nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

marzec 2008 r.

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Wielkanoc

Zmartwychwstanie Chrystusa

Niedziela Palmowa

Jacek KobylińskiŚwięta Wielkanocne na Polinowie od zawsze były wydarzeniem, na które czekało się przez długie tygodnie postu z dużą niecierpliwością. Przedsmakiem Świąt Wielkiej Nocy od wieków była Niedziela Palmowa. To dzień upamiętniający triumfalny wjazd Chrystusa do Jerozolimy, poprzedzający tragiczne wydarzenia Wielkiego Tygodnia. W tradycji, nie tylko łosickiej, obchody tego wydarzenia symbolizuje poświęcenie palm, z braku których używa się rozkwitających, wierzbowych witek. W tradycji ludowej, którą na Polinowie kultywowano ochoczo i z zapałem, nawiązywano do czynów pokutnych. W każdej wsi panowało wielkie zamieszanie i skoro świt grupy młodzieńców nachodziły domy panienek z witkami w ręku, a panny piszcząc uciekały w popłochu. Chociaż biczowanie wierzbowymi witkami miało wymiar symboliczny, w wydaniu polinowskiej dzieciarni po owym obyczaju zawsze pozostawały czerwone pręgi na nogach i tyłkach.

'Palmowa niedziela' - Michał Elwiro Andriolli

Na Polinowie przygotowywaliśmy sobie w przeddzień możliwie długie witki. Dzień zaczynał się od palmowania domowników. Cała sztuka polegała na obudzeniu się jako pierwszy i wypalmowaniu śpiochów. Zadzierało się kołdrę i ćwiczyło po nogach, czy innych częściach ciała, deklamując taki oto wierszyk:

Palma bije, nie zabije,
Stare kości, młode kije,
Pamiętajcie chrześcijanie,
Że za tydzień Zmartwychwstanie!

Potem trzeba było cichcem dostać się do ciotek i wypalmować "ciotecznych". Po poświęceniu palm w kościele, “palmowanie” przenosiło się na podwórze. Tam zaczynały się gonitwy i pojedynki na palmy. Kto miał dłuższą witkę mógł sięgnąć dalej i sam uniknąć sieknięcia po nogach. Siniaków po tym palmowaniu nie było, ale nogi trochę piekły. Nikt się nie obrażał, mimo iż ćwiczono się wcale nie na żarty. Ganialiśmy z tymi bacikami, aż do wieczora.

Przygotowania

'Kłopoty wiekanocne' - Michał Elwiro Andriolli

W domu panowała przedświąteczna krzątanina. Gospodynie gruntownie sprzątały chałupy po długiej zimie. Wystawiano dubeltowe okna, bielono i malowano pomieszczenia, szorowano podłogi, a na koniec dzieciarnię. Pisanki robiło się samodzielnie. Jajka gotowano w cebulowych łuskach lub farbkach kupionych w prywatnych sklepikach chemicznych - u Państwa Soczewków lub Bartników. Wzorki skrobano lub malowano. Pisanki ozdabialiśmy nawet na szkolnych zajęciach z tzw. “robót”. Moim ulubionym motywem był bocian stojący na jednej nodze.

W Wielkim Tygodniu miejsce miał natomiast tzw. "sądny dzień", kiedy Babcia z Matulą piekły ciasta wielkanocne. Wstawały wtedy o 5 rano, przygotowując ciasto do wypieków. Ojciec z kolei miał za zadanie rozgrzać piec chlebowy, a na dodatek zrobić to tak, by był nagrzany "w sam raz" - tzn. nie za mocno - gdyż ciasto się spiecze wówczas na żużel, ale i nie za słabo - bo się wtedy nie upiecze w środku. Jednak z powodu napiętej atmosfery i troski kobiet o udane wypieki, zbierał przy tym, delikatnie mówiąc, sporo krytycznych uwag;) Nas ganiano i nie pozwalano wchodzić, gdyż ciasto mogło się "przeziębić" i opaść. To był naprawdę ciężki dzień i najlepiej było wynieść się na ten czas z domu na jakąś wędrówkę po lasach.

Na Święta Wielkanocne przygotowywano chyba jeszcze więcej smakołyków, niż na Boże Narodzenie. Wszyscy byli wygłodniali po długim poście. Szykowano więc wiele wędlin, pasztety i ciasta. Wędzarnie dymiły dosłownie na każdym podwórzu. Już na tydzień przed świętami pachniała wędzonka, której tknąć nie było wolno, aż do samych świąt. Z ciast najwcześniej pieczono spody do mazurków, aby odpowiednio skruszały. Dopiero przed samymi świętami były polewane słodką masą w różnych kolorach i dekorowane kolorowymi groszkami, kandyzowanymi skrawkami skórki pomarańczy lub rodzynkami.

Obowiązkowo każda gospodyni piekła baby wielkanocne w wielgachnych, glinianych formach. One też były polewane białym, słodkim lukrem. Dzieciarnia jednak i tak wolała nadziewane makiem strucle, serniki, no i oczywiście mazurki. Dla dzieci do picia nasza matula przygotowywała lemoniadę z rozpuszczonych landrynek i drożdży. Dorośli woleli podpiwek, domowe winko owocowe, a nawet poziomkową nalewkę. Wszystkie te pieczołowicie przygotowane specjały niepojęcie kusiły, ale tknąć ich niestety zabraniał ścisły post.

Triduum Paschalne

'Obchód pamiątki grobu Zbawiciela' - Michał Elwiro Andriolli

W Wielki Piątek starsi w zasadzie mało co jedli, przeważnie tylko suchy chleb popijany wodą. O 15.00 domownicy zbierali się na modlitwę w godzinę śmierci Chrystusa. Wieczorem wszyscy szli do kościoła na nabożeństwo, upamiętniające mękę i śmierć Zbawiciela.

Wielka Sobota była już przedsmakiem świąt. Rano cały Polinów szedł już przystrojony ze święconką adorować Pana Jezusa złożonego do grobu. Do kościoła ciągnęły tłumy, zarówno z miasta, jak i okolicznych wniosek. Niektóre gorliwe gospodynie w wielkich wiklinowych koszach do święcenia dźwigały chyba całe świąteczne jadło. My, “miastowi”, mieliśmy już koszyczki tylko symboliczne, ustrojone zieleniną. Wokół Grobu Pańskiego stała straż, w tym Mietek Tokarski z Polinowa. Prezentowali się naprawdę pięknie: w mundurach, ze złotymi hełmami i błyszczącymi toporkami u szerokich pasów. Owa gwardia stała przez całą sobotę i noc, aż do porannych rezurekcji. Nabierało się też święconej wody. Całą noc kościół był otwarty i pełny rozmodlonych ludzi. Tak jest zresztą do dzisiaj.

Zmartwychwstanie Pańskie

'Święcone' - Michał Elwiro Andriolli

Święta Zmartwychwstania rozpoczynała procesja rezurekcyjna, trzykrotnie okrążająca kościół. W czasie jej trwania biły wszystkie kościelne dzwony, a młodzieńcy strzelali na wiwat z czego tylko się dało. Radość bowiem po długim poście była wielka. Po rezurekcjach wszyscy pędzili do domu, łykając ślinkę na samą myśl o świątecznej wyżerce. Gospodarze z sąsiednich wiosek pędzili konie, aż “żelaźniaki” podskakiwały na wyboistych drogach. Ponoć kto pierwszy wjechał do wioski, udane plony miał gwarantowane.

Po kościele było uroczyste śniadanie ze święconką, życzeniami i trącaniem się ugotowanymi jajkami. Zwyciężał ten, którego oręże przetrwało wszystkie próby, a nagrodą mógł być jakiś wielkanocny przysmak. W Wielkanoc rolę opłatka pełniło pokrojone, święcone jajko. Najpierw należało zjeść całą święconkę, aż do ostatniego okruszka. Potem nasza matula serwowała swojską kiełbasę na gorąco, która najbardziej mi smakowała. Jej zapach i smak, które doskonale pamiętam do dziś wprost wprawiały w kulinarną ekstazę. Na środku stołu królował wielkanocny baranek z chorągiewką. Pierwszy dzień świąt rodziny spędzały we własnym gronie, żadnych wizyt ani odwiedzin nie było. Po długim i surowo przestrzeganym poście świąteczne śniadanie było dużą frajdą. Gorzej było z zabawami, na które nie pozwalał świąteczny strój. Ale zaraz po wielkanocnym śniadaniu dzieciarnia zbierała się, omawiając przygotowania do Śmigusa Dyngusa.

Poniedziałek Wielkanocny

'Śmigus' - Michał Elwiro Andriolli

Dla nas ciekawszy był drugi dzień Wielkiej Nocy, kiedy można już było już poszaleć, czyli bezkarnie się oblewać. Wiele zależało od pogody, a z tą bywało różnie. Gdy było zimno, urządzaliśmy zasadzki na schodach kamienicy lub w mieszkaniach. Gdy dopisała pogoda i było ciepło, śmingusy były naprawdę mokre! Nie było wtedy wymyślnych sikawek, ale nadrabiały to duże pokłady zapału i radości. W ciepłe święta zabawy kończyły się kąpielą w stawach, rzeczce lub wokół studni.

Po południu, po zmianie zmoczonych ubrań rodzice oznajmiali kres tych wybryków. Gdy pogoda pozwalała, ubrania schły na sznurach, a my niosąc koszyk ze smakołykami szliśmy z mamuśką na wycieczkę do lasu. Matula rozkładała koc, wykładała świąteczne przekąski, a dzieciarnia bawiła się w chowanego, pochody i inne zabawy terenowe. Kleszczy wtedy nie było, a zabawy w wiosennym w lesie należą do najmilszych wspomnień. Mamusia również miała chwilę wytchnienia po świątecznych pracach i pasjami czytała powieści Ignacego Kraszewskiego. Często na te wycieczki zapraszało się także znajomych.

Po południu i wieczorem przychodził czas na wizyty rodziny i przyjaciół. Na stole pojawiała się wystawna herbowa zastawa i symboliczna karafka nalewki oraz swojskie wino owocowe. Pito naprawdę niewiele, za to palono dużo papierosów i politykowano. Dla nas oczywiście było to nudne, woleliśmy się zatem wymknąć na podwórze, gdzie wiosną królowała niezmiennie zabawa w chowanego.

Święta, święta i po świętach...

Po świętach jeszcze przez parę dni jadło się to, co ze świątecznego jadła zostało. Najlepsze były lukrowane i ozdobione mazurki oraz polewane lukrem wielkanocne baby nadziewane rodzynkami. Potem zostawała już tylko wędzonka i podsuszana kiełbasa, która nadawała jajecznicy niezapomniany aromat i smak.

I tak oto mijały najważniejsze dla chrześcijan święta, postrzegane przez dzieciarnię na swój sposób, czyli przez pryzmat doznań zupełnie niemistycznych. Jednak budząca się ze snu zimowej martwoty przyroda doskonale harmonizowała ze zmartwychwstaniem Zbawiciela, a świąteczne potrawy po długim i ściśle przestrzeganym poście smakowały zaiste tak, że ich urok pamiętam mimo, że minęło ponad pół wieku.

Obecnie, o ile tylko pogoda pozwala - zjeżdżamy na Polinów, rozstawiamy w ogrodzie stoły, wykładamy małe "co nieco" i ciesząc się wiosennym słońcem gawędzimy i wspominamy - to najmilsze świąteczne chwile! Niestety nie zawsze pogoda pozwala na te rodzinne zjazdy.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy