strona główna "Avorum respice mores" (Bacz na obyczaje przodków) - dewiza herbowa przysługująca jedynie hrabiom Ledóchowskim h. Szaława

Kobylińscy na Polinowie

Przeprowadzka na Polinów

Maciej KobylińskiBartosz Kobyliński

Polinów na przełomie XIX i XX w był w posiadaniu Żydów. Wystawiony na licytację majątek kupił Michał Kobyliński - podlaski szlachcic herbu Prus II.

Jak wynika z Aktu Notarialnego, spisanego 21 sierpnia 1946 r., Michał Kobyliński "...dnia 20 października 1906 roku został właścicielem nieruchomości ziemskiej, uregulowanej w księdze hipotecznej pod nazwą dobra ziemskie Konarzewszczyzna i Skolimowszczyzna przy mieście Łosicach powiatu Siedleckiego, jako poprzednio należała do spadku wakującego po Judce Bekiermanie...".

Pradziadek zakupił Polinów w trzech ratach, gdyż pieniędzy starczyło tylko na pierwszą. Drugą spłacił wycinając znajdujący się w okolicy stawów dworski park i sprzedając drewno Żydom. Z otaczającego majątek parku angielskiego do naszych czasów przetrwało zaledwie kilka drzew, m.in. pochylony nad dawną sadzawką kilkusetletni dąb i potężny kasztanowiec, zaś dwa potężne jesiony poległy stosunkowo niedawno, bo dopiero w latach 90. Na szczęście w zasadzie w niezmienionym stanie ostały się dwie dworskie sadzawki. Trzecia rata za zakup Polinowa została pokryta ze sprzedaży części ziemi, którą podzielono na działki budowlane (obszar od dzisiejszych zabudowań do cmentarza i dalej na północ - powstało tu osiedle "Nowodomki"). Grunty pierwotnie nabyte przez pradziadka ciągnęły się wąskim pasem od obecnych zabudowań Polinowa w kierunku Mszanny (na południe) i obejmowały obszar blisko 40 hektarów. Było to trzecie co do wielkości gospodarstwo w ówczesnych Łosicach (większe posiadali tylko państwo Czyżewscy i Leśniewscy). Kiedyś Polinów ciągnął się także daleko na południe, aż po tzw. "Gródki", gdzie obecnie stoją domy mieszkalne (po wojnie istniał tam sad Józefa Kobylińskiego).

Urodzony w Trębicach Starych par. Paprotnia Michał Kobyliński wraz z całą rodziną przeniósł się na Polinów w roku 1906 z miejscowości Łęczycki (oddalonej o kilkanaście kilometrów na północny wschód od Siedlec). Marianna miała wówczas sześć latek, z kolei nasz dziadek Hieronim zaledwie dwa. Z rozmowa przeprowadzonej w 2005 r. z jednym ze starszej daty mieszkańcem tej urokliwej wioski wynikało jednak, że obecnie nikt o takim nazwisku już tu obecnie nie mieszka. Po przeprowadzce cała nasza rodzina zamieszkała w zabytkowej, położonej na wzgórzu oranżerii, adoptowanej na budynek mieszkalny, zwanej po prostu "kamienicą".

W kolejnych latach rodzą się kolejne dzieci: 24.07.1906 r. Stanisław, następnie w 1909 r. Helena Apolonia, później przychodzi czas na Józefa i w końcu Jadwigę (1913 r.). Wszystkie dzieci Michała rodzą zatem jeszcze przed I wojną światową.

Niebawem w szybkim tempie poczynają powstawać kolejne zabudowania, zamykające podwórzec i tworzące logiczną całość. I tak najpierw powstały drewniane stodoły stojące na zachodniej ścianie podwórca - wykonane z bali, początkowo kryte słomą (strzechą), częściowo gontem. Napis wyryty na jednej z dzielących je belek przedstawiał datę 1911 r. Kolejny budynek to stajnia z czerwonej cegły, w której swego czasu rezydował ogier, klacze i młodzież. Po niej pozostał obecnie tylko fragment zabytkowego muru, do którego była przybudowana "plecami". Później zbudowano spichlerz (1929 r.) oraz oborę posadowioną na kamiennych fundamentach, za "plecy" której również posłużył stary mur, okalający folwark od wchodu. Większość jednak z tych zabudowań powstała na istniejących już fundamentach starszych budynków, których lokalizację przedstawia już plan z 1871 r., kiedy Polinów znajdował się jeszcze w rękach rodziny Perkowskich.

Dawnymi czasy więksi właściciele ziemscy zasiadali w kościołach w stallach - często bardzo bogato zdobionych (rzeźbiarsko lub malarsko) w formy architektoniczno-plastyczne, fundowanych przez swoje rodziny ławach ustawionych w prezbiterium. Były to często jedyne ogrzewane miejsca w świątyniach. Zgodnie z uświęconym przez wieki zwyczajem, Michał Kobyliński w roku 1911 za cenę 600(?) rubli ufundował takową, sześcioosobową stallę do prezbiterium miejscowego kościoła farnego pw. św. Zygmunta. Stanęła po prawej stronie ołtarza i od ponad stu laty co niedzielę zasiada tam cała rodzina Kobylińskich. Posiada wysokie oparcie (zaplecek), baldachim, klęcznik obudowany z przodu, a na jej przodzie do dziś widnieje tabliczka z napisem: OFIARA MICHAŁA KOBYLIŃSKIEGO z Polinowa 1911".

Zaledwie po 8 latach od przeprowadzki pozorny spokój przerwała jednak...

I wojna światowa

W czasie I wojny światowej rodzina musiała dzielić mieszkanie w "kamienicy" ze szpitalem wojskowym, a w piwnicach mieściła się wtedy kostnica. Do dzisiaj przy zejściu do niej widnieje wmurowane, przekrzywione serce. 4 grudnia 1917 r. Michał Kobyliński został ustanowiony jednym z sześciu protektorów nowopowstałej biblioteki parafialnej.

II Rzeczpospolita, czyli okres międzywojenny

Zaraz po odzyskaniu przez Łosice wolności - w grudniu 1918 r. - zaczęto formować nowe władze. Dwaj pełnomocnicy Polskiej Organizacji Wojskowej zwołali w tym celu mieszkańców miasta obu wyznań na ogólne zebranie, które ze względu na brak odpowiedniego pomieszczenia, odbyło się pod gołym niebem. Wybrano wówczas 12-osobową radę, składającą się z 6 radnych żydowskich i 6 katolików, wśród których znalazł się ówczesny właściciel Polinowa - nasz pradziadek Michał Kobyliński. Ponadto został jednym z dwóch ławników nowego sądu.[1]

Michał Kobyliński był wzorowym gospodarzem i wielu mogłoby się od niego uczyć. Zgodnie z tradycją Polinowa, zajmował się on zarodową hodowlą koni, bydła i trzody. Zatrudniał kilku fornali. Stary folwark tętnił życiem od świtu do nocy.

Michał Kobyliński wcześnie stracił żonę Apolonię z Korycińskich (zmarła 30 maja 1926 r.), która w wieku 54 lat osierociła sześcioro dzieci (w sumie było ich dwanaścioro, jednak połowa z nich zmarła na szalejące w tamtych czasach epidemie dyfterytu i kokluszu). Mając lat już blisko sześćdziesiąt, w 1927 r. ożenił się po raz drugi. Jego drugą, prawdziwą i dojrzałą miłością była Michalina Sułkowska - osoba bardzo dystyngowana i dobrego serca. Nauczała w szkole powszechnej jako katechetka, prawdopodobnie w Sokołowie Podlaskim. Miała cztery siostry oraz brata. Jak głosi rodzinna tradycja, Michał oświadczając się jej oznajmił, że liczy sobie zaledwie 50 lat. Jak dowiadujemy się jednak z Aktu Ślubu z 1927 r., w tym dniu liczył sobie już 60 wiosen, zaś Michalina miała ich dopiero 45. Jak czytamy dalej, druga żona Michała urodziła się w Senkowie (Sękowie) parafii Wereszczyn (województwo lubelskie, powiat włodawski, gmina Urszulin), a zamieszkała w Bielanach parafii Rozbity Kamień (obecnie województwo mazowieckie, powiat sokołowski, gmina Bielany - około 20 km na północ od Siedlec). Michał był w niej bezgranicznie zakochany, ponoć gdy pewnego razu wyjechała do Warszawy, stał kilka godzin w polinowskiej bramie, czekając na jej powrót. Gdzie się podziały tamte czasy?

W roku 1937 Michał i Michalina Kobylińscy byli jednymi z fundatorów sztandaru dla Ochotniczej Straży Pożarnej w Łosicach, poświęconego i wręczonego 11 listopada 1937 r.

Michał dwóch swoich synów - Stanisława i Józefa - wysłał "w świat" w celu zdobycia nauki. Stanisław studiował geodezję, Józef zaś ogrodnictwo. W tym miejscu warto dokładniej pochylić się nad ich, wcale niepospolitymi, losami.

Pierwsze pytanie, jakie niewątpliwie ciśnie się na usta, to skąd nasz Stanisław wziął się na kresach? Ano mierniczowie byli wówczas delegowani na pomiary. Traf chciał, że wraz z dwoma kolegami w tej samej dzielnicy w Równem wynajmowali mieszkanie u znajomych cioci Dusi, na tej samej zresztą ulicy. Pewnego dnia koledzy przyszli w odwiedziny razem ze swymi lokatorami, no i tak to właśnie zaczęła się znajomość z przyszłą żoną, zwieńczona 22 listopada 1938 r. ślubem w jednym z kościołów w Równem (wówczas to miasto należało wówczas do Polski, obecnie leży w zachodniej części Ukrainy). Młoda para przed wojną zdążyła jeszcze odbyć podróż poślubną do Zakopanego, po której z powodu mocno zimowej aury mocno się pochorowała (na pociąg czekało się wówczas czasem po kilka godzin). Po miesiącu miodowym – na Święta Bożego Narodzenia – ciocia Dusia po raz pierwszy odwiedziła Polinów - rodzinne gniazdo Stanisława Kobylińskiego, gdzie 29 maja 1939 r. fotograf uwiecznił ten fakt na wspólnym, rodzinnym zdjęciu przed kamienicą. W 1939 r. Stanisław został jeszcze wydelegowany do Głębokiego (w ówcześnie polskim województwie wileńskim, obecnie na terenie północnej Białorusi). Tam również brał udział w pomiarach, które 8 lipca 1939 r. przerwała świeżo otrzymana karta powołania do służby wojskowej. Był to niewątpliwie jeden z rodzinnych zwiastunów nadchodzącej wojny. Razem z małżonką na krótko przyjechali jeszcze do Łukowa, po czym po pożegnaniu wyruszył ze stacji, by bronić ojczyzny przed najeźdźcą.

Nowoczesnego sadownictwa polinowskie tradycje

Józef Kobyliński aż do lat 50. prowadził na Polinowie największy w okolicy i jednocześnie jeden z najnowocześniejszych, półtorahektarowy sad. Znajdował się na południe od współczesnego siedliska - za stodołą Rumików. W historii sad przemarzał dwa razy, ale tak to już jest w tym fachu, zwłaszcza w naszym wschodnim klimacie. Ciekawostką jest fakt, że pomoc w zdobywaniu doświadczenia oraz prowadzeniu sadu zaoferował Józefowi światowej sławy autorytet w dziedzinie sadownictwa, właściciel majątku Sinołęka - dr Władysław Filewicz (1876-1962). Owemu znamienitemu gościowi Polinowa zawdzięczamy m.in. sprowadzenie do Polski wielu pospolitych dziś odmian drzew owocowych, np. jabłoni Macintosh i Bancroft. Dr Filewicz był interesującym człowiekiem - z wykształcenia medykiem, z zamiłowania filozofem (m.in. tłumaczył dzieła Bergsona), a z zawodu sadownikiem. Ten doktor medycyny z wiedeńskim dyplomem wsławił się jednak przede wszystkim jako lekarz drzew. W XIX w. osiadł w Sinołęce i założył sady, gdzie zajął się zapobieganiem i leczeniem uszkodzeń urazowych. W dziedzinie tej stał się autorytetem na skalę międzynarodową. Wypracował m.in. metodę uodparniania drzew delikatnych odmian w surowym klimacie, zwaną "Metodą Filewicza". Majątek Sinołęka stał się jednym z najlepiej zarządzanych gospodarstw sadowniczych w Polsce, prowadzącym również działalność badawczą, będącą dla Filewicza przedmiotem licznych publikacji oraz wykładów w Polsce, jak i za granicą (USA, Kanada, Niemcy, kraje skandynawskie i ZSRR). Przed wojną, jako stały delegat Polski, dr Filewicz brał udział we wszystkich międzynarodowych kongresach ogrodniczych, wygłaszając tam referaty. Był wybitnym społecznikiem i wielkim człowiekiem w dziedzinie sadownictwa. Za swe prace i zasługi w 1936 r. odznaczony został Orderem (Krzyżem) Odrodzenia Polski (Polonia Restituta) – drugim najwyższym polskim państwowym odznaczeniem cywilnym (po Orderze Orła Białego), nadawane za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, sportu, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej oraz rozwijania dobrych stosunków z innymi krajami. Odtąd Sinołęka stała się obiektem zainteresowań nie tylko polskiego, lecz także światowego sadownictwa. Za czasów świetności majątku gośćmi Filewiczów w Sinołęce byli m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, profesor Ujejski, znakomici lekarze, profesorowie i literaci. Bliskim przyjacielem Filewicza był także prof. Szczepan Aleksander Pieniążek - polski sadownik, profesor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, członek i wiceprezes Polskiej Akademii Nauk, odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Orderem Sztandaru Pracy II klasy i Medalem Towarzystwa Ogrodniczego w Krakowie. Filewicz poznał go w Ameryce, gdzie wspólnie odbyli podróż po kilkunastu stanach, zwiedzając ośrodki sadownicze. Przez cały okres powojenny dr Filewicz utrzymywał z profesorem Pieniążkiem kontakt korespondencyjny.

Ale z rodzinnych tradycji sadowniczych wróćmy z powrotem na Polinów.

Najstarszy z synów - Hieronim - jako jedyny pozostał "na gospodarce", gdyż ojciec Michał po wylewie został częściowo sparaliżowany (niedowład prawej ręki). A było to tak: Michał jadąc z synem Hieronimem wjechali w tzw. "suty" (przejście między domami), gdzie wówczas mieszkali tam w zasadzie sami żydzi. Na jednym z balkonów wisiała jakaś płachta, która zapewne w wyniku podmuchu wiatru spadła na ziemię. Przez to konie się zbiegały, a Hieronim próbował je utrzymać. Jako tęgi i porywisty chłop Michał zadeklarował, że on je uspokoi. Wówczas to dostał wylewu, nosząc później sparaliżowaną rękę w uszytym przez żonę temblaku.

W 1936 r., w wieku 32 lat Hieronim zaślubił piękną i młodą, o połowę od niego młodszą, Wandę Węglińską - córkę hrabiego Alfreda Wiktora Witalisa Węglińskiego herbu Godzięba. Urodzona w Toporowie małżonka urzekła go swym wdziękiem, co działało i w drugą stronę - starszy kawaler z majątkiem również był wówczas "w cenie". W maju 1938 r. Hieronim założył firmę transportową. Jak mówi jeden z zachowanych dokumentów, uzyskał on koncesję na "zarobkowy przewóz towarów pojazdami mechanicznymi na linii Łosice - Siedlce - Mińsk Mazowiecki - Warszawa oraz Łosice - Janów - Biała Podlaska". Oprócz tego wsławił się zamówieniem w Mordach pierwszego na Polinowie wozu na gumowych kołach, co wówczas na tle wszechobecnych "żelaźniaków" było nie lada luksusem.

Tadeusz Tokarski zaś (lub jak go później zwano "Stary Tokarski") był niegdyś gajowym. Jego gajówka mieściła się na skraju lasu w Jeziorach, po drugiej stronie drogi od jeziorka leśnego, gdzie ponoć pozostały jeszcze jej resztki. Obecnie na jej miejscu rośnie zagajnik sosnowy. Na Polinowie oprócz stawów utrzymywał też ule z pszczołami - sporządzał dla dzieci krople propolisowe i opowiadał o zaletach pszczelego pyłku.

Tuż przed II wojną światową (latem 1939 r.) miała miejsce w Łosicach komasacja gruntów, tzn. połączono wszystkie spłachetki ziemi w jedno, po czym rozdzielono grunty na nowo, tworząc logiczne całości, o czym mówi "Rejestr pomiarowy skomasowanych gruntów miasta Łosice", wydany przez Zarząd Miasta Łosice w dniu 6 lipca 1939 r. Podział przebiegł bezkonfliktowo i przeprowadzony został "z głową" także z tego względu, że geodeta biorący w nim udział mieszkał właśnie na Polinowie (wynajmował tu mieszkanie). W ustalonym wtedy kształcie majątek utrzymał się do tej pory.

II wojna światowa

W czasie II wojny światowej mieszkańcy Polinowa przeżyli wiele chwil grozy. Już w pierwszych dniach kampanii Polinów o mały włos nie został zbombardowany. W jedną z wrześniowych niedziel 1939 r., kiedy to Hieronim szykował się do kościoła, powietrzem targnęły trzy potężne wybuchy. Uderzenia były na tyle silne, że przewróciły go na podłogę. Jak się później okazało, bombowiec kierujący się na Niemojki nieoczekiwanie zrzucił bomby na Polinów... Piloci lecieli prawdopodobnie na Brześć. Na szczęście pociski chybiły i spadły nieopodal stawu (bardzo blisko kamienicy - ówczesnego siedliska całej rodziny). Leje po nich wypełniły się wodą i jeszcze długo po tym wydarzeniu tworzyły mini-sadzawki. Drugiego bombardowania dokonali Rosjanie w 1944 r., jednak i te pociski nie trafiły w cel.

W polinowskiej "kamienicy" rozłożyły się sztaby wojskowe. Wiadomo bowiem, że dowódcy nie szli do wiejskich lepianek, gdzie hulał wiatr i bieda, ale do dobrze uposażonych majątków, jakim niewątpliwie był wtedy Polinów - wspaniała lokalizacja, żywy inwentarz, ale nade wszystko piętrowy, odosobniony, ogromny jak na tamte czasy, budynek mieszkalny. Jak na łosickie warunki był to nie lada luksus. Najpierw przyszli żołnierze radzieccy, lecz ci stacjonowali tu stosunkowo krótko. I całe szczęście, bo ich nieokrzesanie czasem przyprawiało mieszkańców o nudności zawroty głowy. Ot, przykład pierwszy z brzegu: Babcia Wanda wiedząc, że szykuje miejsce dla wysokiego oficera, starannie przygotowała posłanie i dała świeżo wypraną pościel - wszak nocować miał tu nie byle kto. Jako że żołnierz miał też wielkiego psa wilczura, bez skrupułów w całym rynsztunku władował się z nim na pachnącą pościel... Druga z opowieści mówiła o tym, jak to jeden z radzieckich żołnierzy niósł do kamienicy kiełbasy - rozejrzawszy się nerwowo wokół siebie urwał jedno pętko, po czym rzucił na ziemię i butem wcisnął w błoto, zapewne w celu późniejszego wydobycia. Widząc całą akcję, Babcia Wanda z zaciekawieniem zapytała o stosunki u nich panujące, bo dziwnym wydało jej się takie zachowanie w obliczu hołubionego przez nich komunizmu i rzeczonego dobrobytu. Żołnierz odparł tylko: "Aaaa tam, chuj nie komunizm!". Po "ruskich" oprócz niemiłych wspomnień pozostało także tyle „czaju”, że cała rodzina długo jeszcze miała co pić.

Zgoła innymi okazali się "goście" zza zachodniej granicy. W kilka dni po wojskach sowieckich na Polinowie pojawił się sztab niemiecki. Ten z kolei rozlokował się na długi okres okupacji. Niemcy zachowywali się jednak, w przeciwieństwie do swych poprzedników, bardzo kulturalnie i nikomu z mieszkańców Polinowa nic złego się nie stało. Sami zresztą zapewniali, że "Ani my nie zrobimy Wam krzywdy, ani przy nas się Wam krzywda nie stanie". A mogło być przecież różnie, gdyż bracia Józef i Hieronim należeli do podziemia Wojska Polskiego (Armii Krajowej). Ciekawostką jest fakt, że nauczeni porządku Niemcy pierwsze co zrobili po osiedlinach, to postawili własną latrynę - w krzewach bzu za kamienicą. Babcia Wanda opowiadała dzieciom, że kiedy żołnierz dostał list, z miejsca gonił w te ustronne miejsce - ot, taki nawyk. Żołnierze niemieccy rozdawali dzieciom cukierki, choć Babcia niechętnie pozwalała się im nimi opychać - propaganda bowiem głosiła, że może być to podstęp, a one zawierać truciznę. Nic takiego nie miało jednak nigdy miejsca.

Pod koniec wojny nasza rodzina przeżyła bandycki napad. Zbrojna łosicka grupa licząca na łatwy łup w dość zasobnym gospodarstwie, zaskoczyła wszystkich mieszkańców. Onegdaj wszystkie okna w kamienicy miały drewniane okiennice zamykane od wewnątrz. Gdy wieczorem ktoś zapukał w jedną z nich, Jadwiga Rumik wyjrzała sprawdzić, kto się tak dobija. Wtedy to bandyci rzucili się na nią, spętali także jej sparaliżowanego ze strachu męża Józefa. Babcia Wanda z ciocią Dusią zdołali uciec przez południowe okno w szczycie kamienicy w kierunku Wierzbickich. W tym czasie pozostali mieszkańcy zostali powiązani i poukładani jak snopki na podłodze. Nasz dziadek Hieronim z kolei zdołał uciec na strych, skąd wdrapał się na dach. Jako że wtedy istniały jeszcze czworaki dla służby nad stawami, dziadek począł wznosić głośne okrzyki w tamtym kierunku, wzywając pomocy. Jeden z oprychów próbował wejść za nim, ale po tym jak dostał cegłą po głowie, zleciał na sam dół, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Ponoć dziadek w wychodzących rabusiów rzucał cegłami z komina. Ruszyła żandarmeria z miasta, która już z daleka oddała kilka strzałów w powietrze. To wystarczyło, aby bandyci wzięli nogi za pas i wszystko skończyło się na strachu.

Dziadek Michał mieszkał wówczas na parterze kamienicy, zaś wysiedleni Rumikowie (Józef i Jadwiga) dzielili duży pokój z ciocią Dusią. Dopiero po śmierci Michała sprowadzili się na parter.

Co by nie mówić o "ulgowym" traktowaniu Polinowa, głównie ze względu na lokalizację sztabów, nie można popadać w iluzję dobrobytu. Każdy bowiem przemarsz wojsk wiązał się ze znaczną utratą dobytku - uszczerbku doznawał wtedy m.in. wszelki żywy inwentarz: zabierano krowy, konie, świnie, dosłownie wszystko, co się ruszało i można było wsadzić do garnka lub też spożytkować do innych celów. Mieszkańcy Polinowa chowali żywy inwentarz gdzie się tylko dało - na ten przykład kabany w lesie nie były zatem tylko wymysłem "Samych swoich", ale już w okresie dwóch światowych wojen można było się na nie natknąć. 1918, 1920, 1944... - te daty można mnożyć, a każda z nich uszczuplała majątek gospodarzy. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść...

Ale pora przypomnieć sobie o naszych braciach. Hieronimowi już na początku wojny na potrzeby armii niemieckiej zostały zarekwirowane dwie ciężarówki marki Chevrolet, służące w jego firmie do przewozu towarów. Józef Kobyliński w okresie okupacji, skończywszy jeszcze przed wojną studia ogrodnicze, sprawował funkcję kierownika wzorowo prosperującego gospodarstwa w Sinołęce. W czasie II wojny światowej jego właściciele, a wśród nich wspomniany dr Filewicz Filewicz i jego asystentka z Sinołęki – dr Irena Modlibowska, nie mogli wrócić w 1939 roku do Polski z podróży po Stanach Zjednoczonych. Dopłynęli tylko do Anglii i tam pozostali do końca życia. Pracowali i mieszkali w East Malling Research Station (EMRS) - dr Irena Modlibowska pracowała tam jako samodzielny pracownik badawczy, a zarazem opiekowała się dr Filewiczem, cieszącym się jednak dobrym zdrowiem. Majątek Filewiczów po 1944 r. zajęły władze (jakże by inaczej), tworząc PGR i Zakład Doświadczalny Instytutu Sadownictwa SGGW, dzięki czemu ustrzegł się przekształcenia w kolejny, typowy PGR.

Oficerskie przypadki Stanisława Kobylińskiego

A co z naszym dzielnym Stanisławem, który wyjechał na wojnę? Żołnierzy od razu przerzucono na wrzącą granicę niemiecką, gdzie zmuszeni byli do ciągłego cofania się pod naporem silniejszego nieprzyjaciela. Wreszcie w jednej z pierwszych bitew II wojny światowej i jednej z najważniejszych kampanii wrześniowej - pod Mławą (za Bydgoszczą) pułk Stacha został okrążony i rozbity, a żołnierze wzięci do niewoli. W miejscu tym stoi obecnie okazały pomnik. Przed tym wojskowi zdążyli jednak rozpędzić konie i zakopać broń, aby te nie dostały się w ręce Niemców. Początkowo przetrzymywani byli w Łodzi w strasznych warunkach. Więźniowie nie byli tam jednak pilnowani, w związku z czym Stanisław pod nieobecność żony przysłał kartkę do swojego brata Hieronima, by przyjechał i pomógł mu w ucieczce. Ten wziął zatem prywatne ubranie do przebrania z munduru i pojechał na ratunek. W tym czasie Niemcy jednak zapowiedzieli, że owszem – nie będą ich pilnować, ale gdy tylko któryś z oficerów ucieknie, rozstrzelają całą resztę. Stanisław nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za śmierć współtowarzyszy, porzucił w końcu plany ucieczki. Oficerowie zostali następnie przetransportowani do Stalagu w Niemczech (niem. skrót od Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere – w czasie II wojny światowej był to niemiecki obóz jeniecki dla szeregowców i podoficerów). Tam zostali posegregowani i przewiezieni do oficerskiego obozu w Murnau koło Monachium w Bawarii. Współwięźniami Stanisława byli tam m.in. Józef Unrug (polski wiceadmirał i morski oficer pokładowy okrętów podwodnych), Witold Pilecki ps. „Witold”, „Druh” (rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego, współzałożyciel Tajnej Armii Polskiej, żołnierz Armii Krajowej, więzień i organizator ruchu oporu w Auschwitz-Birkenau), Henryk Sucharski (polski dowódca wojskowy, major Wojska Polskiego, komendant Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte w kampanii wrześniowej), a także generałowie dywizji, generałowie brygady i pułkownicy. W obozie Stanisław przesiedział długie sześć lat – aż do końca wojny. Dopiero 17 września 1945 r., a więc równo w sześć lat po rozpoczęciu agresji ZSRR na Polskę, wychudzony, wygłodzony i schorowany, wrócił na rodzinny Polinów.

"Rzeczpospolita Polska" i Polska Rzeczpospolita Ludowa

Reforma rolna i jej opłakane skutki

Reforma rolna określana jest jako usankcjonowana prawnie zmiana stosunków własnościowych na wsi, połączona ze zmianą struktury agrarnej przez komasację lub parcelację gruntów. Druga już w Polsce reforma rolna została przeprowadzona w latach 1944-1948, po wydaniu przez PKWN 6 września 1944 r. dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej (Dz. U. z 1944 r. Nr 4, poz. 17). Owy akt prawny, wydany zresztą niezgodnie z ówcześnie obowiązującą Konstytucją Polski, stwierdzał, że "...na cele reformy rolnej przeznaczone będą nieruchomości ziemskie o charakterze rolniczym, w tym m.in. wszystkie majątki przekraczające 50 ha użytków rolnych bądź 100 ha powierzchni ogólnej" (choć często parcelacji podlegały także majątki mniejsze). "Wszystkie (ww.) nieruchomości ziemskie (...) przechodzą bezzwłocznie bez żadnego wynagrodzenia w całości na własność Skarbu Państwa...", co w praktyce równało się ich likwidacji. Na mocy dekretu został powołany Państwowy Fundusz Ziemi, mający realizować zadania tejże reformy, utworzone zostały nawet specjalne brygady parcelacyjne.
Ogółem w latach 1944-1948 na cele reformy rolnej zostało przejętych 9707 majątków ziemskich (ok. 3,49 mln hektarów). Z liczby tej rozparcelowaniu uległo 1,2 mln hektarów pomiędzy 387 tys. rodzin chłopskich. Wraz z konfiskatą ziemiaństwo, jako warstwa społeczna, przestało istnieć. Ogólnie rzecz ujmując nacjonalizacja była aktem represji realizowanym z naruszeniem obowiązującego prawa. Reforma rolna uderzyła w klasę ziemiańską i kułaków, natomiast zawłaszczenie fabryk i zakładów - w bogatych mieszczan i kształtującą się grupę przemysłowców. Władzami nie kierowały względy sprawiedliwości, a jedynie ideologia, narzucona z zewnątrz i wspierana bagnetami obcych wojsk stacjonujących na terenie kraju.

Preferowaną wówczas formą własności rolnej była własność państwowa lub spółdzielcza, które powstawały w wyniku kolektywizacji, zapoczątkowanej w Polsce we wrześniu 1948 r. decyzją KC PPR (na podstawie rezolucji Kominformu z czerwca 1948 r., o rozpoczęciu kolektywizacji we wszystkich państwach komunistycznych). Do tworzonych spółdzielni przystępowali głównie chłopi o niskim statusie ekonomicznym, którzy otrzymali ziemię w wyniku parcelacji podczas reformy rolnej w latach 1944-1948 (w tym podczas parcelacji i osadnictwa na Ziemiach Zachodnich w latach 1944-1945).

Z reformą rolną nieodłącznie wiąże się termin "kułak" - mianem tym określany był właściciel lub użytkownik dużego gospodarstwa rolnego, który zatrudniał najemną siłę roboczą. Znaczenie słowa było jednak wyraźnie pejoratywne i propagowało obraz kułaka jako godnego napiętnowania wyzyskiwacza chłopów i wroga proletariatu, który na dodatek według oficjalnej propagandy chował zboże i mięso. Zamożnych chłopów należało zatem "rozkułaczyć", czyli odebrać im majątki. Wyszydzano ich również systematycznie zamieszczaniem dziesiątek karykatur w prasie krajowej, w szczególności skierowanej do społeczności wiejskiej.

Podział majątku

Po wojnie Kobylińscy również uznawani byli za "kułaków", mimo że wcale się im wtedy "nie przelewało". Zaliczenie do tej grupy skutkowało niestety wieloma poważnymi sankcjami. Gdyby nie sporządzony podział, Polinów jako duży majątek zapewne nie ustrzegłby się od skutków tzw. "reformy rolnej". Zaraz po wojnie - w 1946 roku (na 5 lat przed śmiercią głowy naszego rodu - Michała Kobylińskiego) zatrudniono rejenta i Polinów został podzielony na 6 części, ale już tylko pomiędzy 5. spadkobierców. Helena wyjechała bowiem do Złotokłosu pod Warszawą i zrzekła się swojej części, w zamian otrzymując ekwiwalent pieniężny, a przypadającą jej część dokupili państwo Marianna z d. Kobylińska i Tadeusz Tokarscy. Powstał wtedy "Plan gruntów podzielonego majątku prywatnego Polinów w gminie Łosice, powiecie siedleckim, województwie lubelskiem położonego", którego "Pomiaru na gruncie dokonał w roku 1946 i plan niniejszy sporządził według południka magnetycznego w tymże roku, mierniczy przysięgły Wacław Suliński". Musimy tutaj nadmienić, że czynny udział w owym podziale brał nasz rodzinny geodeta - Stanisław Kobyliński (po tym jak po wojnie wrócił z niemieckiej niewoli). Plan ten obejmował trzy, położone w różnych miejscach, obszary ziemi:

  • dział I, stanowiący główne siedlisko (w sumie 24,7552 ha),
  • dział II, "położony od działu I w kierunku północnym około 300 mtr.", a więc tzw. "Kąty" - podzielone pomiędzy Hieronima oraz Stanisława (w sumie 12,2067 ha),
  • dział III, "położony od działu I w kierunku wschodnim około 2 klm.", w skład którego weszły wąskie (po ok. 5 m szerokości), przylegające do siebie paski gruntu w Lesie Łosickim, każdy z nich obejmujący niewiele ponad 25 arów powierzchni (w sumie 1,5234 ha).

Całkowita powierzchnia majątku ulegającemu podziałowi wynosiła zatem 38,4853 ha. Ponieważ "serce" Polinowa stanowiło jedno duże podwórze, podzielono tylko zabudowania. Położone w centrum grunty oraz maszyny rolnicze w dalszym ciągu stanowiły współwłasność.
Jak widać, od pewnych działań ówczesnej władzy dawało się jednak przynajmniej po części ustrzec, dzięki czemu Polinów do dziś zachował swój pierwotny kształt i przetrwał jako całość.

Wzorowe gospodarstwo...

Trzeba powiedzieć, że podobnego do Polinowa gospodarstwa trudno było szukać w okolicy Łosic - każde z dzieci dostało bowiem 1/5 kamienicy, obory, stajni, spichlerza, stodoły itp. Kolejnym fenomenem folwarku było to, w jaki sposób te w zasadzie pięć odrębnych gospodarstw mogło razem i bezkonfliktowo prosperować na tak małym terenie, i to przy konieczności dzielenia się większością narzędzi i budynków. Gospodarze całe swoje życie przeżyli w jednym budynku, na jednym podwórku, każdy z nich posiadał własną rodzinę, kilkoro dzieci i na dodatek pokaźny inwentarz, nie mówiąc już o stokroć większej ilości problemów, z jaką trzeba było się w tamtych czasach zmierzyć. Jak się godzili, jak w tych warunkach mogli prowadzić swoje gospodarstwa, jakim cudem się nie skłócili, codziennie ocierając się o siebie i mimo woli wchodząc sobie w drogę? Z tej perspektywy można ich tylko podziwiać. Jak widać, więzi rodzinne musiały być bardzo silne, gdyż nikt nie opuścił wtedy z Polinowa, a większość pobudowała swe domostwa w obrębie podwórza lub tuż obok.

...zaczyna się trząść w posadach

Po wojnie Stanisław z Dusią wyjechali na ziemie odzyskane do Kętrzyna (który w 1945 r. został wcielony do Polski), gdzie wcześniej zostali wysiedleni rodzice Dusi. Nowożeńcy mieszkali tam sześć lat, często jednak odwiedzając Polinów na święta, imieniny, czy w wakacje z dziećmi. Tam Stanisław ponownie zatrudnił się jako mierniczy, tam też urodziła się Jolka. Po wojnie nie było jednak łatwo - nastał rok „kartkowy”, przez co nie za wiele można było dostać, a dodatkowo, z racji paskudnego, wietrznego klimatu, dzieci ciągle chorowały. Małżeństwo starało się zatem wrócić na Polinów, gdzie czuli się między swoimi. Stanisław dostał od budującego właśnie Hutę Warszawa kolegi propozycję wyjazdu na pomiary, niestety zwolnienie z dotychczasowej pracy okazało się być kolejną życiową traumą. Nie chcąc pozbawiać się bowiem pracownika, pracodawcy wydali mu druzgocącą opinię, przekreślającą dalsze życiowe plany. Cała sprawa zapewne nie skończyłaby się bez pomocy dobrego adwokata. W końcu Stanisław wrócił na Polinów, by w 1946 r. zająć się podziałem majątku oraz wychowaniem trójki dzieci (Jerzy i Jan urodzili się już w Łosicach).

Wiosną 1951 umiera Michał Kobyliński, od którego wszyscy Kobylińscy wzięli swój początek. Pochowany został na honorowym miejscu łosickiego cmentarza, zaś przy jego grobie odprawiane były msze z okazji Wszystkich Świętych. 16 października tegoż samego roku umiera też jego druga żona - Michalina z Sułkowskich (wada serca). W latach 1954-1960 Hieronim Kobyliński był członkiem rady parafialnej łosickiego kościoła.

Józef po wkroczeniu sowietów nie złożył broni, ale jako żołnierz Armii Krajowej licząc na powstanie przeciwko komunie. Swój pistolet ukrył zatem w bańce po mleku, którą zakopał w swym ogrodzie. Jednak po donosie Urząd Bezpieczeństwa zdekonspirował ukrytą broń. Milicja zamknęła najpierw Mietka, a później stryjka Józia. Po tym incydencie stryjek siedział sześć lat w ciężkim więzieniu, gdzie zachorował na gruźlicę i w zasadzie stracił płuca, do końca życia nie dochodząc już do zdrowia. Nieleczona gruźlica odezwała się później. Podczas leczenia płuc, silne leki powodowały depresję na przemian ze stanami nadpobudliwości psychicznej. Stan psychiczny pogłębiał jego skłonność do różnych nieprzemyślanych transakcji i interesów - m.in. hodowli ślimaków lub budowy silosów na kapustę. Jako że na skutek ciężkich doświadczeń i choroby jego umysł nie był już tak jasny, sad trzeba było wyciąć i wraz z łąką wystawić na sprzedaż. Kilkanaście lat cierpiący Józef spędził na przemian w domu i szpitalu, by ostatecznie zostać przykuty do łóżka na ponad siedem kolejnych lat. Pozostałe mu działki gruntu przekazał Rumikom za opiekę nad nim. Jego młody siostrzeniec zaś - Mieczysław Tokarski - najpierw siedział w więzieniu, wcielony został do karnej jednostki wojskowej i skazany na kilkuletnie ciężkie roboty w kopalniach na Śląsku. Tam stracił część bujnej czupryny i nabawił się reumatyzmu. Wrócił gdzieś około 1956 roku jako silny, wytatuowany młodzieniec.

Młyn motorowy i tartak Hieronima

Po II wojnie światowej i konfiskacie firmy przewozowej, w połowie lat 40., Hieronim Kobyliński wspólnie z Edwardem Ostojskim pobudowali młyn motorowy oraz tartak (młyn stoi do dziś, po tartaku nie ma zaś już śladu). Przy budowie i rozruchu interesu czynny udział brał m.in. brat Hieronima - Józef. Na miarę tamtych czasów można powiedzieć, że było to przedsięwzięcie wręcz nieziemskie. Niemieckie, ogromne silniki sprowadzane gdzieś z zachodu, niecodzienna maszyneria, zresztą sam tak wielki budynek był na owe czasy czymś niecodziennym. Przedsięwzięcie wymagało oczywiście nie tylko wielkich nakładów finansowych, ale także ogromu pracy. Życie nie szczędziło też wielu problemów - już sam plac pod młyn był jednym z nich. Nieopodal przepływa bowiem rzeczka (Polinówka, dopływ Tocznej) a cała okolica była terenem podmokłym. Budynek trzeba było zatem na drewnianych palach, zabijanych do gruntu. W pierwszych latach funkcjonowania wichura zdjęła zaś cały dach, łamiąc przy tym krokwie. Początkowe lata to również niekończące problemy z wielkim, wolnoobrotowym silnikiem, przez który cała maszyneria co rusz się zacinała. Dopiero wymiana motoru na nowy, mniejszy, pozwoliła pozbyć się przynajmniej tych problemów. Często Hieronim wracał do domu tak zmęczony, że przysypiał przy stole, czy też przespawszy na nim chwilę wracał z powrotem do młyna. W Umowie Spółki czytamy m.in., że dnia 10 lutego 1948 r. "umowa spółki zawarta została w Łosicach pomiędzy: mieszkańcami miasta Łosice-Polinów Hieronimem Kobylińskim, jego żoną Wandą Kobylińską oraz mieszkańcami wsi Biernaty Stare gminy Świniarów: Edwardem Ostojskim i jego żoną Marianną Ostojską, na prowadzenie przedsiębiorstwa przemysłowego młyna motorowego oraz tartaku" pod nazwą "Młyn Motorowy i Tartak H. Kobyliński, E. Ostojski i Spółka" w Łosicach.
Udziały spólników są równe, czyli że każdy z nich posiada po 25% /dwadzieścia pięć/ majątku spółki, określonego na sumę 600 000 zł".

"Majątek składa się z: placu o powierzchni 55 metrów x 55 metrów, znajdującego się w Łosicach przy szosie prowadzącej do Janowa Podlaskiego w granicach - od południa szosa do Janowa, od północy grunt Hieronima Kobylińskiego, od wschodu - szosa do Sarnak, od zachodu - rzeczka, następnie ze stojącego na tym placu budynku murowanego piętrowego o wymiarach 22 metry x 11 metrów, przeznaczonego na budynek młyna. W budynku tym młyńskim znajdują się maszyny młyńskie: para walców podwójnych firmy "Bracia Buchler", mars do czyszczenia zboża i robienia kaszy Nr 2, jedna para kamieni młyńskich, odsiewacz mąki oraz inne drobne sprzęty i narzędzia niezbędne do prowadzenia młyna. Obok budynku młynarskiego znajduje się przybudówka na motor, w której jest umieszczony motor firmy "Perkun" 60-cio konny na ropę z całym kompletem". Warto wspomnieć, że cylinder tego spalinowego silnika-olbrzyma przy średnicy 36 cm i wysokości 67,5 cm ważył, bagatela, grubo ponad 100 kg! Aby go uruchomić, kilku mężczyzn musiało najpierw wprawić w ruch monstrualnych rozmiarów koło zamachowe, a kiedy ten już zaskoczył, w budynkach odległego o pół kilometra Polinowa zaczynały trząść się szyby! W późniejszym okresie tę gigantyczną jednostkę napędową zastąpiono mniejszym i cichszym napędem elektrycznym. Jak więc widzimy, serce budynku stanowiły imponujące, i to nie tylko jak na tamte czasy, specjalistyczne maszyny, których sprowadzenie z pewnością kosztowało wiele wysiłku i determinacji. "Tuż przy budynku młyńskim jest umieszczony gater do rżnięcia drzewa również z całym kompletem". Młyn cieszył się bardzo dobrą opinią w całej okolicy i często ustawiały się przed nim kilkudniowe kolejki, a do tego był oczkiem w głowie naszego dziadka Hieronima. Od początku wiązał z nim wielkie nadzieje, a pragnąc przekazać interes któremuś z synów, zachęcał ich nawet do edukacji w tym kierunku.

Upaństwowienie, czyli jak władza ludowa "pomagała" polskim przedsiębiorcom

Pomimo niewątpliwej smykałki, dziadek Hieronim nie miał szczęścia do interesów - kolejne już bowiem wspaniale zapowiadające się przedsięwzięcie zostało "rozmontowane przez system". Jego los podzieliło zresztą wiele innych społecznych inwestycji. Trzeba jasno powiedzieć, że były to czasy wybitnie niesprzyjające dla wszelakich społecznych przedsięwzięć. Przedsiębiorcy i ziemianie w mgnieniu oka tracili całe pokoleniowe majątki i dobytki własnych rąk, a każdy z nich był wrogiem państwa. Niejednokrotnie oprócz przepadku majątku, restrykcje sięgały dalece głębiej - aż po zakaz edukacji swoich dzieci w publicznych szkołach, czego doświadczyła zresztą i nasza rodzina. Z racji tego, że Józef Kobyliński był ogrodnikiem a Hieronim młynarzem, ich córki: Anna i Maria, nie mogły uczyć się w łosickim liceum. Naukę zmuszone były pobierać w Warszawie, gdzie łatwiej było ukryć swe "kułackie" pochodzenie. Ten okres mógłby posłużyć za szczegółową instrukcję pn. "jak zabić przedsiębiorczość", kładąc się cieniem na polskim przemyśle po dziś dzień.

Młyn władza ludowa zabrała w 1954 r. (łagodnie mówiąc, został on "upaństwowiony"), i to w czasie, kiedy długi zaciągnięte na jego budowę nie były jeszcze do końca spłacone. Skarb Państwa przekazał go później gminie. Tartak zamknięty został w 1957 r. i obecnie nie ma już po nim śladu. Na przełomie lat 80/90. budynek młyna, a w zasadzie to co po nim zostało, został oddany prawowitym właścicielom - nasz dziadek Hieronim wówczas już jednak nie żył i z racji na stan prawny całego obiektu, musiał zostać przekazany spadkobiercom na drodze sądowej (sprawa odbyła się w Białej Podlaskiej - wówczas mieście wojewódzkim - na przełomie lat 80/90.). Młyn w późniejszym okresie próbowano jeszcze reaktywować. Niestety, jako że jakość mąki pozostawiała wiele do życzenia (zapewne na skutek braku modernizacji zaplecza na przestrzeni kilkudziesięciu lat), budynek stał się w końcu kolejnym pomnikiem "pięknych czasów realnego socjalizmu". Po małych perturbacjach z ustaleniem spadkobierców spółki, młyn wraz z otaczającym go placem został ostatecznie sprzedany w 2009 r. prywatnemu przedsiębiorcy.
Analizując rodzinne zawirowania można zatem śmiało powiedzieć, że władza ludowa wyrządziła więcej krzywd naszej rodzinie, niż dwie wojny światowe razem wzięte!

Po 1956 r., za Gomułki, sytuacja zmieniła się nieco na lepsze. Ataki na kułaków skończyły się w Polsce w końcu lat 50. XX w., a w latach 70. władze partyjne i państwowe zaczęły wręcz promować dobrze gospodarujących i przedsiębiorczych rolników. Dzięki temu następni młodzi mieszkańcy Polinowa po ukończeniu Szkoły Podstawowej nr 2 przy ul. Białostockiej (mieściła się ona w dwóch budynkach: murowanym - dzielonym wspólnie z apteką, oraz drewniaku po dawnym sądzie grodzkim) ruszyli do łosickiego liceum.

Aż do połowy lat 50. kamienica była jedynym domem mieszkalnym na Polinowie. Z chwilą, gdy na Polinów wróciła w końcu elektryczność, co było przełomowym wydarzeniem, wokół zaczęły powstawać kolejne domostwa: w 1955 r. Hieronim postawił drewniany dom (przywieziony ze Świniarowa), natomiast w 1961 r. dostawił drugą jego część - łączącą stary dom ze spichlerzem. I tak, stopniowo kolejne dzieci zaczęły wyfruwać z rodzinnego gniazdka, jedni osiadając zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej - we własnych domostwach, inni zaś nawet kilkaset kilometrów od rodzinnego domu, powoli stając się na Polinowie rzadkimi gośćmi.

Z planu sytuacyjnego przy planie budynku mieszkalnego ul. Błonie 44, sporządzonego 12 lutego 1955 r. w Warszawie, kreślonego przez Gładysza, dowiadujemy się o istniejących budynkach:

  • Pałac piętrowy murowany
  • Obora murowana kryta gontem
  • Stodoła kryta słomą
  • Stodoła drewniana kryta eternitem
  • Obora murowana kryta blachą
  • Projektowany
  • Spichrz murowany kryty blachą
  • Bud. ...?

Plan Polinowa z 1961 r.Ze szkicu sytuacyjnego pod budowę budynku gospodarczego przy ul. Błonie 47a (skala 1:500), sporządzonego 20 września 1961 r. przez bud. projektanta st., zamieszkałego w Siedlcach przy ul. Narutowicza nr 16, dowiadujemy się o istniejących budynkach już nieco więcej:

  • 10 - istniejący budynek mieszkalny ogniotrwały (kamienica)
  • 20 - istniejąca szopa drewniana (obecnie już nieistniejąca)
  • 30 - istniejąca obora ogniotrwała (obecnie już nieistniejąca)
  • 40 - istniejący kurnik ogniotrwały (obecnie już nieistniejący)
  • 50 - istniejąca stodoła drewniana
  • 60 - istniejąca szopa drewniana (obecnie już nieistniejąca)
  • 70 - istniejąca stodoła drewniana
  • 80 - istniejąca obora ogniotrwała (obecnie już nieistniejąca)
  • 90 - istniejący budynek mieszkalny ogniotrwały
  • 100 - istniejący śpichrz ogniotrwały
  • 110 - istniejący chlew drewniany (obecnie już nieistniejący)
  • 120 - istniejąca obora drewniana
  • 130 - istniejąca kuchnia letnia ogniotrwała
  • 140 - istniejąca studnia (brak na planie)
  • 150 - projektowana kuchnia letnia ogniotrwała

Na Polinowie powoli zaczyna wymierać starsze pokolenie. Jednym z tragiczniejszych był rok 1974 r., w którym to umiera Stanisław Kobyliński (28 lutego na zawał serca), Marianna Tokarska z Kobylińskich (2x lipca na cukrzycę) oraz Bronisława Mazur (27 listopada na "uwiąd starczy").

Około roku 1975 Polinów przecięła ul. Lubelska, stając się fragmentem drogi krajowej nr 19 granica państwa - Kuźnica - Białystok - Siemiatycze - Międzyrzec Podlaski - Kock - Lubartów - Lublin - Kraśnik - Janów Lubelski - Nisko - Sokołów Małopolski - Rzeszów, łącząc dawny mszański gościniec (od wylotu obecnej ul. Radzyńskiej) z drogą wojewódzką nr 698 Siedlce - Łosice - granica województwa (obecnie ul. Bialska), zaraz za cmentarzem. Budowa łącznika podyktowana była znacznym nasileniem transportu samochodowego, który dotychczas do szosy na Sarnaki (obecnej ul. Białostockiej) musiał przebijać się przez Łosice z drugiej strony Polinowa - ul. Targową. Niestety w znaczący sposób zmąciło to spokój tego zakątka, a nam przez te kilkadziesiąt lat nie pozostało nic innego, jak się po prostu do tego przywyknąć... Początkowo planowana była nawet budowa odcinka obwodnicy, na wysokości cmentarza w kierunku północnym na wprost - tak, aby ominąć miasto. Ponoć była już nawet wytyczona po terenie ówczesnych pól, a ludziom odradzano już np. nowych nasadzeń w tym obszarze. Niestety pieniądze na nową drogę szybko się skończyły i do dziś koło dawnego młyna naszego dziadka mamy do czynienia z jednym z dziwniejszych skrzyżowań w tym regionie - jego osie nie są bowiem naprzeciwległe, a tranzyt ciągnący np. z Litwy zmuszony jest skręcać pod kątem 90°, by po całkowitym wytraceniu pędu od zera wciągać w chmurach spalin pod cmentarną górę... Ot, kolejna lokalna ciekawostka...

III Rzeczpospolita

Obecnie Polinów bardzo się zmienił. Zniknęły zwierzęta gospodarskie, a z nimi warstwa nawozu, który zmieszany z błotem wraz z brukiem wyściełał całą powierzchnię podwórza. W późniejszym okresie podwórko zostało nawiezione żużlem z łosickiej proszkowni mleka, a następnie w 1999 r. częściowo przykryte betonowymi ścieżkami dla pojazdów. Rozebrane zostały niektóre zabudowania (m.in. stara stajnia), inne zastąpiono nowymi. Zniknęły maszyny i przyczepy rolnicze, które zawsze były ulubionym miejscem zabaw "dzieciarni". Pozostał jednak niezmienny kształt dworskiego podwórza, z królującą nad nim od 300 lat oranżerią i żurawiem. Na Polinów powróciły konie. Dzięki temu, że Jan Kobyliński nie opuścił Polinowa (mimo tego, że ożenił się z warszawianką), ta cząstka Łosic nadal tętni życiem. Zwłaszcza wiosną i latem, kiedy odbywają się tu zjazdy rodzinne oraz spotkania wielbicieli koni. Mimo, że większość rodziny rozjechała się po kraju, wszyscy chętnie wracają do swojego matecznika. Na Wielkanoc, Wszystkich Świętych, wakacje i inne okazjonalne zjazdy oraz rocznice z całego kraju ściągają na Polinów potomni Michała i Apolonii.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nikt z potomków rodziny nie zapomni, skąd wyrastają jego korzenie i przynajmniej część z nich będzie odwiedzała to malownicze miejsce...

O wielu faktach z życia na Polinowie w latach 50. możecie dowiedzieć się z felietonu Jacka Kobylińskiego "Polinów 50 lat wstecz".

Bibliografia:

  1. "Łosice i ziemia łosicka". Urząd Miasta i Gminy Łosice, Łosice 2005.
  2. "500 lat łosickiego Kościoła - dzieje parafii i dekanatu". Tomasz Dobrowolski; Parafia Rzymskokatolicka Św. Zygmunta w Łosicach, Starostwo Powiatowe w Łosicach, Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Łosickiej, Łosice 2011.
Ojcowie serwisu Polinów
Kobylińscy
Kobylińscy
południowe Podlasie
południowe Podlasie
Kobylińscy
Kobylińscy