strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Wieści z królewskiego folwarku

Anno Domini 2013

Przymrozki
19 października 2013 r.

Jacek KobylińskiPrzymrozki są albo zapowiedzią zbliżającej się zimy, albo śladami po jej odejściu. To wielkie zagrożenie dla ogrodników i sadowników, mimo niewinnych objawów. Te kilkugodzinne, niewielkie spadki temperatury poniżej zera mogą zniweczyć całoroczne plony i przynieść nieobliczalne straty.

Dla innych niezainteresowanych przymrozki mają swój urok. Zwykle występują przy czystym, bezchmurnym niebie, z apogeum nad ranem. Gdy wschodzi słońce i rozświetla oszronione rośliny czy przedmioty, jest wprost bajkowo. Zanim ciepłe promienie rozpuszczą szron, trwa spektakl barw powodowany przez kryształki lodu, działające jak mini-pryzmaty. Listowie oraz kwiecie mieni się i skrzy w promieniach słońca krótkie chwile. Potem czar pryska i odsłania ogrom zniszczeń. Porażone mrozem liście i kwiaty tracą życie i okrywają się brzydotą, zwiastującą zgniliznę. Tak zbudowany jest niemal postrzegany zmysłowo świat. Za krótkie chwile wzniesień, które kuszą i urzekają pięknem, płaci się niepowrotną utratę życia, piękna czy spokoju.

Z przymrozkami bywa często tak, że zdarzy się jedna chłodna noc, przymrozek narobi szkody, zważy liście, kwiaty i owoce, a potem przychodzą jeszcze długie tygodnie bez mrozów.

Najwcześniejszy przymrozek pamiętam z lat 60., gdy 2 września zamarzła woda stojąca w wiadrze. Taki przymrozek niszczy większość kwiatów i warzywa miękkie, m.in. pomidory. Wiosną lat 80. pamiętam z kolei przymrozek 2 czerwca. Zniszczył wtedy wiele plantacji ziemniaków, porażając ich młode łęty. Co dziwne, jego skutki widoczne były na części plantacji, podczas gdy roślinom obok nic się nie stało.

Skutki przymrozków są tym bardziej dotkliwe, im wcześniej pojawiają się jesienią, a później wiosną. Zjawisko to paskudne w skutkach, niemniej bardzo miłe dla oka. W tym roku pierwszy znaczący przymrozek pojawił się dopiero 19 października, a po nim nastało prawdziwe lato z temperaturami sięgającymi 20°C. Cóż, taki klimat i takie jego uroki. Warto jednak czasem wstać wcześniej, by dostrzec ulotne piękno tego zjawiska.

Wspomnienie o Michelle Ballu z Claret Gospel
15 października 2013 r.

Jacek Kobyliński Ostatnimi dniami otrzymaliśmy z Wybrzeża Kości Słoniowej tragiczną wiadomość o nagłym zgonie filaru zaprzyjaźnionego zespołu ewangelizującego śpiewem - Claret Gospel. Nie dalej jak w czerwcu ściskaliśmy się z Michelle po koncercie w Mińsku Mazowieckim. Czuła się wtedy i wyglądała świetnie. Michelle miała potężny, a przy tym krystalicznie czysty głos, którym nasycała niesamowite partie wokalne. Była pełna humoru radości życia. Szefowała i chyba trochę „matkowała” młodszym koleżankom podczas wizyt w Polsce. Przegrała z cukrzycą i chorą trzustką, które to w afrykańskich realiach są chorobami śmiertelnymi.

A oto garść archiwalnych informacji o artystce pióra o. Romana Woźnicy CMF: „Michelle Ballu urodziła się w Bouake i mieszka w Abidjanie wraz ze swoją matką, młodszym rodzeństwem i kuzynami. W domu jest ok. 10 osób. Ukończyła studia prawnicze, lecz ze względu na panującą sytuację w kraju bezskutecznie poszukuje pracy. Jako gorliwa chrześcijanka zaangażowana jest w chórze parafialnym. Wygrała kilka konkursów na jeden z najlepszych głosów amatorskich. Od samego początku założenia grupy Claret-Gospel jest jego przewodniczącą. Brała udział we wszystkich siedmiu dotychczasowych ewangelizacjach w Polsce (rok 2002, 2003, 2005, 2007, 2009, 2012 i 2013). Jest osobą miłą, bezkonfliktową o bardzo dobrym sercu. Można mieć do niej pełne zaufanie i dlatego pomaga nam w koordynowaniu naszych wysiłków celem pomocy naszym przyjaciołom”.

Claret Gospel bez Michelle nie będzie już tym samym zespołem. Zapewne teraz będzie ozdobą wokalną jakiegoś znaczącego chóru anielskiego, śpiewając nadal przed tronem Najwyższego. Niech w Bogu spoczywa i wspomaga dzieło ewangelizacji, w którym tak świetnie i owocnie funkcjonowała.

Wspomnienie o Zdzisławie Czmochu
15 września 2013 r.

Jacek Kobyliński 15 września 2013 r. mija pierwsza rocznica śmierci bliskiego członka naszej rodziny – Zdzisława Czmocha. Jednak dopiero teraz, z pewnej perspektywy czasu, coraz wyraźniej czujemy jego brak i potrafimy docenić jego miejsce w naszej rodzinie.
Zdzisio był z nami prawie od zawsze. Związał się z naszą rodziną poprzez małżeństwo z moją siostrą Marią w lipcu 1959 r., gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Wiele pozytywnych wspomnień z nim związanych dotyczy zatem jeszcze naszego dzieciństwa. Ze Zdzisiem odbywaliśmy pierwsze w życiu przejażdżki motocyklowe, strzelaliśmy z KBKS-u czy jeździliśmy autem, co wówczas było wielką frajdą. Zdzisio zawsze był dla nas autorytetem, który na dodatek dał się lubić.

Definitywny koniec lata
8 września 2013 r.

Jacek KobylińskiJeden z odcinków „Kabaretu Starszych Panów” nosił tytuł „Niespodziewany koniec lata”. Od tych czasów minęło już pół wieku, a ja wciąż jeszcze pamiętam piosenki i skecze Kaliny Jędrusik, Ireny Kwiatkowskiej, Wiesława Michnikowskiego i innych. Ciekawe, czy z wydarzeń minionego lata coś zostanie w pamięci potomnych za te 50 lat...

A lato było piękne tego roku. No, może trochę za suche. Nie padało prawie półtora miesiąca. Polinówka jednak nie wyschła i dzielnie zasilała okoliczne stawy – może trochę skąpiej, ale jednak. Lato na Polinowie to czas odwiedzin wielu znajomych, czas spotkań z rodziną, ognisk, grilli i wieczornych biesiad z udziałem naszych misjonarzy – o. Andrzeja i Wojciecha, którzy na Polinowie nabierają sił do całorocznej, misyjnej harówki. To także czas wakacyjnych wojaży, podczas których jednak już po kilku dniach chce się wracać na Polinów.

Pierwsze swoje lato na „wolnym wybiegu” przeżywała też nasz nowa kotka Tośka. Miała już kilka przygód, a to głównie za sprawą kociej naiwności i braku doświadczenia. Teraz musiała wrócić z nami do Siedlec i mocno tęskni za polinowskim latem. Muszą jej teraz wystarczyć weekendowe wyjazdy.

Końcówka lata to pora porannych mgieł. Gdy wschodzi słońce, zaledwie na kilka minut okolica nabiera magicznego wyglądu. Dla tych kilku chwil warto wstać o wschodzie i cieszyć oczy tym pięknym, lecz ulotnym spektaklem. W porannej rosie dobrze widać też pajęczyny, których o tej porze roku wszędzie pełno, a nasiąknięte rosą wyglądają doprawdy zjawiskowo.

W sobotę 7 września mieliśmy pierwszy w tym roku przymrozek przygruntowy. Szron pojawił się co prawda tylko w zagłębieniu doliny Polinówki, ale tam o wschodzie słońca było dosłownie biało. Zupełnie inaczej niż wczesną wiosną odzywają się szpaki. Wiosną ich trele są bardzo melodyjne, słychać ich głośne gwizdy, a czasem nawet naśladowanie głosów innych ptaków. Teraz wydają już tylko jednostajny świergot, i to tylko wtedy, gdy zbierają się w ogromne stada. Tylko patrzeć, jak i one nas opuszczą. Spieszmy się korzystać z tych ostatnich konwulsji lata, bo następne... aż za rok!

Ostatnie msze św. przed wylotem do Afryki
28 lipca 2013 r.

Bartosz KobylińskiNasz brat o. Wojciech CMF 28 lipca br. odprawi ostatnie w tym roku msze św., tym razem aż w Garwolinie. Po mszach tradycyjnie już wesprzeć będzie można budowę kościoła w Soubré na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Serdecznie zapraszamy!

Afrykańskie msze św. w Siedlcach i Domanicach
22 lipca 2013 r.

Bartosz KobylińskiPo "afrykańskich mszach" 14 lipca br. - o. Andrzeja CMF w kościele Św. Trójcy w Łosicach i o. Wojciecha CMF w Międzyrzecu Podlaskim, w niedzielę przyjdzie pora na kolejne parafie. O. Andrzeja zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć można będzie 22 lipca w siedleckiej parafii błogosławionych Męczenników Podlaskich, zaś o. Wojciecha w kościele pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Domanicach. Po mszach tradycyjnie już wesprzeć będzie można prowadzone przez naszych misjonarzy budowy kościołów w Bouaflé i Soubré na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jako że urlop w tym roku jest krótszy niż zazwyczaj, będą to już ostatnie msze z ich udziałem w tym roku w Polsce - tym bardziej gorąco zapraszamy!

Ślubna sesja zdjęciowa, tym razem naszych nowożeńców!
9 lipca 2013 r.

Bartosz Kobyliński Po dłuższym okresie ogórkowym, wracamy z nowymi (a w zasadzie nadwątlonymi) siłami, z biegu nadrabiając zaległości. I tak oto 9 lipca odbyła się poślubna sesja zdjęciowa Maćka i Kamili. Przygotowania trwały nieprzerwanie aż do samego jej rozpoczęcia, a w zasadzie i jej trakcie, a to za sprawą małej "awaryjki". Krypciane duszki widząc bowiem, co się święci, postanowiły spłatać nam małego figla, efektownym błyskiem dezintegrując całe oświetlenie w swym przytulnym przybytku... Oczywiście "elektryka" musiała odejść w niebyt akurat w dniu sesji, wskutek czego zaplanowane koszenie trawników byłem zmuszony zamienić na "doraźne prace naprawcze". W ich trakcie niestety padały kolejne punkty świetlne, co już ewidentnie było złośliwością sił nadprzyrodzonych. Dodatkowo w pośpiechu kilkakrotnie zapominałem odciąć napięcia przed łączeniem kabli, co kilka razy poskutkowało krótkimi elektrowstrząsami, jednak jakimś cudem cała operacja w końcu się udała, a ja wyszedłem z tego cało.

Po wypełznięciu na światło dzienne z uporem maniaka począłem kosić szaloną trawę, przynajmniej w newralgicznych miejscach, choć fotograf rozkładał już swój sprzęt. Zmuszony zatem do porzucenia swej diabelnej machiny na rzecz bardziej twórczych prac, wziąłem się ochoczo za szeroko rozumianą asystenturę: a to przywiezienie ciekawego kamienia, a to uruchomienie żurawia czy sypnięcie płatków róż. Na początku został uwieczniony m.in. nasz staw i ogród, później konie z wybiegiem, żuraw i podwórzec.

Nie był to jednak koniec moich zadań, gdyż prawdziwe wyzwanie czekało dopiero w Krypcie. Tu bowiem musiałem mocno wytężyć płuca, a to z racji całkiem przypadkowego pomysłu produkcji dymu swoją e-fajeczką, czego efekt będzie widać na plenerowych, "słitaśnych fociach". Oczywiście trwały uszczerbek na zdrowiu został doliczony Młodym do rachunku:) Nawet sam fotograf nie omieszkał cyknąć sobie fotki na „fejsa” w otoczeniu zmurszałych murów, co tylko świadczy o uroku tego niepowtarzalnego miejsca. Jak przystało na niezłomnego asystenta, czekało mnie jeszcze wiele robótek, których efekt będziecie mogli niebawem obejrzeć na stronie traktującej o ślubie i weselu Maćka i Kamili. Na deser pozostała wizyta przy stawach i wiekowym dębie, zaś już na sam koniec krótki wypad w zbożowe łany. W planach była także podróż nad Bug o zachodzie słońca, jednak trzy godziny uśmiechania się i całowania w zupełności Młodym wystarczyło do rychłego porzucenia tego pomysłu:)

Pogoda na szczęście dopisała, a bez niej mogłyby udać się jedynie zdjęcia z Krypty:) W imieniu Młodych dziękujemy naszemu fotografowi - Panu Piotrowi Witczukowi, dzięki któremu z Polinowa (oraz nade wszystko z Młodej Pary) udało się wycisnąć siódme poty, a cała sesja okazała się nader udana i z pewnością niepowtarzalna. Co ciekawe, dalsza jej część będzie miała miejsce w Hiszpanii podczas podróży poślubnej, gdzie na szczęście nie będę musiał już pełnić zaszczytnej funkcji asystenta:)

No dobra, na tym na razie koniec. Póki co idę przebierać setki zdjęć, bo czas powoli czynić retrospekcję wesela. Tylko gdzie się podziały te szare komórki, które wszystko zarejestrowały? Hmmm, niech pomyślę...

Ślub i wesele pierworodnego
4 lipca 2013 r.

Jacek KobylińskiMiło nam zakomunikować, że 7 lipca o godz. 13:30 Maciej wstąpi w związek małżeński ze swoją wybranką Kamilą, kończąc w ten sposób dość długi żywot kawalera, a rozpoczynając rolę, miejmy nadzieję, wzorowego małżonka.
Państwo Młodzi zawrą Święty Sakrament w kościele pw. Błogosławionych Męczenników Podlaskich w Siedlcach, zaś uczta weselna odbędzie się w dworku Reymontówka. Kiedy tylko dojdziemy do siebie po weselnych pląsach, nie omieszkamy zamieścić obszernej relacji z przebiegu niedzielnego popołudnia.
Młodej Parze życzymy pięknego, długiego życia oraz zgodnego pożycia wśród życzliwych im ludzi. Mamy także nadzieję, że razem przyczynią się do umocnienia nadwątlonej gałęzi rodu Kobylińskich. Niech żyje zatem Młoda Para, niech zawsze będą szczęśliwi i zadowoleni z tego, że się odnaleźli.

Msza św. w Jeziorach
30 czerwca 2013 r.

Bartosz Kobyliński Miło nam poinformować, że podczas podczas uroczystej, polowej mszy św. za Ojczyznę o godz. 11:00 w Jeziorach k. Łosic, rozpoczynającej uroczystości 69 rocznicy Bitwy 34 OOP „Zenona” pod Jeziorami, kazanie wygłosi nasz brat - o. Wojciech Kobyliński CMF. Tradycyjnie będzie można także wspomóc budowę kościoła w Bouaflé na Wybrzeżu Kości Słoniowej w Afryce. Na uroczystościach będzie można zobaczyć także naszego niezłomnego wuja Jana Kobylińskiego na swym wiernym wierzchowcu. Serdecznie zapraszamy do Jezior!

Maciej KobylińskiJa dołączam tylko zdjęcia z imprezy. Widać na pierwszy rzut oka, że impreza z roku na rok się rozrasta - ludzi było naprawdę sporo. Konie i jeźdźcy jak zwykle robili wrażenie, szczególnie w czasie dwukrotnego galopu przez wioskę. Było uroczyście i jednocześnie bez nadmiernego patosu, którego osobiście nie lubię. Jak na mój gust trochę za dużo przemów, ale to raczej norma na tego typu uroczystościach. Wojtek po kazaniu, które się podobało, poświęcił odnowiony pomnik ku czci powstańców.


Afrykańskie kazania w Łosicach
17 czerwca 2013 r.

Bartosz KobylińskiW niedzielę 23 czerwca serdecznie zapraszamy na msze św. do parafii św. Zygmunta w Łosicach, podczas których wszystkie kazania wygłosi o. Andrzej Kobyliński CMF, dzieląc się z nami najświeższymi wieściami z Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie przebywa już 23 lata. Po mszach św. zachęcamy także do wsparcia budowy kościoła w Bouaflé - czy to składając ofiarę do puszki, czy to zakupując oryginalne pamiątki prosto z Afryki.

Spotkanie z Claret Gospel
7 czerwca 2013 r.

Maciej KobylińskiW tym roku Claret Gospel również koncertował w naszej okolicy (dokładniej w Mińsku Mazowieckim). Nie jest to daleko od Siedlec, więc wybraliśmy się zobaczyć ich po raz kolejny i sprawdzić w jakiej są kondycji (to już 10 lat od kiedy po raz pierwszy zawitali do Polski i na Polinów oczywiście). Na miejscu przekonaliśmy się naocznie, że nie stracili nic ze swej energii i żywiołowości. Najbardziej zdziwił nas fakt, że trzech członków zespołu ze starej ekipy z miejsca nas rozpoznało (m.in. urocza Florka i Michelle), mimo że minęło już siedem lat od ostatniego spotkania! Życzymy zespołowi oraz ich opiekunowi - o. Romanowi Woźnicy dużo sił i zapału, bo program w tym roku jest bardzo napięty i wyczerpujący.

Claret Gospel w ogólnopolskich mediach
6 czerwca 2013 r.

Bartosz KobylińskiZa naczelnym organizatorem całego tournée afrykańskiego chóru - o. Romanem Woźnicą CMF, z radością podaję godziny kolejnych medialnych spotkań z grupą:
- 9 czerwca (niedziela), godz. 11:55, TVP1: "Między ziemią a niebem",
- 10 czerwca (poniedziałek), godz. 5:55, TVP1: "Kawa czy herbata?",
- 12 czerwca (środa), godz. 8:00, TVP2: "Pytanie na śniadanie".
Ww. materiały powinny być dostępne także na stronie TVP w niedługim czasie po ich emisji. Życzymy dobrego odbioru!

Koncert chóru Claret Gospel w Mińsku Mazowieckim już 7 czerwca!
3 czerwca 2013 r.

Bartosz Kobyliński7 czerwca, w piątek, wszyscy chętni do spotkania z naszymi czarnoskórymi chórzystami będą mieli jedyną i niepowtarzalną okazję - w Parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Mińsku Mazowieckim o godz. 18:00 odprawiona zostanie msza św. z udziałem grupy z Wybrzeża Kości Słoniowej, zaś bezpośrednio po niej odbędzie się koncert. Oczywiście wszystkich serdecznie zapraszamy, tym bardziej że w tym roku taka okazja już się nie powtórzy, no chyba że ktoś wybiera się na Śląsk czy Pomorze, gdzie prowadzi dalsza trasa chóru.

Claret Gospel odwiedza Polskę po raz siódmy!
27 maja 2013 r.

Bartosz KobylińskiChociaż grupa Claret Gospel z ogromnymi sukcesami gościła już w Polsce sześć razy, wydaje się że ten siódmy musi być jeszcze szczęśliwszy, chociażby ze względu na liczbę! Tym bardziej, że ubiegłoroczny przylot o mały włos nie spełzł na niczym - miał bowiem wielkie szanse zakończyć się jedynie płaczem i wielkim żalem, ale o tym szerzej pisałem w ubiegłym roku. W tym miejscu zamiast po raz siódmy strzępić sobie język, a raczej zdzierać klawiaturę, przytoczę artykuł z 13 maja br. ze strony TVP1, która jest oficjalnym sponsorem naszej grupy (co już samo w sobie świadczy o sukcesie całego przedsięwzięcia):

"Od 31 maja do 11 września br. będziemy gościć w Polsce 10 osobową grupę ewangelizacyjną „Claret Gospel" z Wybrzeża Kości Słoniowej. Jest to grupa wokalna utworzona z inicjatywy polskich Misjonarzy Klaretynów na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Ojcowie Klaretyni z Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie pracują od ponad 23 lat, przyjeżdżają do Polski z grupą swoich wiernych i zapraszają na niecodzienne spotkanie. Opiekunem duchowym zespołu jest Ojciec Roman Woźnica, który wraz z Ojcem Andrzejem Kobylińskim pracował w Afryce przez ponad 20 lat. To oni postanowili pokazać Polsce Afrykę.

Grupa Claret Gospel ewangelizowała już w Polsce w roku 2002, 2003, 2005, 2007, 2009 i 2012. Dziesiątki parafii i tysiące wiernych w calej Polsce modliło się o Pokój w kraju szarpanym wojną. Miasta: Warszawa, Wrocław, Katowice, Bytom, Chorzów, Gliwice, Rzeszów, Lublin, Rybnik, Wadowice, Białystok, Kraków Częstochowa... były świadkami entuzjazmu, radości, wiary i wszystkiego tego, co daje nasz Pan Jezus Chrystus i to co płynie z serc afrykańskich chrześcijan. Autentyczne stroje afrykańskie, makijaże, fryzury, tańce i sceny z życia, były niepowtarzalnym przeżyciem...

Zapraszamy wszystkich na tegoroczne (czerwiec, lipiec i sierpień) EWANGELIZACYJNE SPOTKANIA MODLITEWNE, które wierzymy dadzą nie tylko zdjęcia, artykuły i reportaże, a jeszcze bardziej przekonają Was, jak bardzo jesteście potrzebni Kościołowi Misyjnemu – Chrystusowi.

Grupa ewangelizacyjna Claret Gospel z misji Ojców Klaretynów w Abidżanie i Bouaflé na Wybrzeżu Kości Słoniowej przedstawia jak śpiewem i tańcem modli się Afryka. To nie jest jedynie koncert, ale przede wszystkim świadectwo wiary i uwielbienia Boga. To ewangelizacja. Chrześcijanie z kraju, gdzie Ewangelizację rozpoczęto zaledwie przed 100 laty, przybywają do Polski do kraju o tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej, aby dać świadectwo wiary w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego".

Na koniec przytoczę jeszcze kilka słów od Didiera, dyrygenta grupy Claret Gospel (tłumaczenie własne - uwaga, z francuskiego!):

"Witajcie drodzy Przyjaciele, Claret Gospel to grupa chrystianizacyjna z Wybrzeża Kości Słoniowej założona przez Ojców Klaretynów: Ojca Andrzeja Kobylińskiego i Romana Woźnicę. Polska to piękny kraj, który kochamy z całego serca i odwiedzamy z ogromną przyjemnością kiedy tylko nadarza się ku temu okazja. Dziękujemy Panu, że postawił na naszej drodze polskich księży Klaretynów, którzy dzięki Bożej łasce pozwolili nam poznać ich kraj, a zwłaszcza płynącą z głębi serca gościnność jego mieszkańców. Niech Bóg stukrotnie im wynagrodzi. Pragnąc wypełniać Boską wolę, śpiewamy dla niego i składamy dzięki za opiekę nad tak wieloma duszami naszych bliźnich. Wiemy już także, jak chwalić naszego Boga w Afryce, a zwłaszcza w naszym kraju".

No i zapomniałbym o najważniejszym, a mianowicie o tegorocznym "rozkładzie jazdy", z którym możecie się zapoznać na stronie Misjonarzy Klaretynów. Jak widać, grafik napięty od pierwszego do ostatniego dnia pobytu! Oczywiście plan może ulec drobnym zmianom, gdyż nadal jest w opracowaniu - wszak zapanowanie nad dziesięcioosobową grupą o wybitnie południowym temperamencie wcale nie jest takie łatwe, a znając po części tę materię powiedziałbym nawet, że należy do niemałych wyczynów logistyczno-organizacyjno-wytrzymałościowych... Licząc zatem na wsparcie zapraszamy na msze oraz koncerty z udziałem naszej afrykańskiej grupy, organizatorom życzymy sił, wytrwałości i cierpliwości, zaś wszystkim uczestnikom udanych międzykontynentalnych spotkań! A gwarantowaną dawkę pozytywnej energii dołączamy gratis. Ci, którym nie będzie dane spotkać się z chórzystami na żywo, proponujemy liczne programy telewizyjne i audycje radiowe. Na dzień dzisiejszy wiadomo, że zespół można będzie zobaczyć i usłyszeć już od 1 czerwca m.in. w programach TVP: "Kawa czy herbata", "Między niebem a ziemią" i "Pytanie na śniadanie", a także w na antenie wielu stacji radiowych, m.in.: Radio Józef, Radio Warszawa i zapewne wielu innych, których nie sposób tutaj wymienić.

Z kolei na stronie Claret Gospel - 10 lat ewangelizacji możecie sami się przekonać, jak wiele mogą zaszczepić w nas czarni bracia - zwłaszcza tego, czego nam, Polakom, na co dzień tak bardzo brakuje - pozytywnej energii!

Roztopy
13 kwietnia 2013 r.

Jacek KobylińskiOj działo się, działo – i na Polinowie, i wokół. Wreszcie po marcowych i kwietniowych śnieżycach ociepliło się na tyle, że śnieg zaczął topnieć. Najpierw nieśmiało, w miejscach nasłonecznionych lub tam, gdzie śnieg był zabrudzony i absorbował ciepło słońca. Później ruszyło na dobre! Najpierw spłynął Polinów. Ostały się tylko pryzmy po odśnieżaniu. Potem ruszyło na polach i łąkach.

W tym roku roztopy miały przebieg klasyczny. Najpierw śnieg zamienił się w śnieżną breję nasiąkniętą wodą. Potem woda zaczęła sączyć się małymi strumykami, które nabierały siły, łączyły się i wpadały z szumem do Polinówki. Ta rzeczka nabrała tyle wody, że rozlała się szeroko na okoliczne łąki. Polinów drążyły rozlewiska szerokie na setki metrów. Woda wypełniała wszelkie starorzecza, ożywiając także okresowy ciek wodny, zbierający wody od strony północnej. Nasiąknięty grunt spowodował podtopienie piwnic. Trzeba było uruchomić pompy i przez dwa dni osuszać całe podziemia. Woda przelewała się z hukiem na jazie przed stawami, a jej nadmiar spływał poza stawy w stronę Tocznej.

Intensywne roztopy trwają dwa, czasem trzy dni. Tak też było i w tym roku. Powoli wody ubywało, aż w końcu jej nadmiar spłynął z łąk, pozostawiając niewielkie jeziorka. Tam też z miejsca pojawiły się czajki, dzikie kaczki czy... czarne bociany. Niestety ich umaszczenie było spowodowane panującą aurą, a nie przynależnością gatunkową... Na pierwsze ciepło najszybciej zareagowały ptaki. Od czwartej rano trudno było spać, podczas gdy szpaki, kwiczoły i czajki darły się ile tylko miały sił w dziobach. Za to w ciągu dnia ruszyły wreszcie spóźnione migracje ptaków przelotnych. Najpierw żurawie witały wiosnę radosnym klangorem. Potem przyszła kolej na dzikie gęsi. Takiego tłoku na niebie jeszcze nie widziałem, a przeżyłem już ponad 60 wiosen. Potężne ptasie formacje liczyły po ponad setkę osobników, drących się radośnie i prących na północny wschód. Niektóre klucze łączyły się, przeformowywały i zmieniały kształty. Jakże inny jest ten radosny przelot od migracji jesiennych, tchnących smutkiem i już nie tak dynamicznych.

Po kilku dniach tej wiosennej rewolucji wszystko wraca do normy. Błoto obsycha, kiełkuje trawa i nieśmiało pojawiają się pierwsze kwiatki. Wszelkie mokradła opanowały żaby, przeżywające gwałtowny okres godowy. Ptaki gniazdujące zabrały się za budowę gniazd, a liczne dziuplaki zaczęły gwałtowne bójki o każdą dziuplę czy zdatne do jej wykucia drzewo. Jedynie kilka par synogarlic zaczęło budować swoje gniazda z godnością i spokojem, napełniając Polinów swoim gołębim gruchaniem.

Jednym słowem mamy wreszcie wiosnę, którą widać, słychać a także czuć, bo rozgrzana, mokra ziemia wydziela niepowtarzalną w innych porach roku woń, zapowiedź dobrych plonów. Będzie coraz piękniej, wszystko budzi się do życia po długiej i ponurej zimie. W tym roku wiosna z racji spóźnienia będzie bardzo dynamiczna i zapewne nie nadążymy w pełni kontemplować jej uroków. Spieszmy się zatem ją podziwiać, bo szybko przeminie.

Marcowe igraszki
9 marca 2013 r.

Jacek KobylińskiPrzedwiośnie to pora roku nieco dwuznaczna: nadal jest paskudnie, zimno, mokro i przeważnie ponuro („w marcu jak w garncu”), a jednocześnie w powietrzu czuje się „to coś”, co napawa nadzieją, powoduje ożywienie wśród ptaków i... szaleństwo u naszych kotów.

Gdy trafią się przebłyski słońca, robi się prawie sympatycznie. Najprzyjemniej jest wtedy w namiocie foliowym, gdzie trwają przygotowania do wiosny. W tym roku zima była w miarę sympatyczna, choć jej końca póki co nie widać. Nie było ekstremalnych mrozów ani śnieżyc. Było za to dość ponuro i dni słonecznych jak na lekarstwo. Wiosnę jako pierwszy poczuł nasz kot Gucio. Co prawda nie wie jeszcze za bardzo o co tym wszystkim chodzi, ale zaczyna zaczepiać Maję, która okazując swoje zdziwienie reaguje dosyć nerwowo. Ale znając naturę, mimo tych skromnych problemów „technicznych” w zalotach, jeszcze przed wakacjami będziemy mieli kocie przedszkole.

Polinów powoli pozbywa się śniegu i lodu - trzeba jednak czasu, by wody spłynęły, błoto zgęstniało i zazieleniła się trawa. Lada chwila pojawią się skowronki, potem czajki i klucze przelatujących gęsi oraz żurawi. Zawsze dziwi mnie pośpiech z jakim ptaki odlatują, mimo że jest jeszcze ciepło, a przylatują gdy lody dobrze jeszcze nie puściły.

Przedwiośnie to trudny okres dla naszych stawów i grobli. Woda w Polinówce wzbiera i wylewa na okoliczne łąki. Huk wodospadu na tamie przed stawami słychać aż w domu. Rozmiękłe groble muszą wytrzymać napór wód roztopowych, których nadmiar spływa poza stawami. Są dni, że Polinów z trzech stron otaczają rozlewiska, a woda zalewa sąsiednie posesje. Pompy czekają już w pogotowiu, na wypadek gdyby ta wdarła się do piwnicy, a tak już ostatnimi laty bywało.

Mimo że pewnie jeszcze się zabieli, wszyscy są już tak zmęczeni zimą, że wolą przedwiosenne błoto od czarujących zimowych krajobrazów. Więc aby do wiosny!

Nowa koleżanka Gustawa
8 marca 2013 r.

Bartosz KobylińskiOd sierpnia ubiegłego roku nasz kot Gustaw ma nową koleżankę. Latem w drewutni przebywała bowiem kocica, która w nagrodę za wikt zostawiła nam prezent: małą, szaro-burą tygrysicę. Mimo że ta początkowo była bardzo nieufna, z czasem zaczęła jeść z ręki, choć proces resocjalizacji jeszcze nie dobiegł końca. Zimą lubi wygrzewać się na podłodze przy grzejniku, jednak najlepszym miejscem okazał ciepły komin.

Od pierwszego spotkania z Gustawem kociaki są nierozłączne, podążają za sobą krok w krok, choć Maja jako kobieta przejawia więcej czułości niż nasz czarny egoista. Ten został przywieziony w czerwcu aż z Otwocka, choć jego "chłodne" maniery wskazują na pochodzenie co najmniej skandynawskie. Podczas pory karmienia wypełnia swoją wielką głową całą michę, a wtedy koleżankę, by nie padła z głodu, trzeba już karmić oddzielnie. Nie przeszkadza to jednak w żadnym calu wspólnemu spędzaniu czasu, chociażby zapasom na podłodze czy zabaw cudzym ogonem. Na dodatek (niejako w podzięce) nasz futrzak przed snem zostaje dokładnie wylizany, może też liczyć na ciepły kompres oraz pręgowaną, grzaną, mruczącą do ucha poduszkę. A o tym jak sobie radzą możecie przekonać się ze zdjęć zamieszczonych poniżej. Patrząc na tę parę człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to właśnie nie tak powinny wyglądać ludzkie relacje, jednocześnie zadając pytanie, czy to całe równouprawnienie to aby nie bzdura wyssana z damskiego palca? W każdym razie nam podoba się taki podział obowiązków i jak widać, nie dość że sprawdza się w praktyce to stanowi klucz do idealnego związku! W każdym razie radzimy spróbować, choć oczywiście odpowiedzialności ani reklamacji nie przyjmujemy!

W ostatnich dniach odwiedzać zaczęła nas kolejna kocica - ta dla odmiany jest całkowicie biała... Nie niepokojąco wygląda mi to na realizację kolejnej wizji Gustawa, tym razem pod nazwą "Mój koci harem"... W każdym razie wiosna zapowiada się ciekawie, a polinowska kocia banda zaczyna się wreszcie odradzać i rosnąć w siłę. Jako że z trudem nastaje marzec, powoli można zaczynać podziwiać kocie zaloty, niestety wraz z poszerzaniem wpływów Gustawowi zaczyna rosnąć także liczna konkurencja. Pozostaje życzyć mu sił w walce o swą wybrankę, tym bardziej że ma wobec niej spory dług wdzięczności:)

Renowacja stawu
12 kwietnia 2012 r. - 2013 r.

Bartosz KobylińskiPo „wielkiej demolce” związanej z przebudową domu, wreszcie przyszła kolej na ogród, a w zasadzie to, co z niego zostało:) Jednak jako że cała okolica i tak wyglądała jak po katastrofie nuklearnej, grzechem byłoby za jednym zamachem nie dokonać także renowacji stawu. Nasz zbiornik wodny bowiem przez ostatnie 14 lat dosyć mocno się zamulił, do czego mocno przyczyniły się spadające zewsząd liście oraz „zjeżdżające” co wiosnę skarpy. A więc nie pozostało nic innego jak zakasać rękawy i znów wziąć się do roboty...

Zaczęliśmy od wykonania tamy na przepływie i spuszczenia wody. Po dwóch tygodniach wstępnego osuszania oraz wybraniu wszelkiego wodnego inwentarza, wezwać można było wreszcie ciężki sprzęt – na początek w postaci pogłębiarki. Już w 2005 r., przy okazji poszerzania stawu, podjęliśmy próbę odmulania, jednak bez spuszczania wody. Niestety całe przedsięwzięcie okazało się kompletną klapą – pogłębiarki ślizgała się po dnie, a zagarniane błoto wypłukiwała woda... Dopiero tegoroczne pogłębianie na sucho dało spodziewane efekty, choć w porównaniu z resztą prac okazało się pestką i trwało zaledwie dwa dni... Co ciekawe, na głębokości jakiś 2 metrów siwa glina na dnie okazała się... całkiem sucha! Dosłownie rozpadała się jak piasek, mimo że jeszcze niedawno zalewały ją setki metrów sześciennych wody – ot, ciekawostka przyrodnicza. Mimo to, w celu rozpoczęcia dalszych prac, konieczne okazało się ponowne osuszanie dna. Niestety obfite opady deszczu oraz podsiąki z brzegów na powrót napełniały staw w dość szybkim tempie, przez co znów niezbędne okazywało się wypompowywanie wody. W przerwach między „przypływami” zabrałem się za ręczne profilowanie brzegów, choć muszę przyznać że brodzenie po kolana w mule i ręczne wybieranie gliny to jedna z bardziej niewdzięcznych robót, z jaką dane mi było obcować.

W międzyczasie trzeba było wziąć się za zdemolowany wywózką ziemi oraz osadzaniem szamb ogród, przykryty na dodatek zwałami błota i siwej gliny z dna stawu. Niestety znów konieczna okazała się kilkutygodniowa przerwa na przeschnięcie, która z powodu częstych opadów zdawała się przeciągać w nieskończoność. Przed kolejnym wejściem, a w zasadzie wjazdem cięższego sprzętu, niezbędne było kilkukrotne wzruszanie błotnej skorupy ciągnikiem, a mimo tego i tak potężny „DT-75” rył się jak w bagnie. Równanie trzeba było zatem podzielić na kilka etapów, by dać świeżo odkrytym warstwom dostatecznie przeschnąć. W końcu po kilku podejściach teren udało się wstępnie wyrównać i pozostawić do ostatecznego przeschnięcia. Spychacz zabawił u nas kilka ładnych tygodni.

Ze stawem poszło szybciej, bo już po niespełna miesiącu od pogłębienia można było wyłożyć brzegi geowłókniną oraz betonowymi płytami, chroniącymi skarpy przed wymywaniem, a następnie całość spoziomować i „zapalować” dębowymi kołkami. Zajęło to kilka kolejnych dni i wymagało sporo wysiłku. Budowa zejścia do wody była już tylko kropką nad „i”. Na deser pozostało już tylko powoli napełnić wodą zbiornik, delikatnie rozszczelniając tamę i patrząc jak hektolitry wody na powrót zalewają nasz mały krater. Całości dopełniło obsianie skarp specjalną mieszanką głęboko korzeniącej się trawy i cierpliwe podlewanie, bowiem latem na nasłonecznionych skarpach młode roślinki miały niewielkie szanse na przetrwanie.

Po uporaniu się ze stawem, kilka następnych tygodni z życiorysu wyrwało mi ręczne równanie ogrodu w ponad 30 stopniowym upale, choć bardziej polegało to na rozłupywaniu twardej jak kamień, gliniastej skorupy, załadunku łopatą i przewożeniu taczką w powstałe zagłębienia. Przy okazji pozytywnie zweryfikowałem hasło plakatu z okresu PRL: „Po pracy najlepiej orzeźwia i wzmacnia PIWO – pijcie odżywcze piwo państwowych browarów. Litr piwa zawiera 250 kalorii, człowiek pracy potrzebuje 3000 kalorii dziennie”. I choć starałem się wyrabiać normę już od rana, do pokrycia pełnego zapotrzebowania dziennego na kalorie zawsze trochę mi brakowało (z prostego rachunku wynika, że do tej sztuki potrzeba 24 butelek, tj. współczesnej „kratki”, co przekraczało jednak moje skromne możliwości...).

Jedno co muszę wspomnieć to fakt, że z każdym takim remontem człowiek się uczy. A czegóż to takiego? Ano przede wszystkim pokory... Każdą decyzję i ingerencję w otoczenie należy bowiem dokładne przemyśleć i zweryfikować, czy nie jest na kursie kolizyjnym z prawami natury, bo ich złamanie mści się później okrutnie. Te zawsze będą bowiem silniejsze od nas, bez względu na rodzaj inwestycji. I tak na przykład na wiosnę, gdy słoneczko stopi śnieg i podgrzeje wierzchnią warstwę ziemi, na głębokości kilku centymetrów panują jeszcze zimowe warunki. I co wtedy? Cała darń z wierzchnią warstwą gleby zjeżdża wprost do wody. I to w najlepszym wypadku, bowiem ostatnio jechało nam dużo więcej, niźli tylko trawka z korzeniami - czasem było to i pół grobli... W tym roku zatem, aby nieco zneutralizować to zjawisko, zdecydowaliśmy się obniżyć (moimi dwoma rękami i jedną łopatą:) wszystkie brzegi. W połowie prac natura sama jednak ogłosiła fajrant do wiosny, bowiem z łopatą w ręku zastał mnie mróz i śnieg:)

Pora jednak wreszcie wspomnieć o czymś przyjemniejszym, a więc o spotkaniach z naszymi milusińskimi. Po odłowie kilkudziesięciu sztuk różnych gatunków ryb, ku mojej radości pod powierzchnią dostrzegłem... moje kochane raczki błotne, przywiezione aż spod Grójca! Jak widać spodobało im się tutaj i zadomowiły u nas na dobre, a co ciekawe, dochowałem się potomstwa! Ku mojemu zdziwieniu, oprócz kilku starych osobników, wyłowiłem także kilka młodzików, długości dosłownie 3-4 cm. Kolejnym błotnym znaleziskiem był jakiś niezidentyfikowany kształt na środku stawu. Pamiętając opowieści o wielkich małżach, które pod wpływem braku wody otwierają się i zdychają, wytypowałem bezbłędnie: była to szczeżuja wielka – gatunek małża z rodziny skójkowatych. Jest to największy małż występujący w Polsce, osiągający długość do 20 cm. W Polsce była dawniej pospolita, obecnie jest gatunkiem rzadkim, objętym ścisłą ochroną gatunkową. W Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt została zaliczona do kategorii EN (gatunki bardzo wysokiego ryzyka, silnie zagrożone). Prawdopodobnie przedostał się tu z dawnych dworskich stawów, których całe dno było onegdaj nimi usłane. Biedaczek z braku wody począł się właśnie otwierać, ale w porę przeniosłem go do strumyka, gdzie mógł wreszcie odetchnąć i oddalić groźbę śmierci z... odwodnienia:) Kolejnym miłym zaskoczeniem były dawno niewidziane kiełbie, a także masę wodnych bezkręgowców i innych drobniejszych stworzeń. O innych gatunkach fauny i flory wodnej szerzej możecie poczytać na stronie o polinowskich stawach.

Tu wspomnę tylko jeszcze jednego niecodziennego przybysza - nie wiedzieć skąd, na dobrych kilka dni zagościł u nas przesympatyczny okaz ptaka z rodziny bekasowatych – łęczak, zwany również brodźcem leśnym lub po prostu trawnikiem. Nasz rzadki przybysz towarzyszył mi ochoczo przy nocnych robótkach, kiedy to przy świetle reflektora kończyłem kształtować groble. Latał nisko nad błotnistym dnem, wydając przy tym niespotykane dźwięki. W dzień pokazał się z kolei w pełnej okazałości, odsłaniając m.in. swoje prześmieszne, patykowate nogi, świadczące o przynależności do ptaków brodzących, żyjących na bagnach. Niestety te urocze człapaki należąc do ptaków wędrownych goszczą u nas tylko przelotem, ale mimo to warto było przyjrzeć się z bliska temu cudaczkowi. Warto dodać, że w Polsce gatunek ten objęty jest on ścisłą ochroną gatunkową, a zagrożeniami dla niego jest osuszanie obszarów, na których się gnieździ oraz zmiany klimatyczne.

Przy okazji pozbyliśmy się także karpi – ten gatunek czyni bowiem istne spustoszenie w każdym zbiorniku wodnym. Poszukując pożywienia ryją dno niczym małe, przedsiębierne koparki, przenosząc swoim wysuwanym ryjkowato pyszczkiem kilogramy mułu. Często także, poszukując np. dżdżownic, przenoszą się ze swoją destrukcyjną robotą na brzeg, czyniąc spustoszenie w groblach. Poza tym staw ma zmienić nieco funkcję na bardziej rekreacyjną, już zimy służąc morsom za kąpielisko kilka razy w tygodniu. Przy okazji odłowu karpi naszą uwagę przykuły pręgi na boku jednego nich (widoczne na zdjęciu). Prawdopodobnie jest to ślad po pazurach polującej wydry, pragnącej zapewnić sobie sowity obiad. Jednak jako że okaz był sporych rozmiarów, nie dał się tak łatwo podejść i wsunąć do uzębionego pyska drapieżnika.

Od spuszczenia wody do ponownego otwarcie śluzy minęło prawie dwa miesiące a do zasiania trawy w ogrodzie kolejne dwa, na szczęście rzutem na taśmę udało się jednak prace zakończyć przed nastaniem zimowej aury. Powyższy opis z pewnością nie oddaje wszystkich trudów „walki z żywiołem”, dając jedynie ich przedsmak. Po miesiącach zmagań na szczęście znów wszystko wróciło do normy – trawa rośnie jak na drożdżach, w stawie pluskają się rybki, żabki, i żółtobrzeżki, a po dnie ścigają się szczeżuje wielkie i raki błotne. Z pozoru tak prozaiczna rzecz jak wybranie z niewielkiej kałuży kilku łyżek błota okazała się nie lada przedsięwzięciem, przy okazji jednak ciekawym i pouczającym. Nawet przy tak niewdzięcznych pracach można cieszyć się bowiem z obcowania z przyrodą i poznawania zaskakujących na każdym kroku praw natury.

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy