styczeń 2007 r.
Polinowski rok w domu i zagrodzie
Anomalia pogodowe
W środku zimy mamy jesienną pluchę. Czyżby listopad chciał spotkać się z marcem? Raczej nie możliwe, aby zimy w ogóle nie było. Fakt, że od pół wieku nie pamiętam, żeby do połowy stycznia nie było mrozów... Pogoda wariuje coraz częściej. Chociaż anomalie pogodowe zdarzały się zawsze...
Onegdaj typowa zima przychodziła zazwyczaj w połowie grudnia wraz z pełnią księżyca. Zamarzała ziemia, kałuże i stawy. Śnieg na dobre zaczynał padać w porze zbliżonej do Bożego Narodzenia. Jak napadał, to pomimo zdarzających się odwilży leżał do mniej więcej drugiej połowy lutego. Potem któregoś wyjątkowo ciepłego dnia zaczynały się roztopy. Rzeczki zamieniały się w rzeki, a prawdziwe rzeki rozlewały szeroko występując z brzegów. Nawet nasza Polinówka rozlewała się na okoliczne łąki. Duża woda czyściła znakomicie zamulone łożyska rzek.
Zimy zdarzały się co prawda różne, ale były raczej mroźne i śnieżne. Zdarzały się mrozy rekordowe, jak np. w 1963 i 1979, gdy mrozy przekraczały -33°C. Przemarzały piwnice z kartoflami, stawy lód skuwał do samego dna. Wymarzały ryby, szczególnie te najbardziej okazałe... W największe mrozy zamykano szkoły, część fabryk i urzędów.
Jeszcze gorsze były śnieżyce. Najbardziej pamiętne to podobno zaraz na początku II wojny światowej w 1940 r. Za mojej pamięci to rok 1956, potem 1969 i 1979 r. Droga z Siedlec do Łosic wyglądała jak tunel. Odgarnięty był wąski pas szosy z wymijkami co pół kilometra.
Do niektórych wsi to i przez miesiąc dojeżdżały tylko sanie po polach, gdzie wiatr wydmuchał śnieg i końskim zaprzęgiem można było z trudem przejechać. Do większości wsi prowadziły gruntowe drogi zwane gościńcami, których nikt nie odśnieżał. Ludzie byli samowystarczalni. Sami piekli chleb, robili masło, wędlinę - i jakoś żyli. Gorzej jeśli ktoś zachorował. Dowieść lekarza było trudno o ile w ogóle zgodził się na taką wyprawę. Z odległych przysiołków dzieci często całymi tygodniami nie docierały do szkoły. Może dlatego z nadejścia wiosny wszyscy cieszyli się bardzo szczerze.
Natomiast lata bywały różne. Jedynie burz było chyba więcej i o większym natężeniu. Jako dzieci baliśmy się burz nocnych, gdy od błyskawic robiło się jaśniej niż w dzień, co rusz gdzieś się paliło, a Ojciec ubierał się w środku nocy, aby być gotowym w razie czego. U nas na Polinowie pioruny ściągały stawy. Na podwórzu zawsze stał piorunochron. We wczesnych latach pięćdziesiątych drewniany ze stalowymi szpikulcami na szczycie i linką do uziemienia. W drugiej połowie lat 50. ustawiono piorunochron stalowy - ten który stoi do dzisiaj (artykuł powstał w 2007 r. - przy. red.).
Największe wichury zdarzały się w marcu. Były groźne dla słomianych strzech, które po ich przejściu wyglądały jak rozczochrana fryzura i wymagały naprawy. Jedna z groźniejszych wichur zdjęła dach z nowo budowanego młyna i przeniosła go na drugą stronę ul. Bialskiej. Oczywiście dach trzeba było robić od nowa...
Największy grad padał nie tak dawno - w połowie lat 80. Był tak duży, że popękały szyby w oknach, przebił w paru miejscach blachę na stodole i zniszczył uprawy na polach. Samochody stojące pod chmurką miały później dziwną fakturę na dachach i pokrywach silników.
Jednym słowem anomalie i kaprysy pogody były zawsze. Ostatnio jednak takie zaburzenia zdarzają się częściej. Klimat zmienia się z kontynentalnego na morski. Zdecydowanie przeważają wiatry zachodnie. Myślę, że jednak jakaś zima będzie i to wtedy, gdy my wyglądać będziemy wiosny. A do tej jest już coraz bliżej...





