nagłówek „Avorum respice mores” (Bacz na obyczaje przodków) – dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim herbu Szaława – dawnym właścicielom Polinowa link nagłówka

Rzecz technologiczna

czyli nasze cyfrowe ścieżki i dzieje Serwisu Polinów na tle technologicznej rewolucji

Bartosz KobylińskiSzczerze mówiąc, pomysł napisania tej strony wyklarował się dopiero w trakcie pisania wieści z okazji dziesięciolecia serwisu Polinów (2011 r.), kiedy to zostałem zmuszony do przypomnienia sobie naprędce kilku kluczowych faktów sprzed, bagatela, dziesięciu lat. Początkowe pobieżne wykopaliska szybko przeobraziły się wielkie archeologiczne przedsięwzięcie, skłaniając mnie do coraz głębszej penetracji nadwątlonych czeluści pamięci. I tak oto zleciało kolejne 15 lat, kiedy to zdawkowa informacja zamieniła się w ocean wspomnień, w dodatku powiększający się z każdym kolejnym rokiem. Z okazji jednak nadchodzącego ćwierćwiecza Serwisu Polinów musiałem wreszcie zakończyć te niekończące się wspominki i naprędce sklecić z nich jakąś sensowną całość. Tyle tytułem wstępu.

Wielu z Was zapewne już nieraz zastanawiało się, jak wyglądały początki serwisu Polinów. Prawdę powiedziawszy, nieskrywany sentyment do tamtych czasów coraz częściej i nas skłania do odpowiedzi na te nieoczywiste pytanie. Jako że minione właśnie ćwierćwiecze naszej działalności w sieci wydaje się conajmniej odpowiednią okazją do rzetelnych podsumowań, w następnych akapitach postaramy się odświeżyć nieco przykurzoną już pamięć. Wszystkich faktów oczywiście nie sposób było ot tak sobie przypomnieć, w związku z czym musiałem posiłkować się m.in. starymi e-mailami z naszej listy dyskusyjnej - bez ich lektury odtworzenie początków serwisu z całą pewnością stałoby się jeśli nie niemożliwe, to przynajmniej bardzo utrudnione. Czytając niektóre wypowiedzi listowiczów nie sposób było uniknąć uszczerbku na psychice, ale póki co grzecznie to w tym miejscu przemilczę.

Cyfrowe retrospekcje

Na wstępie należałoby także wspomnieć, że początek serwisu Polinów nie oznaczał w żadnym razie początku naszego bytu w świecie nowych technologii. O nie! Dzięki okrzepnięciu w cyfrowym świecie jedyne novum w tamtych czasach mógł dla nas stanowić powoli wykluwający się Internet, choć i z nim tak naprawdę mieliśmy już styczność sporo wcześniej. I tak oto wspominki sprzed ćwiećwiecza szybko przerodziły się w lata 80., kiedy to zaczynała się nasza przygoda z szeroko pojętą elektroniką. Jako że były lata nadzwyczaj barwne, nie mogliśmy również i im oddać hołdu w naszej sentymentalnej podróży wehikułem czasu.

Czas zatem puścić wodze fantazji i wrócić do samych początków, a więc... połowy lat 80. XX wieku! Klik!

Trochę techniki, czyli początek przygody z elektroniką (koniec lat 80.)

...Taaak, teraz lepiej, obraz staje się coraz bardziej wyraźny... Dopiero z tego miejsca dokładnie widać, jak wyglądały nasze pierwsze, nieśmiałe kroki w dobie trafiających powoli pod strzechy, nowoczesnych technologii.

Jeśli chodzi o nasze pierwsze kontakty z szeroko pojętą elektroniką, to z pewnością były to zegarki z melodyjkami (choć później zdarzały się także takie z wbudowanym kalkulatorem), kalkulatory (tak, tak, one kiedyś też były rzadkością i synonimem luksusu!) oraz... tzw. "Ruskie Jajeczka". Te legendarne urządzenia to radzieckie (ZSRR) gry z Serii IM (ros. ИМ - skrót od Igra Mikroprocesornaja – gra mikroprocesorowa), znane również jako Elektronika IM (ros. Электроника ИМ), produkowane w latach 1984–1992 przez państwowe zakłady elektroniczne (firmę Elektronika). Ową serię konsol do gier wideo po upadku ZSRR produkowano w Rosji, a także w innych krajach powstałych po upadku Związku Radzieckiego. W Polsce najczęściej nazywano je po prostu „ruskimi jajeczkami”, ponieważ najpopularniejsza wersja polegała na łapaniu do koszyka jajek przez wilka. Były to niemal identyczne kopie japońskich gier Nintendo Game & Watch, które Związek Radziecki „pożyczył” bez licencji, zmieniając jedynie grafikę na taką, która pasowała do tamtejszej kultury (np. postacie z bajek). Owe konsole cieszyły się dużą popularnością w krajach Europy Wschodniej i Środkowej, w tym także w Polsce. Najbardziej znana gra to Elektronika IM-02, czyli wspomniane „Nu, pogodi!” (Wilk i Zając), a inne popularne wersje to: Myszka Miki (24-01): zbieranie jajek, ale zamiast wilka była Myszka Miki (kopia oryginalnego Nintendo), Tajemnice Oceanu (IM-03): sterowanie nurkami, którzy muszą unikać macek ośmiornicy, by wydobyć skarb (kopia gry Octopus), Wesoły Kucharz (IM-04): podbijanie patelnią jedzenia, by nie spadło na ziemię (kopia gry Chef), Autoslalom (IM-12): wyścigi samochodowe, Kosmiczny Most (IM-09): ratowanie kosmonautów (kopia gry Fire). Od 1992 roku konsola traciła popularność na rzecz "Brick Game" znanej także jako "Tetris", której popularność W Polsce oraz innych krajach bloku wschodniego rozpoczęła się w 1992 r., gdy zaczęły wypierać wspomnianą wcześniej serię IM. Oczywiście i tę perełkę posiadaliśmy w swojej kolekcji, choć ogrywaliśmy ją już po czasach podstawówki.

Elektronika IM, czyli gra mikroprocesorowa
Tetris

"Ramzes Twoim przyjacielem", a więc komputerowe przybytki

Sięgnąć pamięcią jeszcze dalej z pewnością mógłby Maciej, któremu zawsze zazdrościłem sobotnich wypadów do klubu komputerowego "Ramzes" - tj. hufca przy ul. Floriańskiej w Siedlcach, gdzie z kolegami "rypał" w ówczesne 8-bitowe hity, aż do pojawienia się bolesnych odcisków od "manipulatorów drążkowych". Wspomnienia bywalców malują obraz piwnicznego lokalu, który w latach swojej świetności (przełom lat 80. i 90.) tętnił życiem, zapachem elektroniki i dźwiękiem wczytywanych kaset. Oczywiście wszystko odbywało się pod przykrywką "kreowania społeczeństwa informatycznego", choć i tego elementy starano się oczywiście nieśmiało przemycać. Niewątpliwym wyróżnikiem owego przybytku był fakt, że na jego wyposażenie składał się m.in.: Amstrad CPC - jeden z pierwszych komputerów domowych (CPC – ang. Colour Personal Computer), produkcji brytyjskiej, z bajecznie kolorowym, 13-calowym monitorem GTM640, w Niemczech produkowany jako Schneider CPC. Co ciekawe, produkty (również brytyjskiego) Sinclair Research (ZX80, ZX81 i ZX Spectrum) i późniejszy CPC Amstrad korzystały z tego samego procesora: Zilog Z80. Na dodatek Amstrad w 1986 r. kupił całą gamę produktów komputerowych i markę „Sinclair” za 5 milionów funtów. W każdym razie to były już poważniejsze od ręcznych konsolek osiągnięcia ówczesnej elektroniki, a więc również i generujące więcej "magii" i kolorów wokół siebie.

Nie można też oczywiście nie wspomnieć o "budach" (prywatnych barakowozach) za automatami, działających w Polsce od końca lat 80. Jedną z nich pamiętam u zbiegu ulic Armii Krajowej i Kazimierza Pułaskiego, na miejscu obecnego "zieleniaka". Klimat tam panujący był nie do podrobienia - duszny, gwarny, gryzący od dymu papierosowego starszych towarzyszy broni. Oczywiście bez garści 20-złotówek można było zapomnieć o zabawie, a i to nie gwarantowało dopchania się do upragnionego stanowiska z metalowym manipulatorem i kilkoma plastikowymi przyciskami. Królował nieśmiertelny Pac-Man, Galaga czy Arkanoid, choć kolorowych automatów stał tam cały rząd.

Pikselowe marzenia

Osobiście po raz pierwszy prawdziwy komputer na własne oczy zobaczyłem w drugiej połowie lat 80. u Maćka kolegi z podstawówki - Tomka K. Był to produkowany od 1985 r. ośmiobitowy Atari 65XE, taktowany zegarem niespełna 1,8 MHz i posiadający 64 kB pamięci RAM, oczywiście z nieodzownym magnetofonem na kasety magnetyczne. Podpięty był pod monofoniczny, monochromatyczny (zielony) monitor UNITRA WZT TWM-315 w drewnianej obudowie (z rączką do przenoszenia na jego szczycie), produkowany przez Warszawskie Zakłady Telewizyjne. Wcześniej komputer wyobrażałem sobie raczej jako... automat do gier! Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem monitor i szarą klawiaturę z prawie setką klawiszy, na których to można było odpalić nie jedną, a setki różnych gier! Niestety początki były trudne, kiedy to po podłączeniu sprzętu na zielonym ekranie ujrzeliśmy jedynie napis "READY" i pulsujący kursor... Przy kolejnych wizytach mogliśmy już jednak sobie poużywać, a przy takim "River Raid" (1983) połamaliśmy niejeden joystick! Pamiętam, że były też jakieś motorówki. Oczywiście przy wgrywaniu danej gry trzeba było pamiętać, że jakiekolwiek chodzenie wokół magnetofonu (no chyba, że na palcach), rozmowy, a nawet oddychanie, były surowo zabronione - istniało bowiem spore ryzyko, że drżenie podłogi spowoduje błąd odczytu i gra się po prostu nie wgra - a cały ten proces trwał od 5 do nawet 15 minut... Ten dłużący się w nieskończoność, skomplikowany proces z nawiązką wynagradzały jednak późniejsze emocje, a widok zatłoczonego pokoju z rozemocjonowanymi małolatami, z których jeden grał, a reszta zacierając ręce przeżywała akcję na ekranie, z pewnością wielu utkwił w głowie!

Monochromatyczny (zielony), polski monitor UNITRA WZT TWM-315
8-bitowe Atari 65XE z magnetofonem
River Raid - kultowa gra na ZX Spectrum (1983)

Jako ciekawostkę dodam tylko, że w latach 80. i na początku lat 90. XX wieku (również w Polsce) to radio pełniło funkcję dzisiejszego internetu czy platform typu Steam. Był to niezwykle popularny sposób na dystrybucję darmowego (oczywiście tylko w Polsce, gdzie nie obowiązywało jeszcze prawo autorskie) oprogramowania. Jako że gry i programy na komputery takie jak Atari 65XE/800XL, Commodore 64 czy ZX Spectrum były zapisywane na zwykłych kasetach magnetofonowych jako sygnały dźwiękowe (piski, szumy i trzaski), wystarczyło je więc nagrać z nadawanej w określonych porach audycji radiowej. W naszym kraju najsłynniejszą audycją tego typu był "Radiokomputer" emitowany w Programie IV Polskiego Radia. Proceder z czasem zaczął zanikać z kilku powodów: stacje radiowe zaczęły mieć problemy z legalnością emitowania pełnych wersji gier komercyjnych, gry stawały się coraz większe - w związku z czym przesłanie nowoczesnej produkcji na Atari przez radio trwałoby wieki, a ryzyko błędu w transmisji rosło wraz z długością programu, no i w końcu kasety magnetofonowe zaczęły być wypierane przez dyskietki, a później płyty CD, ale to już o wiele późniejsza historia.

"Junior" na lepszy humor, czyli kółko komputerowe

Nie sposób pominąć także kółka komputerowego w naszej wspaniałej podstawówce (niezapomniana Szkoła Podstawowa nr 4 im. Adama Mickiewicza w Siedlcach) w drugiej połowie lat 80., na które uczęszczać mógł każdy chętny. Pracownia informatyczna wyposażona była wówczas w ok. 10 sprzętów rodzimej już produkcji (a jakże!) - mianowicie Elwro 800 Junior, czyli polski klon ZX Spectrum (tzw. "Gumiaka" - nazwa pochodziła od gumowych klawiszy w nim zastosowanych), działający pod systemem CP/J - zmodyfikowanym CP/M wzbogaconym o odwołania do zasobów sieciowych. A jak on się tam znalazł? Otóż w 1985 r. naukowcy z Zakładu Badań Operacyjnych i Systemów Komputerowych Instytutu Automatyki Politechniki Poznańskiej stworzyli komputer edukacyjny na miarę polskich potrzeb i możliwości. Miał to być komputer tani, zgodny z ZX Spectrum i przydatny do celów edukacyjnych. Ich produkcję rozpoczęto pod koniec 1986 r. w Zakładach Elektronicznych ELWRO we Wrocławiu na zlecenie Ministerstwa Oświaty i Wychowania, które oficjalnie zatwierdziło Juniora jako komputer do użytku w szkołach. w 1986 r. planowano wyprodukowanie 500 sztuk Juniorów, a na rok 1987 Ministerstwo ustaliło produkcję już na 3,5 tysiąca komputerów. Ich dystrybucją i instalacją w szkołach, jak też szkoleniem w zakresie ich obsługi zajmowała się Centrala Zaopatrzenia Szkolnictwa (a więc pamiętny CEZAS, który w Siedlcach swą siedzibę posiadał przy ul. 3 Maja - tuż obok "Składnicy Harcerskiej", gdzie kupowało się m.in. finki i... listewki do latawców. Sklep działał jeszcze do przełomu 2011/2012 (ten konkretny siedlecki pawilon był wyjątkowo "długowieczny"), kiedy wreszcie został zrównany z ziemią w maju 2012 roku). Ale wracając do samego komputera - uwagę tego "cudu techniki" z pewnością zwracała obudowa, zaadaptowana z innego wyrobu firmy - organków elektronicznych "Elwirka"(sic!). Dopiero taka wiedza tłumaczy nam pochodzenie drucianej podkładki pod nuty w obudowie komputera. Na wyposażeniu pracowni znajdowała się także drukarka obudowana płytą paździerzową, oraz oczywiście "ówczesna pamięć masowa", czyli magnetofon - najprawdopodobniej Kasprzak Data Recorder MK-433 z głowicą i układem elektrycznym dostosowanym do współpracy z komputerami firmy Sinclair i kompatybilnymi (Spectrum). A co na nich? Oczywiście - giercowanie! W pamięci utkwił mi zwłaszcza obraz z gry "Manic Miner" (1983) na monochromatycznym, zielonym monitorze, którego załadowanie z kasety trwało całe wieki. Oczywiście całej operacji towarzyszyły bezustanne piski i poprzeczne paski wędrujące po ekranie monitora, ale przede wszystkim ogromne napięcie, czy gra prawidłowo się załaduje. Ale potem to już pełnia szczęścia, choć trzeba przyznać, że pierwsza plansza z nieśmiertelnym krzaczkiem i robocikiem okazywała się dla nas "nie do przejścia" - choć i dziś sprawia spore problemy:) Była też jakaś "wyścigówka", której wgranie okazywało się wielkim świętem, niestety zaszczytu zabawy w nią dostępowali jedynie najstarsi i najsilniejsi. Jako że jednak w te pozalekcyjne zajęcia dla chętnych wpleść trzeba było również jakiś wątek edukacyjny - ochoczo przeklepywaliśmy np. listingi programów Sinclair BASICa na ZX Spectrum z "Bajtka" (wszak Elwro był kompatybilny z "Gumiakiem"). Niestety Elwro 800 Junior okazał się jednocześnie jedną z przyczyn upadku zakładów Elwro. W dobie kryzysu odbiorcy krajowi nie mieli czym płacić i pod koniec 1988 roku dłużnicy byli winni zakładom już ponad 7 miliardów (starych) złotych, co stanowiło 20% wartości rocznej produkcji... Elwro w końcu upadło, a pozostałości zakładów zostały odsprzedane Siemensowi.

Elwro 800 Junior - 8-bitowy komputer edukacyjny na miarę polskich potrzeb i możliwości
Manic Miner - kultowa gra na 8-bitowce (1983)

Na początku był Bajtek, czyli media w służbie technice

Odrębnym, ale ściśle związanym z naszą pasją tematem, były szeroko pojęte czasopisma komputerowe. Jako że komputerami fascynowaliśmy się na wiele lat przed pierwszym własnym nabytkiem, tak już wówczas zaczęliśmy się karmić coraz to większą ilością mniej lub bardziej kolorowych periodyków z opisami bajecznych (jak na ówczesne czasy) produkcji. Pierwsze tytuły z reguły traktowały o różnych platformach i tematach - rynek był jeszcze za mały na ich różnicowanie, które nadeszło dopiero kilka lat później. I tak, dzięki wsparciu projektu przez licznych dyrektorów prasowych, redaktorów, naukowców, a nawet PRL-owskich polityków (Jerzy Jaskiernia, Aleksander Kwaśniewski), we wrześniu 1985 r. w kioskach pojawił się pierwszy numer Bajtka jako dodatku do „Odrodzenia” i „Sztandaru Młodych”. Misją pisma, zgodnie z podtytułem „z mikrokomputerem na ty”, było edukowanie młodzieży, propagowanie informatyki i „zwalczanie analfabetyzmu mikrokomputerowego w Polsce”, jak zaznaczyli we wstępie pierwszego numeru autorzy. Traktował o wielu dziedzinach informatyki i był skierowany do użytkowników raczkującego dopiero rynku komputerów domowych, a przez to podzielony na klany komputerowe: Atari, ZX Spectrum, Commodore, Amstrad, IBM (dopiero od 1990 r.). Bajtek był pierwszym czasopismem komputerowym mówiącym o grach i jednym z symboli polskich początków rozpowszechniania się komputerów domowych w czasach PRL. Integrował środowisko informatyczne i młodych pasjonatów dopiero co raczkującej w kraju informatyki. Wydawnictwo prowadziło także powiązany z czasopismem, jeden z pierwszych w Polsce BBS (Bulletin board system). W naszym domu ów kultowy periodyk po raz pierwszy pojawił się w połowie 1989 r.. Co ciekawe, Bajtkowa rubryka dla graczy „Co jest grane” była przez dłuższy czas jedyną stałą rubryką o komputerowej rozrywce w polskiej prasie. Z tego też tytułu cieszyła się wśród czytelników ogromną popularnością, a miesięcznie w sprawie gier przychodziło do redakcji ponad 3 tysiące listów...

Nasz pierwszy Bajtek 8/1989

Złota dekada komputerowej prasy, czyli kolorowy świat bajek na papierze

Później, jesienią 1990 r. przyszedł czas na już bardziej growy, ale równie kultowy (tej samej redakcji) Top Secret (Magazyn fanów gier komputerowych) - pierwszy tego typu magazyn w Polsce (1990–1996; 2002–2003; 2017). Jego przekrój oraz ówczesne czasy dobrze obrazuje fragment jednego z numerów:
Ówczesny rynek oprogramowania komputerowego w Polsce charakteryzował się powszechnym jego nielicencjonowanym i niekontrolowanym rozpowszechnianiem, a także znaczącym zapóźnieniem w stosunku do krajów Europy Zachodniej. „Top Secret” dostosował się do tych warunków, skupiając się nie tylko na nowościach, ale także na grach starych, nawet 6-letnich. Wynikało to z zapotrzebowania przeciętnego polskiego gracza komputerowego, dla którego zarówno tytuły stare, jak i nowe stanowiły nową jakość. Główną część czasopisma zajmowały opisy sposobu przejścia gier i, często ręcznie rysowane, mapy. Ze względu na niską w tamtym czasie znajomość języka angielskiego w Polsce oraz praktyczny brak przekładów gier komputerowych na język polski, autorzy tekstów wyjaśniali także często sposób ich obsługi".

Pierwszy Top Secret 1 z 1990 roku - pierwszy magazyn o grach w Polsce

Na początku lat 90., kiedy to rynek dostatecznie już dojrzał, przyszła pora na wysyp pism dedykowanych wyłącznie grom. Przerzucanie z wypiekami na twarzy kolejnych stron z kolorowymi grafikami i snucie marzeń, w co to by się nie zagrało, to niewątpliwie ważna część naszej cyfrowej kariery. Na początku opisywane były w dużej mierze produkcje na komputery 8-bitowe, przy tych amigowych wyglądające po prostu bardziej niż marnie, no ale wydawcy musieli brać pod uwagę polską rzeczywistość tamtych czasów. Później wszystko potoczyło się już lawinowo, a my przerabialiśmy kolejne numery powstającej jak grzyby po deszczu, coraz bardziej kolorowej, komputerowej prasy. I tak, wyglądaliśmy w kioskach kolejnych numerów głównie magazynów o grach komputerowych, m.in.: Computer Studio (1991-1995), Świat Gier Komputerowych (1992-2005), Secret Service (1993-2001; 2014), Gambler (1993-1999), Amiga Computer Studio (1995-2001), PSX Extreme (od 1997), Neo (1997-2000). Oczywiście jako fani szeroko rozumianego cyfrowego świata, systematycznie nabywaliśmy również i poważniejszą prasę. Ambitniejsze pozycje stanowiły m.in. Bajtek (1985-1996), Commodore & Amiga (1992–1995), Magazyn Amiga (1992–1999).

Do tego popeerelowskiego, wreszcie kolorowego obrazu całości dokładały się pierwsze programy telewizyjne traktujące o grach, takie jak "Joystick" - legendarny program dla miłośników gier, emitowany w latach 1992–1997, co drugi wtorek o godz. 15:35. Niestety te wszystkie euforyczne emocje, jakie generowały kształtujące się media zderzały się z szarą rzeczywistością i ciągłą walką z niedoborami finansowymi. Cyfrowe marzenia, podsycane głównie przez kolorowe pisemka i liczne, często kilkustronicowe reklamy rozpalały naszą wyobraźnię i chęć posiadania własnego sprzętu, stając jednak w szerokim rozkroku z tamtejszą rzeczywistością, w której to przecież nie posiadaliśmy jeszcze własnych źródeł dochodu. Na dodatek w tamtych czasach, oprócz problemów finansowych, przeszkodą dla kolorowej, zachodniej (czy azjatyckiej) elektroniki była także niewątpliwie żelazna kurtyna, za którą to Polska się wtedy skrywała.

"Atarowca wal z gumowca", czyli wojny klanów

Warto też wspomnieć, że lata 80. i 90. to odwieczna „wojna klanów”, tocząca się wokół sprzętu i na poziomie subkultur. To był czas plemiennej lojalności, gdzie wybór komputera definiował to, kim jesteś. Chyba pierwsza była tzw. Wielka Wojna Domowa: Commodore (64) vs. Atari (65XE) w latach 80. - to był tak naprawdę fundament wszystkich późniejszych konfliktów. Użytkownicy dzielili się na dwa obozy, które szczerze się zwalczały na podwórkach i w szkołach. Później, gdy komputery 8-bitowe odeszły do lamusa na przełomie lat 80. i 90., konflikt przeniósł się o szczebel wyżej - nastała wówczas długa wojna 16-bitowa: Amiga 500 (Amigowcy) vs. Atari ST (Ataryniarze). Co ciekawe, twórcą obu komputerów był ten sam człowiek – Jay Miner. W tym samym czasie wykluwał się także nowy konflikt: Amiga 500 vs. PC (CGA/EGA). Przy okazji te plemienne konflikty wygenerowały całą masę przeróżnych memów, haseł i okrzyków. W Polsce lat 90. „wojna klanów” często jednak kończyła się, gdy ktoś przyniósł na dyskietce nową, piracką kopię gry – wtedy nagle wszyscy stawali się najlepszymi przyjaciółmi, byle tylko dostać kopię.

Skazani na komputerowy niebyt

W czasach tego komputerowego niebytu, tak jak i wielu innych zapaleńców, póki co musieliśmy się ratować wizytami u znajomych. Najpopularniejszym na świecie komputerem domowym oraz najlepiej sprzedającym się komputerem typu desktop - poczciwym, aczkolwiek leciwym już Commodorkiem 64 niestety już nieco gardziliśmy. O dziwo, jakoś nigdy zasmakowaliśmy także w Pegasusie - a więc szalenie popularnej w Polsce w latach 1992-1993 8-bitowej konsoli gier wideo, będącej klonem japońskiej konsoli Famicom, wyprodukowanej w 1991 roku przez nieznane przedsiębiorstwo z Tajwanu na zlecenie firmy Bobmark International. Warto wspomnieć, że w ciągu kolejnych lat owy sprzęt zyskał w Polsce status kultowego, stając się synonimem wszystkich podróbek 8-bitowego Nintendo. Jeździliśmy zatem do Łosic na tomkową Amigę 500, podłączoną przez zewnętrzny modulator do wejścia antenowego białego, monochromatycznego Junosta 402B produkcji ZSRR, na którym to nawet rozpoznanie ikonek liczby żyć w "Prince of Persia" (1989) stanowiło problem. Później jego miejsce zajął już wyższej klasy przenośny odbiornik telewizyjny Biazet TMP-201, wytwarzany przez Białostockie Zakłady Podzespołów Telewizyjnych UNITRA-BIAZET. Wszystko to stanowiło jednak magiczny klimat, którego nawet zapach dyskietkowego teflonu był istotnym czynnikiem budującym napięcie. Intensywnie ogrywany był m.in. Robocop (1988), Prince of Persia (1989) i trochę Navy Seals (1991). Nie można także nie wspomnieć o bożonarodzeniowych wyjazdach do Białegostoku, gdzie na przełomie lat 80. i 90. na konsoli Ameprod TVG-10 zagrywaliśmy się w tenisa (ping-ponga). Warto nadmienić, że była to jedyna konsola do gier wideo produkowana seryjnie w Polsce (zaprojektowana w 1978 roku we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych Elwro (działające w latach 1959-1993); ze względów finansowych oraz technologicznych prawa do produkcji przekazano odpłatnie w 1981 r. przedsiębiorstwu Polonijno-Zagranicznemu Ameprod z Poznania). Dla wielu starszych graczy ta czarna obudowa z charakterystycznymi, pomarańczowymi pokrętłami stanowi dziś jeden z ważniejszych symboli dzieciństwa. Później przyszedł już czas na pełnoprawny domowy komputer Atari 1040 ST i ogrywane na nim niezapomniane "Midnight Resistance" (1989) czy "Silk Worm" (1989). Atari, tak jak i Amiga, dzielił dwa monitory - jeden mini-telewizor o zwykłej rozdzielczości do gier, a drugi - pełnoprawny już monitor o obrazie jak żyleta - do poważniejszych zastosowań. Swą premierę miał w 1986 roku, choć w Polsce było to ponad rok później - głównym powodem opóźnień było przedłużające się uzyskanie licencji eksportowej. Co ciekawe, wydany w 1986 roku z pamięcią 1 MB Atari 1040ST był pierwszym komputerem domowym, którego koszt kilobajta pamięci RAM wynosił poniżej 1 USD/KB, a także 1040ST jednym z pierwszych komputerów osobistych sprzedawanych z podstawową konfiguracją pamięci RAM wynoszącą 1 MB. To był potężny cios w konkurencję, zwłaszcza w Apple, które za podobną konfigurację kazało sobie płacić krocie. Jego cena katalogowa z kolorowym monitorem wynosiła 999 USD (równowartość około 2900 USD w 2024 r.), przez co mógł pozostać dla nas co najwyżej niedoścignionym marzeniem, mimo że na tle Amigi 500 wypadał raczej blado - miał gorszą grafikę, scrolling i trzykanałowy, monofoniczny dźwięk, mimo posiadania MIDI. Jak widać, styczność z szeroko pojętą elektroniką i komputerami mieliśmy już zatem od kilku ładnych lat, choć w Polsce jeszcze do połowy lat 90. mało kogo było stać na zakup własnej jednostki. Wyjątek stanowili szczęśliwcy posiadający bogatych rodziców lub krewnych za granicą, ale takich było raczej niewielu.

Polska konsola Ameprod TVG-10
16/32-bitowe Atari 1040ST z systemem TOS (The Operating System)
("1040" oznaczał w przybliżeniu ilość pamięci RAM na pokładzie, zaś "ST" to skrót od "Sixteen/Thirty-two" (16/32), co było bezpośrednim nawiązaniem do architektury procesora Motoroli)

Słowo wstępne o Amidze

Pierwsza Amiga (1000, 1985 r.) była komputerem niezwykle nowatorskim technologicznie - zarówno pod względem sprzętowym, jak i oprogramowania systemowego, wyprzedzającym w wielu aspektach konkurencję: wielokolorowy graficzny interfejs użytkownika (Workbench), multitasking, zaawansowany procesor (stosowany do niedawna jedynie w drogich stacjach roboczych, do czasu pojawienia się w niewielkich odstępach czasu: Macintosha, Atari ST i Amigi) oraz bogate możliwości graficzne i dźwiękowe. Na tamte czasy Amiga 500 była technologicznym potworem. Była jednak komputerem również dosyć drogim, nie do końca też wiadomo do kogo adresowanym (wygląd komputera osobistego i cena sugerowały coś bardziej profesjonalnego, ale miał to być również nowoczesny komputer domowy). W każdym razie w momencie wydania AmigaOS był jednym z pierwszych systemów wielozadaniowych na komputery osobiste, znacznie przewyższającym pod tym względem systemy operacyjne produkowane w tamtych latach, na przykład wersje Windows produkowane wówczas przez firmę mICRO$OFT. Z całą stanowczością można bowiem stwierdzić, że w pierwszej połowie lat 90. zgrzybiałe PeCety z MS-DOSem i nakładką na niego (wINDOW$) oraz monochromatycznymi kartami graficznymi Hercules na pokładzie mogły się co najwyżej wypchać w obliczu kolorowych ekranów prawdziwych, multimedialnych komputerów z pełnoprawnymi, okienkowymi systemami operacyjnymi (Mac OS, AmigaOS). Kiedy komputery PC wydawały tylko piskliwe dźwięki z systemowego głośniczka i wyświetlały tekst w czterech kolorach, Amiga miała już: dźwięk stereo (Paula): 4 kanały 8-bitowego dźwięku, które w rękach mistrzów od demosceny brzmiały jak profesjonalne studio, wielozadaniowość (multitasking): AmigaOS pozwalał na robienie kilku rzeczy naraz w czasach, gdy użytkownicy PC musieli restartować komputer, żeby uruchomić inną grę, custom chips: układy dedykowane takie jak Denise (paleta 4096 kolorów w trybie HAM), Agnus czy Paula. Nie ulega zatem żadnej wątpliwości, że AmigaOS był lata świetlne przed Windowsem 3.1 pod względem wielozadaniowości (multitaskingu) i responsywności. W Polsce Amiga 500 była szczytem marzeń, a jej zakup odbywał się głównie za dolary lub bony towarowe (Pewex i Baltona). Na przełomie lat 80. i 90. jej cena oscylowała w okolicach 400–500 USD, co przy ówczesnej średniej krajowej wynoszącej około 20–30 dolarów miesięcznie, na Amigę trzeba było pracować półtora roku, nie wydając ani grosza na nic innego. Na początku lat 90. cena Amigi 500 spadła, a popularność zdobyły zestawy z grami.

Czas na luksus, czyli pierwszy własny komputer. Złota era Amigi. Amiga (600) rulez! (1993-1999)

Wreszcie w maju 1993 roku - w czasach, kiedy komputery nie potrzebowały jeszcze głośnych wiatraków, a pamięć operacyjna liczona była w kilo- i megabajtach, przyszedł czas na własny komputer. Właściwie był to prezent komunijny dla naszego brata Grzegorza od rodziców chrzestnych, choć początkowo miała być to jedynie stosunkowo niedroga "mydelniczka", a więc popularny Commodore C64, zwany również "chlebakiem". Dzięki jednak usilnym naciskom z naszej strony, którzy nie chcieli godzić się na jakieś marne półśrodki, na biurku wylądowała nowiuśka, 16-bitowa Amiga 600 z całymi 7 MHz i 1 MB CHIP RAM na pokładzie. Choć produkowana tylko przez 2 lata (1992-1993), to ona pozwoliła nam na poważnie wejść do świata komputerów. I mimo, że byliśmy nią zachwyceni oraz niewątpliwej technologicznej ewolucji jaką przeszła od czasów A500 (1987) uważa się, że już w momencie premiery (marzec 1992) była uznawana za techniczne nieporozumienie. Nam to jednak w żadnym stopniu nie przeszkadzało i długie lata zachwycaliśmy się jej technologicznymi możliwościami, wybijającymi się zwłaszcza na tle ówczesnych 8-bitowców czy typowo biurowych PeCetów. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy "Prince of Persia" na dużym, kolorowym telewizorze zaraz po rozpakowaniu nowego cacuszka w mieszkaniu chrzestnych, oczy wprost wyszły nam z orbit! Oczywiście początkowo nasza komputerowa aktywność ograniczała się do ogrywania coraz to nowych, kolorowych gierek czy oglądaniu dem, znoszonych masowo na dyskietkach 3,5" przeważnie od znajomych Grzegorza i moich (X-COPY, a później SuperDuper robił wtedy robotę!). Na szczęście dla nas, w maju 1994 roku, po nowelizacji starej ustawy o prawach autorskich z 1952 r., niewiele się w tym względzie w Polsce zmieniło:) A trzeba przyznać, że giery były wówczas wspaniałe i niezapomniane - do których te dzisiejsze, przeładowane efektami i grafiką, nie dorastają nawet do pięt. Shadow of the Beast 1 i 2 (1989, 1990), seria Ishar (1992, 1993, 1994), Black Crypt (1992), Another World (1991), Flashback: The Quest for Identity (1992), The Chaos Engine (1993), Dune 2 (1993), The Settlers (1993), Syndicate (1993), Desert Strike: Return to the Gulf (1992), Jungle Strike (1994), Wings of Fury (1990), Benefactor (1994), Worms (1995), Cannon Fodder 1 i 2 (1993, 1994), Mortal Kombat 1 i 2 (1992, 1993), Darkseed (1992), Loom (1990), North&South (1989), Test Drive II: The Duel (1989), Sid Meier’s Pirates! (1990), Wings (1990), Lotus 2 i 3 (1991, 1992), Vroom! (1991), Frontier: Elite II (1993), Defender of the Crown (1986 - jedna z pierwszych gier na Amigę, ustanawiała nowy standard jakości grafiki w domowych grach komputerowych) to gry, przy których spędziliśmy chyba najwięcej czasu. A pozostałe, które również skradły nam godziny życia długo by wymieniać, bo kultowych gier na Amigę był wówczas prawdziwy ogrom! Choć wiele z amigowych hitów doczekały się swoich remake'ów, poczynając od konsol, a na smartfonach kończąc, to jednak już nie było to. Trzeba sobie bowiem jasno powiedzieć, że dziś nawet prześliczna produkcja nie jest w stanie wzbudzić tyle emocji, co kiedyś kilka pikseli na czarno-białym, rozmazanym ekranie...

Amiga 600 - nasz pierwszy, prawdziwy komputer!

W międzyczasie, w kwietniu 1994 roku, naszą beztroską sielankę przerywa informacja, że firma Commodore International ogłasza bankructwo. Nam nie przeszkadzało to jednak dalej brnąć w tę markę, zwłaszcza że paradoksalnie popularność Amig w Polsce stale rosła i dopiero osiągała swoje historyczne maksimum. Niestety fundamenty tej potęgi właśnie ostatecznie runęły. My zdawaliśmy się nie dostrzegać problemu, a entuzjastyczne artykuły w fachowej prasie tylko podsycały nasz złudny zapał.

Telewizor Foton C-381 DI (Фотон Ц-381 ДИ) z 1985 r. z importowanym kineskopem

Amisia początkowo podłączona była w dużym pokoju mieszkania przez wbudowany modulator do gniazda antenowego pierwszego naszego kolorowego telewizora (zastąpił wysłużonego, czarno-białego Ametysta): Foton C-381 DI (zapisywany również jako Фотон Ц-381 ДИ) z 1985 r. Był to klasyk radzieckiej elektroniki użytkowej z lat 80. w drewnianej obudowie, jeszcze bez pilota, o przekątnej 51 cm (20 cali), "załatwiany" (jak to w tamtych czasach) jeszcze przez niezastąpionego wujka Zdzisia. Jego produkcja rozpoczęła się w 1986 r. przez zakłady w Symferopolu (dzisiejszy Krym) - nazwanych tak na cześć 50-lecia ZSRR. Pracował w standardzie SECAM (typowym dla ZSRR i PRL), ale wiele egzemplarzy było później modyfikowanych o dekoder PAL, aby odbierać zachodnią telewizję kolorową. Co ciekawe, literka I (И) w nazwie modelu wskazywała na zastosowanie importowanego kineskopu (zazwyczaj produkcji zachodniej, np. Toshiba lub Philips) zamiast standardowego, przeciwwybuchowego(!) radzieckiego kineskopu 51LK2C. Modele z literą „I” uchodziły za bardziej prestiżowe, ponieważ oferowały lepszą jakość obrazu i większą trwałość. Mimo wszystko, ze względu na brak innych, dedykowanych gniazd wejściowych, odbiornik ten średnio sprawdzał się jako komputerowy monitor. Po latach snucia planów, jak by tu w celu poprawy jakości obrazu dołożyć do niego eurozłącze, przyszedł wreszcie czas na zakup w siedleckim komisie używanego, małego, około 16-calowego telewizora Grundig Super Color P 40-345 CTI (tym razem już z pilotem) i ucieczkę ze wspólnego pokoju dziennego w zacisze własnego kąta. Gniazdo SCART zamieniało obraz w żyletę, a podłączenie sprzętu pod porządny zestaw stereo (Lasonic, będący prezentem dla chrześniaka Maćka od stryja Andrzeja) jeszcze bardziej rozwijało multimedialne skrzydła naszej Przyjaciółki! Nareszcie na komputerze można było zrobić coś więcej, niż tylko grać - bowiem rezanie to nie wszystko.

Telewizor Grundig Super Color P 40-345 CTI CUC 3400 - nasz pierwszy, własny "monitor"!

7 czerwca 1994 r. przyszedł z kolei czas na doposażenie naszej Przyjaciółki w dodatkowy 1 MB pamięci CHIP RAM (niemieckiej formy TELMEX 80 ns, zakupiony w siedleckim, nieistniejącym już sklepie Sonex przy Kilińskiego 8 - tak, tak, kiedyś takie rzeczy kupowało się w zwykłym sklepie RTV!). Za tym poszedł przydział nieco ambitniejszych zadań dla naszej Amisi - a robiliśmy na niej dosłownie wszystko: od rysowania (Maciej w 1996 r. w Deluxe Paint IV popełnił m.in. ambitny projekt naszego domu na Polinowie wg poradnika z Magazynu Amiga; było też i kilka pomniejszych, ale już mniej cenzuralnych prac oraz plansza do Wormsów, osadzona oczywiście na Polinowie; później był też PPaint), obróbki zdjęć (również w amigowym trybie HAM), tworzenia własnych animacji czy zabawnych filmików (Fuckstones!), samplowania (Audio Master II, III, IV, Sonix), przeglądania grafik i slide-show'ów, słuchania modułów (Protracker), pisania tekstów (CygnusEd, AmiTekstPro), czytania disk-magazinów, przez naukę języków (Driller) i programowania (HTML), operacje na plikach (potężny Directory Opus, a później równie potężny FileMaster), optymalizacji dysku (Reorg), a nawet tworzenia drzewa genealogicznego w dedykowanym temu programie, a kończąc na wirtualnej podróży w świat tajników wspaniałego systemu operacyjnego, jakim niewątpliwie nadal jest AmigaOS ze swym nieśmiertelnym, multitaskingowym i ikonkowym Workbenchem, swą premierę mającym całe 10 lat przez pseudo-nakładką na DOSa, czyli wINDOW$em'95 - całkowicie niesłusznie zresztą okrzykniętym rewolucyjnym. Na szczęście wirusy dopiero wtedy raczkowały, no, może nie licząc słynnego "Saddama", który lubił się panoszyć na DOSowych dyskietkach i podszywał pod systemowy program Disk-Validator - no ale w końcu od czego był "VirusZ"? Jako że Polak mądry po "niezbekapowaniu" swoich danych, czasem konieczne było posiłkowanie się programem do ich odzysku (DiskSalv), ale akurat to zdarzało się o wiele rzadziej niż za późniejszych, pecetowych czasów. A to też o czymś świadczy.

Nasz stary dom na Polinowie, wykonany w 1996 r. na Amidze 600 w Deluxe Paint IV wg poradnika z Magazynu Amiga

Punkty zaopatrzenia

Jednak nawet ów wdzięczne zajęcie, jakim niewątpliwie było giercowanie, czasem wymagało większych lub mniejszych zakupów. Jednym z głównych, siedleckich punktów zaopatrzenia była wówczas "hala śmierdząca rybą" przy Placu Tysiąclecia, gdzie czatowało się m.in. na świeżą dostawę sprężynek do joysticka oraz dyskietek z grami. Przegrywane, opisywane ręcznie dyskietki na Amigę można było również kupić na ul. Jana Kilińskiego, zaraz za dawnym Sklepem Myśliwskim . Był też sklep z tzw. "legalnymi piratami" - często "prawie firmowymi", w blistrach i z kolorowymi okładkami - na końcu ul. Henryka Sienkiewicza, kierując się w stronę ul. Floriańskiej. Później jednym z punktów, gdzie można było zobaczyć Amigę był szereg niskich pawilonów na ul. Rynkowej (tam stała jeszcze m.in. Amiga Escomu, choć był już i PeCetowy osprzęt). Jednymi z nielicznych oryginałów, jakie zakupiliśmy na Amigę były "Crystals of Arborea" (1990, prekursor serii Ishar), Legends of Valour (1992) oraz Theme Park (1994). A na czym graliśmy? Oczywiście oprócz kulkowej myszki, tzw. "trumienki", na naszym stole pojawiały się głównie mikrostykowe QuickShot QS-137F Python 1M, QuickJoy II Turbo SV-124 (2x), QuickShot II Turbo QS-111 czy gumkowy QuickShot QS-131 Apache 1. W późniejszym okresie był też gumkowy joypad (zwany również gamepadem) Matt "boomerang". Tomek zaś gustował w klasycznych, gumkowych Mattach AFF. Na klawiaturze wówczas w zasadzie się nie grało, no, chyba że w jakieś RPGi ze skokiem o 90 stopni (Ishar, Black Crypt, Eye of the Beholder).

Nasz Workbench 2.1 w 16 kolorach i rozdzielczości 640 x 256 px na Amidze 600 2 MB CHIP RAM z HDD

Caviar 850 MB, czyli nasz pierwszy dysk twardy (1996)

Jako że A600 (podobnie jak i po części A1200) została zaprojektowana z myślą o miniaturyzacji (była pierwszym modelem, w jakim zastosowano montaż powierzchniowy SMD - Surface Mounted Device), a nie możliwościach rozbudowy, miała niewielką ilość opcji modernizacji. Z drugiej jednak strony była przełomowym modelem w rodzinie komputerów Commodore, ponieważ jako pierwsza posiadała wbudowany kontroler dysku twardego. W przeciwieństwie do większych modeli Amig (jak Amiga 4000) czy komputerów PC tamtego okresu, które korzystały ze złącza 3,5-calowego, tu w standardzie mieliśmy zminiaturyzowany, 2,5-calowy interfejs IDE (ATA), znany bardziej z laptopów niż komputerów. Na szczęście, aby to obejść, wystarczyła odpowiednia przejściówka na kablu oraz demontaż sanek mocujących dysk, a jedynym mankamentem takiej podmianki była lekko odstająca obudowa. Po małych przeróbkach można było zatem zarówno w A600, jak i A1200 montować o wiele tańsze i bardziej popularne dyski 3,5". I tak, pod koniec czerwca 1996 r. do naszego zestawu dokupujemy wreszcie upragniony dysk twardy - HDD Caviar 2850 3,5" o zawrotnej jak na tamte czasy pojemności 850 MB, będący absolutnym "high-endem” tamtych lat. W świecie Amigi 850 MB to była niemal nieskończona przestrzeń – dla porównania, cała dyskietka DD (Double density (DD) 3,5") miała zaledwie 880 KB (co w zaokrągleniu daje 0,86 MB), a standardowe dyski montowane fabrycznie w Amigach 1200 (pod koniec ery Commodore) posiadały zazwyczaj 40 MB, rzadziej 80 MB lub 120 MB. Dość powiedzieć, że taka zawrotna wówczas pojemność za kilka lat odpowiadała już zaledwie jednemu filmowi w formacie DivX czy objętości jednej płytki CD, ale wtedy było się jednak z czego cieszyć. Do formatowania i konfiguracji tegoż nieodzownym okazywał się program HDToolBox. Wreszcie trzecia, żółta dioda na obudowie Amisi mogła ochoczo zamrugać, a my mogliśmy przenieść cały system operacyjny i programy, a także niektóre z gier (te DOSowe) na wspólny nośnik. Nareszcie mogliśmy też pożegnać żonglerkę dyskietkami (która w takich grach jak Wings czy Mortal Kombat było istną katorgą!), a gry i system ładowały się błyskawicznie!

Nasz Workbench 2.1 w 16 kolorach i rozdzielczości 640 x 256 px na Amidze 600 2 MB CHIP RAM z HDD

W międzyczasie u kolegi z technikum zaopatruję się w 9-igłową drukarkę mozaikową D100MPC produkcji Zakładów Mech-Precyzyjnych Mera-błonie z 1994 r., która służyła m.in. do drukowania listów do redakcji pism komputerowych, ulotek, czy nawet kompleksowego wydruku drzewa genealogicznego.

Jako że byliśmy już wówczas silnie uzależnieni od cyfrowego świata, a wakacje spędzaliśmy w Łosicach, oczywiście Amiga z całym osprzętem na całe 2 miesiące wędrowała razem z nami. Z racji panujących wtedy z reguły upałów snuliśmy na Polinowie m.in. wizje o aranżacji "kącika growego" w chłodnej i zacienionej piwnicy naszego domu, co skończyło się jedynie na wystawianiu zasilacza za okno dubeltowe w celu obniżenia temperatury w pokoju.

Własnoręcznie stworzona czołówka do... przeróbki Fuckstonesów

Koniec ery prasy papierowej...

Jak już wspomnieliśmy, lata 90. to także złota era dla pism komputerowych - poczynając od tych typowo growych, a kończąc na tych bardziej ambitnych (choć akurat te w naszym przypadku (nie wliczając Bajtka) traktowały już raczej stricte o Amidze). Jednak już w drugiej połowie tej ostatniej dekady XX wieku, kolejne tytuły zaczęły powoli znikać z rynku. A co było tego powodem? Przełom wieków był już dla polskiej (i światowej) prasy komputerowej prawdziwym poligonem przetrwania. Profesjonalizacja skutecznie zabijała ich „zinowy” klimat: wczesne lata 90. to czasy radosnej twórczości (np. kultowy Top Secret czy Secret Service), kiedy to autorzy pisali slangiem, byli kumplami czytelnika. Pod koniec dekady rynek się skonsolidował. Wielkie zagraniczne koncerny (Vogel, Bauer) wprowadziły zachodnie formaty – chłodne, profesjonalne i tabelkowe. Czytelnicy poczuli, że „dusza” ich ulubionych pism ulatuje, a dodatkowo liczne konflikty wewnętrzne i rozłamy w redakcjach (np. słynne powstanie Resetu czy Neo Plus) osłabiały silne marki. Wreszcie to ewolucja nośników (od dyskietek do CD-ROM) była prawdziwym „wyścigiem zbrojeń”, który wykończył mniejsze redakcje. Początkowo do gazet dołączano dyskietki, potem jedną płytę CD, a pod koniec lat 90. standardem stały się dwie płyty lub DVD. Ponadto dołączanie pełnych wersji gier i oprogramowania drastycznie podnosiło koszty wydawnicze. Tytuły, których nie było stać na licencjonowanie hitów, traciły czytelników na rzecz gigantów (jak CD-Action czy Chip). Nie można też zapominać o zmianie demograficznej - dzieciaki, które zaczynały od małego Atari czy Commodore 64, po prostu dorosły...

Dla amigowca gazeta była jak biuletyn ruchu oporu - to był "kult", nie tylko hobby. Czytało się o tym, jak wycisnąć resztki z procesora MC68000 albo jak zainstalować kartę turbo, żeby system w ogóle udawał nowoczesny. Amigowa prasa (jak Magazyn Amiga, Amigowiec czy Amiga Action) walczyła o przetrwanie znacznie zacieklej niż pisma pecetowe. One nie padały dlatego, że Internet był szybszy – one padały, bo ich świat się kurczył. Gazety przez lata żyły nadzieją na „nową Amigę” (z epoki Gatewaya czy Amiga Inc.), karmiąc czytelników plotkami o niesamowitych chipsetach, które ostatecznie nigdy nie wyszły poza fazę prototypu. Gdy ludzie zaczęli masowo przesiadać się na PC (bo tam był Quake i Diablo), nakłady amigowych tytułów spadły poniżej progu rentowności. Reklamodawcy też uciekali tam, gdzie był masowy klient. Jednocześnie najlepsi dziennikarze, którzy zaczynali od Amigi, szybko orientowali się, że z pisania o niszowym sprzęcie długo nie wyżyją. Przechodzili do większych redakcji PC-towych, zabierając ze sobą czytelników. Kiedy padł Amigowiec (1990–1995) czy Commodore & Amiga (1992–1995), dla wielu osób był to ostateczny sygnał, by schować komputer do szafy i kupić "blaszaka".

Ostatecznym ciosem dla prasy komputerowej był jednak sam Internet, który począł dostarczać newsy w czasie rzeczywistym, na dodatek za darmo. Miesięcznik z natury był spóźniony o 4-6 tygodni względem wydarzeń na świecie. Większość z pism miało później swoje nieudane reaktywacje, kiedy to na nośnym tytule ktoś chciał zbić jeszcze jakiś interes, ale czasy ich świetności mijały już nieodwracalnie. Często pojawiały się również i fanowscy kontynuatorzy pierwotnej idei czasopism, ale i te nie wytrzymywały próby czasu. Choć lata 90. były „złotą erą” i fascynującym momentem w historii mediów, to właśnie wtedy prasa komputerowa stała się ofiarą postępu, o którym sama pisała...

...i PlayStation na otarcie łez (1997)

Jako że w drugiej połowie 9. dekady XX wieku nie wyrośliśmy jeszcze z giercowania (a z tego w ogóle się kiedykolwiek wyrasta?), a na Amigę nie powstawało już zbyt wiele gier (choć polski rynek nadal trzymał się jeszcze całkiem nieźle), brak należytej rozrywki coraz bardziej nam doskwierał. Musieliśmy zatem znaleźć jakiś inny sposób na czerpanie emocji, niż prozaiczne przerzucenie się na PeCeta. Podwójna wyprawa na istniejący jeszcze warszawski "stadion" i zakup 23 sierpnia 1997 r. spiraconego (a jakże!) PlayStation oraz doposażenie go w karty pamięci, powtórnie wprowadził nas do świata przepięknych gierek. Z ich pozyskiwaniem nie było już jednak tak prosto, jak za czasów Amigi, kiedy to wystarczył kurs do kumpla z kilkoma dyskietkami. Po pirackie gry nazywane „tłokami”- czyli tłoczone, srebrne płytki ze szczątkowymi okładkami - trzeba było jeździć na warszawski stadion. Początkowo niepomiernie jaraliśmy się już nawet samą demówką gier, dołączoną do konsolowego zestawu (Ridge Racer, Wipeout, Agent Armstrong, Crash Bandicoot itp...), która dla wielu osób była jedynym kontaktem z grami przez pierwsze tygodnie po zakupie konsoli. Z czasem oczywiście przyszła pora na poważniejsze tytuły: Final Fantasy VII, Rapid Racer, Gran Tourismo, Wipeout, Warhammer: Dark Omen, Colony Wars, Metal Gear Solid, MediEvil to tylko niektóre z klasyków, którymi zagrywaliśmy się całymi dniami (i nocami).

PlayStation (o nazwie kodowej PSX, w skrócie PS) - kolejna nowa brama do rozrywki

W porównaniu do sporo spóźnionej Amigi 600, PSX nabyliśmy już jako całkiem świeżutki i nowoczesny technologicznie produkt (premiera w Polsce miała miejsce 1 stycznia 1996, choć w Japonii odbyła się ponad rok wcześniej). Mimo, że swoją specyfikacją nie porywała, a w niektórych kwestiach nawet przegrywała z lekko dopaloną Amigą (np. taktowaniem procesora), to umiejętne zaprojektowanie i połączenie poszczególnych elementów w jedną całość, służącą wyłącznie do gier, dało efekt ówcześnie wbijający w fotel! Na pierwszym planie projektu konsoli położono oczywiście nacisk na wielokątną grafikę 3D, co skutkowało pięknymi i kultowymi tytułami, takimi jak: Gran Turismo, Crash Bandicoot, Spyro the Dragon, Tomb Raider, Resident Evil, Metal Gear Solid, Tekken 3, and Final Fantasy VII

A dlaczego nie Amiga CD32? Po pierwsze - Commodore miało ogromne problemy z dostawami podzespołów i wkrótce po jej premierze (1993) ogłosiło upadłość (1994). Twórcy gier nie chcieli zatem inwestować w martwą platformę. Pojedynek między PlayStation (PSX) a Amigą CD32 to klasyczny przykład starcia wizjonerskiej przyszłości z nieco „pudrowaną” przeszłością. Choć darzyliśmy Amigę ogromnym sentymentem, rynkowo i technologicznie Sony po prostu rozstawiło konkurencję po kątach... CD32, podobnie jak A1200 bazowała na układzie AGA, który był genialny do grafiki 2D, ale w 3D radziła sobie bardzo słabo. Większość gier na CD32 były zwykłymi portami z dyskietek, czasem z dodanym filmikiem intro lub lepszą muzyką. Niestety, CD32 było „partyzantką” stworzoną niskim kosztem, a PSX precyzyjnie zaplanowanym uderzeniem giganta - zaprojektowanym od zera z myślą o generowaniu grafiki wielokątnej (poligonów). Mimo tej samej ilości pamięci RAM (zaledwie 2 MB!) i niezbyt szybkiego procesora głównego (zaledwie 33.8 MHz), "Growa Stacja" posiadała dedykowane jednostki do geometrii i transformacji, co pozwalało na płynne gry 3D. Amiga CD32 bazowała zaś na podzespołach komputera Amiga 1200 i właściwie była A1200 pozbawioną klawiatury, stacji dyskietek, czy myszy, zamkniętą w innym opakowaniu (istniały jednakże przystawki, np. SX-1 czy ProModuleCD32 pozwalające podłączyć urządzenia peryferyjne, co czyniło z tej konsoli normalny komputer).

Koniec pewnej ery...

Ale z tej PSX-owej wolty, wróćmy do naszego komputerka. Z jak wielkim sentymentem nie patrzeć na Amigę 600, trzeba też powiedzieć, że ze względu na nie do końca przemyślane decyzje konstrukcyjne była to pierwsza kontrowersyjna wersja Amigi, stając się jednocześnie początkiem schyłku marki Amiga, jak i upadku całego Commodore'a. Niewystarczające tempo ulepszeń w stosunku do poziomu rozwoju konkurencji, tj. komputerów Macintosh, ale w szczególności linii komputerów osobistych IBM PC (i jego kolejnych, 32-bitowych generacji) przyczyniało się do stopniowej utraty uprzywilejowanej pozycji, którą Amidze dawała początkowa przewaga technologiczna (najbardziej wyraźna w pierwszych latach Amigi na rynku, a szczególnie w 1985 roku). Po złotej erze Amigi, koniec lat 90. był już powolną (a w zasadzie gwałtowną) śmiercią całego ekosystemu. W tych latach w zasadzie już wszyscy znajomi powyzbywali się swoich Amig, nabywając w ich miejsce bezduszne blaszaki. W sierpniu 1999 r. wychodzi ostatni, 84 numer papierowy największego polskiego miesięcznika poświęconego komputerom Amiga - Magazynu Amiga (8/1999), co również kończyło pewną epokę. Abstrahując już od topniejącego w oczach amigowego światka, nasza obecna konfiguracja sprzętowa również aż krzyczała o jakieś usprawnienia. Pora więc było zejść na ziemię i po raz kolejny obcierając spływającą łezkę uciekać z tego tonącego okrętu, by przesiąść się na... kolejną Amigę!

Ostatni, 84 numer papierowy największego polskiego miesięcznika poświęconego komputerom Amiga - Magazynu Amiga (8/1999)

Amiga 1200 - 32 bity na sterydach i w towerce (1999-2001)

Pomimo naszych technologicznych zapóźnień, na Amigę 1200 mogliśmy sobie pozwolić dopiero 6 lat po jej światowej premierze (1993 r.), a więc już 3 lata po zakończeniu jej produkcji (zakończonej przez Commodore w 1994 r., a definitywnie w 1996 r. przez niemiecki Escom). A1200 była jednocześnie ostatnim seryjnie produkowanym modelem komputera Amiga (ostatnim modelem urządzeń pod tą marką była konsola Amiga CD32). Zaraz przed świętami Bożego Narodzenia 1999 r., po ponad 6 latach katowania naszej małej Przyjaciółki A600, zmieniamy nasz sprzęt na Amigę 1200 (a w zasadzie to zakupiliśmy z komisu jej samą płytę główną). Dla nas była to nie lada nowość, ale niektórzy twierdzą, że A1200 już w momencie produkcji (1992 r., w Polsce 1993 r. - a więc w dacie zakupu przez nas Amigi 600) również była spóźniona o co najmniej dwa lata... Główne nowości naszego nowego nabytku to nowe układy graficzne AGA oraz w pełni 32-bitowa architektura (32-bitowy procesor Motorola MC68EC020 (wersja procesora MC68020 z 24-bitową szyną adresową i wynikającą z tego przestrzenią adresową o rozmiarze 16 MB, bez koprocesora), taktowany zegarem 14 MHz). Ulepszenia te, jakkolwiek znaczące, nie dawały jednak przewagi, jaką Amiga miała jeszcze kilka lat wcześniej. Sprzętowo pod wieloma względami A1200 ledwie dorównywała do poziomu, na jakim były klony IBM PC (w tym czasie już coraz częściej z procesorami 80486, kartami SVGA i 16-bitowym dźwiękiem z kart takich jak Sound Blaster 16 lub Gravis Ultrasound). Nawet w dziedzinie gier standard PC zaczynał dominować, co zostało przypieczętowane rozwojem gier 3D, takich jak Wolfenstein 3D oraz Doom.

Ale nic to. My szliśmy dalej i właśnie dopadała nas ochota na zaznajomienie się z nowym, raczkującym jeszcze w Polsce, medium. I tak, rok przed upowszechnieniem się w Polsce Neostrady, w grudniu 1999 r. zdobywamy się wreszcie na zakup absolutnej legendy polskiego internetu przełomu wieków - zewnętrznego, pecetowego modemu (Zoltrix Rainbow 56K na port szeregowy), co otwierało nam wreszcie wrota do właśnie rodzącego się cyfrowego świata globalnej sieci. A zatem Amisia jeszcze w XX wieku wprowadziła nas w magiczny świat rodzącej się na naszych oczach Wielkiej Pajęczyny, która za kilka lat oplotła już całą kulę ziemską, niepostrzeżenie stając się "globalną wioską". Jako ciekawostkę dodam tylko, że w tamtych czasach z internetem z powodzeniem łączyliśmy się przy pomocy stosu TCP/IP dla komputerów Amiga - "Miami". Modem trzeba było już tylko połączyć poprzez kabel telefoniczny do gniazdka w ścianie i już można było hulać! No, może to jednak trochę za dużo powiedziane... Ciekawostką był fakt, że cała Polska do TP S.A. dzwoniła po godz. 22:00, gdyż wtedy impulsy były dłuższe (co 6, a nie co 3 minuty jak za dnia). Numerem docelowym był oczywiście słynny: 0-20 21 22, który to w przerażającym tempie pożerał nie tylko impulsy, ale i nasze wątłe oszczędności. Dodatkową atrakcją było zrywanie połączenia, zwłaszcza przy dużym obciążeniu łącza (np. przeładowaną grafiką stroną www). Ufff, i z tym oto bagażem weszliśmy w erę Internetu. Pamiętam jeszcze pytanie kolegi z technikum, który gdzieś tam zasłyszał to i owo, ale nie do końca był pewny, z czym to jeść: "Bartek, a co to jest ten Internet? To taka wielka gazeta, tak?". Tyle że i ja wtedy nie do końca jeszcze wiedziałem, czym jest ów tajemnicze, nowe medium. Realne były za to jedynie ogromne jak na nas rachunki od tepsy (tfu!), które pieczołowicie analizowaliśmy z nieskrywanym wzburzeniem...

Modem Zoltrix Rainbow 56K - nasza pierwsza brama do internetu

Hardwareowo zaś ratujemy się jak możemy, dosyć leciwy już sprzęt dopalając kolejnymi kartami turbo (z nowym procesorem, koprocesorem i większą ilością pamięci FAST). I tak, w marcu 2000 r. nabywamy ręczny, czarno-biały skaner "Golden Image" oraz dopalacz Blizzard 1230IV 50MHz, wszystko zaś pakując w czarną, futurystyczną, pecetową obudowę, przytarganą osobiście autobusem - o dziwo z zasilaczem na spodzie. Jeszcze większego futuryzmu dodała jej wymiana diody zasilania z zielonej na białą, będącą ówczesną nowością na rynku. Przy okazji (również w maju) dokupujemy do niej pecetowy CD-ROM x48 (LG CRD-8482B) oraz 14-calowy, ponad 10-letni już monitor multiscan Nixdorf Computer MO 13 (Nixdorf Computer AG był europejskim gigantem w produkcji komputerów i systemów bankowych, zanim w 1990 roku została przejęta przez koncern Siemens (tworząc markę Siemens Nixdorf)), który potrafił automatycznie dostosować się do różnych częstotliwości odświeżania i rozdzielczości przesyłanych przez chipset graficzny, co pozwala grać i używać Workbencha w wyższej rozdzielczości. Całość wieńczy zaś w czerwcu pamięć 16 MB RAM SIMM (60 ns) i jeszcze ciepły, nowy i oryginalny Amiga OS 3.5, mający premierę w październiku 1999 r. Idąc za ciosem, w grudniu 2000 r. wymieniamy kartę turbo na mocniejszą: Apollo 1240/40 MHz, z radiatorem od Pentium'a. Większość sprzętu amigowego nabywamy już z rynku wtórnego, który dopiero teraz pozwala nam na takie ekstrawagancje. Na nowe akcesoria, nie licząc kilku PeCetowych dodatków, po prostu nadal nie było nas stać... Niestety brak odpowiedniego oprogramowania (a w zasadzie sterowników) skutecznie uniemożliwiał dostęp do stale taniejącego sprzętu pecetowego, a ten dedykowany dla Amigi był już przeważnie przestarzały i do tego drogi. Niemniej osprzęt w konfiguracji tower powoli zaczyna wyglądać już jak z prawdziwego zdarzenia, a my możemy wreszcie zasmakować m.in. surfowania po powstających jak grzyby po deszczu stronach www (AWeb 3.4 - z tego co pamiętam, do IBrowse czy Voyagera mieliśmy jeszcze za cienki sprzęt) w rozsądnej liczbie kolorów i przyzwoitej prędkości. Nadal dużo mailujemy (YAM 2.2), ircujemy (AmIRC), a pod koniec 2000 roku tworzymy, uploadujemy i aktualizujemy nasz nowy serwis na serwerze (AmFTP), ale o tem potem. Osobiście w tym okresie korespondowałem na kilku amigowych listach dyskusyjnych, na których powoli zaczęły dominować tematy bardziej egzystencjalne i dotyczące rozwoju oraz kierunku, w którym dryfuje Amiga - a trzeba powiedzieć, że perspektywy były niestety coraz to bardziej mroczne. Pamiętam m.in. gorącą dyskusję, czy Amiga to tak naprawdę oprogramowanie i sam cudowny system, czy może jednak o jej niezwykłości stanowi kawałek (przestarzałego już) krzemu, poskładany w jej specjalizowane i unikalne układy... Popołudnia upływały mi zatem głównie na zasysaniu około setki maili z kilku list dyskusyjnych (AmigaPL, AH&SPL i in., rzadziej Polinów) i odpowiedzi na tę korespondencję, choć już samo jej czytanie nierzadko kosztowało wiele nerwów, ale na szczęście często i innych emocji. No ale taka to już była cena za uczestniczenie w tego typu dyskusjach. Serwisów streamingowych jeszcze wtedy nie było (które i tak przy ówczesnych cenach i prędkości połączenia byłyby jawnym samobójstwem), a na słuchanie coraz popularniejszych mp-trójek czy oglądanie pirackich filmów z napisami (divX) mieliśmy jednak nadal za kiepski sprzęt... Co najwyżej pozostawały krótkie, zabawne filmiki, do których odpalenia trzeba było wyłączyć wszystkie inne programy.

Prawdziwa rakieta, czyli karta turbo Apollo 1240/40 MHz z 16 MB pamięci FAST (SIMM) do Amigi 1200

Na szczęście nadal pozostawały rajcujące nas gry, a z racji modernizacji sprzętu, nawet ich lepsze i bardziej kolorowe wersje (AGA). Kolejnym zaś fenomenem z nimi związanym były... pedały z klawiszy dzwonka! Tak, tak, to nie pomyłka! Na sam pomysł wpadł Tomek, który grając w Quake na swoim PeCecie w celu wychylania zza ściany musiał przestawiać się między joystickiem a klawiaturą. To skłoniło go do dosyć karkołomnego pomysłu, aby ów wychyły obsługiwać za pomocą... nóg! Wykonanie swoistych pedałów wymagało zakupu dwóch dużych przełączników monostabilnych (dzwonkowych) i osadzeniu ich poprzez nawiercenie otworów w drewnianych podkładkach z grubej sklejki, na poprzecznej podpórce przytwierdzonej do ich spodu. Do joysticka poprowadziłem 4 długie przewody (po 2 do każdego z pedałów), podłączając pod piny lewego i prawego mikrostyku. Działało to jak marzenie, zabawa była przednia, a operatorowi dawało nieodparte poczucie siedzenia wewnątrz obsługiwanego właśnie pojazdu mechanicznego. Poza tym takie operowanie było o niebo łatwiejsze i bardziej intuicyjne, niż dodawanie gazu czy hamowanie wychyłem joysticka, przy jednocześnie wykonywanych skrętach. Na tej domowej roboty sprzęcie zagrywaliśmy się m.in. w Lotusa II i III czy późniejszego Black Vipera. Że też nie wpadli na to ówcześni producenci manipulatorów!

Spoglądając obiektywnie na powyższe i biorąc pod uwagę zapóźnienie A1200 o 2 lata już w fazie produkcji można by w zasadzie uznać, że wobec szeroko pojętego i coraz szybciej rozwijającego się rynku komputerowego, kupując A1200 w 1999 r. byliśmy opóźnieni już o blisko... dekadę. Niemniej od technikaliów dla nas bardziej liczyły się emocje oraz wiara w tę magiczną markę, początkowo być może i po prostu aspekty finansowe - na początku lat 90. bowiem nawet A1200 jako domowy komputer „wszystko w jednym” była tańsza niż kompletny zestaw PC 486 z kartą dźwiękową i monitorem. Jako że Commodore International dawno już upadł (1994) a przecieki o nowych, cudownych Amigach na procesorach PowerPC czy Transmeta pozostawały tylko mgliście majaczącymi, szumnymi zapowiedziami, rynek tego komputera szybko zaczął się kurczyć. W 1999 roku świat amigowy żył już tylko wielkimi nadziejami i sporami. Znajomi bez sentymentu masowo poprzesiadali się na PieCe, co skutecznie zawężało również dostęp do nowych gier i programów. Na dodatek dopiero w późniejszych latach mogliśmy pozwolić sobie na dodatkową pamięć czy wymarzoną przed laty kartę turbo (oczywiście już z obiegu wtórnego), nie mówiąc już o takich luksusach jak CD-ROM, skaner czy dodatkowy monitor. Mimo szeregu inwestycji i usprawnień, braki technologiczne również i nam coraz bardziej zaczynają doskwierać. Tym samym kończył się pewien etap, choć dla niektórych zakończył się on już kilka dobrych lat wcześniej... Dostęp do internetu pozwolił nam jednak nieco przedłużyć tę agonię.

To tyle techniki i wspomnień, pora więc przejść do konkretów i sedna tego artykułu, a więc początków polinowskiej komunikacji oraz Serwisu Polinów. Zacznijmy jednak od samego początku, bowiem powstanie Wirtualnego Polinowa poprzedziło kilka innych ważnych wydarzeń, których pominięcie byłoby przynajmniej wielkim zaniedbaniem, a historia ta okazała by się co najmniej niekompletna.

Na początku był... IRC. A nie, wróć! Początki polinowskiej komunikacji. (lata 80.)

Otóż prekursorem rodzinnej komunikacji młodszego pokolenia już w latach 80. na Polinowie były dwa radzieckie, plastikowe telefony "Duet", połączone za pomocą dwóch cienkich kabelków. Za produkcją (od 1982 r.) tego interkomu stał oczywiście Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ZSRR, a całość nosiła nazwę Детская телефонная связь "Дуэт". Całość zasilały 2 baterie płaskie 4,5V (typu 3R12) - po jednej na każdy z aparatów. Do dziś pamiętam przeraźliwy pisk, którym z samego rana Tomek wzywał nas do porannej zbiórki na podwórku, z reguły w celu rozpoczęcia zabaw. Oczywiście za pomocą słuchawek można było również ze sobą bez problemu rozmawiać, i to bez kosztownego nabijania impulsów! (w naszym łosickim domu nigdy nie było telefonu stacjonarnego). Oczywiście niezbędne było także "skombinowanie" naprawdę długiego, ponad 50-metrowego, dwużyłowego kabla, gdyż ten firmowy mierzył zaledwie 10 metrów... Przekopanie gracami w litym żużlu podwórka płytkiego rowka na ów kabel stanowiło nie lada wyzwanie, któremu jednak jakoś w końcu podołaliśmy. Wszystko działało pięknie, choć niestety zdarzały się też częste awarie - głównie za sprawą usterek mechanicznych, jak zawadzenie o podłoże lemieszem pługa - wszak w tamtych czasach maszyny i ciągniki nie były na polinowskim podwórku czymś niezwykłym. Na szczęście po wykryciu usterki kabelki łatwo można było naprawić, skręcając druty ze sobą i izolując miejsce łączenia radziecką (a jakże!), niebieską taśmą izolacyjną. Można zatem powiedzieć, że radzieckie telefony w służbie polinowskiej komunikacji okazały się nieocenione! W późniejszym okresie były jeszcze walkie-talkie Tomka, z którymi również było trochę trochę zabawy, ale raczej bardziej wymuszonej i była to już raczej taka sztuka dla sztuki. Mimo to do tej pory pamiętam np. akcję z Tomkiem, kiedy to obsadziliśmy dwa dachy - garażu jego taty i naszego domu - i komunikowaliśmy się za pomocą właśnie krótkofalówek w celu organizacji zamachu balonem napełnionym wodą na śp. już Krzysia Sawickiego - a więc syna lokatorów z kamienicy. Całość wymagała koordynacji i powstrzymania buzujących emocji, choć 90% roboty i tak odwalił Grzegorz, zwabiając ofiarę pod nasz dom i skłaniając do odstawienia radzieckiego samochodu na pedały na mini-trawniczek przy jesionie.

"Duet" (Детская телефонная связь "Дуэт") produkcji ZSRR - pierwsza komunikacja elektroniczna młodszego pokolenia na Polinowie

Na początku był... IRC! (2000)

Powróćmy jednak do czasów Internetu przełomu wieków. IRC (ang. Internet Relay Chat) to jedna ze starszych usług sieciowych, umożliwiająca rozmowę na tematycznych lub towarzyskich kanałach komunikacyjnych, jak również prywatną z inną podłączoną aktualnie osobą. Założenie i spotkania na kanale #Polinow to zdecydowanie pierwszy wirtualny krok ku zbliżeniu mieszkańców Polinowa, który sprostać miał potrzebie integracji młodszego pokolenia Polinowa. Spotkania ustalone były w piątki o godz. 22:30 i soboty, kiedy to większość z uczestników dysponowała wolnym czasem. Niestety oprócz początkowej aktywności kilku osób kanał przeważnie świecił pustkami, no może nie licząc bota (wirtualny użytkownik, podtrzymujący aktywność kanału i zapobiegający jego przejęciu). Za jeden z głównych powodów, z jakich IRC nie zaskoczył można było uznać niezaprzeczalnie fakt, że wymianę zdań można było prowadzić wyłącznie na żywo, przez co zebranie wszystkich uczących się, studiujących, pracujących i imprezujących o tej samej porze dnia (a w zasadzie późnego wieczora) stanowiło dość duży problem. Niewątpliwie zaważyły także względy techniczne - niezbędny był bowiem oddzielny program, co nie było zbyt wygodne, aczkolwiek IRCowanie w tamtych czasach pozostawało podstawową formą komunikacji w czasie rzeczywistym. Kluczową sprawą, a może raczej gwoździem do trumny był jednak brak stałego połączenia z internetem, przez co takie pogaduchy kosztowały krocie (liczyła się liczba impulsów, a więc czas połączenia ze śp. TP S.A.). Do kompleksowej integracji potrzebowaliśmy zatem czegoś "trwalszego" i prostszego, co będzie można obsłużyć przy użyciu standardowych programów, na dodatek niewymagającego tyle czasu spędzonego "on-line", w dodatku o określonej godzinie.

Powstanie "Listy Dyskusyjnej Polinów" (09.12.2000 r. - 2006)

W czasach, gdy kanał IRCowy #Polinów świecił już pustkami, powoli dojrzewała nowa idea sposobu rodzinnej komunikacji. Niewątpliwie nasze dotychczasowe uczestnictwo w licznych grupach dyskusyjnych traktujących o komputerze Amiga było inspiracją i zaczynem nowego pomysłu - własnej listy dyskusyjnej. E-mail ma bowiem tę przewagę, że można go odebrać nawet po kilkudniowej komputerowej absencji, a odpowiedź na niego spokojnie zredagować o dowolnej porze w domowym zaciszu, bez konieczności połączenia z pozostałymi uczestnikami. I oto stało się: 9 grudnia 2000 r. w późnych godzinach popołudniowych rusza "Lista Dyskusyjna Polinów". Wszystkie zapisane przez nas osoby (12, a więc: Tomek, Aneta, Anka, Kuba, Iza, Jowita, Maciej, Bartek, Grzegorz, Michał, Monika, Marcin) otrzymały uroczysty, inauguracyjny e-mail, informujący o regulaminie oraz o tym, iż właśnie bez zgody ich samych stali się subskrybentami naszej Listy - w myśl zasady: "to nie członek wybiera Polinów, ale Polinów wybiera członka". Dzięki zachowanej korespondencji z tamtych lat, możemy dziś kropka w kropkę zacytować oraz odświeżyć sobie w pamięci te wzniosłe wydarzenie:

Witam wszystkich po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni.

Jeżeli czytasz tego maila to znaczy, że jesteś zapisany (bez Twojej zgody:) na rodzinną listę dyskusyjną o skądinąd znanej nazwie "Polinów" (w adresie jest: polinow). Lista ma na celu scalenie naszego środowiska w jednolitą całość i bla, bla, bla.......
Po prostu taka lista powstała i już. Nie wiem czy ma szansę się utrzymać (ze względu na wrodzoną niechęć ludzi do takich przedsięwzięć), ale może warto spróbować. A nóż coś zaskoczy?

Wcześniej musieliśmy jednak w tajemnicy zebrać adresy pocztowe wszystkich osób z młodszego pokolenia naszej rodziny, przez co niektórzy poczuli się mocno zaskoczeni... Jednak na całe szczęście cel uświęca środki. Początkowo w planach mieliśmy założenie listy na darmowym serwerze e-groups, choć Tomek namawiał mnie do własnej konfiguracji owej usługi na serwerze przez Telnet (protokół sieciowy i narzędzie (klient-serwer), umożliwiające zdalne logowanie i zarządzanie komputerami lub urządzeniami sieciowymi (np. routerami) za pomocą interfejsu tekstowego). W końcu jednak Tomek udostępnił ku temu kawałek miejsca na jednym z warszawskich serwerów (działającym pod systemem Linux Slackware 7.1), konfigurując całą usługę, no i tak już pozostało. Przynajmniej na jakiś czas.

W pierwszych miesiącach istnienia listy codzienna liczba listów oscylowała wokół kilku, na dodatek przeważnie pochodząc od jednego adresata... W tym okresie okresie niektóre osoby narzekały na zbyt dużą, codzienną dawkę maili (pomijając już fakt, że sporą część z nich stanowiły "forwardy" z list dyskusyjnych traktujących o Amidze, do czego otwarcie się przyznaję, choć niektóre z nich były naprawdę zabawne!:) Rok po powstaniu listy dyskusyjnej, 22 grudnia 2001 r., statystyki mówią już o 371 wysłanych e-mailach! A o czym pisaliśmy? W zasadzie to o wszystkim - dzieliliśmy się naszymi sukcesami, zdobywaniem kolejnych tytułów naukowych, ale także i relacjami ze spędzonych wakacji. To był czas kiedy studiowaliśmy, uczyli się, przygotowywali do obron prac magisterskich. Nie brakowało śmiesznostek, wymiany zdań na temat odbytych polinowskich imprez, spotkań czy opisów wspólnie spędzonych świąt, ale i szalejącej wówczas Małyszomanii, włączając w to śmieszne zdjęcia z zabawnymi komentarzami. Czasem nie udawało się jednak uniknąć bezpardonowej besztaniny - czy to wzajemnej (np. o nieprzestrzeganie netykiety), czy to między poszczególnymi klanami rodzinnymi, np. o spojrzenie na spędzone we wspólnym gronie święta. No ale wiadomo: młodzi gniewni... Stałe połajanki (choć czasem może i słuszne) i pouczanie przez niektórych osobników o chyba nieco zbyt wybujałym poczuciu własnej wartości, stanowczo nie sprzyjały swobodzie wypowiedzi i wolności słowa. Był to wszak okres, kiedy dopiero formowała się nasza tożsamość i poczucie własnej wartości oraz odrębności, czemu czasem trzeba było po prostu dać stosowny upust - również na łamach naszej nowo powstałej listy. I choć w pewnym okresie wydawać by się mogło, że raptem wstąpił w nas nagły przypływ rodzinnej dobroci, to prawda była jednak zgoła odmienna, a kolejne gównoburze zdawały się same nakręcać... To był istny poligon, na którym codziennie mogła wybuchnąć kolejna mina. Moim udziałem były z kolei niekończące się wojenki podjazdowe oraz szarpanie nerwów przy wałkowaniu tematu wyższości Amigi na PeCetami i wINDOW$em. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to jedynie technologia dawała nam złudne poczucie rodzinnej jedności - niestety na przestrzeni lat okazało się, że poszczególne klany jednak więcej dzieli, niż łączy, i to czasem przebijało w naszych dyskusjach. Na dodatek w późniejszym okresie nastały lata chude, a lista jako taka po prostu się wypaliła. Bo ileż można dyskutować nad wyższością świąt Bożego Narodzenia?

Życzenia świąteczne wysłane przeze mnie na Listę 23.12.2000 r.

Jeśli wrócić zatem do zamierzchłych czasów powstania listy dyskusyjnej czy naszego serwisu i cofnąć się w czasie do początków naszej bytności w globalnej wiosce nie sposób oprzeć się wrażeniu, że proces integracji od zawsze podsycany był głównie chęcią wykorzystania nowych technologii informatycznych oraz fascynacji nowym medium, jakim powoli wykluwał się Internet, a nie realną chęcią do rodzinnych spotkań. Jeśli mielibyśmy być zatem szczerzy, to palmę pierwszeństwa dzierżyła jednak trwale zmieniająca ludzkość technologia, a dopiero za nią leniwie kroczyła chęć rodzinnej integracji, zresztą w bliżej nieokreślonej formie. Mimo wszystko udało się nam to wszystko ze sobą połączyć, wypełnić odpowiednią treścią i w dodatku obudować ideą.

Z perspektywy lat można jednak uznać, że stworzenie Rodzinnej Listy Dyskusyjnej "Polinów" było zarówno trafionym pomysłem, jak i stało się zalążkiem całego serwisu Polinów. Dzięki tej w zasadzie jedynej formie kontaktu wiadomo było co słychać w poszczególnych "klanach rodzinnych", rozproszonych obecnie już nie tylko po całej Polsce, ale i świecie. IRCowy kanał #Polinów działał jeszcze jakiś czas, o czym świadczy mój list z 2 października 2003 r., nie miał już jednak raczej większych szans na reaktywację. Lista dyskusyjna również powoli zaczęła umierać śmiercią naturalną - ostatni mój mail pochodzi prawdopodobnie z 7.02.2006 r., choć ostatnimi laty jej łamy zasilał już głównie niefiltrowany spam. Jako ciekawostkę dodam tylko, że swojego czasu pokusiliśmy się nawet o publikację na łamach naszego serwisu pełnej zawartości Listy z lat 2000-2007 - a więc od początku jej powstania, aż do zakończenia funkcjonowania. Lista była podzielona na lata, ale można było się też swobodnie przemieszczać między kolejnymi mailami - w przód i w tył, zachowując przy tym ciągłość korespondencji.

Jednym z ostatnich tchnień próby skomunikowania młodszego pokolenia było rodzinne spotkanie na Skype, które o dziwo finalnie doszło do skutku. 05.03.2009 - "Pojawila się propozycja zeby raz na jakis czas zrobic rodzinna konferencje na Skype'ie. Trzebaby po prostu ustalić jakiś termin, ktory wszystkim by pasował i bylby latwy do zapamietania. Ja proponuje kazda pierwsza niedziela miesiaca godz. 20.00. Sa inne propozycje?". Niestety prędkość ówczesnych łączy pozostawiała jeszcze wiele do życzenia, przez co całą konferencję mocno rwało, nawet pomimo wyłączenia obrazu z kamerek. Najgorzej było ponoć z nami, a do rozmówców trafiało dosłownie zaledwie co drugie słowo. Skype został ostatecznie pogrzebany w 2025 r. przez mICRO$OFT (a jakże!), który wcześniej wykupił go w 2011 r. Taki sam los spotkał zresztą także finlandzką Nokię - niegdysiejszy symbol telefonii komórkowej.

Jeśli miałbym podsumować ten okres rodzinnych, wirtualnych spotkań, to chyba ująłbym to tak: kiedyś to potrzeba spotkań i rozmów determinowała działanie, podporządkowując sobie kulejącą technologię (vide: nasze radzieckie telefony w latach 80.). Później, w okresie Listy Dyskusyjnej Polinów, to bardziej możliwości technologiczne pobudzały chęć spotkań, a fascynacja nowinkami i rodząca się właśnie sieciowa rewolucja była zaczynem i motorem rodzinnej integracji. Niestety obecnie paradoksalnie nastały czasy, kiedy w zasadzie nieograniczone możliwości komunikacji ma już każdy, natomiast chętnych do wirtualnych spotkań w zasadzie już brak...

Ale zostawmy już Listę, gdyż za progiem czaiła się właśnie nowa era "Wirtualnego Polinowa".

Trudne początki webmasteringu (2000)

Hmmm, co tu dużo mówić – w czasach, kiedy "dzieci Neostrady" leżały jeszcze w pieluchach, a razem z nimi serwisy społecznościowe, BLOGi i inne niewynalezione jeszcze usługi jak Gadu-Gadu, nikt jeszcze nie śnił o generatorach kodu, szablonach stron, kursach HTML on-line i tym podobnych uprzyjemniaczach webmasterskiego żywota, w czasach, kiedy modem telefoniczny był luksusem, sprzęt komputerowy pozostawał jeszcze stosunkowo drogi i zawodny, a serwisy rodzinne czy genealogiczne można było policzyć na palcach jednej ręki drwala po wypadku z piłą łańcuchową, nasze początki po prostu nie mogły należeć do najłatwiejszych... Na dodatek ciężko było mówić o jakichkolwiek internetowych standardach. Ale po kolei.

Pierwsza oficjalna zapowiedź Serwisu Polinów (9.12.2000 r.)

Na łamach naszej szanownej, nowo powstałej Listy Dyskusyjnej Polinów pojawia się pierwsza sensacyjna wzmianka o planach stworzenia przez Maćka witryny internetowej "Polinów". Na razie zapowiedź dotyczy Skrzynki Kontaktowej, czyli zdjęć wszystkich subskrybentów wraz z ich adresami e-mailowymi, ale żeby lepiej naświetlić sytuację, może zacytujmy oryginalną wiadomość wysłaną przeze mnie na wyżej wspomnianą listę dyskusyjną. Warto przy tym wspomnieć, iż ów wydarzenie miało miejsce jeszcze w ostatnich dniach XX w., tj. 29 grudnia 2000 r.:

Nasz wielki malkontent co do takich list - Maciek zaoferował założyć stronę WWW "POLINÓW"!!! Na początek zdjęcia listowiczów, linki do ich adresów mailowych czy ew. stron WWW, a potem inne rzeczy - kiedyś spróbuję podczepić drzewo genealogiczne (!) - które już liczy ok. 170 osób... A żeby tak każdy dopisał/uzupełnił dane swoich bliskich, można by stworzyć coś na prawdę potężnego!!! I pomyśleć że dopiero na to wpadłem... To daje prawie nieograniczone możliwości... Niebawem na życzenie będę rozsyłał te drzewko zainteresowanym - tylko jest jeden problem - muszę od nowa je napisać... Bo na dysku tego nie mam, na backupie też, a odzyskać nie mogę bo ostatnio optymalizowałem partycję... Albo nie, jak skończę, wyeksportuję je jako "WWW" i podam adres (tzn. podczepię do głównego site'a Polinów. Tak będzie lepiej.

I tak to się zaczęło... Na biurku ląduje świeżo zakupiona, 600-stronicowa cegła "HTML 4" (zaraz obok "Protrackera") kultowego wydawnictwa Helion, która służyła nam zresztą jeszcze przez długie lata. Obecnie zdecydowaną większość z niej mamy już na szczęście w głowach, choć trzeba też powiedzieć, że od 1998 r. standardy programowania zmieniły się diametralnie. Poza tym na łamach listy dyskusyjnej pojawia się wiadomość, że Maciej póki co przekopuje sterty amigowych gazet i studiuje cykl HTML w jednej z nich, zaś moja rola póki co ograniczyła się do ściągnięcia z AmiNetu odpowiedniego programu do tworzenia stron WWW. Szczerze mówiąc, od samego początku byliśmy bardzo podekscytowani tym pomysłem o czym świadczy chociażby fakt, iż Maciek po stworzeniu pierwszych próbek Historii Łosic nie mógł zasnąć przez całą noc...

"HTML 4" - nasza 600-stronicowa baza wiedzy do wkucia...

Pamiętam jeszcze, gdy napisawszy jeden z pierwszych fragmentów kodu wściekał się, że strona nie wyświetla się tak jak powinna, a kilka kolejnych godzin poszukiwań przyczyny błędu doprowadziło go do iście szewskiej pasji! Po kilkudziesięciokrotnym, wspólnym przejrzeniu kilku zaledwie linijek kodu strony okazało się, że zamiast znacznika "ALIGN" stał "ALING";) (w wersji HTML 4 używało się jeszcze znaczników pisanych wielkimi literami). Oczywiście głównym powodem tych początkowych frustracji był fakt, że od razu rzuciliśmy się na głęboką wodę - czyli czysty kod tworzony ręcznie, a nie pójście na łatwiznę przy pomocy generatorów (których wtedy jeszcze prawie nie było, bądź były płatne) czy skorzystanie z gotowych szablonów i innych ułatwień jak podświetlanie składni. Jak podpowiada dziś AI: "Tworzenie stron internetowych na Amigę w latach 90. i na początku lat 2000. było fascynującym doświadczeniem. Ze względu na ograniczenia sprzętowe i specyfikę systemu, rzadko spotykało się zaawansowane edytory wizualne (WYSIWYG) znane z dzisiejszych czasów. Dominowało "klepanie kodu" w mocnych edytorach tekstowych wspomaganych przez specjalistyczne narzędzia do HTML-a". Niestety pierwsze wersje stron w późniejszym okresie pochłonął windowsowy wirus, zawleczony przez Wojtka od znajomych i wszczepiający do plików html złośliwy kod, przez co usuwanie skutków jego działalności było równoznaczne z kasowaniem zainfekowanych plików. I takie to były początki naszej bytności w świecie HTML i wirtualnej rzeczywistości...

Dwa tygodnie później, 13 stycznia 2001 r. kolejną wiadomość przysyła Maciej, w której pisze m.in.:

Cześć!

Ostatnio nagrało mnie, żeby zrobić coś konstruktywnego w temacie komputerowym i przy okazji czegoś się nauczyć. Wybór padł na HTML i www.polinów. Tomek zgodził się udostępnić miejsce ( dzięki ) więc nic tylko siąść i pisać.

Kilka szczegółów technicznych. Niektórzy mogą być rozczarowani dosyć ubogą grafiką, ale wkur... mnie przeładowane nią strony, które nie mogą się wczytać przez kilka min. i wkońcu rwie się połączenie. Liczy się przekaz, a nie otoczka. Poza tym, z tego co pamiętam Tomek używa tekstowego Lynx'a (też go kiedyś miałem pod Amiga OS, ale jakąś starą wersję), który w ogóle grafikę olewa.

W związku z tym, że część osób korzysta z modemów, a o modernizacji łączy nic nie słychać (i prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie), moja dewiza to: zero bajerów + maksymalna prostota i funkcjonalność = mało kłopotów i więcej zaoszczędzonych impulsów.

Będą oczywiście zdjęcia.

Strona będzie korzystała z ramek i tabelek. Nikt nie powinien mieć z tym kłopotu, bo to standard od 4 lat. Nie wiem tylko czy ugryzie to tekstowy Lynx, ale mam nadzieje że jego nowsze wersje to obsługują.

Co do zawartości: skrzynka kontaktowa z danymi, zdjęciami itd. + dodatki = historia Polinowa, drzewo genealogiczne, kącik amigowy (Bartek już ostrzy zęby), newsy, i co tam się jeszcze wymyśli w trakcie. Proszę o sugestie, pomysły itd. Jeśli ktoś chciałby prowadzić jakiś swój kącik tematyczny niech stworzy własną stronę, umieści najlepiej na Tomka serwerze (podejrzewam że nie poskąpi miejsca) i da mi znać, a ja wprowadzę potrzebne linki.

No i doszliśmy do sprawy najbardziej drażliwej, a mianowicie: kiedy. Zabieram się już do tego ze 4 tygodnie, ale ostatnio na nadmiar czasu nie narzekam, a wolną chwilę mam praktycznie tylko w weekend'y. Poza tym nie korzystam z żadnego edytora (szkoda mi czasu i pieniędzy na rejestrację) i kod wklepuję ręcznie, co musi swoje potrwać. Postaram się skończyć główną stronkę (a właściwie 3 podstronki, po 1 do każdej ramki) w następnym tygodniu.

Sprawa najważniejsza. Potrzebne mi są Wasze zdjęcia (legitymacyjne albo w takiej formie), które będą umieszczone koło danych. Nie podaje narazie dokładnych wymiarów tylko sygnalizuję żeby zakręcić się koło dostępu do skanera.

Pozdrowienia...

Maciek

Dzień później, późnym wieczorem, z adresu myca@kki.net.pl na łamach Listy w mailu "www.polinow" informuje nas już o fakcie prawie-że-dokonanym:

Cześć!
Chciałbym zawiadomić wszystkich, że napisałem dzisiaj główną stronę www.polinów. Jest ona czymś w rodzaju skrzynki kontaktowej, tj. zawiera zdjęcia i dane o wszystkich uczestnikach + linki do kącików. Żeby puścić tą stronę muszę mieć wasze dane, wobec tego proszę o przysyłanie mi na myca@kki.net.pl:

-zdjęcia: coś w stylu legitymacyjnego; format: może być JPG, GIF LUB PNG (mam nadzieje że przeglądarki na pc go odczytują); wielkość: w pionie 100 pixeli, szerokość dowolna.
Jeśli ktoś nie chce/nie może wysyłać zdjęcia, po prostu nie będzie go przy jego danych. Zdjęcie oczywiście można dosłać póżniej. Jeśli ktoś będzie miał problemy ze skalowaniem do 100 punktów w pionie, niech przyśle co ma, a ja się pobawię w zmniejszanie.

-danych:
#IMIĘ I NAZWISKO

#ROK URODZENIA

#SZKOŁA LUB ZAWÓD WYUCZONY/PRACA
(ja mam np. mgr. farmacji/Apteka ul.Piłsudskiego 39 Siedlce)
#użytkowany SYSTEM OPERACYJNY
#E-MAIL
#www (jeśli ma)
Oczywiście jeśli ktoś nie chce podawać wszystkich danych, może podać tylko te, które uważa za stosowne.

Im wcześniej przyślecie mi te dane, tym wcześniej będę mógł stronę puścić "w świat".

Pozdrowienia...

Maciek

23.01.2001 r. - pierwszy, próbny, jeszcze przedpremierowy screenshot naszej strony z amigowej przeglądarki

Uroczyste otwarcie serwisu "Polinów"! (9.02.2001 r.)

Dawno, dawno temu, dokładnie 9 lutego Anno Domini 2001 o godz. 22:41 czasu środkowoeuropejskiego, na liczącą sobie dokładnie dwa miesiące Listę Dyskusyjną Polinów przychodzi lakoniczna wiadomość, która targnęła całą ówczesną cyberprzestrzenią, a po odbiciu się szerokim echem jej pomruki w globalnej sieci słychać po dziś dzień... Jej lapidarna treść niespodziewanie zwiastowała wzbogacenie się raczkującego jeszcze w Polsce Internetu o nową, nieznaną witrynę. Tak tak, był to www.polinow.pl... W tym miejscu przytoczmy oryginalną treść listu Macieja, zwiastującego tę radosną nowinę:

Cześć!

Pod adresem www.polinow.qlnet.pl jest już dostępna strona Polinowa (a właściwie na razie jej niewielka część).
Główna strona to coś w rodzaju skrzynki kontaktowej z danymi i zdjęciami uczestników (tych, którzy je przysłali) + linki do ich e-maili. Jeśli ktoś chce się dopisać/coś zmienić/wymienić zdjęcie, niech przysyła mi wszystko na priv. To niestety na razie wszystko.
Teraz pracuję nad stroną o historii, ale nie zebrałem jeszcze wszystkich materiałów.
W planach jest jeszcze drzewo genealogiczne. Wprawdzie mieliśmy takowe pracowicie konstruowane przez ponad 2 lata, niestety w tajemniczych okolicznościach wyparowało z twardziela Bartka Amigi (tak jak i kilka innych rzeczy). Także wszystko trzeba robić od początku, a to niestety trwa dosyć długo...
Aha, i jeszcze galeria - najciekawsze rodzinne i nie tylko zdjęcia. Więcej pomysłów na razie nie mam, ale to i tak starczy mi pewnie na rok.
Bartek robi jeszcze kącik o Amidze, a Grzecho o NHL. Jeśli ktoś chce dołączyć jakąś swoją stronę, niech umieści ją na serwerze i poda mi nazwę/linka (albo po prostu przyśle ją do mnie), a ja dam odnośnik na stronie głównej.

Pozdrowienia...

Maciek

"Skrzynka kontaktowa", jak nazwaliśmy wówczas zdjęcia listowiczów, linki do ich adresów mailowych czy ew. stron WWW, stanowiła wówczas właściwie całą zawartość naszej witryny, jeśli nie liczyć kącika NHL Grześka czy opublikowanego 10 czerwca 2001 r. Amigowego kącika Bartka, do którego mógł wreszcie przenieść swoje, dla większości potwornie nudne, wywody z listy dyskusyjnej, o zaśmiecanie którymi był zresztą wielokrotnie przez subskrybentów upominany. Jako ciekawostkę dodam, że pierwotna kolorystyka serwisu (fioletowo-bordowa) zainspirowana była jednym z 21 motywów kolorystycznych amigowego programu Scala MM202 z 1992 r. Jako że o aparatach cyfrowych nikt jeszcze wtedy nawet nie myślał, skanowanie zdjęć było jedynym sposobem umieszczenia naszych zdjęć w internecie. Nie było to wtedy jednak sprawą ani łatwą, ani przyjemną, jak to ma miejsce dzisiaj. Do komputera mieliśmy podpięty tylko ręczny, czarno-biały skaner, więc musieliśmy się posiłkować sprzętem sąsiada z naprzeciwka. Najpierw trzeba było jednak na naszej kochanej Amisi sformatować dyskietki na format pecetowy, po czym nasz brat Grzegorz wykonywał z nimi oraz papierowymi zdjęciami kurs do sąsiada, który jako jeden z nielicznych posiadał wówczas te luksusowe urządzenie optyczne w postaci kolorowego skanera A4, podpiętego oczywiście do PieCa. Poza tym fakt, że początkowo nikt z subskrybentów nie kwapił się do podesłania własnych skanów zdjęć, nie wpływał dodatnio na naszą motywację. Takie działy jak "Historia", "Galeria" czy "Drzewo Genealogiczne", dopiero majaczyły nieśmiało gdzieś na horyzoncie, a raczej w naszych głowach. Jako ciekawostkę dodam tylko, ze jeszcze przed wypuszczeniem strony Grzegorz pisał o stworzeniu kącika "Bij Żyda", choć pod naporem ostrej krytyki niektórych listowiczów (a w zasadzie jednego;) przemianował go na zgoła odmienny temat - mianowicie "NHL". Mimo trwającej, modemowej katorgi pocieszające w tym wszystkim było jedynie w miarę stabilne miejsce na warszawskim serwerze QLnet, który stanowił zwykły komputer podłączony na stałe do internetu. Tam też serwis działał okrągłe 11 lat, aż do 6 grudnia 2011 r., kiedy to padł na dobre, a raczej złe. W tamtych czasach nie było za wielu providerów, a ich oferta kierowana była głównie do firm, a nie internetowej drobnicy. Zwykły zjadacz chleba musiał zatem albo słono płacić, albo skazać się na darmowe konto z reklamami i narzuconą z góry domeną (pierwsze z nich to np. kki). No i takie to były początki serwisu Polinów, którego powstanie obchodzimy akurat 9 lutego - a więc w Międzynarodowy Dzień Pizzy. Później poszło już z przysłowiowej górki, ale ewolucyjne zmiany serwisu pokrótce opiszemy nie co później, bowiem już na horyzoncie majaczyła już...

Zło konieczne i smutna dekada, czyli przesiadka z Amigi na PC-ta i wINDOW$a... (2001-2010)

Internetowy serwis Polinów początkowo tworzony był głównie przez jego pomysłodawcę Macieja, w całości na komputerze Amiga A1240/040 Tower, pracującym pod systemem AmigaOS w wersji 3.5. Po pół roku od powstania wirtualnego Polinowa, a także ponad ośmiu latach fascynującej przygody z Amigą, w połowie 2001 r. zostaliśmy w końcu zmuszeni do przesiadki z Komputera na "kOMPUTER", czyli z Amigi na PC-ta... Konfiguracja może nie powalała, ale nas przenosiła w całkiem odmienny od dotychczasowego świat: płyta główna Shuttle Spacewalker AK32A, procesor Duron 800, RAM 256 MB SDR, GPU Matrox Millennium G450 (AGP 4x, 180 nm, 32 MB DDR, 64 bit, DualHead)), HDD 40MB Seagate, FDD Mitsumi, DVD-ROM LG x12. We wrześniu tego samego roku dochrapaliśmy się także kineskopowego monitora z płaskim ekranem (Samsung Samtron 76DF 17") oraz kolorowego skanera A4 (Microtec 3600), który umożliwił nam wreszcie poskanowanie starych zdjęć i zasilenie nimi Galerii oraz stron tematycznych, traktujących o historii Polinowa. Niestety nie jesteśmy w stanie finansowo udźwignąć dalszej rozbudowy naszej Amisi, w którą i tak włożyliśmy już ogromne pieniądze. Tak więc z póki co naszym (na szczęście doraźnym) "domem" na prawie dekadę zostają niestety systemy: wINDOWS 98 Second Edition, zaraz potem ME i na dłużej XP. Niestety mimo prób uniknięcia tego znienawidzonego przez nas systemu, Linux nie za bardzo nadawał się jeszcze dla zwykłego śmiertelnika. Pamiętam np., że świeżo zainstalowany przez Tomka Mandrake (wraz z kompilacją jądra!) nie chciał obsłużyć zintegrowanego z płytą główną chipsetu dźwiękowego - AC'97.

Amiga stawia opór!

Niestety przy próbie transferu danych z Amigi na PC pada nam sektor rozruchowy twardego dysku... Próba przeniesienia danych miała bowiem powieść się właśnie pod Linuxem (dystrybucja Mandrake), niestety przez przypadek załadował się wINDOW$ i... oczywiście nie rozpoznając amigowego formatu "FFS" jako swojego - uniemożliwił normalny rozruch Amigi oraz dostęp do wszystkich danych na niej zawartych, w tym do naszego serwisu "Polinów" (najbardziej żałowaliśmy działów, nad którymi od jakiegoś już czasu prowadziliśmy prace - m.in. "Historia Łosic"), choć akurat je na szczęście udało się odzyskać w trybie HEX, a więc ręcznym przeszukiwaniu zawartości dysku, jeszcze przed ostateczną naprawą systemu plików... Pełna operacja odzysku danych trwała zaś 1,5 roku (do 2 października 2002 r.) i jakimś cudem zakończyła się pełnym sukcesem. W tym przypadku to również zasługa setek ręcznych obliczeń z wizualizacją wewnętrznej budowy dysku twardego na kartce papieru włącznie. Sektory, ścieżki, bloki, cylindry talerze - tylko to śniło mi się przez kilka kolejnych nocy... W procesie odzysku nie obyło się także bez takich kwiatków jak lutowanie w montażu powierzchniowym lutownicą transformatorową Lutola (po sprzedaży części osprzętu trzeba było podłączyć klawiaturę od A500 do chipu płyty głównej Amigi 1200 za pomocą zwykłych drucików telefonicznych), czy (po sprzedaży radiatora) chłodzenia procesora karty turbo... kawałkiem zamrożonego mięsa. Potem można było już ze spokojnym sumieniem sprzedać Amigę, a w zasadzie jej części składowe - a więc generalnie wszystko oprócz czarnej obudowy, służącej swym wnętrzem do montażu nowego peceta.

Pełen sukces - odzysk danych z twardego dysku Amigi (2.10.2002 r.)

Zło wcielone i koszmar każdego webmastera, czyli iNTERNET eXPLORER mICRO$O-TFu! (2001-2014)

Po odstawieniu Amigi i przejściu na peceta, najdelikatniej rzecz ujmując, spotkaliśmy się z kilkoma różnicami w interpretacji kodu przez przeglądarki internetowe. Wówczas jeszcze coś takiego jak standard istniał tylko na papierze, a mICRO$OFT jako monopolista uparcie wprowadzał własne rozwiązania w swym "wspaniałym" Internet Explorerze - zupełnie jakby każdy ich nowy pomysł zasługiwał na miano standardu. Błędny box-model, brak obsługi wielu atrybutów, różnice w interpretacji: kodu, kaskady, specyficzności... Ponadto program był tak przestarzały, że nie obsługiwał nawet przezroczystości obrazków (PNG), co dosyć mocno utrudniało nam webmasterską pracę. To tylko niektóre z tzw. "cech wrodzonych" IE... Konkurencyjne produkty dzięki nieustającemu rozwojowi były o wiele wygodniejsze, szybsze i oferowały większe bezpieczeństwo. Niestety przez zaszycie firmowej przeglądarki w system wINDOW$ (za co sypały się zresztą kolejne pozwy, m.in. Komisji Europejskiej), drapieżny monopolista wymuszał na mniej obeznanej technologicznie gawiedzi korzystanie z jego nieudolnego pół-produktu. Na szczęście po tych niesławnych latach i katordze webmasterów, zmuszonych do nauki przeróżnych kruczków, obejść, a przeważnie wliczając w to nawet konieczność tworzenia dwóch oddzielnych wersji stron dla IE i reszty świata, świat nieco zmądrzał i królowanie tego "wspaniałego" produktu skończyło się. Ale o czym piszę wiedzą tylko ci, którym przyszło się użerać z niedoskonałościami tego monopolistycznego bubla mICRO$OFTu, od zawsze mającego za nic sieciowe standardy. Ponadto na przestrzeni lat powstało masę memów i przysłów na jego temat. Nie bez parady powstały dowcipy typu: „Internet Explorer to najlepszy program do pobierania przeglądarki” albo: „Internet Explorer służy do przeglądania internetu z Twojego komputera i odwrotnie”, które zna chyba każdy internauta starszej daty.

Choć IE 6.0 nie grzeszył kompatybilnością ze standardami stron internetowych (np. nigdy nie przeszedł testu ACID), uśmiercony został dopiero w 2012 r. mICRO$OFT 3 stycznia tego samego roku z nieukrywaną radością poinformował, że udział Internet Explorera 6 w rynku przeglądarek internetowych w USA spadł poniżej 1%. Był to symboliczny koniec pewnego etapu rozwoju Sieci, choć w tym samym czasie w Państwie Środka IE6 wykorzystywany był jeszcze przez ponad 1/4 wszystkich użytkowników internetu... M$ wcześniej uruchomił nawet specjalną stronę "Internet Explorer 6 Countdown", aby uświadomić użytkownikom i deweloperom, jak niski jest udział tej przeglądarki na świecie i przyspieszyć jej uśmiercenie. Na szczęście zegar na niej przestał już bić...

Nagrobek Internet Explorera mICRO$OFTu

Podsumowując i nie wchodząc w szczegóły nadal podtrzymuję swoje zdanie, że mICRO$OFT wyczynił na świecie masę zła, przyczynił się do hamowania rozwoju internetu, a także do wielu moich osobistych porażek. A ich zasada działania była prosta (zresztą tę coraz śmielej stosuje cała Hameryka, m.in. w temacie produkcji broni): uzależnić świat od swoich produktów i nie do końca legalnymi praktykami zmonopolizować nieświadomy rynek, dopuszczając do masowego piractwa i zmuszając do instalacji swojego oprogramowania domyślnie na wszystkich nowych komputerach, a z czasem wprowadzić coraz to mocniejsze zabezpieczenia i wymuszać od użytkowników haracz za swoje niedoskonałe produkty. W wielu sprawach praktyki monopolistyczne znajdywały swój finał w sądach, jednak armia prawników bILLA gATESA zawsze potrafiła obronić jego diabelską firmę. No ale to kolejny temat-rzeka, którego nie chcę tu zaczynać.

Pierwszy aparat cyfrowy (3.2002)

Koniec marca 2002 r. to dla nas kolejna cyfrowa rewolucja. W czasie, kiedy telefony służyły jedynie do telefonowania (w Polsce dominowała wtedy Nokia 3310), a internet w zasadzie dopiero raczkował, Maciej nabywa jeden z pierwszych cyfrowych aparatów na polskim rynku – MediaTech Sphinx, o matrycy 1.3 megapixeli (a więc "wypluwającej" zdjęcia w rozdzielczości 1248 × 1008 i filmy 160 × 120 w formacie Quicktime). Markowe aparaty Canona czy Sony kosztowały wtedy małą fortunę, a aparaty o zbliżonej matrycy pojawiły się dopiero dobre 2 lata później. Media-Tech był jedną z niewielu firm, w dodatku polską, która masowo wprowadzała "cyfrówki pod strzechy", zanim telefony z aparatami (jak Nokia 6600 czy Sony Ericsson K700i) całkowicie zabiły ten segment rynku. Wspomnę jedynie, że były to na tyle zamierzchłe czasy, że ludzie wielce dziwili się na widok aparatu, który robi jedynie ciche "piiiik" zamiast dźwięku zwalnianej przysłony, a na dodatek nie przewija kliszy po wykonaniu zdjęcia... Dzięki temu cudowi techniki Maciej obfotografował nie tylko Polinów, ale i całą okolicę Łosic, tworząc bazie tego stronę "Łosice i okolice". Do dziś niektóre zdjęcia w owym dziale pochodzą z obiektywu właśnie tego zabytku techniki. Tym bardziej cenne to materiały, że niektóre z obfotografowanych zabytków na zawsze zniknęły już z krajobrazu... Dodatkowo latem 2004 r. za pomocą Sphinxa pozyskaliśmy również zdjęcia do "Wirtualnego spaceru po Polinowie".

W kwietniu 2002 r. do zestawu dokupujemy pierwszą atramentową drukarkę kolorową (Canon S200), pod koniec roku przechodzimy na chłodzenie wodne(!) - Water Cooler dB 16 (CPC), a w kutym 2003 do zestawu dorzucamy nagrywarkę (LG CD-R/RW 48x24x48).

Wymarzony kawałek miedzi, czyli stałe łącze (9.2003)

"Dodzwanianie się" przez piszczący modem do Internetu i odliczanie na stoperze sekund do przeskoczenia kolejnego impulsu to kolejna "atrakcja" tamtych czasów, kosztująca przy tym krocie. Ileż myśmy się wyczekali na te stałe łącze! Jako że w przeciwieństwie do wielu użytkowników komputerów nigdy nie mieliśmy Neostrady z Orange, która to nota bene otworzyła przed Polską drzwi na świat Internetu, musieliśmy całe wieki czekać podprowadzenie kabelka LAN do bloku. Dosłownie nie było dnia, w którym nie skanowalibyśmy wzrokiem otoczenia za jakąś kopareczką, ryjącą właśnie podkop czy ekipy przerzucającej przez dach ten upragniony przez nas kawałek miedzi. Wcześniej, zachęcani przez Tomka, snuliśmy nawet plany o postawieniu własnego serwera SDI (technicznie opierającego się na technologii o nazwie HiS (Home Internet Solution) od firmy Ericsson) na Linuksie i rozprowadzeniu kabli po klatce m.in. za pomocą kratek wentylacyjnych... Zasilenie również okolicznych sąsiadów w internet pozwoliłoby na przynajmniej częściowy zwrot kosztów poniesionych na sprzęt oraz zużycie prądu. W latach 1999–2001 w Polsce to właśnie usługa SDI (Szybki Dostęp do Internetu), oferowana przez Telekomunikację Polską (TP SA), była prawdziwą rewolucją. Choć z dzisiejszej perspektywy jej prędkość (115,2 kb/s) wydaje się znikoma, była to pierwsza powszechnie dostępna usługa typu „stałe łącze” – za internet płaciło się wtedy stały abonament, nie ponosząc kosztów za każdy impuls (czas połączenia). Oczywiście pozostało to w planach i raczej przerastało nasze możliwości techniczne. Ale wreszcie doczekaliśmy się - 1 sierpnia 2003 r. Maciej podpisuje umowę Domtelem, a my od 1 września możemy wreszcie cieszyć się stałym, szybkim i nieograniczonym transferem danych! Tym samym wysłużony modem mógł pójść na wysłużoną emeryturę (a raczej wylądować na strychu), a my nie musieliśmy chociażby hurtowo uploadować zaktualizowanych stron serwisu przez klienta FTP. Stałe łącze, oprócz bezkarnego surfowania i komunikacji ze światem, wreszcie otworzyło przed nami także erę pirackich filmów divX z napisami (serwisy z napisami jak NapiProjekt święciły wtedy triumfy) czy mp3, ściąganymi masowo na dysk. Wcześniej możliwa była jedynie ich wymiana ze znajomymi na nośnikach CD. Tak więc dla nas to był prawdziwy game-changer, który już na zawsze odmienił nasz cyfrowy świat.

1.09.2003 r. do naszej Listy Dyskusyjnej dopisujemy "13. wojownika", czyli Wojtka. Jako ciekawostkę dodam, że 13.11.2003 r. na łamach naszej listy informuję subskrybentów o dodaniu nicków do wideokonferencji (Yahoo!Messenger i Eyeball) oraz komunikacji głosowej (Skype).

PeCetowej ewolucji ciąg dalszy (2004-2008)

W 2004 poszerzamy nasz magazyn danych o HDD Caviar 80GB 8MB cache, a pod koniec roku dokonujemy upgrade'u procesora do Athlon 2000+ 180 nm. Pół roku później dokupujemy nagrywarkę DVD+/-RW LG , pod koniec roku wymieniamy zaś drukarkę na kolejną "plujkę" - tym razem hp Deskjet 3940. Wiosną 2006 r. nabywamy wreszcie cyfrowy aparat fotograficzny z prawdziwego zdarzenia - Canon PowerShot A610 z pięknym odwzorowaniem kolorów, dorzucając do niego kartę pamięci 1 GB. Koniec listopada 2006 to już wymiana "bebechów", a więc płyty głównej (na Fujitsu-Siemens A8NE refubished), procesora (Athlon 3200+ Venice [90 nm]) i pasywnie chłodzonej karty graficznej na PCI-Express (Nvidia GeForce PCI-E 6200 Asus). Z początkiem 2007 r. kupujemy także nasz pierwszy monitor LCD (Samsung 971P 19”).

A co z gamingowaniem? Niestety (a może i stety?) giercowanie nie rajcowało nas już jak kiedyś - wszystko już jakoś tak wyblakło, spowszedniało, a cały czar gdzieś uleciał... A może po prostu to my wreszcie dorośliśmy? Innym powodem mógł być też fakt, że i giery już nie były takie same, a ich miodność uleciała gdzieś w nieznane. Na dłuższy czas uwagę zwrócił może jedynie StarCraft, w którego to Grzegorz zagrywał się z Marcinem przy świątecznych spotkaniach (m.in. w Wielkanoc 2006 r.) na dwóch laptopach połączonych kablem sieciowym Ethernet (skrętką RJ45). Wcześniej były też jednorazowe "mody" na prostsze produkcje typu "Deluxe Ski Jump" (tzw. "Małysz" - 1999) czy Speedway '98 - (tzw. "Żużel" - 1998). Pod wINDOW$EM Grzegorz namiętnie rezał też w "Skoki Narciarskie 2002" i gry pirackie ("Sea Dogs" - 2000), czy Warhammer: Dark Omen (1998), ale i trafiały się amigowe hity odpalane pod emulatorem WinUAE ("Brutal Sports Football" (1993)). Zresztą prysł też czar sprzętu jako takiego - obiektu westchnień i otoczonego wręcz kultem. Niegdyś wzbudzający emocje i znacznie podnoszący tętno, którego nawet zapach wprowadzał w euforię, z czasem stał się zaledwie bezdusznym, użytkowym kawałkiem elektroniki.

A jakich programów wówczas używamy? Jeśli chodzi o surfowanie po internecie to na wINDOW$ach najpierw używamy Netscape Navigatora, później Opery i wreszcie otwartoźródłowego Firefoxa, za wszelką cenę wystrzegając się przeklętego i w każdym calu wybrakowanego Internet Explorera. Naszymi późniejszymi klientami e-mail w erze PC, były m.in: Linux: KMail v1.2 (Linux Mandrake 8.0 - KDE); Windows: Microsoft Outlook Express 5 (Windows '98SE) i 6 (Windows 'XP); TheBat! (v1.60c – v2.04.7 Personal + Christmas Edition), no i wreszcie docelowo otwartoźródłowy Thunderbird. Do odtwarzania filmów używamy MPC, a do muzyki AIMP2. Co zaś się tyczy pisania i edycji kodu html serwisu, działaliśmy w pirackim Pajączku, zaś zdjęcia obrabialiśmy w pirackim (a jakże!) Photoshopie. A czym się komunikujemy w czasie rzeczywistym? Otóż początkowo było to oczywiście wszechobecne Gadu-Gadu (jakoś nigdy nie zasmakowaliśmy w popularnym ICQ), później przyszedł czas na świetnego Spika ze stajni Wirtualnej Polski, na którym z poziomu kont Jabbera (JabbimPL) działaliśmy aż do jego wyłączenia wraz z serwerem 24.06.2013 r. Jednak to dotyczyło już głównie pracy, bowiem po wcześniejszej przesiadce na Linux Ubuntu, razem z Maciejem przesiedliśmy się na jego domyślny komunikator Empathy. Później na placu boju niestety został już tylko pejsbukowy Messenger.

Wreszcie na swoim, czyli podział majątku (10.2008)

Z początkiem października 2008 r. ostatecznie dochodzi do podziału naszego "komputerowego majątku", gdyż Maciej wyprowadza się na swoje śmieci. Oczywiście ów podział polegał właściwie na zakupie całkiem nowego zestawu - tym samym kończy się tu historia współdzielenia sprzętu komputerowego i wieczna walka o czas na nim spędzany, a nasze drogi definitywnie się rozchodzą. Jako wyprawkę w obudowie Revoltec Zirconium dostaje m.in. płytę główną Gigabyte GA-EP45-DS3L (Intel P45) [DDR2, PCI-E, FW], procesor Intel Core2 Duo Penryn E7200 2.53 GHz BOX (LGA775, 64bit) [45 nm], kartę graficzną Radeon HD3450 PCI-E PowerColor R62BL-ND3S 256 MB TV-out / DVI BOX (64-bit) [55 nm], pamięć DDR2 2x2048MB PC-800 Kingston (KVR800D2N5K2/4G) CL 5, HDD Seagate 320 GB Barracuda (ATA/300, 16MB, 7200, NCQ), tuner TV Leadtek WinFast TV PXTV1200 PCI-E, zasilacz Chieftec GPS-350EB-101A (350W), pasywne PFC (1x120mm) bulk, monitor 22" Samsung SM-T220 (TN, 300, 20000:1, 2ms) DVI, czarno-bordowy, głośniki Modecom MC-2050 2.1 czarny (1x24W/2x15W), kamerkę Logitech QuickCam E3500 Plus (640x480) USB 2.0, mysz optyczną + mousepad i klawiaturę. Ja na otarcie łez funduję sobie jedynie nową obudowę GIGABYTE Poseidon 310, a swój sprzęt modernizuję sporo później: we wrześniu 2009 r. dokupuję HDD Seagate Barracuda 320 GB oraz urządzenie wielofunkcyjne Canon Pixma MP270, a w październiku 2011 r. również i ja zdobywam się na kompleksową wymianę bebechów, nabywając m.in nową płytę główną Gigabyte GA-Z68M-D2H (Intel Z68), energooszczędny procesor Intel Core i3 2120T (Sandy Bridge) 2.60 GHz (32 nm) z Intel HD Graphics 2000 i pamięć DDR3 4GB (2x2GB) 1600 MHz Goodram CL9. Grzegorz z kolei, użytkując służbowego laptopa od ojca z pracy, też już nie musiał żebrać o czas na komputerze.

Nowe obudowy właśnie dotarły (20.10.2008 r.)

Awarie małe i duże, czyli mój chleb powszedni

Na przestrzeni lat nie obyło się także bez kilku mrożących krew w żyłach awarii sprzętu, które miały chęć zakończyć się dla naszego serwisu naprawdę tragicznie, grożąc przy tym niebytem dla naszych dotychczasowych zbiorów. Jako purysta bowiem wiele czasu spędzałem na optymalizacjach, reorganizacjach i odchudzaniu systemów operacyjnych, żeby chociażby zaoszczędzić te kilka cennych sekund na ładowaniu systemu, co niekiedy kończyło się niestety jakimiś większymi lub mniejszymi problemami... Jedną z większych awarii, jeszcze z czasów amigowych, opisałem już powyżej, a pierwszą za PeCeta zaliczam już w kwietniu 2002 r., tracąc dostęp do danych (oraz m.in. strony Polinowa) na ok. 4 miesiące... Z kolei w nieco późniejszych już czasach, przekładając działający twardy dysk zawadziłem nim o spód obudowy, wywołując zwarcie w jego odsłoniętej elektronice... Z tą awarią na szczęście poradziłem sobie sam, dokupując na Allegro dysk o takim samym oznaczeniu elektroniki i przelutowując do niego kostkę ROM z oryginału. Operacja ta trwała kilka tygodni, o ile nie miesięcy, a do jej powodzenia byłem zmuszony nabyć nawet dodatkową lutownicę o niskiej mocy, ale w końcu opłaciło się! Niestety przy kolejnej awarii nie udało się już uniknąć sporych kosztów i interwencji specjalistycznego serwisu... W listopadzie 2011 r. bowiem, przy próbie przetransportowania dysku twardego do nowego mieszkania Maćka w celu przegrania danych, nośnik wymsknął mi się z ręki na podłogę, na dodatek przysysając do sporych rozmiarów magnesu neodymowego... Cóż za kombinacja - sam lepiej bym tego nie wymyślił! Naprawa wybitego łożyska w specjalistycznej warszawskiej firmie w sterylnych warunkach kosztowała mnie bagatela - ponad 3 tys. zł... Na szczęście dzięki wytrwałości i samozaparciu wszelkie przeciwności losu udało się jakimś cudem w końcu pokonać, a my zawsze wychodziliśmy z tych opresji bez większego szwanku.

Pozdrowienie od braciszka Grzegorza pozostawione dla mnie na pulpicie po jednej z awarii (11.01.2006 r.)

W październiku 2012 r. przyszedł czas na kolejną rozbudowę pamięci masowej w postaci dysku wewnętrznego 3.5" SATA 1 TB 64MB, a rok później upgrade'owałem procesor do nieco szybszego Intel Core i3-3210 (Ivy Bridge) 3.20 GHz (22 nm) z Intel HD Graphics 2500 - głównie w celu lepszych wrażeń z rozgrywki z Maciejem po sieci (Killing Floor (2009) rulez!).

O telefonach słów kilka

Oczywiście na początku naszej cyfrowej drogi przez wiele lat jedynymi telefonami były te stacjonarne - podpinane do gniazdka telefonicznego w ścianie, a obsługiwane przez polskiego operatora - Telekomunikację Polską S.A. (a wcześniej część telekomunikacyjną przedsiębiorstwa państwowego „Polska Poczta, Telegraf i Telefon”). Celowo całkowicie pominąłem zaś ewolucję telefoniczną, choć przecież w zasadzie od samego początku i na te urządzenia powstawały przecież gry (poczynając od pamiętnego Snake'a na Nokiach) i inne, coraz to bardziej wymyślne, aplikacje. Pod koniec pierwszej i w całej drugiej połowie pierwszej dekady XXI w., były to oczywiście nieśmiertelne Nokie z kilkulinijkowymi wyświetlaczami w trybie tekstowym, będące wtedy niepisanym standardem: 6210, 6100, 6030, 6060, 3110, 6300). Później (kiedy już nasz kochany mICRO$OFT ostatecznie kupił i pogrzebał tę fińską legendę) przyszedł już czas na smartfony z ciekłokrystalicznymi, kolorowymi wyświetlaczami, na których teoretycznie można było grać nawet w stare hity, ale to już jednak jakby nie to... Tyle, że rewolucja jeńców nie bierze i smark-fony stały się urządzeniami dosłownie do wszystkiego, skutecznie wypierając inne urządzenia elektroniczne. I mimo, że niby nadal istnieją komputery jako takie, aparaty cyfrowe czy konsole do gier, to jednak te niepozorne osiągnięcia techniki przejęły wszystkie ich dotychczasowe zadania. Dzisiaj oprócz pierwotnej funkcji dzwonienia służą do szeroko pojętej komunikacji (również wideo), robienia zdjęć, kręcenia filmów, nagrywania rozmów, przeglądania internetu, aż po pomoc w obserwacji nieba czy prostego skanowania dokumentów. Jednak jako informatycznego pioniera jakoś ta nowa technologia nie porwała mnie nawet na tyle, żeby wykupić abonament na stały dostęp do internetu... Z tej też racji nie będę im zatem poświęcał więcej miejsca, a jaki jest smartfon - każdy widzi...

Pingwin wylądował! Bezpieczna przystań, czyli Linuks Ubuntu (1.2011 r.).

Z czasem systemy linuksowe dojrzały wreszcie na tyle, by stać się przystępnymi dla zwykłego śmiertelnika. I tak, po niespełna 10 latach migracyjnej tułaczki i wyrzutów sumienia, 6 stycznia 2011 r. definitywnie i z nieskrywaną ulgą osiadamy w bezpiecznej przystani pod banderą Linux Ubuntu. Początkowo dysk zawierał jeszcze również partycję wINDOW$ową XP z kilkoma programami, do których mocno się przyzwyczailiśmy (głównie Photoshop), ale w późniejszym okrasie (w 2024 r.) ostatecznie i z nich rezygnujemy. Jeśli chodzi o używane oprogramowanie to pod Linuksem za przeglądarkę od początku służy nam Firefox, zaś do mailowania Thunderbird, choć coraz więcej usług zmierza już w stronę rozwiązań chmurowych. Do edycji serwisu początkowo używaliśmy Photoshopa pod emulatorem WINE, zaś później otwartoźródłowego i darmowego GIMPa, a do edycji html - BlueFisha. Na szczęście wreszcie można było porzucić wszelakie programy FTP, stosowane od czasów Amigi do aktualizacji naszego serwisu, gdyż Linux natywnie obsługuje połączenie zdalne z serwerem, obsługując go jak zwykły, lokalny katalog. Yuupi! I co prawda rok Linuxa jeszcze nie nadszedł, to jednak na całe szczęście świat opanował oparty na otwartoźródłowym jądrze Linuxa Android, a nie np. Windows Phone, który mimo wpompowania miliardów dolarów w jego promocję, na szczęście się nie przyjął. Także w sumie mogliśmy jednak odtrąbić zwycięstwo na siłami zła, jakimi od dekad pozostawał znienawidzony przez nas mICRO$OFT.

Pierwsza instalacja Linux Ubuntu (10.10) (6.01.2011 r.)

Późniejsza, wspólna modernizacja sprzętu to już zakup mini-PC (HP ProDesk 400 G6 Desktop Mini PC - Intel Core i5-10500T CPU @ 2.30GHz (14 nm) + 16 GB RAM DDR4 + 0,5/1 TB SSD) w połowie 2024 r. - ponoć sprzęty z holenderskiej firmy zatowarowanej pod dach sprzętem do pracy zdalnej w czasach COVIDowych. Tym samym definitywnie porzucamy duże i ciężkie obudowy na rzecz wszechogarniającej miniaturyzacji, którą teraz można postawić pod monitorem, albo nawet podwiesić ją na jego plecach:) W tej erze sporadycznie pykam jeszcze w gierki, ale były to już raczej epizodyczne spotkania - "S.T.A.L.K.E.R." pod emulatorem Wine (2007) czy natywny już "Blasphemous" (Linux - 2020)

HP ProDesk 400 G6 Desktop Mini PC (27.06.2024 r.)

Potrzebne są zmiany! Konieczne są zmiany! Bo jeśli nic się nie zmieni, może nadejść dzień rebelii!

Tak śpiewał legendarny Dezerter, ale my wróćmy może do czasów prehistorycznych naszej witryny. W zasadzie to nawet my nie spodziewaliśmy się, że przez lata przybędzie nam taka masa działów, a Polinów obrośnie tak w piórka. W międzyczasie nasz portal przeżył kilka gruntownych zmian "image'u" i operacji plastycznych, z oporami poddając się także kolejnym technologicznym rewolucjom, z których główne postaram się wymienić poniżej. Większość z obecnych Czytelników nie miała wtedy jeszcze pojęcia o istnieniu serwisu - może to i dobrze?;) W przeciwnym wypadku mogliby się bowiem trwale do niego zrazić:)

Jak zatem w telegraficznym skrócie wyglądała ewolucja Serwisu Polinów? Jako że całą jego merytoryczną ścieżkę rozwoju (łącznie ze zrzutami ekranów kolejnych wersji) możecie w szczegółach prześledzić na stale uaktualnianej stronie Witryna > Nowości, tutaj przytoczymy tylko najważniejsze jej kamienie milowe, ograniczając się wyłącznie do technicznych kwestii. I tak, 21 maja 2002 r. powiew świeżości wniosły nowoczesne, jak na tamten czas, arkusze stylów CSS. 14 kwiecień 2004 r. to zakup domeny www.polinow.pl (polinow.pl), która wierna pozostaje nam po dziś dzień (dotychczasowy adres to www.polinow.qlnet.pl). W czerwcu 2004 r. zaczynamy odczuwać konieczność pozbycia się przestarzałych ramek, co podyktowane jest chociażby potrzebą poważnego podejścia do indeksowania i pozycjonowania serwisu. Wymusza to na nas także przebudowę wszystkich części pod kątem obiektowego, skryptowego języka programowania PHP, które ostatecznie dokonało się 9 lipca 2004 r. 30 listopada 2006 r. zaś, głównie dzięki definitywnemu, lecz długo odkładanemu rozprawieniu się z przestarzałymi układami tabelkowymi, udaje się nam "podciągnąć" serwis do dzisiejszych standardów i po raz pierwszy przejść pomyślnie próbę walidacji W3C, i to od razu dla xhtml 1.0 w stopniu restrykcyjnym. 28 października 2007 r. dodaliśmy kolejną funkcjonalność www.polinow – kanał informacyjny RSS/Atom, a 10 marca 2010 r. z powodu stale przyrastającego gąszczu stron zmuszeni zostaliśmy stworzyć na rzecz dwustronnego - rozwijane menu. 5 stycznia 2012 r. przeprowadzamy cały serwis na komercyjny serwer - Linux.pl (później znany jako cyber_Folks). Od 27 marca 2016 r. można było już cieszyć oko całkowicie odmienioną szatą graficzną, dostosowaną do działania na wszelakiej maści urządzeniach mobilnych. Całkowicie przebudowaliśmy także menu, czyszcząc je przy okazji z ociężałego kodu Java Scriptu i opierając wyłącznie na kaskadowych arkuszach stylów (CSS 3). Na rzecz obu kolumn po bokach dodaliśmy jedynie skromną, górną belkę z przebudowanymi działami. 30 listopada 2016 r. przeszliśmy z języka XHTML 1.0 strict na najnowszy HTML 5, a 26 stycznia 2017 r. wprowadzamy daty publikacji stron. 22 sierpnia 2019 r. to zaś data wprowadzenia nowej galerii (Fancybox V3) i sposobu prezentacji zdjęć, ale jej pełne wdrożenie wymaga czasu. Ponadto 19 listopada 2022 r. aktualizujemy ją do wersji V4. 7 stycznia 2024 r. przechodzimy zaś na bezpieczny protokół https://, co skutkuje już zieloną kłódeczką przy adresie, w miejsce tej przekreślonej. Ufff, to póki co tyle rewolucji, a co jeszcze przed nami, czas pokaże.

Trzeba przyznać, że część zmian okazywało się dla nas – samouków, zwłaszcza w początkowym okresie działalności, nie lada wyzwaniem, i nie zawsze wszystko szło jak z przysłowiowego płatka. Czasem musieliśmy się mocno motywować np. do skończenia zaczętej przed kilkoma miesiącami strony, jednak mimo przesuwania terminu premiery, wszystko kończyło się w końcu pomyślnie. Zdecydowanie najtrudniejszym elementem tworzenia serwisu było opracowanie go pod względem technicznym - stworzenie całej struktury, powiązań, skryptów itp. Obecnie możemy skupić się na dodawaniu kolejnych stron, działów i newsów, a także aktualizacji zdjęć i uzupełnianiu informacji.

Oprócz tego po drodze miejsce miały niezliczone przebudowy, aktualizacje i przeprowadzki stron czy nawet całych działów, zmiany nazw, cztery wersje designu nagłówka i inne rewolucyjno-ewolucyjne zmiany. Te jednak, w przeciwieństwie do tych czysto technicznych, wymuszanych zmianą internetowych technologii, zawsze rodziły się w naszych głowach. Kolejnym powodem konieczności zaprzęgnięcia naszej wyobraźni był po prostu brak w internecie podobnych stron, na których moglibyśmy się wzorować, nie mówiąc już o gotowych szablonach. To jednak wyszło nam tylko na dobre, a my nigdy nie musieliśmy przez to trzymać jakiegokolwiek nurtu czy mód, co zresztą czynimy do dziś, często wyłamując się z globalnych, niekoniecznie właściwych, standardów. Pocieszające jest także to, że mimo własnej ścieżki rozwoju, zmiany szły zawsze w dobrym kierunku.

Słowo na niedzielę

I tak oto kończy się nas wcale niekrótki spacer po cyfrowych ścieżkach - tych bardziej lub mniej wyboistych, węższych i szerszych, bardziej lub mniej stromych - naszej młodości. Mam nadzieję, że choć po części udało mi się naświetlić realia, w jakich dane nam było żyć - u schyłku mrocznego PRLu, na skraju i w późniejszym cieniu rewolucji informatycznej, ale za to z niesamowitymi emocjami, jakie w nas ona generowała. A co dalej - czas pokaże.

Muszę powiedzieć, że powyższe wspomnienia były potężnym, wielotygodniowym wyzwaniem o zabarwieniu mrówczo-detektywistycznym, wymagającym ciężkich prac wydobywczo-wykopaliskowych i żmudnego przekopywania dawno już pozamykanych komórek pamięci. Nie obyło się także bez wizyty w siedleckiej "piewnicy" czy na polinowskim strychu w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów naszej cyfrowej aktywności: przekopywanie zakurzonych pudełek oraz sprzętów w poszukiwaniu wyblakłych paragonów i faktur z często niejasnymi datami, starych gwarancji, pieczątek i innych dowodów zakupu czy tabliczek znamionowych wiekowych urządzeń. Na komputerze zaś było to przeszukiwanie starych zdjęć, wiekowych zrzutów ekranu z różnych systemów operacyjnych czy starych arkuszy kalkulacyjnych z kosztorysami kolejnych komputerów. Wisienką na torcie były z kolei dyskusje z AI na temat enigmatycznych oznaczeń na stickersach gwarancyjnych czy identyfikacja wersji i daty systemu operacyjnego na podstawie jakiegoś szczątkowego zrzutu ekranu... Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że powyższa strona powstała głównie z myślą o... nas samych! Pozwoliła bowiem zweryfikować i przypomnieć sobie wiele faktów, a także usystematyzować pewne ciągi zdarzeń, by wreszcie osadzić je w danym okresie czasu. Zajęcie to jednak o tyle radosne, co ściskające za serce, a to głównie z jednego prostego powodu - że po prostu... te czasy już nigdy nie powrócą!

Ojcowie serwisu Polinów
pieczęć Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy