strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Święta, święta i po świętach... młocka

Jacek KobylińskiŚwięta Narodzenia Pańskiego od zawsze były świętami rodzinnymi, bogatymi w tradycję i nadzwyczaj miłymi, szczególnie dla dziatwy. Dodatkowym atutem były dni wolne od nauki i atrakcje w postaci prezentów, kolędników czy podziwiania kościelnych szopek. Kolędnicy chodzili nie tylko w dni świąteczne, ale przez cały okres Bożego Narodzenia, tj. do święta Trzech Króli. Wspominałem już o niektórych odwiedzających Polinów, zwłaszcza w dni świąteczne. Później nawiedzali nas jeszcze kolędnicy z kozą (turoniem) i Trzej Królowie. Koza kłapiąca paszczą i mówiąca ludzkim głosem tak nam się spodobała, że na naszą prośbę ojciec zamówił nam podobną u stolarza. Miała brodę z końskiego ogona i kłapała pyskiem na zawiasach (nadal zresztą posiadamy tę pamiątkę w rodzinnym muzeum). Występy Trzech Króli w formule były podobne do tych pastuszkowych. Był Król Herod, Trzej Mędrcy i Święta Rodzina. Królowie mieli "gęby" umalowane szminką i węglem drzewnym, a na głowach korony z kartonu, sreberka i bibuły.

Niestety po Święcie Trzech Króli wszystko się kończyło, łącznie z feriami. Za to na Polinowie na dobre zagaszczała zima. Był to czas względnego odpoczynku od prac polowych. Nie oznaczało to jednak słodkiego lenistwa. Wszyscy gospodarze mieli na głowie sporo żywego inwentarza, który to trzeba było karmić, wyprowadzać na pojenie do studni, posiłkując się żurawiem i krypą, podścielać świeżą ściółkę, czyścić sierść z resztek obornika itp. Najważniejszą akcją zimową była jednak młocka zboża.

Zboże po żniwach zwożono do stodół lub układano w sterty na polach. Takie pokłady słomy i ziarna były wielkim magnesem dla okolicznych myszy. Młocki nie należało zatem odkładać, bo straty były znaczące. Zwykle zatem ojciec wyznaczał jej termin zaraz po świętach. W kółku rolniczym zamawiał też potrzebny sprzęt (młocarnię oraz motor do jej napędu), wraz z jego obsługą. Do pracy przy omłocie umawiał też około 10 dodatkowych osób. Matula przygotowywała obfity obiad.

W wyznaczony dzień ustawiano młocarnię na klepisku w stodole, posadawiano odpowiednio motor napędowy i łączono z młocarnią pasem transmisyjnym. Odpalenie motoru było nie lada sztuką. Po sprzężeniu z maszyną czterech chłopa ciągnęło za pas transmisyjny, uruchamiając koło zamachowe przy otwartej głowicy silnika. Gdy te nabrało obrotów, mechanik wkładał specjalny żarzący się knot w otwór i zamykał głowicę. Wysokoprężny motor odpalał, albo i nie... Gdy ten już się jednak rozgrzał, pracował godzinami bezawaryjnie. Potem jeszcze sprawdzano czy wszystko pracuje należycie, a w szczególności czy pas nie spada, co w czasie młocki byłoby dużym zagrożeniem. Następnie robotnicy byli rozstawiani do poszczególnych czynności. Najgorsze stanowisko było przy tzw. lassach, czyli u wylotu młocarni. Stamtąd wylatywała wymłócona słoma, którą trzeba było zebrać i związać w wykonany, również ze słomy, pas. Wraz z nią wylatywały z maszyny kłęby kurzu. Przy lassach pracowało trzech, czasem czterech robotników, w zależności od tego, czy mieli już gotowe pasy, czy też musieli je robić na bieżąco. Po paru godzinach pracy w kurzu wyglądali jak górnicy po szychcie, tylko im się oczy świeciły. Smarkali i pluli kurzem, a w ubraniu mieli pełno słomianych ości i plew.

Najbardziej odpowiedzialną funkcją było podawanie słomy na bęben maszyny, co wymagało wyczucia i doświadczenia. Źle podane zboże nie było dobrze wymłócone. Ojciec zawsze sprawdzał, czy wychodzące z maszyny kłosy są rzeczywiście puste. Lepszą funkcją było podawanie snopów z sąsieka na maszynę i następnie z maszyny - podającemu na bęben, po uprzednim rozcięciu pasa. Najlepszą fuchą było jednak pilnowanie napełnianych zbożem worków, ale tę funkcję obejmował zwykle gospodarz.

W trakcie tej niewdzięcznej roboty ogłaszano przerwę obiadową. Robotnicy smarkali kurzem, trzepali ubrania, po czym zasiadali za stołem. Po obiedzie prawie wszyscy palili, i to na zapas. Wódką do obiadu nie częstowano, podawano ją dopiero po skończonej robocie.

Dla dzieciarni z kolei młocka była wielką atrakcją. Obserwowaliśmy pyrkający motor, a wcześniej cały skomplikowany proces jego rozpalania. Najlepszą zabawą było jednak robienie skrytek w świeżo omłóconej słomie, powiązanej w snopy. Fajnie też skakało się ze szczytu sterty na niżej leżące snopki.

Dzień młocki był też balem dla kotów. Pod koniec wybierania z sąsieków zboża aż roiło się tam od myszy. Koty chodziły więc obżarte do granic obrzydliwości. Nawet gdy już nie mogły jeść, i tak żadnej nie przepuściły.

Po młocce zabierano maszynę i motor. Zboże szło do spichlerza, plewy do zagrody, a słomę nosili robotnicy z powrotem do stodoły, co odbywało się już zwykle przy świetle naftowych lamp.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy