strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Kresowe depesze Ojca Wojciecha

AD 2020 AD 2021

Anno Domini 2020

2. Dzień wyjazdu
1 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF31 lipca, wraz z bratem Marcinem Kukusiem CMF (ekonomem naszej nowej wspólnoty) i dobytkiem spakowanym do czterech walizek, opuściliśmy Wrocław i pojechaliśmy do Łodzi. Tam spotkaliśmy się z o. Krzysztofem Łabędziem CMF (proboszczem) i w sobotę (1 sierpnia) ruszyliśmy w stronę ukraińskiej granicy. Już na początku zaliczyliśmy spore opóźnienie, które w połączeniu z ogólnym brakiem pośpiechu już niebawem miało okazać się niemal tragiczne w skutkach.

Kiedy dojechaliśmy do przejścia granicznego w Medyce było po 16:00. Od Polskiej celniczki dowiedzieliśmy się o kwarantannie, jaką o godzinie 15:00(!) ogłosiła Ukraina dla wjeżdżających z Polski. Pojechaliśmy jednak dalej, ufni, że nasze długoterminowe wizy załatwią sprawę. Nie załatwiły...

Zostaliśmy poproszeni o ukraińskie numery telefonów w celu założenia aplikacji do śledzenia przestrzegania kwarantanny. Żaden z nas takiego numeru nie miał (nie do kupienia w Polsce), wobec czego kazano nam zawrócić. Na pytanie, czy może gdzieś tutaj można kupić startery do telefonów, usłyszeliśmy, że nie...

Zjechaliśmy na bok i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej, wydzwaniając do kogo tylko się dało. Co chwilę rwał się zasięg, zarówno telefonii komórkowej, jak i internetu. Zadzwoniliśmy do sióstr z naszej nowej parafii, one z kolei do innych osób w celu dowiezienia nam ukraińskich starterów. Ojciec Prowincjał, poinformowany o naszych problemach, znacznie podniósł nas na duchu stwierdzając, że w Warszawie ani w żadnym innym z naszych domów w Polsce nikt na nas nie czeka i żebyśmy nawet nie myśleli o powrocie...

W końcu, podobnie jak dziesiątki innych podróżujących, zawróciliśmy, zamierzając jechać do sióstr do Przemyśla, gdzie mieliśmy już umówiony nocleg. Dzięki zrządzeniu Boskiej Opatrzności utknęliśmy jednak w korku między granicą ukraińską a polską.

Jakieś dwie godziny później, tuż przed ponownym wjazdem do Polski, ktoś zapukał w szybę samochodu i wręczył nam ukraińskie karty do telefonów. Dzięki uprzejmości polskich celników znowu udało się nam zawrócić. Tym razem nikt nawet nie zapytał o numery telefonów… Czy to sprawa cudownie olewczego stosunku do przepisów celnika, kilku słów szepniętych przez kogoś komu trzeba, czy zwyczajny cud – do dzisiaj nie mam pojęcia. Wszyscy parafianie z księdzem dziekanem oczekiwali nas w Truskawcu na uroczystej Mszy o 20:00, ale plany te spełzły oczywiście na niczym. Uczciwie się jednak za nas modlili, więc może to ich zasługa? W każdym razie po blisko sześciu godzinach nerwów, udało nam się wjechać na Ukrainę bez nakazu dwutygodniowej kwarantanny. Allahu Akbar.

Bynajmniej nie był to jednak koniec naszych problemów...

W tzw. międzyczasie zrobiło się ciemno. W Polsce zdążyliśmy odwyknąć już od dziur w asfalcie, kiepskiego oznakowania dróg i innych niespodzianek. Dochodziła północ, kiedy tuż przed wjazdem do Truskawca, na środku drogi wyłoniła się przed nami betonowa zapora, którą w ostatnim momencie udało się nam wyminąć. Rzekłbym: egzotyka na całego! Dalej, jadąc według wskazań GPS-u, dwieście metrów od domu, skręciliśmy w uliczkę jednokierunkową. Policyjne koguty zabłysły niebieskim światłem i zawyła syrena...

Negocjacji z policją podjął się Krzysztof. Nie wiem jak to zrobił (z tego co udało mi się ustalić, on chyba też nie), ale chyba dzięki skomplikowanej sytuacji językowo-dokumentacyjnej (Krzysiek pracował wcześniej na Słowacji i w Czechach i za bardzo nie wiadomo skąd jest, gdzie mieszka i jakim językiem włada), skończyło się na upomnieniu.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy do domu, przywitał nas o. Piotr Wiśniewski CSsR – ostatni z Redemptorystów, który pozostał na miejscu, by przekazać nam opiekę nad parafią.

1. Przed wyjazdem
kwiecień – lipiec 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Ukraina zaczęła się dla mnie 19 kwietnia 2020 roku, a więc w samym środku wybuchu pandemii koronawirusa, i gdyby przed tym dniem ktoś powiedział mi, że za kilka (a dokładniej 3,5) miesiąca znajdę się tu stałe, pewnie bym go wyśmiał. To kolejny dowód na to, że Pan Bóg ma swoje sposoby na opornych...

Siedziałem sobie właśnie w kaplicy zakonnej we Wrocławiu, pytając Pana Jezusa, co będzie z naszym Duszpasterstwem Akademickim po "narodowej kwarantannie". Naprawdę mam nadzieję być kiepskim prorokiem, ale uważam, że ośrodki akademickie jako pierwsze, ale wcale nie jedyne, doświadczą kryzysu związanego z brakiem ludzi w Kościele. Nie chodzi mi oczywiście o załamywanie rąk – wręcz przeciwnie! Ala ja akurat nie bardzo miałem pomysł, jak temu przeciwdziałać.

Nagle przyszło mi do głowy, że może to nie ja mam mieć pomysły. Co to, moje Duszpasterstwo? Chrystusowe przecież! To niech On się martwi. Poza tym od jakiegoś czasu łapałem się na tym, że coraz mniej rozumiem studentów, a Prowincjał od kilku miesięcy szuka osób, które chciałyby rozpocząć nową misję na Ukrainie – a konkretnie w Truskawcu, w obwodzie lwowskim.

O Ukrainie co prawda wiedziałem tyle co nic, ale zawsze kojarzyła mi się z otwartymi ludźmi (czasami aż za bardzo), trudną historią i nieskażoną (no, może poza okolicami Czarnobyla) przyrodą. Zresztą rozważania te były czysto teoretyczne i byłem pewien, że któreś sito rozeznania na pewno je zatrzyma.

Pierwszym z owych sit był telefon do mamy, która mocno przeżywała mój pięcioletni pobyt na na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a ja nie chciałem dodawać jej zmartwień.

Mamo, co byś powiedziała, gdybym chciał wyjechać na misje? – zapytałem bez zbędnych wstępów.
Gdzie?! – zapytała rzeczowo.
Na Ukrainę.
Nastąpiła chwila milczenia.
Do Amazonii – to po mojej śmierci, ale na Ukrainę możesz jechać...

Drugim sitem był telefon do Prowincjała ze zgłoszeniem swojej kandydatury. Towarzyszyło mu przekonanie, że i tak nigdzie nie pojadę, bo przecież na miejscu jestem "niezastąpiony"... Okazało się inaczej...

No i zaczęły się przygotowania, podczas których Pan Bóg jakby dawał znaki, że to On wybrał dla mnie tę drogę. Jakoś tak udawało mi się szybko pozamykać różne sprawy, które ciągnęły się za mną od dawna, zrealizować zaległe plany, wyrobić wymagane dokumenty itd., że miałem coraz mniej wątpliwości. Dla lepszego zobrazowania tego, co się działo powiem tyle, że w zasadzie jedyną rzeczą, jakiej nie zdążyłem zrobić przed wyjazdem, był lot szybowcem... Resztę sami sobie dopowiedzcie.

Największym wyzwaniem okazało się pakowanie. Ubóstwo zakonne ma to do siebie, że wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu, jaki spędza się w jednym miejscu. Moje zdążyło urosnąć do całkiem pokaźnych rozmiarów i gdyby nie pomoc rodzonego brata, który większość książek wywiózł do rodziców (żadna biblioteka nie chce dziś przyjmować książek) i kilka kartonów pozostawionych we Wrocławiu, nie poradziłbym z nim sobie.

W końcu przyszedł czas na pożegnania, które z uwagi na wyjazd w trakcie wakacji rozciągnęły się na cały miesiąc i ostatecznie odbyły bez zbędnej pompy. Oto otwierały się przede mną nowe horyzonty.

0. Nowe otwarcie
1 października 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Dawno, dawno temu, bo w roku 2009, wyjechawszy na Wybrzeże Kości Słoniowej zacząłem pisać „Depesze Ojca Wojciecha” – z założenia raczej głupawe i krótkie teksty o życiu misyjnym. Mimo powrotu do Polski w 2014 r., nigdy na dobre ich nie porzuciłem, bowiem przywiozłem ze sobą kilka książek z afrykańskimi legendami, które ciągle czekają na tłumaczenie... Na przeszkodzie stoi jednak brak czasu i samozaparcia.

Misje, obojętnie w jakim kraju, wywierają na człowieku swoje piętno. Pozytywne czy negatywne – nie mnie to oceniać. Trudno to wyrazić słowami, ale zasadniczo łatwiej dogaduję się ze współbraćmi, którzy zakosztowali życia poza granicami Polski (nie mylić z podróżami), niż z tymi, którzy znają tylko polską recepcję Kościoła Chrystusowego. Może zwyczajnie trudno nam się później w niej odnaleźć? A może to sprawa indywidualnego powołania każdego z nas? A może gadam głupoty (taką możliwość również warto wziąć pod uwagę)?

W każdym razie w moim życiu przyszedł czas na otwarcie nowego misyjnego rozdziału, któremu na imię Ukraina. Ktoś powie: „E tam, Ukraina to nie Afryka. Tam w ogóle nie jest egzotycznie!”.

Czyżby? Posłuchajcie...

AD 2020 AD 2021
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy