strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Ślub Moniki

Bartosz Kobyliński

10 lutego 2007 r. - to kolejny ważny dzień dla naszej, niemałej przecież, rodziny. O połączeniu w tym dniu swych życiowych dróg zadecydowali bowiem Monika Czajkowska oraz Rafał Czerwonka.

Ślub odbył się w Białymstoku - białym z nazwy, a zmarzniętym z... zasady;) Zima tego dnia dała o sobie znać - wieczorem temperatura spadła poniżej -20°C, czyniąc ten wieczór najzimniejszym w tym sezonie grzewczym! Pomimo niezbyt sprzyjających warunków na zewnątrz, noc okazała się jedną z najgorętszych w tym roku. A dlaczego, możecie przeczytać poniżej...

Na ceremonię ślubną obrany został położony malowniczo na wzgórzu kościół Zmartwychwstania Pańskiego. Wnętrze, tego dnia dodatkowo przybrane białymi kwiatami i wstęgami, okazało się równie piękne co fasada. Jednak jako że wyższa temperatura mogłaby okazać się szkodliwa dla fresków - my trzęśliśmy się z zimna. Jedynie młoda para "zasilana" była piecykiem gazowym - niestety czasy wielkich, ogrzewanych ław rodowych przy ołtarzu minęły chyba bezpowrotnie... Już w samym progu zrobiło jednak cieplej, gdyż przywitały nas pierwsze znajome twarze, a ostatnie spotkanie z częścią gości dzielił naprawdę spory szmat czasu... Jednak, jako że kościół nie jest najszczęśliwszym miejscem na wylewne powitania, musiały one zostać przełożone na późniejszą porę. Zwłaszcza że ceremonia zdawała się już rozpoczynać!

Jako że dla naszego afrykańczyka - stryja Andrzeja - zmiana dobowej temperatury o blisko 60°C mogłaby się zakończyć dosyć kiepsko, a swój przyjazd zapowiedział dopiero na czerwiec, honoru duchowieństwa za ołtarzem bronił nasz brat Wojtek. Po refleksyjnym kazaniu rozpoczętym słowami "To rok temu wszystko się zaczęło..." i przysiędze, Państwo Młodzi zostali oficjalnie "zaobrączkowani" oraz upoważnieni do pierwszego pocałunku (hłe, hłe;). I w ten oto sposób zapadła klamka u kolejnych drzwi w ich życiu - tym razem tych z napisem: "wolność";). Po sakramencie Eucharystii ceremonię zwieńczyła modlitwa Młodej Pary w bocznej nawie oraz wspólne wyjście przy akompaniamencie marsza weselnego. Za drzwiami czekali już "drużbici" z koszykami pełnymi różanych płatków, które po chwili wylądowały na głowach Państwa Młodych - nie zdążając nawet dobrze zmarznąć.

Jako że składanie życzeń i obściskiwanie na wolnym powietrzu mogłoby zakończyć się w najlepszym przypadku trwałym sklejeniem ust, dalsza część musiała zostać przeniesiona do ogrzewanych pomieszczeń. Tym bardziej, że jak to w dzisiejszych czasach bywa, kolejna para na schodach szykowała się już do ceremonii.

Goście powoli zaczęli opuszczać parking i kierować się na wschód - w kierunku miejscowości Bobrowa. Po kilku kilometrach jazdy skręciliśmy z głównej trasy w krętą drogę prowadzącą przez zaśnieżony las, wyglądający o tej porze doprawdy niecodziennie. Na szczęście nie było problemów z przejazdem i pomimo trzaskającego mrozu doprawdy nie można było narzekać. Po kilku kilometrach nocno-zimowo-leśnej scenerii i minięciu oazy malowniczych, drewnianych chatek, naszym oczom ukazał się rozległy kompleks: "Bobrowa Dolina". To właśnie tu mieliśmy zasmakować uroków kolejnego rodzinnego spotkania. Okolice zdobią stawy, altana, żuraw, korty tenisowe, a całość dodatkowo położona jest na skraju lasu, co dodaje jeszcze większego uroku temu miejscu i pozwala wspaniale oderwać od uciążliwego zgiełku miasta.

Około godziny 20.00 - po wytaszczeniu z samochodu wszelakich ubrań, walizek, neseserów, toreb, torebek i torebeczek, ruszyliśmy po skrzypiącym śniegu w kierunku głównego wejścia. Tu atmosfera zaczęła już gęstnieć, a wszyscy szykowali się na przyjęcie chlebem i solą Młodej Pary. Czym prędzej pobraliśmy zatem klucze i przebrnąwszy przez istny labirynt korytarzy, dotarliśmy wreszcie do swoich apartamentów. Kolejka do Państwa Młodych zdawała się nie mieć końca, więc ceremonialnie zabraliśmy się za przebieranie. Jednak, jako że pospieszne zrzucanie kolejnych warstw "cebulek" zabrało nam sporo czasu, Państwa Młodych zastaliśmy już w progu pokoju. Po złożeniu życzeń i wręczeniu podarunków, musieliśmy jeszcze wykaraskać się z kolejki nadciągających ze wszystkich stron gości. Po tym karkołomnym wyczynie nie pozostało nam już nic innego jak pewnym krokiem ruszyć na parkiet, po drodze zaznajamiając się z układem miejsc w których dane będzie nam spędzić następnych kilka upojnych godzin (które w naszym przypadku przerodziło się w... kilkanaście, ale o tem potem).

Trzeba powiedzieć że sala, zresztą jak i cały kompleks, należą do jednych z większych obiektów tej klasy w okolicy - o miejsce zatem nie trzeba było się martwić. W jednym z zakątków doprawdy imponującej sali usadowił się zespół. Muzycy przyjechali tu aż z Warszawy, wraz z masą wszelakiej maści aparatury: od gitar elektrycznych, poprzez "maszynę do robienia dymu", aż po wymyślne syntezatory i kolorofony. Trzeba powiedzieć że "Pan Kazio" grający na kolorowym syntezatorze w pobliskiej remizie musi się jeszcze wieeeele nauczyć by sięgnąć tego poziomu! Już w progu wielkiej sali powitały nas kelnerki z kieliszkami szampana, z którymi prześliznęliśmy się do stołów (dla podejrzliwych dodam, że mówię tu o kieliszkach;). Po odśpiewaniu tradycyjnej, niekończącej się pieśni narodowej "100 lat" (naliczyłem chyba z 15 zwrotek, z których każda następna wybuchała niespodziewanie gdy wszystko już cichło) i konsumpcji sporej ilości bąbelków, dwa kieliszki Państwa Młodych brzdęknęły o podłogę (więcej strat tego wieczoru już nie zanotowano), co było niechybnym znakiem oficjalnego rozpoczęcia weseliska! (w tym miejscu autor zaciera ręce - przyp. tłum.)

Suto zastawione stoły uginające się od wszelakiego rodzaju żarła zapraszały do zajęcia miejsc. "Hmmm, no cóż" - jak to mówi nasz kochany stryj Andrzej przed każdą upojną ucztą - imprezę czas zacząć! Ok. 20.30, fotograf zatoczył jeszcze wielkie koło po sali, by zawczasu utrwalić wszystkie buźki (i chwała mu za to, że zrobił to na początku;). Trzeba jednak powiedzieć że miał do "obskoczenia" aż 120 osób, więc nie były to nie przelewki. Tak liczne grono, oprócz oczywiście rodziny, zasiliło koleżeństwo uczelniane ze strony Panny Młodej. Oczywiście w międzyczasie nie obyło się bez osłodzenia standardowo zbyt gorzkiej wódki, bez czego chyba każde polskie wesele byłoby nieważne...

Ośmielonym ognistą wodą gościom udało się żwawo opuścić swoje miejsca, by za chwilę spleść swe ręce w wielkim korowodzie, w którego samym środku uwięzła Młoda Para. Po rozwarstwieniu koła na dwie płcie i zatoczeniu jeszcze kilku kółek, na komendę "STOP" należało dać popis walczyka, w dodatku odbijanego i z "pozycjami", a na dodatek z przypadkową osobą płci przeciwnej;) Na szczęście w pewnym momencie od strony orkiestry dostaliśmy posiłki w postaci chmury estradowego dymu, który przynajmniej częściowo zatuszował taneczne niedoskonałości.

Po tych ekwilibrystycznych wyczynach - ok. godz. 22.00 - na ramionach kelnerów do sali niepostrzeżenie wpełzły dwa apetyczne prosiaczki, niestety biedaczki nie zdążyły nawet dobrze ostygnąć przed zniknięciem ze stołów;) Smak jeszcze cieszył podniebienia gości, kiedy to nieoczekiwanie pośrodku sali zaczął formować się pociąg, do którego doczepiały się kolejne "żywe wagoniki". Całe szczęście nie był to prawdziwy pojazd szynowy, gdyż sądząc po wychyłach co poniektórych "wagoników" można było mieć obawy o jego rychłe i tragiczne w skutkach wykolejenie...

O godz. 23 z minutami wystosowano oficjalne zaproszenie do próby wypełznięcia zza stołów i przemieszczenia się w inną część budynku, gdzie miała się odbyć prezentacja sztucznych ogni - w całości zaaranżowana przez Małgorzatę, Konrada i Joannę. Oczywiście pokaz odbyć się miał poza obrębem budowli, wymagając żmudnych przygotowań w warunkach stale narastającego mrozu. Wszystko jednak zakończyło się pełnym sukcesem, a przed delektowaniem się pięknym pokazem co bardziej odważnych nie przestraszył nawet dwudziesto-kilku stopniowy mróz.

Po powrocie z pokazu przyszła pora na podziękowania dla rodziców. Młoda para wręczyła im kosze z kwiatami, po czym zaczęło się wspólne tańcowanie w samym środku stworzonego przez gości kółeczka. W międzyczasie wszyscy goście mogli wpisywać się do wyłożonej na stoliku pamiątkowej księgi, a także obejrzeć wywieszone na tablicy zdjęcia z dzieciństwa oraz lat młodości Młodej Pary (oczywiście wtedy jeszcze oddzielnie - na kilku rozpoznałem nawet... samego siebie! Nie mniejszym zainteresowaniem (przynajmniej jeśli chodzi o nas) cieszył się stół ze swojskim jadłem. Nie byli byśmy sobą, gdyby nie zaintrygowały nas tajemnicze butelki z pysznie wyglądającym trunkiem, których zawartości nie omieszkaliśmy zaraz skosztować. Co było później możemy się tylko domyślać, gdyż po tym "posileniu" z trudem dotarliśmy na swoje miejsca, po drodze składając usta w coś na kształt "karpiowego ryjka";).

Powoli (poprawka: w zawrotnym tempie!) dochodziła 24.00, więc, jak obyczaj stary każe, przyszła pora na nieodłączny element każdego wesela - czyli oczepiny. Chyba każdy (oprócz mnie;) dokładnie wie co się na nie składa, więc w tym miejscu oszczędzę Wam szczegółów. Rozochoceni goście chętnie brali udział w kolejnych zabawach, w których panowało juz jednak równouprawnienie i udział mogli w nich brać wszyscy chętni, nawet ci "zaobrączkowani". W tym miejscu znów oszczędzę sobie szczegółów, choć tym razem bardziej ze względu na to, iż mimo usilnych prób nie do końca mogłem objąć te nader skomplikowane, jak na tą porę dnia, zasady;) Co ciekawe stawały się coraz to bardziej skomplikowane w miarę obniżania się poziomu przezroczystego płynu w szkle przede mną;) Z tego co pamiętam w jednym z konkursów kluczowe znaczenie miały banany, ale nie za bardzo kojarzę jaki był ich los i co trzeba było z nimi zrobić;).

Było już kilka minut przed 1.00, gdy przygaszone światła dały znak do wjechania ogromnego tortu. Oczywiście jego parcelacją zajął się nie kto inny jak Panna Młoda, w której rękach ogromny nóż błyskał niczym szpada. Po wspólnej konsumpcji (póki co mam jeszcze na myśli tort;), Państwo Młodzi mieli wreszcie chwilę czasu na swobodniejsze już rozmowy z gośćmi, po czym rozpłynęli się w niewyjaśnionych okolicznościach... Po raz ostatni widziano ich ok. 4.30, a gdzie udali się później - pewnie do końca pozostanie ich tajemnicą;) Napomknę tylko, iż mimo wszystko rano - w przeciwieństwie do nas - stwarzali wrażenie wypoczętych;).

Póki co jednak nie zważając na budzący się niemrawo świt, bawiliśmy się dalej - o 5.00 nad ranem orkiestra przycinała w najlepsze. I w tym miejscu muszę ich pochwalić - trzeba przyznać że to co pokazali było naprawdę "z jajem". Co prawda na próżno szukać było w ich repertuarze takich przebojów jak "Czarny Alibaba" czy "Pszczółka Maja", ale akurat dla naszego przedziału wiekowego było to ogromną zaletą. Zresztą starsi goście także nie mieli na co narzekać - dosłownie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Później daliśmy muzykom nieco wytchnienia na dziabnięcie "strzemiennego" oraz konsumpcji hmmmm... kolacjo-śniadania;) Po odegraniu dla najwytrwalszych jeszcze kilku kawałów i porannych pogawędkach o trudach muzycznego żywota, ekipa zabrała się za zwijanie istnych ton różnej maści sprzętu grającego. Po uporaniu się z całym tym "kramikiem", cała grupa pożegnała się i udała się na zasłużony odpoczynek.

W tym miejscu obaliliśmy jednak kolejną teorię, jakoby to muzycy schodzili ostatni z pokładu, tym samym kontynuując szampańską zabawę. Marcin - brat Panny Młodej - po kilku minutach nieobecności przywitał nas powtórnie, taszcząc "estradówkę" oraz laptopa z masą pokoleniowych przebojów. Słoneczko zaglądało nam już do okien, kiedy to murami (i nami również) wstrząsnęły takie przeboje jak "Pi i Sigma" czy "Warszawa" T.Love, przeplatane "technologiczną sieczką". Napomknę tylko że mało kto miał już na nogach buty, które o tej porze przeszkadzały tylko w wywijaniu coraz to bardziej śmiałych akrobacji, włączając w to jazdę brzuchem po parkiecie (w czym zdecydowanie przodował Grzesiek) oraz tańce na kolumnach w kelnerskich fartuszkach czy samych slipkach. Zabawa była przednia, tym bardziej że "cenzura" poszła już dawno spać, a o tej porze do szczęścia nie brakowało już wiele.

Ostre słońce zaglądało nam w mocno już zmrużone oczka, gdy przyszedł czas na rozstanie z ostatnią, najbardziej wytrwałą "ekipą", która została dosłownie siłą zwleczona z parkietu - zegar nieodwołalnie wskazywał jednak godz. 9.00, transport już czekał, a pierwsze "ranne ptaszki" zaczęły ściągać na poranną kawę... Gdyby nie to, zabawa potrwałaby z pewnością jeszcze kilka ładnych dni, o ile nie tygodni!

Jakimś cudem udało nam się znaleźć swoje "boksy", a przy tym przetestować jak śpi się "pod krawatem";) Poranek był dosyć ciężki, biorąc pod uwagę zwłaszcza fakt iż wyjątkowo poszliśmy spać nie po dobranocce, a po "Teleranku"... Wczorajsza zwinność w pokonywaniu labiryntów korytarzy nagle gdzieś znikła i gdyby nie ożywczy powiew kawy, ciężko byłoby trafić na salę. Początkowo rekonwalescencja przebiegała dosyć ospale, część gości skorzystała z porannego, śnieżno-mroźnego spaceru po pięknej okolicy, część zaś ratowała się gorącą kawą i herbatą. Znaleźli się jednak tacy, dla których zbawienna okazała się lampka wytrawnego wina... Po wrzuceniu czegoś "na ruszt", zdążyliśmy podzielić się jeszcze wrażeniami z poprzedniego (i obecnego) dnia, zdać relację z kilku poprzednich miesięcy "niewidzenia", jak i pogaworzyć o poważnych planach na przyszłość, a wszystko to na dodatek doprawić "kacowym" humorem;)

Podsumowując całe wesele, należą się wielkie brawa dla organizatorów - wszystko dopracowane w każdym calu, bez niepotrzebnych zgrzytów czy opóźnień, a w dodatku podane w nienagannej formie. Również ośrodkowi "Bobrowa Dolina" wraz z całą obsługą, zespołowi muzycznemu, nie zapominając także o gościach, bez których żadne wesele nie miałoby racji bytu, należą się wielkie wyrazy uznania!

Nie byłbym jednak sobą, gdyby w czasie drogi powrotnej jasności mego umysłu nie zmąciła pewna refleksja... Uzmysłowiłem sobie bowiem, że wczorajszy dzień po części zakończył kolejny etap w życiu naszej rodziny... Bardzo długi, błogi i beztroski etap. Okres, w którym z większością rodziny widzieliśmy się kilka razy do roku - wszak po śmierci babci Wandy odwiedzaliśmy się w zasadzie w każde święta, nie zapominając oczywiście o tych dwóch letnich, cudownych miesiącach w roku - wakacjach - okresie niezliczonych dziecięcych zabaw i szaleństw na Polinowie. Ale i okres, który pozwolił nam zasmakować rodzinnych więzów i przyjaźni, okres bez którego spotkanie takie jak to byłoby tylko okazją do zjedzenia większej ilości dobrych rzeczy i wypicia paru głębszych... Całe szczęście, że w naszym przypadku znaczy to coś o wiele więcej! Co by nie mówić będziemy mieli co wspominać, a mam nadzieję że i inkrustować te tradycje najmłodszym tkankom naszej stale powiększającej się Rodziny!

Młodej Parze życzymy wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia, wszystkim zacnym Gościom - pomyślności na dalszej drodze życia, a wszystkim - w tym również sobie - żeby nie było to ostatnie nasze spotkanie! Do zobaczenia!

P.S. Aha, zapomniałbym o najważniejszym: mimo iż wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest czysto przypadkowe, to na całe szczęście te piękne kobiety na zdjęciach są jak najbardziej realne, za co ręczę głową;)

Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy