strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Przygotowania do świąt

Jacek KobylińskiW zasadzie cały adwent służył do dobrego przygotowania i przeżycia Świąt Narodzenia Pańskiego. Parząc na dzisiejszą, zdominowaną przez komercję rzeczywistość, żal mi bardzo tych, dla których świętowanie ogranicza się do prezentów, sutego stołu i słodkiego lenistwa z telewizorem w roli głównej. Być może kiedyś ludzie przeżywali święta w sposób banalnie prosty, bez religijnych uniesień, ale za to bardziej otwierali się na bliźnich.

Ale powróćmy na Polinów. Około połowy grudnia zaczynały się świniobicia. W sklepach było pustawo, drogo i niesmacznie, więc prawie wszystko, co miało znaleźć się na świątecznym stole, gospodynie przyrządzały samodzielnie. Kupowało się jedynie śledzie, chleb, czasem olej i masło, o ile nie było z czego zrobić ich we własnym zakresie. Żadnej gorączki zakupów nie było. W radiu pojawiały się komunikaty, że okręt z pomarańczami owszem już zawinął do portu, ale nadal nie wiadomo, czy do sklepów zdążą dotrzeć jeszcze przed świętami. A że były bardzo drogie, i tak kupowano je głównie dla dzieci.

W naszym domu przedświąteczny czas był dosyć nerwowy. Babcia i matula uwijały się przy sprzątaniu, gotowaniu, praniu i pieczeniu. Z racji napiętej atmosfery woleliśmy wtedy schodzić im z drogi. Standardowo już najwięcej obrywał ojciec: a to za mocno rozgrzał piec do pieczenia ciast, a to do domu wszedł akurat wtedy, gdy wyrośnięte ciasto szło właśnie do pieca (co groziło zakalcem, gdyby go "zawiało"), a to za mocno uwędził kiełbasy, a to popiół na czas nie wybrany. Oj, miał on wtedy trudne dni. My zaś tylko odliczaliśmy czas do ferii zimowych, rozpoczynające się dwa dni przed Wigilią i trwające aż do Trzech Króli.

Na Polinowie mocno czuło się przedświąteczną krzątaninę. Padały zarzynane kolejno wieprzki, życie traciło też kilka "kuraków" i królików. Dymiła wspólna wędzarnia, a gospodynie co rusz pożyczały sobie sprzęty gospodarcze lub przyprawy, bo ogólnie z artykułami kuchennymi było wtedy krucho. Polinowskie gospodynie wypożyczały sobie zatem to, co akurat jednej było potrzebne, a drugiej natenczas zbędne.. W obiegu były zatem głównie blachy do pieczenia ciast, maszynki ręczne do mielenia mięsa, przeróżne gary i brytfanki. Dzieliły się też przepisami i doświadczeniami kulinarnymi, a że co rusz którejś czegoś zabrakło, pożyczały sobie także przyprawy, nie zawsze dostępne w ubogich sklepach Gminnej Spółdzielni. Większość tych zamorskich specjałów kupowało się u ostatnich prywatnych sklepikarzy, czyli u Państwa Zabuskich oraz drogerii "Kowalewski i Bellof" (choć nie pomnę, czy akurat właśnie tak się to pisało).

Tuż przed świętami zakupowało się choinkę. Obowiązkowo wysoką, od podłogi do samego sufitu. Drzewko obsadzało się w wydrążonym kawałku pnia. Ponieważ taki prowizoryczny stojak nie zapewniał stabilizacji, ojciec przybijał go do podłogi. Zwykle robił to jednak "po chłopsku", czyli dużymi i grubymi gwoźdźmi, co powodowało ostre spięcia z matulą. Gdy wreszcie choinka stanęła i dom wypełnił się jej zapachem, można było przystąpić do jej ubierania. Ze strychu znosiliśmy pudła z bombkami, ozdobami i anielskim włosem. Na gałązkach mocowało się małe świeczki w specjalnych lichtarzykach, a na koniec kładło białą watę i rozkładało anielskie włosy. Na szczycie mocowało się srebrną gwiazdę, a pod nią anioła. Z racji braku w tamtejszych czasach specjalistycznych stojaków z pojemnikiem na wodę, choinka stała zaledwie 2-3 tygodnie, po czym szybko zaczynała się sypać.

W dzień Wigilii obowiązywał post ścisły. Jadło się mało, postnie, i góra dwa razy przed kolacją. Zawczasu rozsuwano stół, spodziewając się w okresie świąt gości. Ten nakryty był białym obrusem, pod który wkładano wiecheć siana, a na nim stawiano talerz z opłatkami. Wyciągano z kredensu rodową zastawę herbową i rozstawiano ozdobne talerze, używane tylko podczas uroczystości. Na stole stał też srebrny lichtarz ze świecami.

Dziatwa dzień wcześniej była dokładnie szorowana w blaszanej wannie z ciepłą wodą. Kąpani byliśmy jedno po drugim, od najmłodszego poczynając. Dostawaliśmy też świeżą, czystą bieliznę, zmieniano pościel. Włosy były podstrzyżone u miejscowego fryzjera, do którego przed świętami czekało się w długiej kolejce.

Przed Wigilią cały dom pachniał gotowanymi i smażonymi grzybami, moczonymi śledziami i kapustą. Ale o samej Wigilii już w następnym odcinku.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy