nagłówek "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława link nagłówka

Polinowski rok w domu i zagrodzie

Odpusty i sianokosy, czyli wiosenne przyjemności

Adam Ciemniewski - 'Sianokosy'.

Jacek KobylińskiMaj i czerwiec dla mieszkańców Polinowa były chyba najmilszymi miesiącami w całym roku. Powoli kończyły się intensywne wiosenne prace polowe, a drobne roboty typu pielenie warzyw czy obredlanie ziemniaków stanowiły wręcz przyjemność. Ponadto trud prac polowych wynagradzało też piękno przyrody czy trele skowronków. Zawsze też okres wiosenny niósł nadzieję na dobre plony.

Odpustowe impresje

Franciszek Kostrzewski - 'Odpust na wsi'

W pierwszą niedzielę po 8 maja (św. Stanisława) od niepamiętnych czasów organizowane są w Łosicach uroczystości ku czci Św. Stanisława, czyli doroczny odpust z procesją do kościółka jego imienia, przy dawnym Kozim Rynku. W czasach mego dzieciństwa, a więc przed półwiekiem, odpusty bywały liczne i huczne. Kiedyś było to wielkie wydarzenie, na które licznie zjeżdżali furmankami mieszkańcy wielu okolicznych wsi.

Msza odpustowa w kościółku Św. Zygmunta, odprawiana w samo południe, gromadziła nieprzebrane tłumy. Po mszy i procesjonalnym powrocie do kościoła Św. Zygmunta, na licznych straganach można było kupić m.in. jojo, kapiszonowca, korkowca, balona czy drewnianego motyla. Obowiązkowo trzeba było też iść na skrobane z bańki po mleku lody, o niezapomnianym do dziś smaku. Na odpustowy obiad zwykle byli też proszeni goście spoza Łosic.

Jan Piotr Norblin - 'Odpust na Bielanach pod Warszawą w drugi dzień Zielonych Świątek',

W świadomości ludzi młodych odpust kojarzy się z anachroniczną imprezą kościelną oraz jarmarczną oprawą zewnętrzną. To trochę krzywdzące stereotypy, bo odpusty to także lokalne świętowanie, wynikające czasem z wielowiekowej tradycji. Ich degradacja bądź rezygnacja z całej odpustowej otoczki odbywa się z pewnym uszczerbkiem dla lokalnej społeczności, bo odpust przypisany jest zarówno do konkretnego świętego patrona lub faktu teologicznego, jak też i miejsca. To święto lokalnego kościoła, rozumianego jako miejscowa wspólnota wiernych.

Jan Piotr Norblin - 'Odpust na Bielanach pod Warszawą'.

Pomijając treści teologiczne, odpust od setek lat spajał lokalne społeczności, będąc okazją do wyjazdów, spotkań, zakupów, a nawet do autoprezentacji swoich koni, bryczek czy strojów. Na odpust szykowało się najlepsze ubrania, najlepszą uprząż dla koni, świąteczne pokarmy. Konie były wypielęgnowane, miały zaplecione ogony i grzywy, a wozy okryte były kolorowymi samodziałami.

Na św. Stanisława trzeba było narwać kwiecia, bo moja młodsza siostra przez wiele lat sypała w procesji kwiatki. O tej porze roku nie jest to produkt deficytowy, więc pozyskanie kwiatów nie stanowiło problemu. Inne skojarzenia to odpustowy obiad z obowiązkowym schabowym i pierwszą sałatą, kupowaną wcześniej u okolicznych ogrodników. Ta nowalijka stanowiła niewątpliwą atrakcję, bo jej smak (z jajkiem na twardo i śmietaną na półsłodko) pamiętam do dziś.

Józef Szermentowski - 'Droga do wsi'.

Lokalne, odpustowe wspomnienia nie są jednak zbyt bogate i porywające w porównaniu do odpustu wyjazdowego św. Antoniego w Huszlewie (13 czerwca). Dostarczał on więcej przeżyć i atrakcji. Sama podróż furmanką w towarzystwie sąsiadów trwała około dwie godziny. Do Huszlewa ciągnęły sznury furmanek ozdobione pióropuszami kurzu z polnych gościńców. Wjazd do wsi stanowił nie lada problem, a zaprzyjaźnione obejście leżało z drugiej strony wsi. Trzeba było się przebić przez obszerny plac przed kościołem, wypełniony straganami i ciżbą.

Józef Szermentowski - 'Krajobraz wiejski z kościółkiem'.

Ojciec powoził stojąc, drąc się na całe gardło: "Na bok! Na bok!". Tłum rozstępował się niechętnie, a z powstałej szczeliny korzystały też inne furmanki. Pod kościołem rozkładały się całe rodziny, bo na odpust zwoziło się wszystkie dzieci na specjalne błogosławieństwo. Dzieciaki były przestraszone tłokiem i odmiennością miejsca, wskutek czego zaraz się mazały. Matki uspokajały je kupioną na straganie zabawką lub przywiezionym z domu pocukrzonym plackiem. Panie wystrojone były w błyszczące lamy i brokaty, panowie zaś w lśniące oficerki i spodnie galefe (u góry szerokie, od kolan w dół zwężone - specjalnie do butów z cholewami).

Po mszy św. odpustowej, w drodze powrotnej stałym punktem programu była majówka w huszlewskim lesie. Starzy gościli się na rozłożonych kocach, a młodzi chodzili po lesie, szukając pierwszych poziomek i grzybów. Pamiątką po odpustach były kolorowe baloniki z barwionych kondomów z drewnianym ustnikiem uzbrojonym w piszczałkę, kolorowe wiatraczki i inne straganowe zakupy. Niezapomniany też był smak skrobanych z bańki po mleku lodów.

Dzisiaj takich odpustów niestety już nie ma, dobrze chociaż, że są jeszcze takie, jakie są.

Zielone Świątki

Michał Elwiro Andriolli - 'Zielone Świątki'.

Jednak największym świętem wiosennego sezonu było Zesłanie Ducha Świętego, czyli tzw. „Zielone Świątki”. Na Polinowie obchodzono je zgodnie z wielowiekową tradycją. W przeddzień cała dzieciarnia uzbrojona w grabie i miotły sprzątała ogromne podwórze. Potem była wyprawa po tatarak i trzcinę. Trzeba było ich narwać tyle, by starczyło na wysypanie dziedzińca i dekorację domów. Tatarak wtykało się za święte obrazy i okna, a także wkładało do kapliczki. Podwórko i pokoje przybierały przez to odświętny wygląd, jak na „Zielone Świątki” przystało.

Majenie domów, stodół, obór i stajni chronić miało je przed złymi mocami. Przed czarami zabezpieczano nawet bydło.

Sianokosy

Jacek Malczewski - 'Kobiety grabiące siano'.

Wiosna kończyła się sianokosami. Na łąkach okalających rzekę Toczna były one nieco opóźnione, a to za sprawą podmokłych i zimnych gleb. Zdarzało się też, że nadchodziły „świętojańskie” deszcze i rzeka wylewała. Wtedy sianokosy były niestety stracone - po ulewach woda zostawiała bowiem na sianie muł i pożytku z niego już nie było.

Łąkę kosili najemni kosiarze lub konna kosiarka, później zamieniona na wynajęty z kółka rolniczego traktor z kosiarką. Siano suszono ręcznie. Zwykle ojciec wynajmował kilka kobiet i parobka. Siano za dnia trzeba było przewracać, po czym zgrabić na wałki i skopić na noc. Rano zaś kopki ponownie rozrzucić, siano dosuszyć i znów skopić, przygotowując je do zabrania.

'Józef Jaroszyński - 'Sianokosy'.

Po południu parobek podawał siano ojcu, a ten układał furę. Dzięki specjalnej, nałożonej na nią ramie można było ułożyć naprawdę pokaźną ilość posuszu. Wszystko spinało się drągiem „przypowężem” i łańcuchami. Dzięki temu ułożone wysoko siano nie rozsypywało się i najczęściej cało dojeżdżało do stodoły. Wcześniej jednak ułożoną stertę ograbiano, by nic nie zgubić po drodze. Jazda na tak wysokiej furze była jednym z najmilszych zajęć dzieciarni. Następnie trzeba było jeszcze siano z fury ułożyć w stodolnym sąsieku. A że zwykle pięknie pachniało, zaraz chcieliśmy wynosić się ze spaniem z domu do stodoły. Spanie na sianie w stodole było niemalże polinowskim obowiązkiem dla nieletnich, ale o przygodach z tym związanych już w kolejnym odcinku.

Ojcowie serwisu Polinów
Gawędy przy kominku i Polinowski rok
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy