strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Krypto-reklama, czyli schodami w dół...

Maciej KobylińskiBartosz Kobyliński

Każda stara posesja posiada swoją historię. Czasem są to tylko suche kroniki jej dziejów, czasem są to jednak fascynujące niczym z baśni opowieści. W budynku, o którym chcieliśmy w tym miejscu opowiedzieć, miejsce miało już wiele niezwykłych wydarzeń, zaś koleje jego losów były jeszcze bardziej zmienne niźli czasy, w których przyszło mu istnieć.

Dawna oranżeria, czyli o cieplarni słów kilka

"Riding up the alley in the rain
No lights to show the way
How could this ever be their home
Through the darkness You could only see
A giant shadow wich was to be
A house where evil ruled at night".

"A Mansion in Darkness" - King Diamond

Bez wątpienia najstarszym budynkiem w obecnych Łosicach jest znajdująca się na Polinowie dawna oranżeria, od pokoleń błędnie nazywana po prostu kamienicą.

Jak głosi definicja: pomarańczarnia (oranżeria) (fr. orangerie - cieplarnia) - to wolnostojący lub połączony z tarasem budynek ogrodowy z szerokimi oknami umieszczonymi najczęściej na ścianie południowej, ogrzewany piecami. Pomarańczarnie budowano jako budynki mocno przeszklone, zwłaszcza od strony południowej, często ze szklanym dachem i możliwością rozbiórki. Wewnątrz mieściło się jedno duże lub kilka mniejszych pomieszczeń. Pomarańczarnie służyły do hodowli roślin egzotycznych (pomarańcze, cytryny, itp.). Pełniły też funkcję ogrodów zimowych. Budowano je w parkach, ogrodach pałacowych, przy rezydencjach itp. od XVII do XIX wieku, głównie na życzenie książąt lub królów. Były też miejscem spotkań towarzyskich, zabaw towarzyskich czy przedstawień teatralnych. Z racji wykorzystywania pomarańczarni jako miejsca uroczystych spotkań, rośliny uprawiane były w ruchomych donicach, by w łatwy sposób móc zostać przeniesionymi na zewnątrz. W przeciągu kilku wieków niewielkie pomarańczarnie przekształciły się w wielkie oranżerie, gdzie rośliny pełniły i pełnią nadal pełnią funkcję dekoracyjną. Świadectwem historycznych upraw cytrusów są m.in. Stara Pomarańczarnia w Łazienkach Królewskich czy oranżeria w Wersalu pod Paryżem, zbudowana w 1654 r.

Oranżeria na Polinowie wybudowana została zapewne na przełomie XVII i XVIII w. Jest jedynym budynkiem ocalałym z dworskiego kompleksu hrabiowskiej rodziny Ledóchowskich. Owy gmach posadowiony został na wzniesieniu dawnego dworskiego parku angielskiego, skąd góruje nad całą okolicą. Oranżeria liczy sobie już bez mała 350 lat, o czym świadczą chociażby piękne kolebkowe (beczkowe) sklepienia piwniczne z odcinkowymi łękami sklepiennymi. Odkucie tynku w piwnicach ujawniło z kolei stosowane już od XVI wieku kowadełkowe (blokowe) wątki ceglane na ścianach. Składają się one z dwóch powtarzalnych warstw cegieł: główkowej i wozówkowej. Przesunięcie pionowych spoin poprzecznych o 1/4 długości cegły daje obraz kowadełka w licu muru. Ścianę północno-zachodnią piwnic stanowi zaś ciekawe połączenie cegły i kamienia, zwane z łacińskiego "Opus mixtum" - a więc technika budowli stosowana przez starożytnych rzymian! Do dnia dzisiejszego w bryle budowli rzucają się w oczy piękne, ozdobne fasety oraz nietypowego kształtu otwory okienne w tympanonach frontonów, u góry zwieńczone czymś na kształt zworników. Podziwiać także można ponad metrowej grubości ceglano-kamienne mury.

Razem z dawnymi właścicielami, egzotyczne rośliny opuściły jednak ten budynek. XX wiek to dla budynku trudny czas adaptacji na budynek całkowicie mieszkalny - nadeszły bowiem czasy, w których o egzotycznych roślinach mało kto myślał. Już przy zakupie podupadającego majątku pradziadek Michał miał już dwójkę dzieci (Mariannę i dwuletniego Hieronima), a pozostała czwórka była "w drodze". Powoli należało zatem pomyśleć o podziale budynku pomiędzy dorastające latorośle. I tak zamurowane zostały, mniejszymi od oryginałów cegłami, ogromne przeszklone ściany, pozostawiając tylko otwory okienne z ozdobnymi podokiennikami. Zapewne wtedy powstały także drewniane stropy i drewniane schody w centralnej części budynku oraz wydzielone zostały pomieszczenia wewnętrzne w przeszklonej części "oranżeryjnej". Jako że zmienił się układ funkcjonalny całego założenia, a centrum życia przeniosło się niejako na tyły budowli, główne wejścia od północy zostało zamurowane (dziś wychodziłoby prosto na drogę dojazdową), a jego funkcję przejęło poszerzone okno od podwórca. Pierwsze pomieszczenie w piwnicy zajmowali p. Rumikowie oraz Stasia, drugie zaś należało do Hieronima i Stanisława. Północno-zachodnią część piwnic zajmowali zaś Tokarscy. Przy podziale odpowiednie części zostały podzielone na drewniane zagrody, a po postawieniu pieca w części Tokarskich, zamurowane zostało także łukowo sklepione przejście. Za nim postawiono drewniane schody, prowadzące do klapy pod schodami na parterze. Było to tzw. "zejście zimowe", gdyż te od podwórca było na zimę zamykane i zasypywane obornikiem. I tak oto pierwotny układ został przepierzony szeregiem przegród i komór.

Od 1906 roku przez następne kilkadziesiąt lat kamienica była domem dla trzech pokoleń rodziny Kobylińskich. Podczas I wojny światowej mieściła szpital wojskowy (lazaret), zaś w piwnicach urządzono prowizoryczną kostnicę. Zapewne z racji tego, że była najdogodniejszym i najkorzystniej położonym budynkiem w ówczesnych Łosicach, podczas II wojny światowej rezydowały tu sztaby wojskowe: początkowo radziecki, w późniejszym okresie niemiecki. Obecnie budynek jest dosyć zaniedbany i nie wygląda już tak okazale jak w latach swojej świetności - stoi bowiem niemalże opuszczony. Wszyscy jego dawni mieszkańcy rozjechali się po świecie, pozostawiając go na pastwę losu. Teraz już tylko wiatr zawodzi żałośnie na jego zmęczonych ścianach, a stukający o parapety deszcz płacze za dawnymi mieszkańcami, przypominając sobie czasy kiedy mury budowli wypełniał śmiech małych dzieci czy czułe szepty ich rodziców. Teraz monument stał się ostoją dla mar, cieni i dziwnych zjawisk...

Piwnice

Ale zagłębijmy się nieco pod powierzchnię ziemi, bowiem pod pomieszczeniami oranżerii znajduje się chyba najbardziej interesująca część całego budynku - piwnice. Nie są to jednak zwyczajne piwnice z prostymi, betonowymi stropami, ale prawdziwe lochy wybudowane w całości z cegły, zwieńczone kolebkowymi sklepieniami. Można się tam natknąć na wiele dziwnych rozwiązań architektonicznych, których zamysłu najprawdopodobniej nigdy już nie poznamy - np. tajemniczy, półokrągły szyb w południowej ścianie prowadzący... donikąd! Doświadczenia licznych prac remontowych pozwalają też sądzić, że budynek został kiedyś dotknięty pożarem, o czym świadczą zwęglone kawałki drewna pod wybraną warstwą ziemi oraz w stropie za cegłami. Ale jak było naprawdę - wiedzą zapewne już tylko wałęsające się tu i ówdzie duchy dawnych mieszkańców tego mrocznego miejsca.

Legendy

Z historią zamków, pałaców, wiekowych dworów czy innych przesiąkniętych historią budynków wiążą się często legendy o tajemniczych lochach. Taką legendę posiada też i stara polinowska oranżeria.

Jak wspominali nasi dziadowie, od dawien dawna krążyły w okolicy opowieści o korytarzach, które z piwnic pod oranżerią miały prowadzić do pobliskiego dworu (znajdował się on kilkaset metrów na zachód). Nasi rodzice snuli niegdyś opowieści o tym, jak cierpliwie opukiwali każdą cegłę z nadzieją ich odnalezienia. Nie ma się czemu dziwić - kiedy człowiek znajdzie się sam na sam z tymi omszałymi murami, każdemu wydaje się, że kryją w sobie jakąś niezwykłą tajemnicę - zwłaszcza, jeżeli przypuszczenia podbudowane są krążącymi w okolicy legendami.

Młodsze pokolenie nie spoczęło na laurach i również rozpoczęło poszukiwania na własną rękę. Niestety żadna cegła czy kamień nie chciał wydać głuchego odgłosu, a żaden podmuch zimnego powietrza ze szpary w murze nie zdradził istnienia ukrytego przejścia. Ale kto wie, może komuś uda się kiedyś znaleźć ten legendarny, tajemny korytarz, co z pewnością rozbudzi nową falę plotek i domysłów co do historii tego osobliwego miejsca.

Przepraszam, czy tu straszy?


"I cannot sleep at night
That's what the day is for anyway
And as the clock strikes midnight
I hear "THEM" dancing at the graves
Singing to My mind...".

"Sleepless Nights" - King Diamond


Każdy zamek czy inne stare mury goszczą jakiegoś przybysza z zaświatów. A jak jest z lochami pod starą oranżerią? Otóż i one są mieszkaniem dla widmowych stworzeń - i to na dodatek niejednego.

Cofnijmy się jednak 100 lat wstecz, do krwawych i złowrogich czasów I wojny światowej. Kamienica (oprócz tego, że jest wówczas domem dla rodziny Kobylińskich) mieści wówczas również lazaret - czyli szpital wojskowy. W potwornych męczarniach zmarło tu wielu żołnierzy, a ich ciała znoszono później do piwnic, gdzie urządzono... kostnicę! Przy zejściu do lochów - na południowej ścianie - nadal widnieje kamienne, przewrócone serce. Co prawda już ukruszone i zatarte, ale nadal czytelne. Było ono symbolem i jednocześnie drogowskazem, dla wielu niestety ostatnim za życia...

Dziś już tylko owe stare mury - niemi świadkowie tamtych lat - wiedzą, ile krwi wsiąkło w tę ziemię, ile krzyków bólu odbiło się echem od tych wiekowych ścian, jakie męki cierpieli ich przymusowi goście. Niespokojne duchy wojennych bohaterów od tamtej pory błąkają się po tych mrocznych korytarzach...

Jeśli człowiek zasiedzi się w Krypcie do późna przy antałku krzepkiego trunku, a jeszcze nie daj Boże zabawi do północy, może bowiem stać się świadkiem wielu niepokojących zjawisk... Usłyszy ciche, przypominające jęki konających, westchnienia, budzące dreszcze dziwne szelesty, przeszywające krzyki dobiegające gdzieś spod ziemi, skrzypienie schodów, a jeśli ma pecha - nawet powodujące gęsią skórkę pobrzękiwania zardzewiałych łańcuchów zza ściany...

Niedowiarki powiedzą, że to podmuchy wiatru w kominie, skrzypienie desek starych, zmęczonych podłóg czy inne naturalne zjawiska towarzyszące starym domostwom. Dla nich proponujemy rozmowę z osobami, które przespały w tym gmachu choćby jedną noc. "Przespały" to chyba jednak niezbyt pasujące słowo. Większość ludzi budzi się tu bowiem kilkakrotnie w ciągu nocy bez żadnej wytłumaczalnej przyczyny!

Jeśli ktoś nie wierzy, niech sam się przekona i zatrzyma tutaj na nocleg. Ale na własną odpowiedzialność... I nie mówcie, że nie ostrzegaliśmy! Jesteśmy bowiem pewni, że na następny spoczynek poszuka spokojniejszego miejsca i po stokroć wolał będzie nocować choćby pod gołym niebem na deszczu, niż miałby ponownie skorzystać z wątpliwej gościnności widmowych mieszkańców tego miejsca...

Krypta Polinów

Jak już pisaliśmy, oranżeria jest miejscem, w którym niegdyś koncentrowało się życie towarzyskie dawnej posiadłości hrabiów Ledóchowskich, a później życie rodzinne rodu Kobylińskich. Obecnie tam, gdzie było tak rojno i gwarno - hula wiatr. Członkowie Listy Dyskusyjnej Polinów uznali, że trzeba coś z tym jednak zrobić - tak klimatyczne miejsce nie może stać puste i czekać na całkowitą dewastację.

Tak zrodził się plan na ożywienie tego, jakże splecionego z historią naszej rodziny, przybytku. Młodsze pokolenie Polinowa po licznych wirtualnych debatach zdecydowało, że wspólnymi siłami dokona gruntownego remontu piwnic i powstanie tam "Krypta Polinów" - rodzinny klub służący głównie integracji rodziny poprzez organizowanie wspólnych spotkań.

O przebiegu prac, a także o imprezach odbywających się w Krypcie będzie można poczytać już niebawem na kolejnych stronach tego działu.


Mimo wszystko, zapraszamy!
Ojcowie serwisu Polinów
Krypta
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy