strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Ślub Tomka

Bartosz Kobyliński

Ufff... Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po ostatnim pamiętnym weselu (Moniki, która na tym pod bluzką miała już przed sobą pokaźnych rozmiarów piłeczkę;), kiedy kolejna para szykowała się już do ołtarza... Ludziska, miejcie litość nad moją biedną wątrobą! Noc cóż, ale taka to już rola sprawozdawcy - od razu zaznaczam jednak, że relacja po godzinie 2.00 może znacząco odbiegać od rzeczywistości!

9 czerwca 2007 r. związek małżeński zawarła kolejna para z naszej, coraz to większej (co widać zwłaszcza na drzewie genealogicznym), rodziny. Tym razem "tak" powiedzieli sobie Tomek i Agata. Ślub odbył się w Jasieńcu koło Grójca, natomiast wesele w Warce (mniam!).

Po przeszło godzinnej podróży, zawitaliśmy wreszcie na przedmieścia słynnego bądź co bądź miasta, o jakże miło kojarzącej się nazwie "Warka". Po krótkich poszukiwaniach trafiliśmy na miejsce, na początek zwiedzając cały obiekt tj. salę weselną wraz z pokojami gościnnymi, w których nocować miała część gości. Po oswojeniu się z otoczeniem i rzutem oka na okolicę, w której dane nam będzie spędzić kilka ładnych godzin wieczornych (po cichu myśleliśmy także o nocnych), wraz z całym ekwipunkiem podążyliśmy w kierunku hotelu "Pułaski", gdzie kwaterunek odnaleźć miała młodsza część gości (do której to nieprzerwanie staramy się zaliczać). Na szczęście oba te obiekty oddalone są dosłownie kilkaset metrów od siebie, więc ewentualne "ciężkie powroty" wiązałyby się co najwyżej z przeczołganiem tudzież przejściem na czworaka przez dwie przecznice. Po odebraniu kluczy (oraz pilotów do TV, ale kto by tam teraz zaprzątałby sobie głowę telewizją), zostało nam jeszcze sporo czasu na przygotowania i tzw. "pindrzenie", w międzyczasie którego zjeżdżali się kolejni goście. Jak się później okazało, sporą część z nich stanowiła nasza rodzina, co w ferworze walki ciężko było początkowo jednoznacznie ustalić - tym bardziej po tylu latach nieobcowania ze sobą. Po zapakowaniu w samochód naszych szanownych... osób, na ok. 30 min. przed ceremonią ruszyliśmy w stronę Jasieńca - rodzinnej miejscowości Agaty, gdzie Państwu Młodym rodzice udzielali juz błogosławieństwa.

Ślub zaczął się punktualnie o 16.00 a skończył... kwadrans przed 17.00. Kazanie było treściwe i w sumie zawarło się w kilku zdaniach, cała reszta poszła równie sprawnie. Druhną była Aneta - rodzona siostra Pana Młodego, dodatkowo podniosłości ceremonii dodawała piękna "Pani Skrzypaczka" z siedleckiego zespołu o wszystko mówiącej nazwie "BZZYK-BAND"... Po przekroczeniu progu i obowiązkowym wyzbieraniu wszystkich rzuconych przez gości monet, przed Parą zaczęła ustawiać się kolejka z życzeniami. W tym samym czasie zaczęły się pierwsze powitania, poprzedzone bacznymi obserwacjami ludzi i porównywaniem ich z obrazami w pamięci sprzed kilku ładnych lat. Po tej oficjalnej części wszyscy ponownie ruszyliśmy w kierunku Warki.

Ok. 17.30 rodzice swych pociech czekali już na schodach domu weselnego z chlebem i solą, no i oczywiście małym co nieco. Wszystko było już zapięte na ostatni guzik, włączając w to nawet usunięcie wielkiej gumowej wycieraczki sprzed schodów przez ojca Pana Młodego - bo jak niby wyglądałoby wesele bez pobitych przed wejściem kieliszków? Nie będąc nigdy organizatorem tak dużej imprezy, w życiu nie podejrzewałem jak wielu szczegółów trzeba dopilnować... Po przeniesieniu przez próg Panny Młodej goście gromadnie wtargnęli na salę, gdzie każdy zajął z góry ustalone miejsce przy suto zastawionych stołach. Wesele standardowo już rozpoczął taniec Młodej Pary w samym centrum weselnej sali.

Ostatnio opisałem tyle obrzędów i konkursów, że teraz nie czuję się na siłach by pobić ten rekord. Mam nadzieję że każdy z Was miał okazję poznać te skomplikowane weselne rytuały i nie będzie miał mi za złe gdy milczeniem pominę ich opis. Skoro tak, może zwrócę tylko uwagę na nowości, z których jedną okazały się występy iluzjonistyczne grupy "AREX SHOW". Ok. godziny 20.30 bowiem na scenę wkroczył "Mózg" całego tego "zamieszania", a był nim nie kto inny jak sam Mistrz w osobie Arkadiusza Cywińskiego. Pokazy były doprawdy różnorodne: od latającego stolika, przez sztuczki z kartami, aż do (żywego!) królika wyjmowanego z kapelusza. Czynny udział w występach brała także dzielna asystentka, która dała się m.in. kroić na pół wszerz i wzdłuż oraz zamykać w ciemnych i niewygodnych skrzyniach. Mam nawet wrażenie że to ona, a nie żadne sztuczki stały się gwoździem programu dla męskiej, rozochoconej już części widowni, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej skąpy strój;) Sztuczki były jednak doprawdy imponujące i robiły wrażenie, a część gości zapewne do dziś głowi się nad realizacją większości z nich. Nie obyło się jednak bez małej wpadki - Wielki Mistrz bowiem w "magicznej skrzyni" o mało nie usmażył swojej powabnej asystentki! A to wszystko na skutek awarii prądu w jednym z gniazdek i w konsekwencji padnięcia nagłośnienia, bez którego właściwie żaden show nie mógłby się przecież odbyć. Początkowo większość gości myślała że "to tak ma być" i są to zamierzone elementy występu mające na celu wplecenie dreszczyku emocji, późniejszy jednak widok prawie zemdlałej asystentki siedzącej na tarasie - na przemian wachlowanej i okładanej zimnymi kompresami - uświadomił nas, że to wcale nie były ćwiczenia... Pamiętam jeszcze jak pod koniec pokazu Marcin z Grześkiem, nie lubiący kiedy ktoś nabija ich w butelkę i zdegustowani wciskaniem im kitu, postanowili naocznie przekonać się o "cudowności" tego całego magicznego stolika. I tak prześlizgnąwszy się obok Pana Magika chcieli niby to przypadkiem potrącić ten intrygujący mebelek a tym samym odkryć jego skomplikowaną budowę... W ostatniej chwili jednak przed ich atakiem na owo magiczne zaplecze magik podejrzewając coś ruszył w ich stronę, skutecznie zniechęcając do dalszych działań...

Drugą niewątpliwą atrakcją był barman, który miejscami zadziwiał wszystkich jeszcze bardziej niż sam magik! To co wyprawiał ze szkłem, shakerami, sztućcami, butelkami czy lodem po prostu nie da się opisać! A jak wiadomo im więcej wymyślnych składników danego drinka, tym więcej "bajerów" można obejrzeć przy ich mieszaniu. Po jakimś czasie byłem zmuszony z whisky przerzucić się na wymyślne, kolorowe drinki tylko po to, by podziwiać imponujący barmański kunszt! Po wrzuceniu bowiem kilku kostek lodu i zalaniu ich miedzianym płynem w dalszym ciągu me oczy czuły niedosyt i kazały czekać na kolejne triki, niestety stale napierająca kolejka nie dawała zatrzymać się nawet na chwilę. Na wzięcie nasz barman również nie miał co narzekać - przez cały czas był dosłownie oblegany przez tłumy spragnionych gości.

Wyległszy na zewnątrz na przysłowiowego "dymka", mimo zapadających już ciemności, prawie że przypadkiem znaleźliśmy na ławkach drugą, "brakującą" część naszej rodziny;) Po kilku chwiejnych krokach już mogliśmy zasiąść w szerokim gronie naszej szanownej młodzieży, przed tym robiąc małą rewolucję w ustawieniu ław i stołów. Nie kończące rozmowy przerywane były tylko raz po raz kursem kolejnej osoby do barmańskiego stolika i z powrotem. Gaworzyło się doprawdy bardzo miło, zwłaszcza że w ciągu kilku ostatnich lat zebrało się morze tematów... Szkoda tylko że w tym samym czasie Młoda Para musiała na parkiecie dzielnie odpierać kolejne "taneczne ataki" i inne tego typu atrakcje. Po kilku kwadransach wzmożonej konwersacji pora było wracać na salę, jako że nie przyjechaliśmy tu przecież na grilla.

Żeby tego było mało, paru gości (nie będę pokazywał palcem) około północy wyrwało się do budynku obok by na recepcji z dwiema recepcjonistkami i telewizorem przynajmniej rzucić okiem na walkę Gołoty, tak by później mieć wytłumaczenie do "zalewania smutków" - choć akurat tej nocy pozytywnych pretekstów nie brakowało. Po chwili odpoczynku w hotelowym zaciszu pora było wracać na coraz to bardziej rozgrzaną pozytywną energią salę. Po dalszych kwadransach szampańskiej zabawy przerywanej serwowaniem coraz to nowych dań, przyszła pora na oczepiny. Oczywiście po nich nie obyło się również bez uroczystego "wyprowadzenia" oraz podzielenia przez Młodych wielgaśnego tortu, który rozszedł się zresztą w oka mgnieniu. Wspomnę tylko jeszcze, iż całą ceremonię i wesele od początku do końca na cyfrowych nośnikach zapisywały dwie cudnej urody reporterki. Niestety z racji ogromu pracy (mam nadzieję że był to jedyny powód i będę trzymał się tej właśnie wersji;) nie dały namówić się nawet na jednego drinka, a szkoda!

Jak mówią jedyni wówczas wiarygodni świadkowie, czyli zdjęcia, o godzinie 3.00 dla młodszej części naszej rodziny zabawa zdawała się dopiero rozpoczynać... Figury na parkiecie coraz bardziej zaczęły przypominać zawody ekwilibrystyczne, niż ułożony taniec sprzed jeszcze paru godzin. Nieobecność starszej części ośmieliła wielu do szybszej wymiany szkła, co zaowocowało jeszcze większą falą entuzjazmu. Pod wpływem wpuszczonej na parkiet pary i ostrych riffów, wielu z nam wyrosły nagle wirtualne gitary, na których o dziwo każdy umiał grać jak z nut;) Mikrofon puszczony dookoła był wręcz rozchwytywany, a po chwili zaczęły ujawniać się kolejne talenty - tym razem wokalne (dodatkowym bodźcem była zasłona dymna, dzięki której nikt za bardzo nie mógł się połapać kto przejął pałeczkę). No i oczywiście każdy miał wtedy wieeele do powiedzenia, lub jak kto woli, zaśpiewania!

Nad ranem, tj. około godziny 5.00, opadliśmy już znacząco z sił i jako ostatni goście zwarliśmy szyki (choć to zabrzmiało chyba troszkę na wyrost;) i krokiem prawie że defiladowym ruszyli w stronę hotelu. Przypominam sobie jeszcze, że ośmielony komentarzami z boku ściągnąłem jeszcze ze stołu "krówkę" Finlandii - wszak mieliśmy jeszcze nadzieję na jakąś kameralną imprezkę! Chodnik był średnio szeroki, więc co rusz ktoś sprawdzał jakość i miękkość przylegającej do niego murawy;) Wszyscy jednak jakoś dostali się do środka, a nawet wciągnęli na 2 piętro i trafili do swych pokojów. Mimo naszych ambitnych planów, ranne biesiadowanie niestety nie doszło już do skutku - pamiętam jeszcze jak nie dając za wygraną, z butelką "czyściochy" w ręku, na koniec odwiedziłem łazienkę. No i pech chciał że inni goście także jeszcze nie spali, co stwierdziłem dopiero wtedy, gdy po przymknięciu jednego oka przy umywalkach zauważyłem jakąś ciemnowłosą białogłowę. Po wygłoszeniu ślicznego słowotoku (oczywiście tak mi się wtedy wydawało) usłyszałem wydobywający się gdzieś z głębi dźwięk... Nie, niestety nie był to romantyczny szum wodospadu, a spuszczana w WC woda - ujrzawszy tylko skrawek owłosionego brzucha wyłaniającego zza otwieranych drzwi powściągnąłem swoje zapędy i stwierdziłem że jednak może już pójdę spać i... obudziłem się nad ranem z głową pełną wspomnień (i kaca;)

Rano, próbując wbić się w garnitur zauważyłem że dziwnym trafem zmienił swe ubarwienia, a dokładnie paski, w środku z kolei nie znalazłem telefonu, portfela i paru innych rzeczy. W hotelu nie było już żywej duszy więc przypominając sobie powrotną drogę, doczłapałem się jakoś na salę weselną. Wszyscy w zasadzie już kończyli konsumpcję, więc czym prędzej zabrałem się do nadrabiania strat. Obok Ciocia Alicja prowadziła zażarte dysputy, inni powoli zaczynali się żegnać. Na całe szczęście okazało się że na "gajery" wymieniliśmy z Marcinem a nie kimś obcym... Po pożegnaniach, ok. godz. 11.00, odwiedziliśmy jeszcze hotel by zdać klucze i pożegnać się z Panią Recepcjonistką, po czym udaliśmy się do samochodu, by tym samym definitywnie zakończyć kolejne rodzinne wesele...

Podsumowując, wesele z całą pewnością zasłużyło na miano "Warka-Strong" i myślę że wszystkim gościom ta nazwa kojarzyć się będzie głównie z nim, a nie tylko z jakimś tam piwem!

Wszystkie "oficjalne" zdjęcia z ceremonii ślubnej, wesela a nawet pleneru znajdziecie na stronie Państwa Młodych: www.grabek.pl/agata_tomek.

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy