Działo się Roku Pańskiego 1985
Genesis
Flisactwo i Bug związane były z historią Polinowa od samego początku. My zainteresowanie rzeką, jak można by rzec, "wyssaliśmy z mlekiem matki". Na nasze wzmożone zainteresowanie flisem natomiast wpłynęło jedno niespodziewane wydarzenie sprzed wielu lat w dawnym, drohickim porcie. Było to spotkanie z prawdziwymi flisakami! Chociaż z 'prawdziwymi' to trochę za dużo powiedziane.
Po pierwsze byli to właściwie oryle, a nie prawdziwi flisacy. Pierwotnie flisactwo i flisak rozumiane były nieco inaczej niż dziś. Dawniej flis oznaczał uprawianie każdego rodzaju żeglugi śródlądowej na łodziach i tratwach, podczas gdy spław drewna spiętego w tratwy określany był mianem "orylka". Dopiero rozwój kolei i kolejowych przewozów masowych spowodował w końcu XIX w. zmniejszenie znaczenia flisu. Na Wiśle pozostała wtedy orylka, oryle przejęli bardziej prestiżowe nazewnictwo "flis" i w ten sposób ukształtowało się do dziś funkcjonujące określenie, eliminujące niemal całkowicie nazwę "orylka".
Po drugie... A to już trzeba będzie przebrnąć do końca artykułu, żeby się tego dowiedzieć.
W czasach naszego dzieciństwa Bug był jeszcze czysty i pachnący. Stanowił jedyną okazję do kontaktu z wodą w najbliższej okolicy. Naszą ulubioną destynacją były nadbużańskie 'kurorty' w Kózkach i Serpelicach. Niestety drewno, którego niegdyś używali flisacy do budowy swoich statków było drogie i trudne w transporcie.
Na szczęście dzięki Charlesowi Goodyearowi, który w 1839 roku odkrył proces wulkanizacji (podgrzewanie lateksu z siarką), tworząc wytrzymałą i elastyczną gumę oraz Wacławowi Szukiewiczowi, który w Polsce w latach 30. XX wieku z powodzeniem zsyntetyzował pierwszy kauczuk sztuczny (KER), a także z wydatnym wkładem Grudziądzkich Zakładów Przemysłu Gumowego „Stomil" mogliśmy pójść z duchem cywilizacji i użyć do spływów czegoś i poręczniejszego
.
Będąc świeżymi absolwentami szkoły podstawowej (lub czekając jeszcze na to niepomierne szczęście), często bywaliśmy również w położonej nad Bugiem dawnej stolicy Podlasia - Drohiczynie, aby realizować także inne nasze pasje: archeologiczne i historyczne
.
Wiedząc o tym, że Drohiczyn już we wczesnym średniowieczu był korzystnie położony na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych dwojakiego rodzaju: lądowego i wodnego, naszą wyobraźnię rozpalały znajdowane w okolicy skarby monet zostawione tutaj przez kupców arabskich, a także liczne znaleziska plomb ołowianych
.
Te ołowiane plomby są ciekawe same w sobie. Są to skrawki ołowiu z obustronnie odciśniętymi wypukłymi znakami własnościowymi, zabezpieczające towary lub daniny książęce
. Służyły najprawdopodobniej do plombowania przeładowywanego towaru. Po raz pierwszy znalazł je w 1864 r. mieszkaniec Drohiczyna i wydobył z brzegu rzeki. Kilkadziesiąt plomb ołowianych przekazał hrabiemu Konstantemu Tyszkiewiczowi. Ten zainteresował świat naukowy tajemniczymi ołowianymi znaleziskami, opisując je i publikując w wydawnictwie Towarzystwa Archeologicznego. W Drohiczynie znaleziono około 12 000 takich ołowianych przedmiotów, które uległy rozproszeniu po różnych kolekcjach w Europie Środkowowschodniej.
Liczny zbiór znalezisk jest wyeksponowany w Muzeum Regionalnym w Drohiczynie. 92 plomby ołowiane typu drohiczyńskiego zostały przekazane przez spadkobierców znanego kolekcjonera zabytków drohiczyńskich Feliksa Kochańskiego wraz z innymi znaleziskami. Prowadził on poszukiwania na terenie miejscowego grodu i podgrodzia co najmniej od 1880 r. Zajmował się zbieraniem starożytności, a zwłaszcza wypłukiwaniem z brzegu rzeki ołowianych znaków towarowych, których zebrał około 10000 sztuk
.
Tak w 1875 r. o znaleziskach w Drohiczynie pisał nasz mentor, Zygmunt Gloger: "Badacze przeszłości nie pogardzają nawet starymi śmietnikami, w których przechowały się wskazówki o sposobach codziennego życia odległych pokoleń i szczątki ich domowej kultury (...). Ponieważ przy zamkach naszych często obozowano, budowano gęsto domostwa, zakładano targowice, pobierano cła wodne i zagraniczne, zatem tworzyły się także odwieczne śmietniki, na jakie natrafiłem u podnóża góry zamkowej w Drohiczynie".
"Poszukiwania moje uwieńczone zostały dobrym skutkiem, bo oto na samym brzegu Bugu poniżej góry, znalazłem na kilka stóp grubą, ciekawą warstwę brunatnej ziemi, przepełnioną kośćmi jadalnych zwierząt, czerepami przedwiekowych garnków, węglami, ułamkami narzędzi i nożów żelaznych, i co najciekawsza, ołowianemi plombami z dawnych wieków, które to plomby tyle narobiły sensacyi ostatními czasy w świecie archeologicznym słowiańskim".
"Oprócz tych małych, a ciekawych znaczków i plomb ołowianych, któremi przepełniły się niegdyś śmietniki głównej zapewnie komory celnej, między dawną Polską, Rusią i Litwą, znalazłem tutaj także kilkanaście małych, gładko wytoczonych krążków, z łupku wołyńskiego, jakie również znajdowałem i przy innych takich grodziskach podlaskich"
.
Widząc tak zacne grono poprzedników, nic dziwnego, że fach archeologa wydawał się nam niezwykle interesującym zajęciem. Przynajmniej dopóki nie pojawili się oni - prawdziwi flisacy! Rzecz nie widziana w okolicy zapewne od przeszło stu lat. Naturalnie od razu łopaty poszły w kąt, a my zapragnęliśmy wstąpić na pokład jednej z tratw i ruszyć prosto do Gdańska!
Niestety szybko okazało się, że daleko nie popłyniemy, bo mimo, że flisacy wyglądali jak prawdziwi, to prawdziwymi niestety nie byli. Okazało się, że pod Górą Zamkową kręcono filmową wersję klasyki polskiej literatury i przyszły szlagier polskich ekranów - "Nad Niemnem". W filmie Bug udawał Niemen, a nadbużańskie łąki tereny grodzieńszczyzny.
Prawdziwi czy nie, flisacy zrobili na nas duże wrażenie, chociaż poszukiwaczom historycznych pamiątek i zagadek czasów minionych ciężko było oderwać się od swojej archeologicznej pracy nawet dla nich (co widać na zdjęciu powyżej). Tym bardziej, że flisacy zrobili sobie przystań akurat w okolicy bardzo ciekawego stanowiska - dawnego mostu w Drohiczynie, który istniał pod Górą Zamkową w XVI w.
A jak widać na drugim planie, konkurencja nie śpi!
.





