnęliśmy do odpraw policyjno-celnych. Po tropikalnym deszczu zaatakowała nas korupcja i bałagan, podsycane pychą i grzecznością urzędników, co kosztowało nas 40 franków; za to podróż do Sióstr Klaretynek była gratis dzięki dobrym chrześcijanom, zapoznanym w samolocie.

Dotarliśmy do pogrążonego w deszczu, ciemności i głębokim śnie klasztoru Sióstr, gdzie przy ujadaniu psów rozbudziliśmy nasze siostry, napędzając im niechcący porządnego stracha. Po otwarciu furty, strach zamienił się w bratersko-siostrzaną radość. Napojono nas (wodą) i położono spać w gościnnym pokoju. Po braterskim instruktarzu jednego z bardziej doświadczonych misjonarzy odnośnie rozwijania moskitiery, położyliśmy się spać przy odgłosach huczącego za oknem oceanu.

II dzień: Niedziela – Boże Ciało
17 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMF Zerwaliśmy się po świcie, czyli około jedenastej, wypoczęci i gotowi do poświęceń. Dzień upłynął jak przystało na dzień Pański, a nawet wielkopański: przechadzka nad brzegiem oceanu, dobry obiad, sjesta.

Chociaż początek niezbyt poważny, doprowadził nas do poważnych przeżyć: pierwszy kontakt z tutejszymi ludźmi, msza św. w kaplicy Sióstr – pięknie przygotowana, z afrykańskim śpiewem, adoracja Najświętszego Sakramentu, brewiarz itd.

Nie było procesji tak jak w Polsce, lecz podniosły nastrój i radość pierwszych kroków skierował nasze wdzięczne myśli do Boga, Ojczyzny i Zgromadzenia.

Wieczorem, siedząc w klasztornym ogrodzie i zajadając tropikalne owoce, zredagowaliśmy tę część pamiętnika.

III dzień
18 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMFWstanie: 6:00
Modlitwy, msza św.: 6:30
Śniadanie: 7:15

Po śniadaniu, wraz z o. Leopoldem z Instytutu Misji Afrykańskich, udaliśmy się samochodem do biskupa diecezji Grand Bassam, który pomimo nawału pracy (po południu rozpoczynał Konferencję Episkopatu, której był gospodarzem) przyjął nas bardzo serdecznie, uczęstował napojami, z których wybraliśmy oczywiście piwo, gdyż abstynenckie życie u sióstr spowodowało nagły wzrost krwi w alkoholu. Odwiedziliśmy po drodze katedrę i historyczne miejsce pierwszej ewangelizacji Wybrzeża.

Po powrocie zwiedziliśmy Misję Katolicką Port-Bouët; wspaniałe wrażenie wywarł na nas zwłaszcza dom dla młodzieży «CARITAS». Następnie zostaliśmy podjęci obiadem obfitym w jadło i napoje w Misji, którą prowadzi wspomniany wyżej Instytut Misji Afrykańskich (w każdy poniedziałek okoliczni księża spotykają się na wspólnym obiedzie w kolejno wyznaczonych parafiach).

Sjesta tego dnia była gigantyczna, szczególnie w wykonaniu jednego z misjonarzy, który o 18:00 wyrwał się posłusznie spod moskitiery pobudzony słownie do tego czynu przez drugiego, który odprawiwszy godzinną adorację Najświętszego Sakramentu i odmówiwszy brewiarz, zapłonął taką braterską miłością, że postarał się o przygotowanie kawy, której zapach wpłynął dopingująco na cnotę posłuszeństwa współbrata.

Po kawie – historyczny moment: zamoczenie nóg w wodach oceanu; pierwszy uczynił to oczywiście przełożony. O kąpieli mowy nie ma, bo wysokie fale w tym rejonie wciągają co roku kilka ofiar.

Biorąc pod uwagę zagrożenie tyfusem, którego realność uświadomiły nam muchy pijące szambo tryskające obfitym źródłem z pękniętej rury wśród murzyńskich domostw i zakąszające potrawami z naszych talerzy oraz sałata podlewana podobno tym, czego muchy nie zdążą wypić, ustaliliśmy tygodniowe dyżury uważania na siebie, zwłaszcza odnośnie sałat, bo byłoby niefortunnie zapaść na tę chorobę równocześnie.

Smaczna kolacja w serdecznej atmosferze, jaka tu chyba wiecznie panuje, upływa na dzieleniu się spostrzeżeniami, żartach i ubogacającym dialogu – tego dnia niewątpliwie wzmożonego obecnością Matki Prowincjalnej.

Jako że jest to czas Mundialu ‘90, oglądamy mecz Argentyna – Rumunia, kończący się 1:1. Uciechy z poskromionej pychy argentyńskiej siostry z nami nie podzielają.

Od zjedzenia 1 gigantycznego i 2 średnich owoców mango, rozpoczynamy przygotowania do wielkiego konkursu żarłackiego, który zamierzamy rozegrać w kategoriach: bananów, pomarańcz, mango i ananasów; zwłaszcza w kategoriach mango i ananasów mogą być niespodzianki, i to brzemienne w skutkach.

Dzień kończy się meczem ZSRR – Kamerun oraz snuciem bezkonceptualnych planów na jutro.

IV dzień
19 czerwca 1990 r.

Andrzej Kobylińskio. Roman Woźnica CMFWstanie: 6:00
Modlitwy, msza św.: 6:30
Śniadanie: 7:15

Po raz pierwszy tego dnia, przynajmniej czasowo, nie odczuwamy gorąca. Także w nocy, śpiąc w przeciągu bez pidżamy i przykrycia, nie było duszno; uczucie to jest rzadkie i dziwne, do odczuwania chłodu jednak daleko. Przed obiadem, w czasie spaceru brzegiem oceanu, około 10 m od linii wody, zostaliśmy dotknięci wyższą falą, która zmoczyła nas swą pianą zmieszaną z morskim piaskiem.

Pomni na przestrogi doświadczonych misjonarzy na temat inkulturacji i wyliczane bez końca cnoty misjonarza: cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość… ćwiczymy się w nich pilnie i aż do upadłego (na łóżko oczywiście), a inkulturacja w tutejszą atmosferę błogiego o...nia (np. oczekiwania) przebiega – wbrew oczekiwaniom najwyższych przełożonych – pomyślnie; do pracy nie palimy się, ale wewnętrzny zapał zawsze będzie można rozdmuchać.

Dziś mieliśmy pierwszy kontakt z Europą: telefon z Rzymu od Prowincjalnej Sióstr Klaretynek; słyszalność ok. 1%.

Wspólna modlitwa w kaplicy głęboko przeżywana, kolacja w rodzinnej atmosferze i Mundial w telewizji (Italia – Czechosłowacja 2:0) kończą ten spokojny dzień.

Ojcowie serwisu Polinów
Misje w Afryce i chór Claret Gospel
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy