strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Ślub Michała

15 lipca 2006 r., kościół Niepokalanego Serca Maryi i św. Franciszka z Asyżu w Lublinie, godz. 15.30. Wtedy właśnie rozpoczęła się ceremonia, podczas której świętym węzłem małżeńskim połączyli się Michał Czajkowski i Aneta z domu Mieszawska. Mszy św. przewodniczył o. Andrzej Kobyliński CMF (stryj pana młodego). On też wygłosił homilię na temat nierozerwalności i świętości najmniejszej komórki Kościoła - rodziny. Było krótko, przystępnie, wesoło i głęboko teologicznie, co nie zawsze wychodzi nawet najlepszym kaznodziejom. Ze swojej strony dodam, że była to jedna z najlepszych nauk ślubnych, jakie słyszałem.

Ale nie samym Słowem żyje człowiek, ale i chlebem (czy jakoś tak). Po uczcie duchowej przyszła zatem pora na ucztę cielesną, zwaną weselem. Te odbyło się w pięknie przybranej sali Domu Weselnego Lech-Rest, mieszczącego się obok jednego z lubelskich akademików. Ci którzy zapomnieli już o urokach studiowania, mieli okazję odetchnąć niepowtarzalną atmosferą tego miejsca, a nawet przespać się w prawdziwym studenckim pokoju (nikt nawet nie żądał opłat klimatycznych). A skoro, mimo przybyłych lat, ktoś już raz poczuł się jak student, to i bawić mógł się jak pospolity żak: do samego rana.

Na sam początek nowożeńcy uraczyli swoich gości przepięknym układem tanecznym, łączącym w sobie elementy poloneza, walca, menueta i wielu innych tańców, nie wyłączając z nich figur tak trudnych, jak podnoszenia. Ile godzin zajęło im jego przygotowanie pozostaje tajemnicą, ale sądząc z osiągniętego efektu - niemało. Chyba było jednak warto, bo występ tak spodobał się publiczności, że podczas dalszej części wesela zażądano bisu.

Wartym odnotowania jest fakt, że podczas oczepin bukiet panny młodej pewnie chwyciła Monika - siostra pana młodego. Milczeniem pomińmy fakt, że oszukiwała. Liczy się wszak efekt. Czyżbyśmy więc już niedługo mieli bawić się na podobnej imprezie? Nie wybiegajmy jednak za daleko w przyszłość i wróćmy do obecnego tematu.

O czym to... Aha... Stoły uginały się więc od nadmiaru jadła i wszelkiego rodzaju napoju, całkiem przyzwoita kapela przygrywała do tańca, na parkiecie nie brakowało pięknych kobiet ani przystojnych facetów, Finlandia lała się strumieniami, a drużba co chwilę wygłaszał toasty w stylu: "No to siup!".

Nawet w niedzielny poranek z twarzy gości dało się wyczytać, że zabawa była przednia i niczego sobie przy niej nie żałowano (kto nie wierzy, niech obejrzy zdjęcia). I tak być powinno. W końcu uroczystości takie jak ta, nie zdarzają się często, a chrześcijanin to człowiek radości, o czym chyba zbyt często zapominamy.

Grzegorz Kobyliński

Nie mogę się powstrzymać o małe uzupełnienie obrazu całego wesela, bowiem w pamięć zapadło mi jeszcze kilka drobnych przygód:
Bartek zapomniał paska od spodni oraz skarpet, podobny los podzielił także Bartek G., przez co konieczna była podróż do "Leclerka" w strugach deszczu.
Drugi zgrzyt jaki pamiętam to wypadek Marcina, starającego się donieść 7 talerzyków z tortem weselnym "za jednym podejściem" - ustawiając je od dłoni aż po łokcie, resztę przytrzymując zębami... Po początkowych sukcesach kolejna próba zakończyła się fiaskiem, co wzbudziło ogólną radość wśród dobrze rozbawionych już gości (koniec tej akcji można obejrzeć na jednym ze zdjęć poniżej). Później widywaliśmy go już tylko w drodze na zaplecze po kolejną partię Finlandii.
Na koniec o mały włos nie obiliśmy ryjów panom muzykantom z orkiestry, którzy po godz. 5.00 nad ranem zaprotestowali przeciw kolejnemu, dziesiątemu już bisowi "Makumby"...;)

Galeria

Wybór zdjęć ze studia fotograficznego można znaleźć tutaj.


Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy