nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

Kobylińscy na Polinowie – przeprowadzka, przedwojnie i wojenne zawieruchy

Przeprowadzka na Polinów

Bartosz KobylińskiMaciej Kobyliński

Polinów na przełomie XIX i XX w. był w posiadaniu Żydów. Wystawiony na licytację majątek kupił Michał Kobyliński - podlaski szlachcic herbu Prus II.

Jak wynika z Aktu Notarialnego, spisanego 21 sierpnia 1946 r., Michał Kobyliński, syn Walentego, "...dnia 20 października 1906 roku został właścicielem nieruchomości ziemskiej, uregulowanej w księdze hipotecznej pod nazwą dobra ziemskie Konarzewszczyzna i Skolimowszczyzna przy mieście Łosicach powiatu Siedleckiego, jako poprzednio należała do spadku wakującego po Judce Bekiermanie...".

Pradziadek zakupił Polinów w trzech ratach, gdyż pieniędzy starczyło tylko na pierwszą. Drugą spłacił wycinając znajdujący się w okolicy stawów dworski park i sprzedając drewno Żydom. Z otaczającego majątek parku angielskiego do naszych czasów przetrwało zaledwie kilka drzew, m.in. pochylony nad dawną sadzawką kilkusetletni dąb i potężny kasztanowiec, zaś dwa potężne jesiony poległy stosunkowo niedawno, bo dopiero w latach 90. Na szczęście w zasadzie w niezmienionym stanie ostały się dwie dworskie sadzawki. Trzecia rata za zakup Polinowa została pokryta ze sprzedaży części ziemi, którą podzielono na działki budowlane (obszar od dzisiejszych zabudowań do cmentarza i dalej na północ - powstało tu osiedle "Nowodomki"). Grunty pierwotnie nabyte przez pradziadka ciągnęły się wąskim pasem od obecnych zabudowań Polinowa w kierunku Mszanny (na południe) i obejmowały obszar blisko 40 hektarów. Było to trzecie co do wielkości gospodarstwo w ówczesnych Łosicach (większe posiadali tylko państwo Czyżewscy i Leśniewscy). Kiedyś Polinów ciągnął się także daleko na południe, aż po tzw. "Gródki", gdzie obecnie stoją domy mieszkalne (po wojnie istniał tam sad Józefa Kobylińskiego).

Urodzony w Trębicach Starych par. Paprotnia Michał Kobyliński wraz z całą rodziną przeniósł się na Polinów w roku 1906 z miejscowości Łęczycki (oddalonej o kilkanaście kilometrów na północny wschód od Siedlec). Marianna miała wówczas sześć latek, z kolei nasz dziadek Hieronim zaledwie dwa. Z rozmowa przeprowadzonej w 2005 r. z jednym ze starszej daty mieszkańcem tej urokliwej wioski wynikało jednak, że obecnie nikt o takim nazwisku już tu obecnie nie mieszka. Po przeprowadzce cała nasza rodzina zamieszkała w zabytkowej, położonej na wzgórzu oranżerii, adoptowanej na budynek mieszkalny, zwanej po prostu "kamienicą".

W kolejnych latach rodzą się kolejne dzieci: 24.07.1906 r. Stanisław, następnie 21.02.1909 r. Helena Apolonia, 14.04.1911 r. Wincenty - ale ten umiera po niespełna 5 miesiącach życia, później przychodzi czas na Józefa i na końcu Jadwigę (1913 r.). Wszystkie dzieci Michała rodzą się zatem jeszcze przed I wojną światową.

Niebawem w szybkim tempie poczynają powstawać kolejne zabudowania, zamykające podwórzec i tworzące logiczną całość. I tak najpierw powstały drewniane stodoły stojące na zachodniej ścianie podwórca - wykonane z bali, początkowo kryte słomą (strzechą), częściowo gontem. Napis wyryty na jednej z dzielących je belek przedstawiał datę 1911 r. Kolejny budynek to stajnia z czerwonej cegły, w której swego czasu rezydował ogier, klacze i młodzież. Po niej pozostał obecnie tylko fragment zabytkowego muru, do którego była przybudowana "plecami". Później zbudowano spichlerz (1929 r.) oraz oborę posadowioną na kamiennych fundamentach, za "plecy" której również posłużył stary mur, okalający folwark od wchodu. Większość jednak z tych zabudowań powstała na istniejących już fundamentach starszych budynków, których lokalizację przedstawia już plan z 1871 r., kiedy Polinów znajdował się jeszcze w rękach rodziny Perkowskich.

Dawnymi czasy więksi właściciele ziemscy zasiadali w kościołach w stallach - często bardzo bogato zdobionych (rzeźbiarsko lub malarsko) w formy architektoniczno-plastyczne, fundowanych przez swoje rodziny ławach ustawionych w prezbiterium. Były to często jedyne ogrzewane miejsca w świątyniach. Zgodnie z uświęconym przez wieki zwyczajem, Michał Kobyliński w roku 1911 za cenę 600(?) rubli ufundował takową, sześcioosobową stallę do prezbiterium miejscowego kościoła farnego pw. św. Zygmunta. Stanęła po prawej stronie ołtarza i od ponad stu laty co niedzielę zasiada tam cała rodzina Kobylińskich. Posiada wysokie oparcie (zaplecek), baldachim, klęcznik obudowany z przodu, a na jej przodzie do dziś widnieje tabliczka z napisem: OFIARA MICHAŁA KOBYLIŃSKIEGO z Polinowa 1911".

Postrachem Polinowa był zarodowy buhaj i potężny knur.

Zaledwie po 8 latach od przeprowadzki pozorny spokój przerwała jednak...

I wojna światowa

Szpital wojskowy w oranżerii

W czasie I wojny światowej rodzina musiała dzielić mieszkanie w "kamienicy" z niemieckim szpitalem wojskowym. Zwłoki znoszono do piwnic, gdzie była zaaranżowana kostnica. Do dzisiaj przy zejściu do niej widnieje wmurowane, przekrzywione serce. Powyżej zdjęcie niemieckiego lekarza wojskowego, pielęgniarek, pielęgniarzy stojących przed wejściem do kamienicy. Podpis głosi "Dr. Haupt ze swoim personelem".

4 grudnia 1917 r. Michał Kobyliński został ustanowiony jednym z sześciu protektorów nowo-powstałej biblioteki parafialnej.

II Rzeczpospolita, czyli okres międzywojenny

Michał Kobyliński był wzorowym gospodarzem i wielu mogłoby się od niego uczyć. Zgodnie z tradycją Polinowa, zajmował się on zarodową hodowlą koni, bydła i trzody. Zatrudniał kilku fornali. Stary folwark tętnił życiem od świtu do nocy. Czynnie uczestniczył też w życiu miasteczka.

Zaraz po odzyskaniu przez Łosice wolności - w grudniu 1918 r. - zaczęto formować nowe władze. Dwaj pełnomocnicy Polskiej Organizacji Wojskowej zwołali w tym celu mieszkańców miasta obu wyznań na ogólne zebranie, które ze względu na brak odpowiedniego pomieszczenia, odbyło się pod gołym niebem. Wybrano wówczas 12-osobową radę, składającą się z 6 radnych żydowskich i 6 katolików, wśród których znalazł się ówczesny właściciel Polinowa - nasz pradziadek Michał Kobyliński.

Ponadto został jednym z dwóch ławników nowego sądu[1].

Był skarbnikiem powstałej w 1919 r. w Łosicach Straży Ogniowej. [APL, UWL, zesp. 407, Starostwo Powiatowe Konstantynów, sygn. 60, Wykaz stowarzyszeń i związków / "750 lat Ziemi Łosickiej" Tomasz Dobrowolski, str. 342]

Był członkiem zarządu powstałego w 1919 r. Kółka Rolniczego. [APL, SPK, sygn. 72 / "750 lat Ziemi Łosickiej" Tomasz Dobrowolski, str. 334]

Według innych źródeł[2], w 1925 r. Michał Kobyliński był członkiem rady parafialnej powołanej według nowych już przepisów, zgodnie z prawem kanonicznym i konkordatem z 1925 r.

Michał Kobyliński wcześnie stracił żonę Apolonię z Korycińskich (zmarła 30 maja 1926 r.), która w wieku 54 lat osierociła sześcioro dzieci (w sumie było ich dwanaścioro, jednak połowa z nich zmarła na szalejące w tamtych czasach epidemie dyfterytu i kokluszu). Mając lat już blisko sześćdziesiąt, w 1927 r. ożenił się po raz drugi. Jego drugą, prawdziwą i dojrzałą miłością była Michalina Sułkowska - osoba bardzo dystyngowana i dobrego serca. Nauczała w szkole powszechnej jako katechetka, prawdopodobnie w Sokołowie Podlaskim. Miała cztery siostry oraz brata. Jak głosi rodzinna tradycja, Michał oświadczając się jej oznajmił, że liczy sobie zaledwie 50 lat. Jak dowiadujemy się jednak z Aktu Ślubu z 1927 r., w tym dniu liczył sobie już 60 wiosen, zaś Michalina miała ich dopiero 45. Jak czytamy dalej, druga żona Michała urodziła się w Senkowie (Sękowie) parafii Wereszczyn (województwo lubelskie, powiat włodawski, gmina Urszulin), a zamieszkała w Bielanach parafii Rozbity Kamień (obecnie województwo mazowieckie, powiat sokołowski, gmina Bielany - około 20 km na północ od Siedlec). Michał był w niej bezgranicznie zakochany, ponoć gdy pewnego razu wyjechała do Warszawy, stał kilka godzin w polinowskiej bramie, czekając na jej powrót. Gdzie się podziały tamte czasy?

W roku 1937 Michał i Michalina z Sułkowskich Kobylińscy byli jednymi z fundatorów sztandaru dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Łosicach, poświęconego i wręczonego 11 listopada 1937 r.

Michał dwóch swoich synów - Stanisława i Józefa - wysłał "w świat" w celu zdobycia nauki. Stanisław studiował geodezję, Józef zaś ogrodnictwo. W tym miejscu warto dokładniej pochylić się nad ich, wcale niepospolitymi, losami.

Mierniczy, geodeta, oficer...

Pierwsze pytanie, jakie niewątpliwie ciśnie się na usta, to skąd nasz Stanisław wziął się na kresach? Ano mierniczowie byli wówczas delegowani na pomiary. Traf chciał, że wraz z dwoma kolegami w tej samej dzielnicy w Równem wynajmowali mieszkanie u znajomych cioci Dusi, na tej samej zresztą ulicy. Zinaida Jaworska, a później po prostu Alicja Kobylińska lub dla rodziny - ciocia Dusia, urodziła się w 1915 roku w Odessie - czwartym pod względem liczby mieszkańców mieście ówczesnego Imperium Rosyjskiego. Jej biologicznymi rodzicami byli Leon i Paraskiewa Jaworscy, którzy przekazali ją na wychowanie Państwu Flejterskim - deportowanym wcześniej gdzieś pod Moskwę, gdzie stracili swoje jedyne dziecko - córkę Adelaidę. Zinaida imię "Dusia" dostała właśnie po niej, a te na tyle się przyjęło, że przylgnęło do niej już na stałe. Naukę pobierała w Równem na Wołyniu pod okiem guwernantki, gdzie skończyła liceum i zdała egzamin maturalny, tam też rozpoczęła pierwszą pracę w odpowiedniku naszego urzędu gminy. Traf chciał, że pewnego dnia koledzy przyszli w odwiedziny razem ze swymi lokatorami - m.in. i Stanisławem Kobylińskim, no i tak to właśnie zaczęła się znajomość z przyszłą żoną, zwieńczona 22 listopada 1938 r. ślubem w jednym z kościołów w Równem (wówczas to miasto należało wówczas do Polski, obecnie leży w zachodniej części Ukrainy). Młoda para przed wojną zdążyła jeszcze odbyć podróż poślubną do Zakopanego, po której z powodu mocno zimowej aury mocno się pochorowała (na pociąg czekało się wówczas czasem po kilka godzin). Po miesiącu miodowym – na Święta Bożego Narodzenia – ciocia Dusia po raz pierwszy odwiedziła Polinów - rodzinne gniazdo Stanisława Kobylińskiego, gdzie niedługo potem - 29 maja 1939 r. - fotograf uwiecznił ten fakt na wspólnym, rodzinnym zdjęciu przed kamienicą.
W 1939 r. Stanisław został jeszcze wydelegowany do Głębokiego (w ówcześnie polskim województwie wileńskim, obecnie na terenie północnej Białorusi). Tam również brał udział w pomiarach, które 8 lipca 1939 r. przerwała świeżo otrzymana karta powołania do służby wojskowej, a jako oficer Wojska Polskiego został wydelegowany wprost na front. Razem z małżonką na krótko przyjechali jeszcze do Łukowa, po czym po pożegnaniu wyruszył ze stacji kolejowej, by bronić ojczyzny przed najeźdźcą. Był to niewątpliwie jeden z rodzinnych zwiastunów piekła nadchodzącej wojny... Po krwawej bitwie pod Mławą dostał się do niemieckiej niewoli na długie 6 lat, pozostawiając piękną i młodą, dopiero co poślubioną żonę. Przez krótki czas mieszkali w Łukowie a następnie sześć lat w Kętrzynie, by w latach 50. znów wrócić na rodzinny Polinów. Stryj objął wtedy posadę geodety, Ciocia Dusia zajmowała się domem i trójką dzieci. Prowadziła też małą hodowlę kur i świń, prawie zawsze posiadała też krowę, z których ta najsłynniejsza nosiła piękne imię Eleonora. Była kobietą wielkiej kultury, mówiła piękną polszczyzną bez cienia wschodniego akcentu. Nigdy nie pozwalała sobie na skróty myślowe czy nowomowę – wszak maniery arystokratyczne wyniesione z rodziny zobowiązują. Biegle władała językiem niemieckim i nieco francuskim, a pod koniec życia, w ramach treningu szarych komórek, zaczęła uczyć się hiszpańskiego. Była kobietą zaradną, a życie nauczyło ją odporności i umiejętności pokonywania przeciwności losu. Stanowiła bardzo silną osobowość, przez co ludzie darzyli ją szacunkiem. Wykształciła dzieci i zawsze miała czas dla siebie. Zawsze zadbana, w koronkowych rękawiczkach, z utlenionymi i misternie ułożonymi włosami, co niedzielę siadała w stalki Kobylińskich przy głównym ołtarzu kościoła św. Zygmunta w Łosicach.
Stryj Stanisław zmarł młodo, w 1974 r., pozostawiając żonę z trojgiem dzieci w wieku studenckim i szkolnym.

Nowoczesnego sadownictwa polinowskie tradycje

Józef Kobyliński aż do lat 50. prowadził na Polinowie największy w okolicy i jednocześnie jeden z najnowocześniejszych, półtorahektarowy sad. Znajdował się na południe od współczesnego siedliska - za stodołą Rumików. W historii sad przemarzał dwa razy, ale tak to już jest w tym fachu, zwłaszcza w naszym wschodnim klimacie. Ciekawostką jest fakt, że pomoc w zdobywaniu doświadczenia oraz prowadzeniu sadu zaoferował Józefowi światowej sławy autorytet w dziedzinie sadownictwa, właściciel majątku Sinołęka - dr Władysław Filewicz (1876-1962). Owemu znamienitemu gościowi Polinowa zawdzięczamy m.in. sprowadzenie do Polski wielu pospolitych dziś odmian drzew owocowych, np. jabłoni Macintosh i Bancroft. Dr Filewicz był interesującym człowiekiem - z wykształcenia medykiem, z zamiłowania filozofem (m.in. tłumaczył dzieła Bergsona), a z zawodu sadownikiem. Ten doktor medycyny z wiedeńskim dyplomem wsławił się jednak przede wszystkim jako lekarz drzew. W XIX w. osiadł w Sinołęce i założył sady, gdzie zajął się zapobieganiem i leczeniem uszkodzeń urazowych. W dziedzinie tej stał się autorytetem na skalę międzynarodową. Wypracował m.in. metodę uodparniania drzew delikatnych odmian w surowym klimacie, zwaną "Metodą Filewicza". Majątek Sinołęka stał się jednym z najlepiej zarządzanych gospodarstw sadowniczych w Polsce, prowadzącym również działalność badawczą, będącą dla Filewicza przedmiotem licznych publikacji oraz wykładów w Polsce, jak i za granicą (USA, Kanada, Niemcy, kraje skandynawskie i ZSRR). Przed wojną, jako stały delegat Polski, dr Filewicz brał udział we wszystkich międzynarodowych kongresach ogrodniczych, wygłaszając tam referaty. Był wybitnym społecznikiem i wielkim człowiekiem w dziedzinie sadownictwa. Za swe prace i zasługi w 1936 r. odznaczony został Orderem (Krzyżem) Odrodzenia Polski (Polonia Restituta) – drugim najwyższym polskim państwowym odznaczeniem cywilnym (po Orderze Orła Białego), nadawane za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, sportu, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej oraz rozwijania dobrych stosunków z innymi krajami. Odtąd Sinołęka stała się obiektem zainteresowań nie tylko polskiego, lecz także światowego sadownictwa. Za czasów świetności majątku gośćmi Filewiczów w Sinołęce byli m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, profesor Ujejski, znakomici lekarze, profesorowie i literaci. Bliskim przyjacielem Filewicza był także prof. Szczepan Aleksander Pieniążek - polski sadownik, profesor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, członek i wiceprezes Polskiej Akademii Nauk, odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Orderem Sztandaru Pracy II klasy i Medalem Towarzystwa Ogrodniczego w Krakowie. Filewicz poznał go w Ameryce, gdzie wspólnie odbyli podróż po kilkunastu stanach, zwiedzając ośrodki sadownicze. Przez cały okres powojenny dr Filewicz utrzymywał z profesorem Pieniążkiem kontakt korespondencyjny.

Ale z rodzinnych tradycji sadowniczych wróćmy z powrotem na Polinów.

Najstarszy z synów - Hieronim - jako jedyny pozostał "na gospodarce", gdyż ojciec Michał po wylewie został częściowo sparaliżowany (niedowład prawej ręki). A było to tak: Michał jadąc z synem Hieronimem wjechali w tzw. "suty" (przejście między domami), gdzie wówczas mieszkali tam w zasadzie sami żydzi. Na jednym z balkonów wisiała jakaś płachta, która zapewne w wyniku podmuchu wiatru spadła na ziemię. Przez to konie się zbiegały, a Hieronim próbował je utrzymać. Jako tęgi i porywisty chłop Michał zadeklarował, że on je uspokoi. Wówczas to dostał wylewu, nosząc później sparaliżowaną rękę w uszytym przez żonę temblaku.

W 1936 r., w wieku 32 lat Hieronim zaślubił piękną i młodą, o połowę od niego młodszą, Wandę Węglińską - córkę hrabiego Alfreda Wiktora Witalisa Węglińskiego herbu Godzięba. Urodzona w Toporowie małżonka urzekła go swym wdziękiem, co działało i w drugą stronę - starszy kawaler z majątkiem również był wówczas "w cenie", a kobieta bez zaradnego męża po prostu nie za wiele mogła w tamtych czasach zdziałać. Być może przyszły mąż po cichu liczył także również na jakieś spadki po majątku w Toporowie, ale to już wiedział tylko on sam. Z racji pobierania przez Wandę lekcji krawiectwa w Siedlcach, w celu spotkania Hieronim przemierzał rowerem dziesiątki kilometrów, na dodatek jeszcze brukową wówczas drogą... W maju 1938 r. Hieronim założył firmę transportową. Jak mówi jeden z zachowanych dokumentów, uzyskał on koncesję na "zarobkowy przewóz towarów pojazdami mechanicznymi na linii Łosice - Siedlce - Mińsk Mazowiecki - Warszawa oraz Łosice - Janów - Biała Podlaska". Oprócz tego wsławił się zamówieniem w Mordach pierwszego na Polinowie wozu na gumowych kołach, co wówczas na tle wszechobecnych "żelaźniaków" było nie lada luksusem.

Tadeusz Tokarski zaś (lub jak go później zwano "Stary Tokarski") był niegdyś gajowym. Jego gajówka mieściła się na skraju lasu w Jeziorach, po drugiej stronie drogi od jeziorka leśnego, gdzie ponoć pozostały jeszcze jej resztki. Obecnie na jej miejscu rośnie zagajnik sosnowy. Na Polinowie oprócz stawów utrzymywał też ule z pszczołami - sporządzał dla dzieci krople propolisowe i opowiadał o zaletach pszczelego pyłku.

Tuż przed II wojną światową (latem 1939 r.) miała miejsce w Łosicach komasacja gruntów, tzn. połączono wszystkie spłachetki ziemi w jedno, po czym rozdzielono grunty na nowo, tworząc logiczne całości, o czym mówi "Rejestr pomiarowy skomasowanych gruntów miasta Łosice", wydany przez Zarząd Miasta Łosice w dniu 6 lipca 1939 r. Podział przebiegł bezkonfliktowo i przeprowadzony został "z głową" także z tego względu, że geodeta biorący w nim udział mieszkał właśnie na Polinowie (wynajmował tu mieszkanie). W ustalonym wtedy kształcie majątek utrzymał się do tej pory.

II wojna światowa

1939 r., 9 września (sobota): Na Łosice spadły pierwsze niemieckie bomby. Zburzona została wówczas synagoga żydowska, w której zginęło około 50 modlących się w szabas Żydów. Zniszczeniu uległy również stojące w pobliżu bożnicy drewniane domy żydowskie, kilkanaście domów w mieście spłonęło. Naloty niemieckich samolotów powtarzały się w następnych dniach kilkakrotnie. Obronę Łosic przed nalotami miało zapewnić pięć stanowisk artylerii przeciwlotniczej, rozlokowanych na obrzeżach miasta. Wykonując swoje zadanie, kilku żołnierzy obsługujących działa zginęło. Większość została pochowana anonimowo na łosickim cmentarzu. Ich groby znajdują się tuż przy dolnej bramie za krzyżem. Jeden z grobów kryje szczątki Jana Tujaka, 32-letniego żołnierza, który podczas nalotu, przy obsłudze działa na Polinowie, został ciężko ranny i zmarł w łosickim szpitalu 12 września około godz. 20.[USC Łosice, księga zmarłych 1939, nr 41 / "750 lat Ziemi Łosickiej" Tomasz Dobrowolski, str. 347]

W czasie II wojny światowej mieszkańcy Polinowa przeżyli wiele chwil grozy. Już w pierwszych dniach kampanii Polinów o mały włos nie został zbombardowany. W jedną z wrześniowych niedziel 1939 r., kiedy to Hieronim szykował się do kościoła, powietrzem targnęły trzy potężne wybuchy. Uderzenia były na tyle silne, że przewróciły go na podłogę. Jak się później okazało, bombowiec kierujący się na Niemojki nieoczekiwanie zrzucił bomby na Polinów... Piloci lecieli prawdopodobnie na Brześć. Na szczęście pociski chybiły i spadły nieopodal stawu (bardzo blisko kamienicy - ówczesnego siedliska całej rodziny). Leje po nich wypełniły się wodą i jeszcze długo po tym wydarzeniu tworzyły mini-sadzawki. Drugiego bombardowania dokonali Rosjanie w 1944 r., jednak i te pociski nie trafiły w cel.

W polinowskiej "kamienicy" rozłożyły się sztaby wojskowe. Wiadomo bowiem, że dowódcy nie szli do wiejskich lepianek, gdzie hulał wiatr i bieda, ale do dobrze uposażonych majątków, jakim niewątpliwie był wtedy Polinów - wspaniała lokalizacja, żywy inwentarz, ale nade wszystko piętrowy, odosobniony, ogromny jak na tamte czasy, budynek mieszkalny. Jak na łosickie warunki był to nie lada luksus. Najpierw przyszli żołnierze radzieccy, lecz ci stacjonowali tu stosunkowo krótko. I całe szczęście, bo ich nieokrzesanie czasem przyprawiało mieszkańców o nudności zawroty głowy. Ot, przykład pierwszy z brzegu: Babcia Wanda wiedząc, że szykuje miejsce dla wysokiego oficera, starannie przygotowała posłanie i dała świeżo wypraną pościel - wszak nocować miał tu nie byle kto. Jako że żołnierz miał też wielkiego psa wilczura, bez skrupułów w całym rynsztunku władował się z nim na pachnącą pościel... Druga z opowieści mówiła o tym, jak to jeden z radzieckich żołnierzy niósł do kamienicy kiełbasy - rozejrzawszy się nerwowo wokół siebie urwał jedno pętko, po czym rzucił na ziemię i butem wcisnął w błoto, zapewne w celu późniejszego wydobycia. Widząc całą akcję, babcia Wanda z zaciekawieniem zapytała o stosunki u nich panujące, bo dziwnym wydało jej się takie zachowanie w obliczu hołubionego przez nich komunizmu i rzeczonego dobrobytu. Żołnierz odparł tylko: "Aaaa tam, chuj nie komunizm!". Po "ruskich" oprócz niemiłych wspomnień pozostało także tyle „czaju”, że cała rodzina długo jeszcze miała co pić.

Zgoła innymi okazali się "goście" zza zachodniej granicy. W kilka dni po wojskach sowieckich na Polinowie pojawił się sztab niemiecki. Ten z kolei rozlokował się na długi okres okupacji. Niemcy zachowywali się jednak, w przeciwieństwie do swych poprzedników, bardzo kulturalnie i nikomu z mieszkańców Polinowa nic złego się nie stało. Sami zresztą zapewniali, że "Ani my nie zrobimy Wam krzywdy, ani przy nas się Wam krzywda nie stanie". A mogło być przecież różnie, gdyż bracia Józef i Hieronim należeli do podziemia Wojska Polskiego (Armii Krajowej). Ciekawostką jest fakt, że nauczeni porządku Niemcy pierwsze co zrobili po osiedlinach, to postawili własną latrynę - w krzewach bzu za kamienicą. Babcia Wanda opowiadała dzieciom, że kiedy żołnierz dostał list, z miejsca gonił w te ustronne miejsce - ot, taki nawyk. Żołnierze niemieccy rozdawali dzieciom cukierki, choć Babcia niechętnie pozwalała się im nimi opychać - propaganda bowiem głosiła, że może być to podstęp, a one zawierać truciznę. Nic takiego nie miało jednak nigdy miejsca.

Pod koniec wojny nasza rodzina przeżyła bandycki napad. Zbrojna łosicka grupa licząca na łatwy łup w dość zasobnym gospodarstwie, zaskoczyła wszystkich mieszkańców. Onegdaj wszystkie okna w kamienicy miały drewniane okiennice zamykane od wewnątrz. Gdy wieczorem ktoś zapukał w jedną z nich, Jadwiga Rumik wyjrzała sprawdzić, kto się tak dobija. Wtedy to bandyci rzucili się na nią, spętali także jej sparaliżowanego ze strachu męża Józefa. Babcia Wanda z ciocią Dusią zdołali uciec przez południowe okno w szczycie kamienicy w kierunku Wierzbickich. W tym czasie pozostali mieszkańcy zostali powiązani i poukładani jak snopki na podłodze. Nasz dziadek Hieronim z kolei zdołał uciec na strych, skąd wdrapał się na dach. Jako że wtedy istniały jeszcze czworaki dla służby nad stawami, dziadek począł wznosić głośne okrzyki w tamtym kierunku, wzywając pomocy. Jeden z oprychów próbował wejść za nim, ale po tym jak dostał cegłą po głowie, zleciał na sam dół, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Ponoć dziadek w wychodzących rabusiów rzucał cegłami z komina. Ruszyła żandarmeria z miasta, która już z daleka oddała kilka strzałów w powietrze. To wystarczyło, aby bandyci wzięli nogi za pas i wszystko skończyło się na strachu.

Dziadek Michał mieszkał wówczas na parterze kamienicy, zaś wysiedleni Rumikowie (Józef i Jadwiga) dzielili duży pokój z ciocią Dusią. Dopiero po śmierci Michała sprowadzili się na parter.

Co by nie mówić o "ulgowym" traktowaniu Polinowa, głównie ze względu na lokalizację sztabów, nie można popadać w iluzję dobrobytu. Każdy bowiem przemarsz wojsk wiązał się ze znaczną utratą dobytku - uszczerbku doznawał wtedy m.in. wszelki żywy inwentarz: zabierano krowy, konie, świnie, dosłownie wszystko, co się ruszało i można było wsadzić do garnka lub też spożytkować do innych celów. Mieszkańcy Polinowa chowali żywy inwentarz, gdzie się tylko dało - na ten przykład kabany w lesie nie były zatem tylko wymysłem "Samych swoich", ale już w okresie dwóch światowych wojen można było się na nie natknąć. 1918, 1920, 1944... - te daty można mnożyć, a każda z nich uszczuplała majątek gospodarzy. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść...

Ale pora przypomnieć sobie o naszych braciach. Hieronimowi już na początku wojny na potrzeby armii niemieckiej zostały zarekwirowane dwie ciężarówki marki Chevrolet, służące w jego firmie do przewozu towarów. Józef Kobyliński w okresie okupacji, skończywszy jeszcze przed wojną studia ogrodnicze, sprawował funkcję kierownika wzorowo prosperującego gospodarstwa w Sinołęce. W czasie II wojny światowej jego właściciele, a wśród nich wspomniany dr Filewicz i jego asystentka z Sinołęki – dr Irena Modlibowska, nie mogli wrócić w 1939 roku do Polski z podróży po Stanach Zjednoczonych. Dopłynęli tylko do Anglii i tam pozostali do końca życia. Pracowali i mieszkali w East Malling Research Station (EMRS) - dr Irena Modlibowska pracowała tam jako samodzielny pracownik badawczy, a zarazem opiekowała się dr Filewiczem, cieszącym się jednak dobrym zdrowiem. Majątek Filewiczów po 1944 r. zajęły władze (jakże by inaczej), tworząc PGR i Zakład Doświadczalny Instytutu Sadownictwa SGGW, dzięki czemu ustrzegł się przekształcenia w kolejny, typowy PGR.

Oficerskie przypadki Stanisława Kobylińskiego

A co z naszym dzielnym Stanisławem, który wyjechał na wojnę? Żołnierzy od razu przerzucono na wrzącą granicę niemiecką, gdzie zmuszeni byli do ciągłego cofania się pod naporem silniejszego nieprzyjaciela. Wreszcie w jednej z pierwszych bitew II wojny światowej i jednej z najważniejszych kampanii wrześniowej - pod Mławą (za Bydgoszczą) pułk Stacha został okrążony i rozbity, a żołnierze wzięci do niewoli. W miejscu tym stoi obecnie okazały pomnik. Przed tym wojskowi zdążyli jednak rozpędzić konie i zakopać broń, aby te nie dostały się w ręce Niemców. Początkowo przetrzymywani byli w Łodzi w strasznych warunkach. Więźniowie nie byli tam jednak pilnowani, w związku z czym Stanisław pod nieobecność żony przysłał kartkę do swojego brata Hieronima, by przyjechał i pomógł mu w ucieczce. Ten wziął zatem prywatne ubranie do przebrania z munduru i pojechał na ratunek. W tym czasie Niemcy jednak zapowiedzieli, że owszem – nie będą ich pilnować, ale gdy tylko któryś z oficerów ucieknie, rozstrzelają całą resztę. Stanisław nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za śmierć współtowarzyszy, porzucił w końcu plany ucieczki. Oficerowie zostali następnie przetransportowani do Stalagu w Niemczech (niem. skrót od Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere – w czasie II wojny światowej był to niemiecki obóz jeniecki dla szeregowców i podoficerów). Tam zostali posegregowani i przewiezieni do oficerskiego obozu w Murnau koło Monachium w Bawarii. Współwięźniami Stanisława byli tam m.in. Józef Unrug (polski wiceadmirał i morski oficer pokładowy okrętów podwodnych), Witold Pilecki ps. „Witold”, „Druh” (rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej, żołnierz Armii Krajowej, więzień i organizator ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau), Henryk Sucharski (polski dowódca wojskowy, major Wojska Polskiego, komendant Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte w kampanii wrześniowej), a także generałowie dywizji, generałowie brygady i pułkownicy. W obozie Stanisław przesiedział długie sześć lat – aż do końca wojny. Dopiero 17 września 1945 r., a więc równo w sześć lat po rozpoczęciu agresji ZSRR na Polskę, wychudzony, wygłodzony i schorowany, wrócił na rodzinny Polinów.

Dalsze losy rodziny Kobylińskich na Polinowie opisujemy na stronie "Kobylińscy na Polinowie – powojnie, PRL i III Rzeczpospolita".

Bibliografia:

  1. "Łosice i ziemia łosicka". Urząd Miasta i Gminy Łosice, Łosice 2005.
  2. "500 lat łosickiego Kościoła - dzieje parafii i dekanatu". Tomasz Dobrowolski; Parafia Rzymskokatolicka Św. Zygmunta w Łosicach, Starostwo Powiatowe w Łosicach, Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Łosickiej, Łosice 2011.
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy