nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

Kresowe depesze Ojca Wojciecha

AD 2020 AD 2021

Anno Domini 2020

6. Samochodowe klasyki
13 września 2020 r.
o. Wojciech Kobyliński CMF

5. Marszrutki
30 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKrzysztof wyjechał właśnie na kilka dni do Polski po jakieś dokumenty, zabierając oczywiście nasz jedyny samochód. Biorąc pod uwagę, że kościół w Borysławiu znajduje się siedem kilometrów od naszego domu, komplikuje to nieco sprawę. Niby to nie koniec świata, ale piechotą między Mszami się nie wyrobię. Poza tym staram się jednak hołdować zasadzie: „Nie ma problemów, są wyzwania”. Nie chcąc więc niepotrzebnie niepokoić parafian (uczciwie muszę podkreślić, że ofiarowywali się z podwózką), postanowiłem przetestować słynne marszrutki, czyli rodzaj naszych podmiejskich busów.

Wyszedłem na przystanek sporo wcześniej, bo jedną z różnic w stosunku do Polski jest brak rozkładu jazdy… Nie czekałem nawet długo, natomiast stan techniczny pojazdu pozostawiał wiele do życzenia (na szczęście ja właściwie żadnych życzeń nie miałem – wręcz przeciwnie – i zakochałem się od pierwszego wejrzenia: ahoj przygodo!) Wehikuł co prawda posiadał wszystkie szyby w oknach i drzwi, czego z reguły nie da się powiedzieć o busach w Afryce (i dzięki Bogu, bo tam bardziej niż o cokolwiek innego chodzi o przewiew), ale drzwi akurat się zacięły i kierowca musiał wysiąść od strony kierowcy, okrążyć pojazd i otworzyć je „ręcznie”… I tak na każdym przystanku (facet zdecydowanie zasługiwał na napiwek)! Poza tym pojazd telepał niemiłosiernie, kopcił jak smok, a prędkość pod górkę (teren górzysty) nie przekraczała 20 km/h. Ale na miejsce dowiózł? – Dowiózł! I to się liczy. Koszt przejazdu 13 hrywien, czyli ok. 1,80 zł.

4. Kolejny tydzień
16 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMFKolejny tydzień upłynął mi pod znakiem nieoficjalnych kolonii z Centrum Nauczania Języka i Kultury Polskiej w Drohobyczu (więcej o Szkole Polskiej można zobaczyć tutaj, zaś na TVP3 Rzeszów obejrzeć krótki reportaż).

Zaczęło się niewinnie, od prośby o poprowadzenie wieczornych modlitw… Do modlitwy doszła krótka katecheza… Później była również modlitwa poranna, a jeśli już modlitwa, to i poranna gimnastyka (nie od miesięcy, ale od lat obiecuję sobie, że wrócę do tego zwyczaju)… I śniadanie… I jeszcze kilka innych punktów programu, w których uczestniczyłem, jeśli tylko czas na to pozwalał. Dzieciaki całkowicie normalne i zasadniczo niczym nie odróżniające się od naszych. Największą rozrywką okazało się nie spotkanie z mistrzem świata w kickboxingu, Andriejem Szewczukiem, ale wizyta w supermarkecie, gdzie nakupiły chipsów, coli i słodyczy. Czyli klasyka (kto był na wyjeździe z dziećmi, ten wie). Może tylko fantazji mają nieco więcej: w akcie buntu przeciwko nocnej konfiskacie telefonów, poustawiały budziki co pół godziny, przez co opiekunowie w zasadzie nie zmrużyli oka (na ich miejscu chyba bym gówniarzerię pozabijał)…

Do mnie początkowo podchodziły z pewną dozą nieufności, ale mimo różnic językowych (większość mówi po polsku tak jak ja po ukraińsku) szybko udało nam się dogadać. A po tym, jak mogły wziąć aktywny udział we mszy św. (czytania, modlitwa wiernych, dzwonienie dzwonkami), było już z górki. Niektórzy po raz pierwszy byli w kościele, dlatego by ich zaciekawić, a nie wystraszyć, wstępem do liturgii była krótka gra terenowa. Całość działa się już wieczorem, było więc odpowiednio tajemniczo i niezwykle.

Na koniec usłyszałem pytanie, jak długo zostaję na Ukrainie. Odpowiedziałem, że raczej na długo. Z dyrektorką szkoły zaczęliśmy już robić przymiarki do katechezy w ciągu roku szkolnego.

3. Pierwszy tydzień
9 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF

2 VIII (niedziela)

Pierwsza niedziela na nowej parafii, a w zasadzie na dwóch. Nasz dom znajduje się przy kościele w Truskawcu. Drugi kościół, w Borysławiu, nie jest jednak kościołem filialnym, ale oddzielną jednostką duszpasterską, gdzie na stałe mieszkają Siostry Służebniczki (to do nich dzwoniliśmy z granicy i w ich klasztorze w Przemyślu mieliśmy spać). Do naszego przyjazdu parafiami opiekowali się Redemptoryści, którzy jednak ze względu na rewizję pozycji (coraz mniej powołań) zdecydowali się opuścić Ukrainę.

Przyszło więc nam odprawić trzy (!) msze: dwie w języku polskim (o 9:00 w Truskawcu i o 11:00 w Borysławiu) i jedną po ukraińsku (o 17:00 w Truskawcu). Tej ostatniej na szczęście przewodniczył o. Piotr – Redemptorysta. O przemęczaniu się nie było więc mowy, co po wczorajszych przebojach przyjęliśmy z niekłamaną ulgą. Po mszy o godz. 11:00 siostry (a w zasadzie jedyna obecna w tej chwili s. Teresa) zaprosiły nas na uroczysty obiad, a później, już w Truskawcu, w obecności dziekana – ks. Wojciecha Bukowca, nastąpiło przekazanie i podpisanie dokumentów dotyczących przejęcia przez nas parafii.

3 VIII (poniedziałek)

Tego dnia zarówno w Borysławiu o 17:30, jak i w Truskawcu o godz. 20:00 msze święte sprawowane są w języku Ukraińskim. Przed południem o. Piotr oprowadził nas jeszcze po Truskawcu, pokazując najważniejsze miejsca (najbliższy sklep, targ warzywny, sklep budowlany, mechanika samochodowego, supermarket). Po drodze wstąpiliśmy również do urzędu miasta: o. Piotr – by pożegnać się, a my – przywitać się z burmistrzem.

Popołudnie minęło nam pod znakiem nauki czytania mszału. Niezastąpioną pomocą wykazał się pan Stanisław – od 30 lat, a więc od początku istnienia parafii, kościelny i człowiek od wszystkiego. Na razie polega ono na składaniu literek w słowa (cyrylica). O składaniu słów w zdania mowy na razie być nie może. Po mszy świętej s. Teresa z kamienną miną, ale i figlarnym błyskiem w oku stwierdziła, że jeszcze nigdy nie doceniła tak bardzo wagi każdego słowa, które pada we mszy św. Szelma! Chyba ją lubię...

Po powrocie wybrałem się na zasłużony spacer i różaniec, po drodze zaopatrując się w 2,5 litrową flachę piwa na braterski wieczór.

4 VIII (wtorek)

O. Piotr niestety musiał nas opuścić, bo tego dnia kończyła się ważność jego dokumentów uprawniających do pobytu na Ukrainie i gdyby został dłużej, prawdopodobnie miałby problemy przy ewentualnym kolejnym wjeździe. Zostaliśmy więc sami, szybko aklimatyzując się do nowych warunków.

5 VIII (środa)

Wypad do Drohobycza do ks. Mirosława Lecha (to jego ludzie pomogli nam przekroczyć granicę) w celu ogarnięcia papierów, które trzeba złożyć. Ukraina to kraj biurokracji, choć trzeba uczciwie przyznać, że Polska czy Francja usilnie próbują dotrzymać jej w tej konkurencji kroku. Poznaliśmy panią Olgę Pawłowską – szefową Fundacji Św. Antoniego i twórcę Szkoły Języka Polskiego. To ona pomogła nam skompletować potrzebne dokumenty i sama zawiozła je do urzędu.

6 VIII (czwartek)

Przed Mszą w Borysławiu miało miejsce pierwsze spotkanie z ministrantami, po mszy natomiast z młodzieżą z Ruchu „Światło-Życie”, czyli tzw. „Oazą”. Grupa około kilkunastu osób stanowi plon siedmiu lat pracy, przede wszystkim sióstr.

7 VIII (piątek)

Ranek upłynął nam pod znakiem comiesięcznej wizyty u chorych. Nie ma może ich zbyt wielu (część ze strachu przed koronawirusem zrezygnowała z odwiedzin), ale za to rozrzuceni są po dość znacznym, i co gorsza nieznanym dla nas, terenie. Mnie w Borysławiu wszędzie pomogła dojechać s. Teresa. W przyszłym miesiącu jednak jej nie będzie i mogą być problemy...

Przy okazji można było zobaczyć, jak naprawdę żyją tu ludzie. Klimat trochę jak w Polsce w latach ’90-tych – od tamtej pory niewiele się tu zmieniło. Boczne drogi wołają o pomstę do nieba, ale najgorzej wyglądają blokowiska. Ponieważ jednak sam wzrastałem w takich właśnie klimatach, była to podróż raczej nostalgiczna, niż przygnębiająca.

8 VIII (sobota)

Pierwszy od naszego przyjazdu, spokojniejszy dzień. Po mszy w Borysławiu, z s. Teresą pojechaliśmy do jakiejś hurtowni w Drohobyczu po kwiaty. Wycieczka raczej krajoznawcza.

9 VIII (niedziela)

Dzień imprez: najpierw po mszy o 11:00 obiad u sióstr związany z pożegnaniem s. Krystyny, która następnego dnia miała wyjechać do Winnicy w centralnej części Ukrainy i przywitaniem s. Niny (obie rodem z Ukrainy), a po południu, z tej samej okazji, grill z młodzieżą i wczesnowieczorna nasiadówa u sióstr. Ile można!...

2. Dzień wyjazdu
1 sierpnia 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF31 lipca, wraz z bratem Marcinem Kukusiem CMF (ekonomem naszej nowej wspólnoty) i dobytkiem spakowanym do czterech walizek, opuściliśmy Wrocław i pojechaliśmy do Łodzi. Tam spotkaliśmy się z o. Krzysztofem Łabędziem CMF (proboszczem) i w sobotę (1 sierpnia) ruszyliśmy w stronę ukraińskiej granicy. Już na początku zaliczyliśmy spore opóźnienie, które w połączeniu z ogólnym brakiem pośpiechu już niebawem miało okazać się niemal tragiczne w skutkach.

Kiedy dojechaliśmy do przejścia granicznego w Medyce było po 16:00. Od Polskiej celniczki dowiedzieliśmy się o kwarantannie, jaką o godzinie 15:00(!) ogłosiła Ukraina dla wjeżdżających z Polski. Pojechaliśmy jednak dalej, ufni, że nasze długoterminowe wizy załatwią sprawę. Nie załatwiły...

Zostaliśmy poproszeni o ukraińskie numery telefonów w celu założenia aplikacji do śledzenia przestrzegania kwarantanny. Żaden z nas takiego numeru nie miał (nie do kupienia w Polsce), wobec czego kazano nam zawrócić. Na pytanie, czy może gdzieś tutaj można kupić startery do telefonów, usłyszeliśmy, że nie...

Zjechaliśmy na bok i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej, wydzwaniając do kogo tylko się dało. Co chwilę rwał się zasięg, zarówno telefonii komórkowej, jak i internetu. Zadzwoniliśmy do sióstr z naszej nowej parafii, one z kolei do innych osób w celu dowiezienia nam ukraińskich starterów. Ojciec Prowincjał, poinformowany o naszych problemach, znacznie podniósł nas na duchu stwierdzając, że w Warszawie ani w żadnym innym z naszych domów w Polsce nikt na nas nie czeka i żebyśmy nawet nie myśleli o powrocie...

W końcu, podobnie jak dziesiątki innych podróżujących, zawróciliśmy, zamierzając jechać do sióstr do Przemyśla, gdzie mieliśmy już umówiony nocleg. Dzięki zrządzeniu Boskiej Opatrzności utknęliśmy jednak w korku między granicą ukraińską a polską.

Jakieś dwie godziny później, tuż przed ponownym wjazdem do Polski, ktoś zapukał w szybę samochodu i wręczył nam ukraińskie karty do telefonów. Dzięki uprzejmości polskich celników znowu udało się nam zawrócić. Tym razem nikt nawet nie zapytał o numery telefonów… Czy to sprawa cudownie olewczego stosunku do przepisów celnika, kilku słów szepniętych przez kogoś komu trzeba, czy zwyczajny cud – do dzisiaj nie mam pojęcia. Wszyscy parafianie z księdzem dziekanem oczekiwali nas w Truskawcu na uroczystej Mszy o 20:00, ale plany te spełzły oczywiście na niczym. Uczciwie się jednak za nas modlili, więc może to ich zasługa? W każdym razie po blisko sześciu godzinach nerwów, udało nam się wjechać na Ukrainę bez nakazu dwutygodniowej kwarantanny. Allahu Akbar.

Bynajmniej nie był to jednak koniec naszych problemów...

W tzw. międzyczasie zrobiło się ciemno. W Polsce zdążyliśmy odwyknąć już od dziur w asfalcie, kiepskiego oznakowania dróg i innych niespodzianek. Dochodziła północ, kiedy tuż przed wjazdem do Truskawca, na środku drogi wyłoniła się przed nami betonowa zapora, którą w ostatnim momencie udało się nam wyminąć. Rzekłbym: egzotyka na całego! Dalej, jadąc według wskazań GPS-u, dwieście metrów od domu, skręciliśmy w uliczkę jednokierunkową. Policyjne koguty zabłysły niebieskim światłem i zawyła syrena...

Negocjacji z policją podjął się Krzysztof. Nie wiem jak to zrobił (z tego co udało mi się ustalić, on chyba też nie), ale chyba dzięki skomplikowanej sytuacji językowo-dokumentacyjnej (Krzysiek pracował wcześniej na Słowacji i w Czechach i za bardzo nie wiadomo skąd jest, gdzie mieszka i jakim językiem włada), skończyło się na upomnieniu.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy do domu, przywitał nas o. Piotr Wiśniewski CSsR – ostatni z Redemptorystów, który pozostał na miejscu, by przekazać nam opiekę nad parafią.

1. Przed wyjazdem
kwiecień – lipiec 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Ukraina zaczęła się dla mnie 19 kwietnia 2020 roku, a więc w samym środku wybuchu pandemii koronawirusa, i gdyby przed tym dniem ktoś powiedział mi, że za kilka (a dokładniej 3,5) miesiąca znajdę się tu stałe, pewnie bym go wyśmiał. To kolejny dowód na to, że Pan Bóg ma swoje sposoby na opornych...

Siedziałem sobie właśnie w kaplicy zakonnej we Wrocławiu, pytając Pana Jezusa, co będzie z naszym Duszpasterstwem Akademickim po "narodowej kwarantannie". Naprawdę mam nadzieję być kiepskim prorokiem, ale uważam, że ośrodki akademickie jako pierwsze, ale wcale nie jedyne, doświadczą kryzysu związanego z brakiem ludzi w Kościele. Nie chodzi mi oczywiście o załamywanie rąk – wręcz przeciwnie! Ala ja akurat nie bardzo miałem pomysł, jak temu przeciwdziałać.

Nagle przyszło mi do głowy, że może to nie ja mam mieć pomysły. Co to, moje Duszpasterstwo? Chrystusowe przecież! To niech On się martwi. Poza tym od jakiegoś czasu łapałem się na tym, że coraz mniej rozumiem studentów, a Prowincjał od kilku miesięcy szuka osób, które chciałyby rozpocząć nową misję na Ukrainie – a konkretnie w Truskawcu, w obwodzie lwowskim.

O Ukrainie co prawda wiedziałem tyle co nic, ale zawsze kojarzyła mi się z otwartymi ludźmi (czasami aż za bardzo), trudną historią i nieskażoną (no, może poza okolicami Czarnobyla) przyrodą. Zresztą rozważania te były czysto teoretyczne i byłem pewien, że któreś sito rozeznania na pewno je zatrzyma.

Pierwszym z owych sit był telefon do mamy, która mocno przeżywała mój pięcioletni pobyt na na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a ja nie chciałem dodawać jej zmartwień.

Mamo, co byś powiedziała, gdybym chciał wyjechać na misje? – zapytałem bez zbędnych wstępów.
Gdzie?! – zapytała rzeczowo.
Na Ukrainę.
Nastąpiła chwila milczenia.
Do Amazonii – to po mojej śmierci, ale na Ukrainę możesz jechać...

Drugim sitem był telefon do Prowincjała ze zgłoszeniem swojej kandydatury. Towarzyszyło mu przekonanie, że i tak nigdzie nie pojadę, bo przecież na miejscu jestem "niezastąpiony"... Okazało się inaczej...

No i zaczęły się przygotowania, podczas których Pan Bóg jakby dawał znaki, że to On wybrał dla mnie tę drogę. Jakoś tak udawało mi się szybko pozamykać różne sprawy, które ciągnęły się za mną od dawna, zrealizować zaległe plany, wyrobić wymagane dokumenty itd., że miałem coraz mniej wątpliwości. Dla lepszego zobrazowania tego, co się działo powiem tyle, że w zasadzie jedyną rzeczą, jakiej nie zdążyłem zrobić przed wyjazdem, był lot szybowcem... Resztę sami sobie dopowiedzcie.

Największym wyzwaniem okazało się pakowanie. Ubóstwo zakonne ma to do siebie, że wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu, jaki spędza się w jednym miejscu. Moje zdążyło urosnąć do całkiem pokaźnych rozmiarów i gdyby nie pomoc rodzonego brata, który większość książek wywiózł do rodziców (żadna biblioteka nie chce dziś przyjmować książek) i kilka kartonów pozostawionych we Wrocławiu, nie poradziłbym z nim sobie.

W końcu przyszedł czas na pożegnania, które z uwagi na wyjazd w trakcie wakacji rozciągnęły się na cały miesiąc i ostatecznie odbyły bez zbędnej pompy. Oto otwierały się przede mną nowe horyzonty.

0. Nowe otwarcie
1 października 2020 r.

o. Wojciech Kobyliński CMF Dawno, dawno temu, bo w roku 2009, wyjechawszy na Wybrzeże Kości Słoniowej zacząłem pisać „Depesze Ojca Wojciecha” – z założenia raczej głupawe i krótkie teksty o życiu misyjnym. Mimo powrotu do Polski w 2014 r., nigdy na dobre ich nie porzuciłem, bowiem przywiozłem ze sobą kilka książek z afrykańskimi legendami, które ciągle czekają na tłumaczenie... Na przeszkodzie stoi jednak brak czasu i samozaparcia.

Misje, obojętnie w jakim kraju, wywierają na człowieku swoje piętno. Pozytywne czy negatywne – nie mnie to oceniać. Trudno to wyrazić słowami, ale zasadniczo łatwiej dogaduję się ze współbraćmi, którzy zakosztowali życia poza granicami Polski (nie mylić z podróżami), niż z tymi, którzy znają tylko polską recepcję Kościoła Chrystusowego. Może zwyczajnie trudno nam się później w niej odnaleźć? A może to sprawa indywidualnego powołania każdego z nas? A może gadam głupoty (taką możliwość również warto wziąć pod uwagę)?

W każdym razie w moim życiu przyszedł czas na otwarcie nowego misyjnego rozdziału, któremu na imię Ukraina. Ktoś powie: „E tam, Ukraina to nie Afryka. Tam w ogóle nie jest egzotycznie!”.

Czyżby? Posłuchajcie...

AD 2020 AD 2021
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy