strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

listopad 2020 r.

Dzięki przodkom, wiem kim jestem

Jacek KobylińskiW listopadowym numerze miesięcznika "Dobre rady" ukazał się artykuł o Polinowie. Poniżej fragmenty:

"Alina i Jacek kobylińscy mieszkają na Polinowie, niewielkim majątku leżącym na pograniczu Mazowsza i Podlasia. To miejsce jest siedzibą ich rodu od ponad stu lat. Tutaj organizują uroczystości na cześć przodków. Założyli także muzeum.(...)

 

Historia Kobylińskich na Polinowie zaczęła się od dziadka Jacka: Michała. To on kupił tutaj pięćdziesiąt hektarów ziemi, ze starą oranżerią, przerobioną na mieszkanie.

- Dziadek Michał i babcia Apolonia mieli dwanaścioro dzieci, ale tylko sześcioro przeżyło. Jedno wyjechało, a pięcioro rodzeństwa wspólnie gospodarowało na tej ziemi. Mój mąż urodził się i wychował na Polinowie – wspomina Alina. – Było ono takim jego Bullerbyn, gdzie czas spędzał z kuzynami. Sentyment do tego miejsca udzielił się mnie i naszym czterem synom. Kiedy chłopcy byli mali, mieszkaliśmy w Siedlcach, ale wszystkie wakacje i weekendy spędzaliśmy tutaj. Rozległe łąki, sad, staw i podwórze pełne tajemniczych zakątków były dla naszych synów, tak jak wcześniej dla ich taty, wymarzonym miejscem do zabaw.

– Wychowywaliśmy naszych synów w poszanowaniu rodzinnych tradycji. Powiedzenie, że jabłko nie pada daleko od jabłoni, bardzo do naszej rodziny pasuje. Kiedy nasi chłopcy dorośli, zaczęli interesować się historią naszej rodziny i okolicy. Wspólnie odtworzyliśmy drzewo genealogiczne na kilka pokoleń wstecz – uśmiecha się Jacek. – A kilka lat temu nasi synowie założyli i prowadzą stronę internetową, www.polinow.pl, na której spisują rodzinne historie.

O Polinowie Alina i Jacek mogą opowiadać godzinami. (...) Przez wieki były to dobra królewskie, potem należały do hrabiego Jana Ledóchowskiego(...). W kolejnych dekadach nowi właściciele licytowali ziemie po kawałku. Część na początku XX wieku kupił dziadek Michał. – On był bardzo pracowity i zaradny. O wszystko dbał. A kiedy po II wojnie przeprowadzano reformę rolną, dziadzio szybko u notariusza każdemu z dzieci przepisał po kilka hektarów. Nie wywłaszczono nas, ale i tak słyszeliśmy, że jesteśmy kułakami – wspomina Jacek. – Młyn i tartak, które wybudował mój tata, zostały upaństwowione. Dobrze pamiętam tamten dzień, choć miałem wtedy cztery lata. Mama płakała. Mówiła, że nam młyn zabrali. Przestraszony wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem na drogę. „Mamo, nie zabrali. Młyn stoi”, zawołałem. Byłem za mały, żeby zrozumieć całą sytuację.

Alina i Jacek założyli rodzinne muzeum, czyli Polinowską izbę misyjną. Jest w nim kolekcja afrykańskich rzeźb, przywieziona przez Andrzeja, brata Jacka, który od trzydziestu lat jest misjonarzem oraz syna Wojciecha, który poszedł w ślady stryja i przez 5 lat był na misjach w Afryce. W muzeum są też przedmioty i zdjęcia z dawnego Polinowa. – Przyjeżdżają do nas wycieczki szkolne. Oprowadzamy dzieci po muzeum i okolicy, pokazujemy im też kopiec, który został usypany, by upamiętnić dziadka Michała – mówi Alina. Potem zwykle jest ognisko. Wszyscy pieką kiełbaski, a Alina i Jacek opowiadają o dziejach tego miejsca. Wspominają wieś z czasów swojego dzieciństwa, z domami krytymi strzechą, piaszczystymi drogami, po których jeździły drabiniaste wozy. Z jaskółkami wijącymi gniazda pod okapem. Mówią o dawnych obyczajach. Na przykład o tym, że kiedyś w tutejszych stawach można było się kąpać dopiero po 24 czerwca, czyli po święcie Jana Chrzciciela. Uważano bowiem, dopiero wtedy woda była bezpieczna do pływania, bo ochrzczona. – Na Zielone Świątki moi dziadkowie, a potem rodzice wysypywali podwórze tatarakiem. A w palmową niedzielę my, dzieciaki, chłostaliśmy się wierzbowymi witkami – wspomina Jacek.

Zaszczepianie miłości do tego regionu i jego tradycji, a także kultywowanie pamięci o przodkach stało się misją Aliny i Jacka."

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy