strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Święcenia kapłańskie ojca Wojciecha CMF

Bartosz Kobyliński

Na wstępie pragnę wszystkim przypomnieć, iż duchowni oprócz ślubów, mają również i swoje wesela! A co - im też się należy! A gwoli ścisłości to nie tradycyjne wesela, a przyjęcia po sakramencie święceń kapłańskich oraz prymicji, czyli pierwszej mszy św. odprawianej przez neoprezbitera. Obrzędu tego miał zaszczyt dostąpić w tym roku nasz brat Wojciech, czego oczywiście gratulujemy mu z całego serca! Zacznijmy jednak od początku, pokrótce przedstawiając główne wydarzenia na jego długiej i wymagającej wielu wyrzeczeń drodze młodego kapłana.

Student

Wszystko zaczęło się jeszcze w XX wieku, a dokładniej w pamiętnym roku 2000, dla nas nie tylko ze względu na swą osobliwą liczbę. Otóż Wojtek podjąwszy wtedy studia na SGGW i zaznawszy kilkumiesięcznego, studenckiego żywota na uczelni i w akademiku stwierdził wreszcie, że jednak nie tędy droga... Szybko zakończywszy zatem karierę studenta wstąpił do Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów, tym samym kierując swe kroki śladami stryja Andrzeja, z powodzeniem pełniącego posługę misjonarza na gorącym afrykańskim Wybrzeżu Kości Słoniowej już od początku lat 90.

Nowicjusz

Pierwszy etap żywota młodego kandydata do wspólnoty zakonnej rozpoczął roczny postulat, a następnie trwający rok nowicjat. Ich głównym celem jest dokładniejsze rozpoznanie Bożego powołania właściwego danej wspólnocie oraz doświadczenie sposobu życia zgromadzenia, by można było potwierdzić zamiar i zdatność do życia we wspólnocie wstępujących do zakonu. Tymczasowym domem dla tych praktyk okazał się przepiękne Centrum Duchowości Klaretyńskiej w Krzydlinie Małej na Dolnym Śląsku.
Okres nowicjatu zakończył się 8 września 2002 r. pierwszymi ślubami zakonnymi, tzw. obłóczynami, czyli przyznaniem poświęconej sutanny. Od tego czasu marynarkę i krawat zastępuje tzw. krótki strój duchowny, czyli garnitur i koszula z koloratką, w którym alumni od tej pory są zobowiązani chodzić na co dzień. Uroczystość odbyła się w kościele parafialnym w Krzydlinie Małej przy sporej liczby gości z przeróżnych zakątków Polski, a my po raz pierwszy mieliśmy okazję odczuć tzw. "szeroko pojętą powagę sytuacji". Po ceremonii przyszedł czas na zwiedzanie okolicy, jednak z naciskiem na zabytek klasy "zero" w Lubiążu - czyli jeden z największych w skali europejskiej zespół klasztorny największego opactwa cysterskiego na świecie - dwa i pół razy większy od zamku na Wawelu! Widok doprawdy niesamowity, imponujący i niepowtarzalny, wobec czego dech w piersiach odzyskaliśmy dopiero po powrocie do rodzinnego domu.

Neoprofes i kleryk

Ul. Wieniawskiego 38 - Dom Formacyjny Misjonarzy Klaretynów CMF (Seminarium Misyjne) we Wrocławiu - to kolejny, niemniej również przejściowy, życiowy przystanek naszego brata, w którym stryj Andrzej spędził onegdaj niejeden rok. Tak jak i w poprzednim miejscu, tu także należy przywyknąć do miejscowych zwyczajów, hierarchii i codziennych obowiązków. Jak to w każdym domu, czasem i tu trzeba pochylić się też nad prozaicznymi rzeczami. I tak "domownicy" mają tu swój zmienny, aczkolwiek ściśle określony zakres obowiązków, który muszą wypełniać bez tzw. "dyskusji". Dodam tylko, że większość z kandydatów zaznawszy nowicjackiej musztry nie dotarło do tego etapu i po drodze zrozumiało, że to jednak zbyt stroma dla nich droga.
W dniu 8 września 2006 r., a więc równo 4 lata od obłóczyn, w kaplicy seminaryjnej Domu Formacyjnego Misjonarzy Klaretynów we Wrocławiu, nasz kleryk uroczyście złożył wieczystą profesję zakonną. Jako jedna z dwóch form ślubów zakonnych jest dożywotnim zobowiązaniem członka danej wspólnoty do przestrzegania czystości, ubóstwa i posłuszeństwa (wobec przełożonych zakonnych oraz papieża), przy czym w każdym z zakonów mogą dochodzić dodatkowe warunki. Dodam tylko, iż w przypadku złamania ślubu dana osoba podlega karze interdyktu, ponadto taki czyn jest traktowany jako grzech ciężki (w uproszczeniu można przyjąć, że to lżejsza odmiana ekskomuniki, a więc to już nie przelewki!). Uroczystej Eucharystii przewodniczył oraz okolicznościowe kazanie wygłosił Ojciec Jacek Kiciński CMF - Prefekt ds. Duchowości, na ręce którego profesi złożyli swoje śluby. W trakcie uroczystości, po odczytaniu i podpisaniu tzw. Roty Ślubów, dokonano wręczenia profesom krzyża misyjnego, który od tego momentu każdy zakonnik nosi na piersi. Dzień zakończyliśmy wspólnym obiadem oraz partyjką bilarda w przytulnej salce na poddaszu, nazajutrz zaś udało nam się wyszarpnąć kilka godzin poranka na zwiedzenie okolicy, by pełni estetycznych wrażeń wrócić do domu.

Diakon - pierwszy stopień sakramentu kapłaństwa

Niespełna rok później, 24 czerwca 2007 r. w katedrze wrocławskiej, miało miejsce kolejne niecodzienne wydarzenie - święcenia diakonatu. Święceń dwóm profesom zgromadzenia Klaretynów udzielił Metropolita Wrocławski - Ks. Abp Marian Gołębiewski. Wszystko odbyło się z należytym namaszczeniem i powagą, zaś monumentalizm wrocławskiej katedry dodatkowo potęgował podniosłą atmosferę całej ceremonii. Warto nadmienić, iż w trakcie jej trwania ksiądz-opiekun (w naszym przypadku był to oczywiście stryj Andrzej) ubiera diakona w dalmatykę.
W Kościele rzymskokatolickim święcenia diakonatu, jako pierwsze w trójstopniowej hierarchii kapłaństwa urzędowego, czynią diakona duchownym i pozwalają mu na sprawowanie jako szafarzowi zwyczajnemu sakramentów Chrztu i rozdawanie Eucharystii (Komunii Świętej). Diakon może ponadto głosić kazania, odprawiać pogrzeby, błogosławić wiernych i małżeństwa, asystować we mszy św., a także poświęcać przedmioty kultu religijnego. W kościele rzymskokatolickim, podczas święceń diakonatu przejściowego, kleryk przysięga celibat.

Neoprezbiter, czyli drugi stopień wtajemniczenia

Po 2 latach postulatu i nowicjatu oraz 6 latach ciężkich studiów w seminarium duchownym, kształcenia samodyscypliny oraz stosowania się do wspólnotowych reguł, Zakon zgodnie stwierdził pełną gotowość naszego diakona ku następnemu krokowi do świętości. Całość wieńczyła pisana długimi miesiącami pod kierunkiem ks. bpa prof. dra hab. Andrzeja Siemieniewskiego praca magisterska z teologii duchowości, opatrzona tyle enigmatycznym, co ciekawym tytułem: "Elementy duchowości artysty w jego dziełach na przykładzie "Władcy Pierścieni" J. R. R. Tolkiena". Jej specyfika i pionierski charakter nie ułatwiały jednak pisania, nie mówiąc już o znalezieniu przydatnych materiałów w seminaryjnej bibliotece. Całość mimo swej rewolucyjności i niepospolitości została oceniona jednak wzorowo, co otworzyło drzwi do ostatniego etapu.
I tak w dniu 24 maja 2008 r. w Archikatedrze Wrocławskiej dwóch diakonów - Wojciech Kobyliński CMF i Szymon Socha CMF, z rąk Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Mariana Gołębiewskiego, Metropolity Wrocławskiego, przyjęło święcenia kapłańskie. Ten ostatni z sakramentów, którego zwykli śmiertelnicy z powodu swej duchowej wątłości i zbytniego rozmiłowania w przyziemnych, cielesnych uciechach dostąpić nigdy nie będą sposobni, nadaje m.in. władzę uświęcania, tj. udzielania innych sakramentów. Prezbiterom zastrzeżone jest sprawowanie Eucharystii (mszy św.), Sakramentu Pokuty i Namaszczenia Chorych. Święceń prezbiteratu udziela biskup w otoczeniu możliwie licznych księży, którzy kolejno, po biskupie, kładą ręce na głowy wyświęcanych, w ten sposób przyjmując ich niejako do swojego grona. Właściwy prezbiterat to drugi po diakonacie stopień kapłańskich święceń, następnym i ostatnim z nich są już święcenia biskupie, które upoważniają m.in. do udzielania bierzmowania (choć prezbiterzy także mogą być jego nadzwyczajnymi szafarzami) oraz sakramentu święceń. Dodam tylko, że połowa kandydatów zaznawszy seminaryjnej musztry nie dotarło do tego etapu i po drodze zrozumiało, że to jednak zbyt stroma dla nich droga.
Mszę prymicyjną neoprezbiter sprawował nazajutrz w parafii pw. Bożego Ciała w Siedlcach. Jednak zamiast w dalszym ciągu łamać sobie język liturgicznym słownictwem, może opiszę tę ceremonię widzianą własnymi oczyma:

Święcenia Kapłańskie

Do Wrocławia wyjechaliśmy w piątek 23 maja z samego rana, zaś w Michalinie k. Warszawy dołączyła do nas matka chrzestna naszego Wojciecha - Ciocia Marzena, która bez względu na odległość i inne przeciwności losu do tej pory nie opuściła jeszcze żadnej uroczystości swojego chrześniaka. Po kilkugodzinnej podróży i dotarciu na miejsce, standardowo już przywitała nas przesympatyczna zakonna "psinka" pod postacią ogromnych rozmiarów nowofundlanda, zwanego też "wodołazem". Po rozpakowaniu bagaży nie rozsiadaliśmy się jednak zbytnio i tak, by nie przeszkadzać w przygotowaniach do tego jakże ważnego wydarzenia, wymknęliśmy się tramwajem w stronę miasta w celu dokładniejszej penetracji starówki. Muszę powiedzieć, że mimo iż stare miasto oglądaliśmy już po raz kolejny, można się nim zachwycać od nowa choćby co dzień! Monumentalizm wszelakich budowli, katedr i starych kamienic po prostu zadziwia i przytłacza swym ogromem, a pietyzm z jakim dopieszczone zostały szczegóły każdego architektonicznego elementu miasta mogą doprowadzić wręcz do szaleństwa! No i ten zapierający dech w piersiach widok z Mostka Czarownic (Pokutnic) między dwiema wieżami kościoła św. Marii Magdaleny - te wszystkie cuda po prostu trzeba zobaczyć! Jedyne co może mierzić to post-komunistyczne, betonowo-metalowo-szklane inkrustacje architektoniczne, które nijak komponują się z zabytkowymi, czerwonymi murami. Jak widać dla prominentów liczyły się onegdaj bardziej pieniądze niż jakaś tam zabytkowa architektura, za co osobiście wieszałbym ich na oczach mieszkańców. W drodze powrotnej, niedaleko barokowego ogrodu wypiliśmy jeszcze piwko w najstarszej, bo aż 730-letniej, restauracji w Europie - Piwnicy Świdnickiej, w której to korytarzach i pięknych salach o kolebkowych sklepieniach można się tyle zakochać, co i zagubić. Po nacieszeniu wzroku pięknymi widokami i zadośćuczynieniu zdaniu wypisanemu w jednej z sal "Kto nie był w Piwnicy Świdnickiej, ten nie był we Wrocławiu", swe kroki skierowaliśmy do domu zakonnego na obiad. Tam przy stole zastaliśmy naszego stryja Andrzeja, który w przeddzień przyleciał specjalnie na tę okazję z gorących, afrykańskich krajów. Tego wieczora nie mogliśmy jednak zbyt długo zabawić, gdyż nazajutrz trzeba było wstać z samego rana - o godz. 11 rozpoczynały się już bowiem śluby, a wcześniej trzeba było przecież gruntownie się przygotować oraz zmyć drobniejsze grzeszki pod prysznicem.

Nazajutrz obudził nas głośny dzwonek w korytarzu, który codziennie skoro świt wzywa kleryków na poranną modlitwę do kaplicy. Nie będę może pisał co pomyślałem gdy pod samymi drzwiami usłyszałem walący kawał metalu, ale jak widać i do tego idzie przywyknąć (lub wstawać przed dzwonkiem;). Później już tylko wspólne śniadanie, skok w garnitur, ugładzenie piórek i krótka podróż do samego centrum wiekowego miasta. Uroczysta ceremonia odbyła się w Archikatedrze Wrocławskiej. Mimo rezerwacji miejsc dla najbliższej rodziny w pierwszych rzędach, o dotarciu do ołtarza nie było nawet mowy - cała katedra była bowiem wypełniona po brzegi. Liczby duchownych nie sposób było dociec, ale z pewnością byłaby to liczba trzycyfrowa. Całe prezbiterium spływało kolorami przeróżnych kapłańskich strojów, których nazw i znaczenia nawet nie będą próbował zgadywać. Wnętrze katedry nasiąknięte było kadzidlanym dymem połączonym z wszechobecną atmosferą powagi i dostojeństwa, którą zmącić obawiał się nawet największy ignorant. W tych warunkach można docenić ciężki żywot fotografa, na szczęście tak wielkie wydarzenia posiadają własną, "wewnętrzną" obsługę. W trakcie ceremonii nasz stryj - o. Andrzej Kobyliński CMF - uroczyście nałożył ornat naszemu nowo wyświęcanemu kapłanowi. Dopiero w takim stroju można było stanąć przed biskupim majestatem. W tym miejscu jednak także powściągnę swe detektywistyczne zapędy i nie odważę się nazwać tych świętych obrzędów, których znajomość nie jest znana zwykłym śmiertelnikom. Po zakończeniu ceremonii i wyjściu przed katedrę życzeniom nie było końca (gwoli ścisłości to te zaczęły się jeszcze wewnątrz katedry), nasz stryj Andrzej natomiast podczas krótkiej wizyty został zaś obdarowany biskupim sygnetem, co zaowocowało podniesieniem głowy jeszcze wyżej i żartobliwymi okrzykami "ciełuj ruku!" pod naszym adresem.

Po powrocie do pięknie położonego na skraju osiedla "Zalesie" domu zakonnego zostaliśmy zaproszeni na wspólny, uroczysty obiad. Później już tylko dymek w przyległym ogrodzie i wymiana post-ceremonialnych wrażeń w rodzinnym gronie. Przed wyruszeniem w drogę powrotną udało nam się jeszcze wygospodarować trochę czasu na spacer wśród zabytkowych domostw, kamieniczek i innych rarytasów poniemieckiej architektury, połączonych pajęczyną pięknie utkanych granitową kostką ulic. Nieco na południe, nieopodal domu znajduje się malowniczy Park Szczytnicki, w którym promienieje kolejna perełka Wrocławia - przepiękny ogród japoński, każdą porą roku zaskakujący swą niesamowitą dynamiką i różnorodnością, a jednocześnie niezmąconym spokojem i harmonią. Mieliśmy okazję zasmakować jego uroków już latem 2006 r. podczas uroczystości ślubów wieczystych, ale taki widok zapada w pamięć na wiele lat i nie da się go ot tak zapomnieć.

Msza prymicyjna

Po sennej podróży nie było już czasu na odpoczynek - nazajutrz czekała nas bowiem prymicja, czyli pierwsza msza św. odprawiana przez neoprezbitera, a ta miała mieć miejsce 25 maja w kościele parafialnym pw. Bożego Ciała w Siedlcach. Swą obecnością uroczystość uświetnili znamienici, licznie przybyli goście, zarówno z grona rodziny, jak i kręgu duchownych, przyjaciół czy znajomych ze szkolnej ławy - w sumie naliczyłem blisko 350 osób, w tym 16. kapłanów. Przed uroczystą mszą prymicyjną w zakrystii nasz prymicjant przywdział szaty liturgiczne, po czym został pobłogosławiony przez rodziców na dalszą drogę swego kapłańskiego życia. Uroczysta, wydająca się nie mieć końca procesja z zakrystii do kościoła tonęła w dymach z kadzidła i z ledwością zmieściła się w głównej nawie. O godz. 12.30 uroczyste nabożeństwo rozpoczęły powitalne wiersze oraz słowa samego proboszcza. Msza sprawowana była za parafian oraz wszystkich obecnych na mszy. Trzeba powiedzieć, że cała oprawa nabożeństwa dawała odczuć podniosły charakter tego wydarzenia, a dym z kadzidła przeszywany przenikliwym śpiewem chóru z siedleckiej katedry od samego początku wyciskał z oczu łzy. Nawet nasz bohater stwierdził później, że w obliczu tych wszystkich wspaniałości czuł się co najmniej jak biskup! Słowo Boże czytał nasz Maciek, zaś szarpiące za serce kazanie wygłosił ks. Robert Steszuk - główny przewodnik duchowy naszego prymicjanta w tutejszej parafii, i to już od wczesnych lat liceum. Chętni goście kolejno przedstawiali intencje Modlitwy Wiernych, dary do ołtarza zanieśli zaś nasi rodzice. Oczywiście Wojtek przewodniczył Eucharystii, udzielanej pod dwiema postaciami - chleba i wina, czyli tak jak być powinno. Końcowym podziękowaniom nie było końca, zwłaszcza że taki dzień w szczególnie zmusza do refleksji nad osobami, którym powinniśmy być wdzięczni. Prymicjant dziękował zatem najpierw Bogu, rodzicom, dziadkom, Maryi, aż wreszcie rodzinie, tej przyrodzonej jak i zakonnej - kapłanom, klerykom, braciom, studentom, siostrom zakonnym, prowadzącym, nauczycielom, wreszcie chórowi katedralnemu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego duchowego rozwoju oraz swą obecnością uświetnili tą uroczystość. Potok podziękowań zakończyły słowa Słowackiego: "Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami. Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny". Następnie prymicjant przyjął życzenia od Wspólnoty Domowego Kościoła oraz przedstawicieli "Dzieła duchowej pomocy powołań kapłańskich i zakonnych". Na koniec nasz młody kapłan udzielił każdemu z osobna uroczystego błogosławieństwa papieskiego, odbywającego się poprzez nałożenie rąk. I tak najpierw przed ołtarzem stanęli rodzice, następnie rodzeństwo - bliższe i dalsze, kapłani, wszyscy przygotowujący się do kapłaństwa, postulanci, nowicjusze, osoby konsekrowane - siostry i bracia zakonni, a na końcu służba liturgiczna ołtarza. Pozostali wierni ustawili się zaś w nawie głównej, która nie pomieściła jednak wszystkich chętnych nawet w dwóch rzędach! W trakcie błogosławieństwa prymicjant wręczył rodzicom kwiaty oraz wyraził słowa podziękowania. Po zakończeniu ceremonii i opuszczeniu Bożego przybytku, przyszła chwila na dalsze wylewne powitania przed kościołem, czasem nawet po kilku latach nieobecności w rodzinnych stronach. Goście powoli, acz konsekwentnie poczęli kierować się na zachód w stronę dawnego, 200-letniego dworku Państwa Reymontów - "Reymontówki" - Domu Pracy Twórczej, znajdującego się obecnie pod opieką Starostwa Powiatowego w Siedlcach.

Przyjęcie prymicyjne

Dwór powitał nas obszernym, pięknie okwieconym dziedzińcem z dwiema przyległymi sadzawkami, położonym w centrum wiekowego parku. Jeszcze przed wejściem posypała się moc życzeń, kwiatów i całusów, całość jednak stopniowo przemieszczała się do sali głównej, gdzie wspólnie z orkiestrą odśpiewaliśmy tradycyjne "100 lat". Nad "lożą honorową", w której zasiedli nasi rodzice oraz czcigodni misjonarze, zawisł afrykański batik przedstawiający ostatnią wieczerzę, oczywiście w wersji "czarnej". Przyjęcie rozpoczął sam prymicjant krótką modlitwą i błogosławieństwem darów oraz wszystkich zgromadzonych, po czym można było zaostrzyć sobie apetyt małym aperitif. Krótkie przedstawienie historii Reymontówki wraz z jej kolejnymi właścicielami oraz przekazanie prezentu od zarządzającego całym założeniem - Marka Błaszczyka, było preludium do dalszego ciągu podziękowań, również imiennych, zakończonych słowami: "Wszystkim za wszystko wielkie, ogromne Bóg zapłać!". Następnie Wojciech przybliżył wszystkim osoby swych przełożonych oraz współbraci ze Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów, z którymi przez 8 lat razem żył i kształtował swe wnętrze. Po tej długiej liście ojciec znów przejął mikrofon i tym samym inicjatywę, by na koniec przybliżyć historię naszego stryja Andrzeja, coraz to dorzucającego swoje trzy grosze i wzbudzającego gromki śmiech całej sali. Słowa uznania dla Chóru Katedralnego otworzyły drugą turę podziękowań, które zakończył uroczysty toast z adekwatnym wprowadzeniem samego neoprezbitera. Zaraz potem przy dźwiękach kapeli zaczęła ustawiać się długa kolejka ok. 120 gości, z której na prymicjanta posypały się z życzenia (niektóre nawet śpiewane!), kwiaty i inne prezenty, na które już po krótkiej chwili brakło rąk. Po obcałowaniu naszego bohatera ze wszystkich stron i na wszystkie możliwe sposoby, wszyscy mogli już ze spokojnym sumieniem zająć miejsca za stołami do właściwej biesiady. Rżnięcie kapeli co rusz przerywały kolejne atrakcje, z których pierwszą okazał się być przepiękny recital fortepianowy siedleckiego pianisty, Krzysztofa Prokurata. Oprócz prawdziwych klasyków muzyki, ściany sali balowej wypełniły takie perełki jak , "Yesterday" Beatlesów, uwertura z "Gwiezdnych wojen" czy "Barka" - na monotonię nie można było zatem powodów narzekać.

Godzinę później, o godz. 18 do przyległego ogrodu z pokaźnych rozmiarów rzeźbami, przyciągnął nas pokaz walk rycerskich zaprzyjaźnionego Bractwa Rycerskiego Ziemi Mazowieckiej i Podlaskiej. Śmiałkowie nie czekali długo i po krótkim wstępie poczęli okładać się ważącymi kilkadziesiąt kilogramów mieczami, kiścieniami tudzież innym wymyślnym żelastwem, a wszystko to podczas narażających na szwank bębenki wystrzałami z tzw. "hakownicy" - najstarszego typu ręcznej broni palnej (sam mistrz musiał otwierać usta w obawie przed ogłuchnięciem, przez co na zdjęciach może wyglądać dosyć dziwnie;). Jako pierwszy odbył się pojedynek rycerzy i giermków wraz z przedstawieniem różnych sposobów walki i podejścia do honoru poszczególnych osób. Następnie mogliśmy podziwiać nie mniej ekscytującą formę walki turniejowej, tzw. "Krąg zdrady". Później rycerze zaprosili wszystkich gości na strzelanie z łuku, do czego nie trzeba było specjalnie namawiać widowni, a na łuk skusiły się nawet siostry zakonne! Strzały latały różnie, a części z nich zamiast w słomianej tarczy trzeba było szukać daleko w krzakach, na całe szczęście nasi dzielni rycerze zapewnili należytą ochronę dla rzeszy ciekawskiej, acz nazbyt nieostrożnej gawiedzi. Goście zaś o bardziej pokojowym usposobieniu i pragnący oderwać wzrok od krwawych atrakcji, szczęku oręża oraz wybuchów, mogli w międzyczasie przejechać się bryczkami po okolicy i nacieszyć wzrok pięknymi widokami mazowiecko-podlaskiej przyrody. Pożegnalna walka rycerzy na śmierć i życie oraz demonstracja kilku rodzajów średniowiecznych modeli ataków, zakończyła tę emocjonującą część biesiady. Na koniec wszyscy chętni mogli sfotografować się w średniowiecznym orężu, u boku mężnych, okutych w lśniące zbroje rycerzy.

Po "zajęciach plenerowych" pora było się nieco posilić, wszyscy zatem ponownie zajęli miejsca przy zastawionych stołach. W międzyczasie każdy mógł wziąć udział w konkursie przygotowanym przez samego prymicjanta, w którym można było wygrać oryginalne, afrykańskie pamiątki. Po rozdaniu wszystkich grantów autor zaprosił wszystkich do wspólnej zabawy, tym razem już na całego! Grzechem byłoby jednak nie zwiedzić na własną rękę tego ciekawego, tak pod względem historycznym jak i architektonicznym czy artystycznym, przybytku - poczynając od samych piwnic mieszczących przytulną kawiarenkę, przez parter z przepięknymi pokojami, salami i biblioteką, wyposażonymi w oryginalne, dworskie meble, aż po piętro, gdzie obecnie znajduje się galeria oraz sala konferencyjna, do której prowadzą długie korytarze ozdobione pięknymi obrazami. My dziwnym zbiegiem okoliczności zwiedzanie zaczęliśmy od piwnic, gdzie w kawiarence można było nieoficjalnie posilić się znamienitym trunkiem jak i nacieszyć oko kelnerkami - oczywiście tylko i wyłącznie pod pretekstem schłodzenia organizmu czy "przewietrzenia płuc". Spacer po okolicy - m.in. dworskim parku czy "Rzeźbiarskiej Zagrodzie", często okazywał się wspaniałą okazją do ucięcia sobie dłuższej pogawędki z dawno nie widzianą rodziną i rozpierzchłą po świecie rodziną oraz przyjaciółmi.
Po powrocie gości z terenowych eskapad wybicie godziny 21 oznaczało nadejście właściwej pory na wspólne odśpiewanie Apelu Jasnogórskiego. Zaraz po nim podsycona kolejnym gorącym daniem zabawa rozkręciła się już na dobre, jednak kulminacyjnym punktem było kilka bisów skomponowanego na specjalne zamówienie utworu "Chrześcijanin tańczy" ks. bpa Antoniego Długosza, która bije ostatnio rekordy popularności. Cały parkiet dosłownie oszalał i z ledwością utrzymywał na swych barkach coraz to większą liczbę chętnych. Po tych akrobatycznych wręcz występach można było zrelaksować się przy filiżance kawy w sali kominkowej, z czego wszyscy dość często korzystali. Zabawa na "deskach" trwała jednak w najlepsze prawie do północy i tańcom nie było końca, a oprócz humorów dopisywała także rozkapryszona ostatnio pogoda. Po wybiciu północy goście zaczęli powoli żegnać się nie mniej wylewnie jak podczas powitań, po czym kolejne samobieżne pojazdy z należytym i adekwatnym do okazji dostojeństwem, zaczęły opuszczać dworzany dziedziniec...

Podsumowując: jako goście na przyjęciu bawiliśmy się nie gorzej niż na niejednym weselisku, obalając tezę jakoby jakość zabawy była wprost proporcjonalna do ilości wypitego alkoholu! Mam też nadzieję że ten długi weekend nie tylko dla nas okazał się istną ucztą, zarówno duchową jak i cielesną, na długo goszcząc w naszej pamięci - do czego mam nadzieję w jakimś stopniu przyczyni się także relacja, którą właśnie kończę pisać.
Tydzień później ks. Wojciech odprawił uroczystą mszę w kościele pw. św. Zygmunta w Łosicach, po której zaprosił pozostałą część rodziny na skromne przyjęcie do ogrodu. Byli księża z samym proboszczem na czele, jak i najbliższa rodzina. Jako że prymicją zwykło się nazywać nie tylko pierwszą odprawianą przez neoprezbitera mszę, ale również kolejne, odprawiane w poszczególnych parafiach, tą też nazwijmy prymicją.

Młody kapłan i afrykański misjonarz

Wielu zapewne zada pytanie: co dalej z naszym młodym kapłanem? Trzeba powiedzieć, że misjonarze nie mają łatwego żywota i są wysyłani tam, gdzie istnieje potrzeba - Syberia, Afryka, oto miejsce pracy wielu zakonników. Otóż Wojtek we wrześniu wyrusza na rok do Paryża szlifować język francuski, by później zasilić szeregi braci misjonarzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej w Afryce. Trudna to misja, zwłaszcza biorąc pod uwagę położenie geograficzne, poziom rozwoju tamtejszych społeczności, groźne dla życia choroby czy stale napiętą sytuację polityczną w tym regionie, ale widać taka jest wola Boska, a my nie śmiemy się jej sprzeciwiać! Pozostaje nam jedynie życzyć wszelakich łask Bożych, radości z posługi oraz samych udanych kazań!

Całą relację z tych niecodziennych wydarzeń zakończę może słowami podziękowań, kierowanych później do wszystkich gości:
"Serdecznie dziękujemy, że byliście z nami w tak ważnym dla nas dniu. Pragniemy wyrazić naszą wdzięczność za okazaną serdeczność i modlitwę. Prosimy o duchowe wsparcie w dalszej drodze życiowej Prymicjanta.
O. Wojciech Kobyliński CMF z Rodzicami".


Więcej o historii Zgromadzenia, m.in. celach, placówkach, misjach i aktualnościach można dowiedzieć się z oficjalnej strony zgromadzenia Klaretynów.

Na stronie Wawrzyn w dziale "Felietony" można przeczytać kilka zebranych w "Przewodniku terenowym" tekstów Wojtka o Paryżu. Zapraszamy do lektury!

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy