strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Polinowskie stawy

Stawy i rybołówstwo w dawnej Rzeczpospolitej

Za panowania Piastów

Maciej KobylińskiRyby od czasów pierwotnych były w Polsce jednym z głównych źródeł pożywienia miejscowej ludności, jednak dopiero od czasów zaprowadzenia chrześcijaństwa i obowiązujących postów, stały się w pewnych porach roku nieodzownym artykułem. Za panowania w Polsce Piastów, ludzie biedniejsi jadali w poście śledzie, możniejsi ryby krajowe lepszych gatunków. Śledzie solone rozwożono po kraju w beczkach, albo nadziane na rożny (zapewne wędzone). Na jeden rożen (oczywiście drewniany, a nie żelazny) nadziewano do 30 śledzi.

Już wtedy istniało w kraju wiele stawów i sadzawek, które dostarczały ryb na długie posty. Długosz chwali Przecława, biskupa wrocławskiego, że kapłan ten lubił zakładać sadzawki. W wiekach owych istniało już wiele rodzajów sieci, np.: abryda, płachta, drugubica, mszesza, więcierz, słompnica, przywłok, kłomia, kidło. W średniowiecznych dokumentach wymienione są gatunki ówczesnych ryb: mrosty, łososie, jesiotry, bugle, szczupaki, węgorze, sielawy, liny, karasie, lipienie itp. Szajnocha w dokumentach z XIV wieku znalazł wymienione sieci i narzędzia rybackie: włóki, wędki, więcierze, potrestnice, słabnice, wiersze, zabrodnie, niewody, żaki oraz ryby: łososie, jesiotry, czeczugi, lipnie, berzany, ukleje, kleszcze, sielawy.

Połów ryb był regulowany wieloma prawami np. niektórym poddanym wolno było łowić tylko stojąc na nogach (czyli brodząc) bez użycia czółna (przy brzegu). Statut Kazimierza Wielkiego mówił, że "...ryby wolno łowić w starej rzece czyli rzeczysku ludziom z obu stron brzegu mieszkającym, gdzie się rzeka bez powodu ludzkiego inaczej obróci. Ale jeśli za dowcipem ludzkim obrócona będzie, tedy tylko jedna z dziedzin, przy której owo stare rzeczysko zostało, ma mieć własność w obu brzegach onej rzeki starej albo potoczku. Ryby w jeziorze lub stawie ktoby pokradł, ma za nie stronie dosyć uczynić...".

Za panowania Jagiellonów

W XVI w. hodowla ryb w stawach lub ciekach wodnych była bardzo często spotykana. Cudzoziemcy, którzy przybywali w tym czasie na ziemiach Rzeczypospolitej byli zaskoczeni rozwojem hodowli ryb. W wielu źródłach z XVI w. znajdziemy też wzmianki o rybołówstwie.

Znaczna grupa folwarków dysponowała swoimi stawami. Koszty przygotowania i utrzymania stawów były prawdopodobnie dość znaczne. Często hodowla była słabo zorganizowana, ale w starych dokumentach spotkać się można z celowym zarybianiem oraz wykorzystywaniem szlamu z dna zbiornika jako nawozu. Najczęściej hodowano ryby takie jak: karpie, karasie, okonie i szczupaki. Połowu ryb dokonywano głównie z wykorzystaniem sieci, aczkolwiek często stosowano technikę spuszczenia wody ze stawu rybnego (tzw. spust). Pozwalało to na jednorazowe osiągnięcie dużej liczby ryb, które mogły być przeznaczone na sprzedaż.

Właściciele dóbr ziemskich z biegiem czasu starali się ograniczyć innym mieszkańcom wsi możliwość łowienia ryb w jeziorach i rzekach. Prawo z r. 1496 nakazuje: "...ryby nie stawieniem płotów (jazów), ale sieciami łowione być mają na rzekach, przez które statki chodzą...". Surowo karano za kłusowanie na dobrach pańskich. Gospodarkę rybną w folwarkach możemy uznać za towarową, większość odławianych ryb szła na sprzedaż.

Z rachunków młodego królewicza Zygmunta I widzimy, że gdy przyjeżdżał do Krakowa na jego stół kupowano: łososie, płocie, kiełbie, ślizy, karasie, okonie, leszcze i lipienie. Łoziński w dziele "Patrycjat i mieszczaństwo lwowskie" opowiada, że w XVI w. kwitł we Lwowie międzynarodowy handel ryb. Mieszczanie tamtejsi zaopatrywali się w ryby u szlachty w jej licznych stawach położonych na Rusi Czerwonej. W dokumentach wspominane są najczęściej stawy: złoczowski, szczerzecki, zaleski, borecki nad rzeką Wrzeszycą, kurowicki, łojanowiecki, januszpolski, szulczyński, kozłowski, zasławski, podhajecki, komarzański, kuźmiński, czerniatyński, czernihowski, malczycki, buski. Filie lwowskiego handlu rybnego istniały m.in. w Busku, Jaworowie, Łucku. Ryby suszone i solone rozsyłano z Lwowa w najdalsze strony Polski, na stół królewski (liny, szczupaki), a nawet za granicę.

Za Zygmunta Augusta sprzedawano beczkę ryb po 36 grzywien. Hodowla ryb w tych czasach bardzo się rozwinęła, o czym świadczy bogate piśmiennictwo:

  • W roku 1547 wydana została we Wrocławiu po łacinie pozycja "Dubrowjusza Janusza o rybnikach i rybach ksiąg pięcioro".
  • Olbracht Strumieński w książce "O sprawie, sypaniu, wymierzaniu i rybieniu stawów" wydanym w Krakowie 1573 r. wspomina: Czerniechów, Niepołomice, Babice, Szczyglice, Niegrów, Oświęcim, Pszczynę. Pozycja ta obejmowała wszystko, co wówczas wchodziło w zakres stawowego gospodarstwa.
  • Stanisław ze Strojnowa Strojnowski, uzupełniając dziełko Strumieńskiego, wydał: "Opisanie porządku stawowego"; w r. 1609 wyszło w Krakowie drugie wydanie tej książki.
  • Paweł Palczowski wymienia w roku 1609 ryby ruskie: jesiotry, wyże, czeczuki, łososie, sielawy i leszcze.

W książkach i papierach polskich z w. XVII i XVIII napotykamy jeszcze inne nazwy ryb: amernice, anabasy, byczki lub połosze, brzany (inaczej zwane barwanami, rapami, boleniami), białki, banie, certy, cierniki, dubiele, drętwy, flądry, głowacze i głowacice, jazgarze, jesiotry (świeże, słone i wędzone), klenie, krąpie, koropie (z Dniepru), kleszcze, kiełbie, konie, łososie (bywały świeże, suche, gdańskie i dunaleckie, wielkie zwano krukami), mientuzy, minogi, miecze, obłączki, okleje, perki, płatajki, porsze, pałosze, pyny (czyli lipienie), dorsze (nazywane w Prusiech romuchlami), rogacze, ślizie, stokwisze, świnki, suchwy, szczupaki (były głowne i łokietne). Bydlinkiem nazywano śledzia wędzonego.

Za panowania Wazów i czasy późniejsze

Miaskowski za czasów Zygmunta III tak pisze o poście:

Co gotują? Węgorze, śledzie, szczuki w soli,
Wizinę, łosoś, karpie, brzuchom na post gwoli,
Ci nie myślą potężnie z ciałem wstąpić w szranki,
Ale kuflem dwuuchym chcą szlamować dzbanki;
Bo jako to nie mogło nigdy być bez wody,
Niż co z niej wyciągnęły konopne niewody;
Tak po śmierci solone brzydzą się nią zasię,
Ale piwo i wino każą nosić na się.


W wielu miastach nadrzecznych istniały konfraternje, czyli bractwa rybackie. Cech rybaków warszawskich miał swój statut spisany po polsku w r. 1532. W kościele Panny Maryi na Nowym Mieście w Warszawie odbywało się dawniej zawsze w dniu św. Barbary nabożeństwo rybaków. Jeszcze za czasów Saskich z całymi rodzinami i swoją czeladzią zwykli pojawiać się na porannym i wieczornym nabożeństwie, po którym rozdawali ubogim ryby, jako jałmużnę. Siarczyński w "Wiadomości o Jarosławiu" pisze o konfraternii rybaków nad Sanem. Piszący to wtajemniczał się z upodobaniem podczas młodości swojej w życie i sposoby rybaków we wsi rodziców swoich nad Narwią.

Ryby zamieszkujące Narew, zwały się w gwarze miejscowego ludu: scubeł (szczupak), jaź, lesc, okuń, płotka, mientuz, piskorz lub wiun, jezgarz, kiełb, lin, uklej, bieluga lub bielucha zwana także bielizną i karaś. Z Biebrzy przypływała niekiedy do Narwi babia-łyta, a z Wisły niezmiernie rzadko zabłąkał się sum.

Dwór łowił ryby niewodem, chłopi zaś zastawiali wiersze i żaki, zaciągali chobotnią, włókiem, drygubicą, watą, brodzili z kłomlą czyli kłomką, łapali przy jazach na podrywkę, jeździli z dróżką, w dzień łowili na wędkę i klucz, w nocy na wiosnę przy świetle łuczywa jeździli z ością, która składała się z żelaznego zębatego grzebienia, osadzonego na drewnianem piechowisku.

Polinowskie stawy

Łyk historii

Bartosz KobylińskiTak naprawdę dokładnie nie wiadomo, kiedy powstały polinowskie stawy. Z całą pewnością można jednak wywieść, że istniały już w pierwszej połowie XIX w. Zapewne początek tych dwóch zbiorników wodnych zbiega się z założeniem parku dworskiego, którego to integralną część stanowiły od zawsze. Na pierwsze potwierdzone wzmianki natrafiamy jednak dopiero w IV tomie "Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich" z 1883 r., w którym czytamy m.in., że (wg danych na 1842 r.) chlubą Polinowa w tym okresie pozostawał m.in. piękny i rozległy park angielski ze stawami: "(...) Ogród angielski bardzo ładny w pięknem położeniu; w ogrodzie o paręset kroków przed domem dwa stawy połączone kanałem, obsadzone naokoło pięknemi drzewami i gęstemi krzewami". Z powyższego fragmentu jawi nam się zatem wprost bajkowy obraz: piękny angielski ogród z dwiema sadzawkami połączonymi kanałem i obsadzonymi ozdobną, niespotykaną dotychczas w kraju, roślinnością. A nieopodal, na południowym wzgórzu, górująca nad całą okolicą oranżeria, z okien której można podziwiać wszystkie te wspaniałości. Na planie Folwarku Polinów z 1871 r. również widzimy już oba stawy, i to w położeniu nieodbiegającym od dzisiejszego. Również pole za nimi nie bez parady nazwane zostało "Pole za Sadzawką".

Po drugiej stronie dużego stawu zachowała się zabytkowa kapliczka, świadcząca o niezmiennym od wieków położeniu grobli. Wcześniej woda dopływała do stawów prawdopodobnie dwiema drogami: od wschodu - obecnym starorzeczem Polinówki wiedzącym przez łąki, a swój początek biorącym w źródłach obecnie zasilających stawy, oraz od północnego wschodu - rowem prowadzącym z okolic dawnego gościńca brzeskiego, prowadzącego do Konstantynowa (dawniej noszącego nazwę Kozierady). Obecnie tymi dwiema drogami woda dopływa już tylko sezonowo, głównie podczas wiosennych roztopów. Na planie majątku Polinów z 1946 r. rzeczka wiedzie już obecnym korytem, co każe sądzić o jego regulacji jeszcze przed tą datą. W latach 90. zasypana została mała przechowalnia, którą jeszcze pamiętam, położona między małym stawem a rowem płynącym tuż za nim. W okresie tarła przechowywano tam potrzebujące spokoju matki karpi.

Tyle tytułem wstępu, ale oddajmy w tym miejscu głos starszyźnie, która kto jak kto, ale ze stawami łączy najwięcej wspomnień:

Wspomnienia starszego pokolenia

Jacek KobylińskiDla nas, pokolenia lat 50. XX wieku, stawy "były od zawsze". Jednak starorzecze Polinówki widoczne do dziś na polinowskich łąkach wskazuje na fakt dokonania przed laty istnej rewolucji wodno-melioracyjnej. Leniwą i krętą rzeczkę skierowano wykopanym po granicy posiadłości rowem. Z lat młodości pamiętamy jeszcze faszynę i zabite w nowym korycie paliki. Przepływ wody do stawów regulowała wtedy drewniana tama z systemem zastawek, zaś jej nadmiar odprowadzony był rowem okalającym groble. Rzeczka Polinówka wpadała najpierw do "małego", wyższego stawu, po czym łączącym obydwa akweny łącznikiem swobodnie przelewała się do "dużego", niższego stawu.

Mały staw trudno jednak było nazwać wtedy prawdziwym stawem. Był zarośnięty kępami kobylaka (szczaw lancetowaty), sitowia i trzciny. Piętrzyło się kilka zbudowanych z badyli i gałęzi kopców piżmaków. Kanałami między szuwarami płynęła woda, w której tarły się ogromne "maciory" - samice karpia, wpływające tu na tarło z dużego stawu otwartym, nieistniejącym już, przepływem. Te potężne rybska wyginęły w ciągu jednej zimy, gdy staw zamarzł do dna. Wtedy to ówczesny właściciel - Tadeusz Tokarski - podjął decyzję o renowacji akwenów i zlikwidowaniu łączącego je, otwartego przepływu, a z w zasadzie zastąpieniu go mnichem.

Nad stawami stały niegdyś czworaki dla służby folwarcznej, których ostatnią mieszkankę - stareńką "Janową", doskonale jeszcze pamiętam. Przed każdymi świętami nosiliśmy jej spożywcze datki od rodziców. W latach 50. zabudowania rozpadły się już doszczętnie, na długie lata pozostawiając po sobie kupę ceglanego gruzu i lekkie wzniesienia.

W stawach "od zawsze" kwitło bujne życie. Ich brzegi porastał starodrzew dawnego parku dworskiego, w początkach XX w. mocno już przetrzebiony, a w dalszej odległości olszyna. Roślinność wodna była z kolei problemem, a to ze względu na zarastającą toń wody, co we znaki wdawało się zwłaszcza na małym stawie. Wśród ryb dominował karaś i karp pełnołuski. Kiedyś pełno było też małży, z których muszli robiliśmy dla ojca popielniczki. Niestety były też i pijawki, na szczęście jakoś nigdy nikomu się to draństwo nie przyczepiło. Po stawach pływało też okoliczne ptactwo domowe - gęsi i kaczki.

Wróćmy jednak pamięcią do czasów przedwojennych, które znamy już jedynie opowieści starszeństwa.

Regionalna atrakcja

Polinowskie stawy były wielką przedwojenną atrakcją Łosic, przez długie lata stanowiąc największe zbiorniki wodne w całej okolicy. Wszak nie było jeszcze łosickiego zalewu, otwartego dopiero w roku 1966, a dostęp do Tocznej utrudniały moczary i trzciny. Dziadek Michał był człowiekiem otwartym i pozwalał na nieograniczony wstęp na polinowskie akweny, dzięki czemu przez wiele lat były dostępne dla ogółu mieszkańców. Wówczas nie były nawet ogrodzone, jako że "moda" na separowanie się od sąsiadów wysokimi murami i traktowania swojej własności jako terytorium zakazanego dla innych przyszła dopiero w późniejszych latach. Jaka szkoda, że dziś dewastacja, wandalizm i zdziczenie obyczajów powodują potrzebę takiej izolacji...

W latach 20. i 30., w cieniu potężnych lip i jesionów polinowskiego parku, mieszkańcy Łosic spędzali swe wolne chwile. Prawie co tydzień odbywały się tu potańcówki czy majówki, i nikomu jakoś nie przeszkadzało, że w soboty świętowali "pejsaci", a w niedziele chrześcijanie. Stawy spełniały jednak jeszcze kilka innych funkcji - fryzjerki na przykład czerpały z nich wodę do mycia głów łosickich elegantek - ta była bowiem miękka i włosy w niej umyte stają się bardziej błyszczące, mniej łamliwe i łatwiejsze w układaniu. Twardość wody ma bowiem bardzo silny wpływ na jej napięcie powierzchniowe, a te utrudnia z kolei zwilżanie wszelkich powierzchni, w skutek czego trudno jest w niej prać, zmywać naczynia czy myć włosy. A jako że w owych czasach detergenty pozwalające uzyskać skuteczny efekt mycia nie były na porządku dziennym, niezbędna była właśnie miękka woda. Ot i cała tajemnica:)

Źródło utrzymania

Dawnymi laty Żydzi kupowali od dziadka Michała złowione w stawach ryby. Większe połowy odbywały się przy użyciu niewodu ciągnionego przez konie. Pamiętam jeszcze jego przetruchlałe resztki, leżące na strychu spichlerza. Poza sezonem rybnym, stawy dawały niezły dochód także zimą. To właśnie na Polinowie w latach 50. wszyscy łosiccy lodziarze zaopatrywali się w lód. Gdy ten miał już około 30 cm grubości, na dużym stawie zaczynał się wzmożony ruch...

Grube tafle lodu cięte były ręcznymi piłami, na których jednym końcu wisiał stalowy ciężar, a po drugiej stronie stało dwóch tęgich chłopów. Ciężar ciągnął piłę w dół, a następnie siła ludzkich mięśni kierowała ją ku górze. Ekipa rębaczy cięła te grube na 30-40 cm tafle na prostokątne, około metrowe kry, a następnie bosakami wyławiała na powierzchnię. Lód kupowali łosiccy lodziarze, a tych zawsze było kilku. Podjeżdżały sanie (zajdki wyglądały jak wóz, jeno zamiast kół z tyłu i z przodu miały płozy), na które łosiccy lodziarze w grubych, ceratowych rękawicach oraz długich, gumowych fartuchach, ręcznie ładowali ważące po 100 i więcej kilogramów bryły. Konie kute były na ostro, czyli wkręcane miały w podkowy specjalne wkręty - tzw. hacele, dzięki czemu nie ślizgały się na lodzie i były w stanie ciągnąć parę ton lodowego ładunku. Dla dzieciarni z Polinowa zima była nie lada frajdą, gdyż można było doczepić własne sanki do sań z lodem i kursować z lodziarzami po zaśnieżonych ulicach Łosic.

W tamtych czasach próżno szukać takich cudów techniki jak zamrażarki czy lodówki, wskutek czego latem jedyne źródło zimna stanowił naturalny lód. Lodziarze składowali przywiezione tafle w ogromne pryzmy i przysypywali grubą warstwą trocin. Gdy przyszło ciepło, lód pod ich pierzyną wcale nie topniał, a w takiej hałdzie latem mógł przetrwać największe nawet upały. Lodziarz w razie potrzeby wyciągał taką taflę i tłukł na kawałki. Do beczki wkładał następnie metalową bańkę, po czym obsypywał ją potłuczonym lodem. Kawałki lodu posypywane solą zaczynały topnieć, obniżając przez to temperaturę wewnątrz metalowej bańki do około -10-15°C, zamrażając tym samym masę lodową. Takie skrobane z beczki po mleku lody były największym przysmakiem łosickiej "dzieciarni". Najlepsze lody w Łosicach sprzedawali państwo Pliszkowie i Rypina. Największym odbiorcą polinowskiego lodu była jednak łosicka mleczarnia, działająca zresztą po dziś dzień. Lód na polinowskich stawach cięto jeszcze w drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku, przeważnie od stycznia do końca lutego. Dla właścicieli stanowiło to niezły zarobek, dla nas zaś było jedną z większych zimowych atrakcji.

Święta ziemia

Dopiero po podziale majątku pomiędzy sześcioro spadkobierców w 1946 r., gdy stawy objął we władanie mój chrzestny ojciec - Tadeusz Tokarski, mąż Marianny Kobylińskiej - najstarszej córki Michała Kobylińskiego, nazywany później przez młodsze pokolenie po prostu Starym Tokarskim, stawy stały się trudno dostępne nawet dla rodziny. Nowy właściciel przeganiał bowiem stamtąd każde żywe stworzenie, w tym ludzi, którzy naruszyli granice "Świętej Ziemi" - jak od tej pory nazwaliśmy ten teren. Latem na przykład nie pozwalał nam się kąpać, czasem tylko zmieniając zdanie. Niestety rzadko miewał takie przypływy dobroci, a wstępu na te tereny nie zawsze mieliśmy również zimą - choć w przypadku "dużego stawu" to zrozumiałe, gdyż prawie cały sezon zdejmowano z niego grube tafle lodu dla lodziarzy. Trwały tam więc dość niebezpieczne prace i kręcenie się tam ciekawskiej dziatwy było wielce niewskazane. Zimą duży staw był zatem raczej zastrzeżony dla lodziarzy, a przy tym zamknięty dla wszelakich zabaw.

Na małym stawie z kolei - naszym ulubionym i jedynym dostępnym miejscu zimowych zabaw - wujek Tokarski przeważnie pozwalał się bawić, choć gdy zebrało się dużo dzieciarni (dotychczas na polinowskie stawy schodziły się niemal całe "Nowodomki"), gonił ją bez pardonu. Nam też nieraz się dostawało, gdy ten wpadał w zły humor. Mały staw to także szaleństwo hokeja w latach 60., kiedy to na jego tafli odbywały się mecze, najczęściej Polinów - Nowodomki. O dostęp do stawów wraz z ich atrakcjami toczyła się zatem między sprawującym nad nimi pieczę właścicielem a polinowską dzieciarnią, wieczna wojna. Z powodu ograniczonego dostępu, stawy były dla nas jednak tym bardziej tajemnicze i pożądane. Łowienie ryb wiązało się z dużymi emocjami, kąpiele odbywały się często nocą, zaś z zimowym ślizganiem też bywały wspomniane problemy.

Bartosz KobylińskiCzytając powyższe wspomnienia nie sposób nie odnieść wrażenia, że na przestrzeni lat stawy nieprzerwanie przyciągały do siebie swą magiczną mocą i zawsze znajdowały się w centrum zainteresowań - nie ważne czy była to zima, lato, jesień czy wiosna - zawsze było tam coś "do roboty", nawet jeśli miała by ona polegać wyłącznie na biernej obserwacji. Od czasów, kiedy dworska sadzawka stanowiła głównie element krajobrazu, będąc perełką pięknego parku angielskiego, późniejsze cele użytkowania polinowskich stawów były zgoła odmienne. Na przestrzeni wieków zdawały się jednak przeważać te rozrywkowe, pomijając może kilkadziesiąt ostatnich lat ich istnienia, przypadające na ciężkie dla ziemian czasy. Oprócz pory letniej, kiedy to zamieniały się w kąpielisko oraz akweny hodowlane, szczególnym powodzeniem cieszyły się w okresie zimowym, a to głownie z racji naturalnego lodowiska a także źródła ton lodu, pozyskiwanego dla łosickich lodziarzy oraz mleczarni.

Także i dziś co i rusz trafiają się jakieś nowe atrakcje: prawie metrowy szczupak, wydry, piżmaki czy wreszcie bobry, które przywędrowały w zasadzie nie wiadomo skąd. Wiosną trzciny szeleszczą od tarła ryb, a pod powierzchnią wody uwijają się żaby, ropuchy i kijanki. Po dnie buszują rzadko już spotykane raki błotne, a w muł w poszukiwaniu smacznych kąsków pracowicie przekopują karpie czy sumiki. Południami taflę wody leniwie przecinają grzbiety wygrzewających się w letnim słońcu karpi, które po południu i rankiem razem z linami zamieniają się w zbierające z liści nenufarów ślimaki i inne bezkręgowce pracowite żniwiarki (lub w nomenklaturze growej - "harvestery":), jakby miały zamiar odpracować swe słodkie lenistwo. Wczesnym rankiem można zaś zachwycić się niczym nie zmąconym spokojem idealnie równego lustra, niemrawo uginającego się czasem pod odnóżami wesoło harcujących nartników czy falującego od skaczących rybek, płoszonych przez większe drapieżniki. Wieczorem zaś można stać się zaś świadkiem wspaniałych żabich koncertów, które zaczyna przeważnie jedno, a kontynuuje setki żabich gardeł. Zresztą o każdej porze dnia wystarczy tylko na moment przystanąć, by zachwycić się bogactwem pod i nadwodnego życia. Zróżnicowanie fauny i flory nawet w tak małych zbiornikach jest bowiem wprost niesamowite, a przyroda idealnie dobiera proporcje poszczególnych gatunków, regulując gospodarkę tlenową oraz dbając o równowagę flory i fauny. Każdy ma tu swoją ściśle określoną funkcję - od roślin produkujących tlen i będących pożywieniem dla roślinożerców, aż po zwierzęce służby porządkowe czyszczące zbiornik z najsłabszych osobników czy zbierające resztki z dna. A człowiek po prostu nie powinien im tylko przeszkadzać...

Jako stały uczestnik zabaw młodszego pokolenia mogę tylko dodać, że magia stawów udzieliła się także i nam. Pamiętam m.in. pływające po ich tafli modele żaglowców własnej konstrukcji czy kuterek napędzany wiatraczkiem obsadzonym na silniczku. Nie wspomnę już o łowieniu ryb z "malinowych stanowisk", kiedy do między podmytym brzegiem a siatką układało się z badyli prowizoryczny pomost, z którego zarzucało następnie żyłkę na szpuli. Nie raz np. pokaźnych rozmiarów karp wyciągał wędkę na środek pokrytego rzęsą, małego stawu. Za młodu celowo byliśmy permanentnie straszeni pułapkami na szczury wodne (piżmaki?), które - jak wynikało z opowieści - w ułamku sekundy potrafiły odciąć człowiekowi nogę, a także zagrożeniami płynącymi ze strony zalegających w trawie, kolczastych drutów po starych ogrodzeniach czy kłujących ostów. Z czasem stosunki między nami a właścicielem ocieplały się i skakanie "na główkę" z mnicha było już swojego czasu dosyć popularną dla nas rozrywką. Być może fakt, że w znacznym stopniu przyczynialiśmy się do odmulania zbiornika, za każdym skokiem zaczerpując dolną wargą pokaźną dawkę mułu z jego dna, było bezpośrednim powodem zgody na kąpiel?

Obecność zbiorników wodnych wzbogaca cały ekosystem o niespotykane, często już wręcz egzotyczne w naszych czasach, gatunki flory i fauny - od ssaków poprzez ptactwo, płazy i ryby, aż po mikroskopijnych rozmiarów bezkręgowce i plankton. Woda przyciąga także dzikie ptactwo, m.in. łabędzie nieme, czaple siwe czy bajecznie ubarwione zimorodki, wyławiające z toni małe rybki i stukające nimi o drewniane mnichy. Stawy mają również niebagatelny wpływ na mikroklimat, działając sprzyjająco na cały ekosystem. Ostatnimi laty stawy wokół Polinówki powstają jak grzyby po deszczu, w samym tylko jej górnym odcinku można ich naliczyć co najmniej siedem. Pokaźnych już rozmiarów, wyrzeźbioną przez strumyk dolinę można zatem śmiało obecnie nazwać doliną stawów, a ich liczba w dalszym ciągu systematycznie wzrasta, w znacznym stopniu przyczyniając się do poprawy retencji wód powierzchniowych i bilansu wodnego. Obecnie nad wiekowymi, polinowskimi akwenami, pieczę sprawuje Józef Tokarski - wnuk Tadeusza, kontynuując m.in. hodowlę karpi. Powierzchnia większego stawu wynosi dziś blisko 60 arów, mniejszego około 10 arów, co łącznie z naszym stawkiem mierzącym ok. 3 ary i rzeczką Polinówką daje ponad 70 arów powierzchni pod wodami. Stawy to jednak nie tylko rozrywka i przyroda - jak wszystko wymagają one opieki, choć ta w tym przypadku musi być szczególnie troskliwa, a na każdym kroku przyroda uczy nas pokory. I tak, zimą trzeba wycinać przeręble zapobiegające przydusze ryb (czy wręcz pompować wodę z wodociągu), wiosną oczyszczać brzegi z suchej roślinności i ew. prowadzić nowe nasadzenia, stale zarybiać, odławiać przerośnięte sztuki i wszelaki, biorący się znikąd, chwast rybi oraz wszelki zbędny inwentarz, zapobiegać mnożeniu naprzykrzających się bobrów, pragnących zmienić każdy zbiornik w swoją siedzibę czy wydr, potrafiących spałaszować nawet kilogramów ryb dziennie! Do tego dochodzi regularne koszenie i naprawa grobli, odmulanie, regulacja ekspansji roślinności wodnej. I tak można by wymieniać naprawdę bez końca... Natura bowiem owszem piękna, ale czasem i bezlitosna, zwłaszcza gdy człowiek chce ją „przerobić” wg swojego uznania. Sztuczne zbiorniki wodne nie są bowiem w stanie utrzymać się przez lata tak, jakbyśmy tego chcieli. W końcu woda podmyje brzegi, drzewa zamulą liśćmi dno, a poryte przez piżmaki i bobry groble zaczną przeciekać. Wydry wytrzebią nam całe rybie pogłowie, a czaple dokończą resztę. Nie szanując praw przyrody, ta zawsze obróci się przeciwko nam. Niestety, a może właśnie na szczęście, jeszcze żaden człowiek z nią nie wygrał, lub zrobił to tylko połowicznie. Każdy, nawet najmniejszy błąd w przerobieniu natury na swoją stronę, mści się później okrutnie. Nie mówiąc już o mordędze przy utrzymaniu swojego dzieła w ryzach, co pochłania ogrom czasu i pracy. Nauka płynąca z tych doświadczeń jest zatem taka, by z przyrodą należy postępować bardzo ostrożnie, ważąc każdy swój krok i niejako pytając ją o zgodę na jakąkolwiek ingerencję. Dzięki temu odwdzięczy nam się z nawiązką.

Polinowskie stawy jako stały element krajobrazu od stuleci zdają się działać jak szwajcarski zegarek - niesamowicie precyzyjny, samoregulujący się mechanizm, w którym każdy żywy organizm jest potrzebny i posiada ściśle określoną funkcję. Mieszkańcy Polinowa od stuleci żyli ze stawami oraz ich mieszkańcami w harmonii, czerpiąc jednocześnie określone korzyści. Trzeba mieć tylko nadzieję, że dzisiejsze szalone czasy, nieuzasadnione uzurpacje i pędzące, chore ambicje człowieka do podporządkowania sobie każdego skrawka przyrody, nie zaszkodzą tym kilkusetletnim zbiornikom, które na przestrzeni wieków na stałe wtopiły się już w krajobraz zarówno Polinowa, jak i Łosic, stanowiąc obecnie ich nieodłączny element oraz znak rozpoznawczy. Przez wieki wokół polinowskich stawów kwitło życie, zapewniając także byt, a młodszemu pokoleniu Polinowa - pyszną rozrywkę. Na przestrzeni wieków zmieniały się także funkcje tych dwóch zbiorników. Zbudowane z myślą o ozdobie dworskiego parku, po wojnie i trudnych czasach Polski Ludowej przeobraziły się w stawy hodowlane, a zimą służyły jako źródło lodu, pozwalając mieszkańcom Polinowa przetrwać tamte ciężkie czasy. Z czasem znaczenie gospodarcze stawów systematycznie malało, a obecnie trzeba dołożyć sporo wysiłku i pieniędzy, by utrzymać je w nienagannym stanie. Odpłacają się nam jednak z nawiązką, wzbogacając swym urokiem polinowski krajobraz oraz warunkując byt wielu gatunków związanych ze środowiskiem wodnym. Bo tam gdzie woda, tam i życie!

Bibliografia:

  1. "Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich". pod radakcyą Filipa Sulimierskiego, Bronisława Chlebowskiego i Władysława Walewskiego; Warszawa 1880-1914.
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy