Co prawda do plag egipskich tym polinowskim jeszcze daleko, ale też się zdarza, że wyrządzają niemałe szkody. Najdokuczliwsze z nich związane były i są z kapryśną pogodą. Starsze pokolenia używały tego terminu na określenie długotrwałych opadów deszczu. Taki deszczowy okres kilku dni nazywany był u nas potocznie „plagą”. Deszcze przynosiły zwykle więcej szkody, niż susze. Babcia Wandzia nie pozwalała się nawet modlić o deszcz, twierdząc, że jego nadmiar może wyrządzić więcej szkód niż długotrwała susza. Taką sytuację mieliśmy w ubiegłym roku – problemy w rolnictwie, drożyzna na rynkach, błoto na grządkach i warzywach, woda w piwnicach. Ten ostatni problem dotknął też naszą piwnicę, leżącą nieco niżej niż polinowska krypta, gdzie zawsze jest sucho. Po rzęsistych opadach woda chlupotała na trawnikach, a w zagłębieniu na ognisko można było hodować kijanki. Na rozmiękłych groblach przy stawach potworzyły się osuwiska ziemi, przez co zbiorniki coraz płytsze i zamulone. W piwnicy nie było wody od 30 lat, a w ubiegłym roku pojawiła się już dwukrotnie - po roztopach oraz letnich ulewach.
Kolejną plagą w naszym ogrodzie są turkucie podjadki. To wyjątkowo obrzydliwy, podstępny i trudny do zwalczenia szkodnik. Lubi wilgoć, a tej u nas nie brakuje. Żyje to paskudztwo pod ziemią, drąży korytarze jak mini-kret i podgryza korzenie wszystkiemu, co rośnie, a szczególnie drobnym sadzonkom pikowanych warzyw i siewkom. Trzykrotnie siana kapusta pekińska została wprost wycięta w pień, a piki porów trzeba było trzykrotnie uzupełniać. Jedynym wrogiem turkucia jest kret. Ale kret w ogrodzie to plaga nie mniej dokuczliwa, jak turkuć. Szkody krecie są innego rodzaju i szczególnie paskudnie wyglądają na wypieszczonych trawnikach. Ponieważ równowaga w przyrodzie być musi – nie ma kretów, a są turkucie.
Na stawach mamy corocznie nieproszonych gości, rybich morderców – czyli wydry i czaple. Wydry grasują szczególnie jesienią. Czasem mordują nawet duże sztuki „dla sportu” i własnej przyjemności. Świadczą o tym wyciągnięte z wody i lekko naruszone rybne tusze. Walka z nimi jest nieskuteczna i ryzykowna - są to bowiem zwierzęta chronione. Podobnie zresztą jak piękne czaple siwe, które nawiedzają stawy przed wschodem słońca. Dziobią przepływające sztuki, raniąc je często śmiertelnie. Czego nie upolują, to dotkliwie poranią i uszkodzona ryba pada po kilku dniach. Są ostrożne i płochliwe, dlatego polują zanim wzejdzie na dobre słońce. Ulubionym ich miejscem polowań są płycizny lub kępy przybrzeżne.
Kilka lat wstecz mieliśmy prawdziwą plagę piżmaków. Ucierpiały szczególnie groble, w których te gryzonie kopały potężne korytarze. Okazały się jednak wielkimi amatorami świeżej marchwi, przez co, stosując proste pułapki, szybko udało się wyeliminować ich obecność.
W minionym tygodniu mieliśmy pierwszą (i oby ostatnią) wizytę bobra. Pierwszej nocy ogryzł z kory wierzbę mandżurską i wykopał ogromną jamę w grobli. Nie przejawiał strachu przed ludźmi i dopiero po dwóch godzinach usilnych starań udało się go przegonić do Polinówki. Na razie nie widać śladów jego pobytu, ale z pewnością jest gdzieś niedaleko, co da się zauważyć po szkodach w drzewostanie. Gdyby pozostał w stawie, nasz niewielki sadek byłby jego pierwszą ofiarą.
Kiedyś jesienią dokuczliwą plagą były „najazdy” myszy i szczurów, szukających zimowych leży. Koty cieszyły się wtedy dużym szacunkiem i obrastały w zimową sierść i tłuszczyk na mysiej wyżerce. Współcześnie trutki załatwiają jednak ten problem dość skutecznie.
Latem pewnym problemem, szczególnie przy dużej wilgotności, są komary. Apogeum ich wylęgu obserwuje się w drugiej połowie maja. Zdecydowanie mniej niż kiedyś jest natomiast much. Nie ma już na Polinowie obór i chlewów, co kiedyś stanowiło ich ulubione środowisko. Ale tez nie widać tyle co kiedyś sympatycznych jaskółek. Dzięki Bogu omijają nas klęski żywiołowe. Już dawno nie było silnego gradobicia, huraganu czy trąby powietrznej. Jak z powyższego wynika, współczesne plagi, na które utyskujemy to prawie nic w porównaniu z tym, co przeżywali nasi dziadowie. Nasilenie jakiejś plagi oznaczało biedę, a nawet głód, bo byli wobec nich bezradni. Przyjmowali jednak te dopusty z determinacją i stoickim spokojem. My, współcześni, utyskujemy nawet na to, co zaburza nasz błogi spokój lub uszczupla przyjemności. Plagi uczą nas pokory wobec praw przyrody i szacunku do równowagi stanowiącej jej harmonię. Jeśli człowiek w imię własnej wygody coś chce poprawić lub zmienić, często popada w następne tarapaty. Wiele współczesnych plag jest tylko tego konsekwencją. Przyroda rządzi się własnymi prawami i mimo że wydaje się nam, iż potrafimy nad nią zapanować, potrafi nieźle zakpić z naszej pychy i udowodnić swój prymat.



