
Cicho, ciemno i ponuro za oknami. Przyroda oczekuje zimy, która uśpi ją na dobre parę miesięcy. Może nie wszyscy mieszkańcy okolicznych pól, łąk i stawów utną sobie coroczną drzemkę i pod skorupą lodu lub zmarzłej ziemi będzie się to i owo niemrawo poruszać, ale co to za życie... Cała przyroda, a my razem z nią, będziemy tęsknić do wiosny. Jak się dać tym jesienno-zimowym smutkom?
Jedna rada to nie rezygnować z kontaktów ze światem zewnętrznym. Ważna jest każda odrobina naturalnego światła, świeże powietrze, otwarta przestrzeń, ruch i przyzwyczajanie ciała do zimowych warunków. Nie można zapomnieć także o diecie zdominowanej przez owoce i warzywa, chroniącej przed wieloma choróbskami. Dla dobrego samopoczucia od czasu do czasu zafundujmy sobie odrobinę relaksu: jakiś kulig, ognisko, grzaniec przy kominku itp. Zima to także dobra pora na snucie przyszłorocznych planów, szkice wojaży i w ogóle czekających nas przyjemności.
Jaka ta zima będzie? Można obserwować jej początek, który decyduje często o jej dalszych losach. Jeśli w połowie grudnia ściśnie mróz "na sucho" a około Bożego Narodzenia popada śnieg, to jest duża szansa na normalną "polską zimę". Natomiast zbyt wczesne mrozy w listopadzie czy na początku grudnia lub ich brak do Bożego Narodzenia wróżą zimę nietypową, z pluchą w roli głównej. Jeśli styczeń będzie nietypowo ciepły, to spodziewajmy się huraganowych wiatrów. Obserwować też można pogodę np. w Ameryce - sroga zima u nich zwykle oznacza chlapę u nas. Obecnie trwają zmiany klimatyczne, powodujące zwykle duże zawirowania w pogodzie.
Na razie jednak wszystko idzie zgodnie z corocznym scenariuszem. Jest więc nadzieja na normalną, białą zimę. Póki co, niech myśli o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia rozjaśniają nam mroki za oknem, jak i rozpraszają jesienno-zimowe smutki naszych wnętrz...
Wracając do zapamiętanych obrazów z dzieciństwa, w pamięci odnajduję mieszkańców Polinowa - takimi, jakimi byli wówczas, czyli w kwiecie wieku. Zwykle też widzę te postacie w jakichś charakterystycznych sytuacjach i kojarzę z przedmiotami, będącymi swego rodzaju fetyszami ówczesnych czasów i osób.
Takim charakterystycznym przedmiotem, jawiącym mi się przed oczami wspominając wujka Tadeusza Tokarskiego jest jego rower na szerokich "balonówkach", z którym to zresztą się nie rozstawał. Są to także gumowce na jego nogach, wiecznie przepocona, zielona koszula oraz spodnie na szerokich szelkach. W jego wyglądzie dominowały krzaczaste brwi, przenikliwe spojrzenie i wąski zagon wąsików pod nosem. Słyszę też donośny głos, w którym dominowały barwne i wymyślne przekleństwa. Wujek "Tadzio" był postrachem polinowskiej dzieciarni, surowym stróżem stawów, które wraz z przyległym gruntem stanowiły strefę przeważnie zakazaną, nazywaną zresztą przez nas złośliwie "Ziemią Świętą". W jego wydającym się być bardzo tajemniczym pokoju intrygowała mnie wypchana wiewiórka, poroża koziołków i obrazy na ścianach. Punktem centralnym jego "królestwa" było stare radio na baterie z imponującą anteną rozciągniętą na tyczkach przed domem. Przez ten wehikuł słuchał co wieczór rozgłośni "Wolna Europa". Z okazji 1 Maja nauczył nas też (tzn. mnie i brata Andrzeja) wierszyka, wielce niecenzuralnego zresztą:
Ale dla świętego spokoju na 1 Maja pierwszy wyciągał biało-czerwoną flagę i mocował u płota przed swoim oknem.
Jego żona Marianna (Ciocia Mania) kojarzy mi się z wietrzonymi pierzynami i chustką szczelnie okrywającą jej czoło oraz całą głowę. Rzadko pojawiała się na podwórzu, wydawała się być wiecznie chora i cierpiąca.
Stryjek Józio staje mi przed oczami w czapce z daszkiem, jasnej kamizelce i KBKS-em w ręku (Karabinek Sportowy - ćwiczebna broń palna), którym straszył gawrony dziobiące jabłka w jego sadzie. W jego mieszkaniu dominował piękny zielony piec kaflowy, wypchana głowa jelenia na ścianie, srebrny budzik i czyjeś popiersie na biurku. Całość dopełniała ogromna czarna szafa i gięte krzesła.
Z kolei niewątpliwym priorytetem wśród przedmiotów kojarzonych ze Stryjkiem Stachem był motorower Simson. Stryjek dosiadał swój pojazd i kręcąc pedałami zwalniał sprzęgło, po czym motorower ruszał niosąc Stryjka na kolejne pomiary geodezyjne, zawsze zabierając ze sobą szpilki na metalowej obręczy, tyczkę mierniczą oraz taśmę. Stryjek także nosił wąskie, siwe wąsiki, palił natomiast umiarkowanie (a potem wcale).
Natomiast jego bracia Hieronim i Józef byli namiętnymi palaczami aż do samej śmierci, a więc oprócz Józefa Rumika palili z tego pokolenia palili w zasadzie wszyscy: Józio, Stacho, Ojciec, nawet "stary" Tokarski. Stryjek Józio palił przeważnie "Giewonty", ojciec Hieronim zaś całe życie "Sporty". Ponieważ papierosy nie posiadały wówczas filtrów, nieodłącznym atrybutem palaczy były tzw. "fifki", czyli ustniki do papierosów. Wyróżniało się fifki szklane (nietrwałe, często się tłukły), drewniane lub plastikowe. Wypalonego peta wybijało się przez odpowiednie ułożenie fifki w dłoni i przybicie drugą dłonią. Sprężone w ten sposób powietrze wyrzucało peta z fifki na metr albo i dalej. Tytoniem pachniało całe ubranie ojca, jednak nie był to zapach przykry.
Dla poszczególnych rodzin przypisuję też w pamięci charakterystyczne zwierzęta. U Rumików by to koń Tapciut i pies Ciapek, u Cioci Stasi kot Warszawiak, u Cioci Dusi krowa Eleonora i pies Lord. U nas zawsze było pełno kotów - najsłynniejsze z nich to kocica Seniorita oraz kot Miglans. Przez wiele lat była też suczka Miśka. Chlubą Tokarskich były zaś wypasione wielkie konie pociągowe.
Do mieszkańców Polinowa przypisać można też pewne charakterystyczne zachowania. Ciocia Stasia (Józefowa) głośno śpiewała przy obrządku, np. dojąc krowę czy karmiąc świnie. Ciocia Dusia rozmawiała ze zwierzakami jak z dobrymi znajomymi, szczególnie z krową Eleonorą. Wujek Tadeusz Tokarski klął i zabraniał obcym przechodzić przez podwórze. Wujek Rumik i Ciocia Jadzia lubili podrzemać za dnia, obrządek kończąc późno w nocy. Nasza Matula Wandzia uwielbiała zaś lekturę Kraszewskiego, wyjazdy do lasu, spacery i wycieczki z dziatwą (aby z domu i z podwórza).
Wszystkie te wspomnienia nasuwały mi się w chwili refleksji, gdy idąc od grobu do grobu zapalałem kolejne świeczki. Przymykałem wtedy oczy i widziałem kolejno byłych mieszkańców Polinowa - takimi, jakimi byli kiedyś, bez upiększeń i sztuczności jakie nadaje każdemu wspomnieniu perspektywa minionego czasu...
"A mnie jest szkoda lata"... Tak zaczynała się bardzo znana i lubiana piosenka o sentymentalnej wymowie. Może faktycznie szkoda - że trwa tak krótko, że takie kapryśne, że czas latem biegnie jakby szybciej. Cóż - możemy już tylko powspominać i czekać na następne. Tymczasem wcale nie jest smutno. Przede wszystkim na Polinowie jest kolorowo. Liście zanim opadną i staną się uciążliwym śmieciem, mienią się wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni, późnych kwiatów nie zważył jesienny przymrozek, a trawa nadal pozostaje soczysto-zielona. Wszystko to, dodatkowo okraszone świergotem sejmikujących szpaków, daje niepowtarzalny klimat "babiego lata". Jeszcze nikt nie myśli o zimie. Każdy korzysta z ostatnich ciepłych dni. Zwierzaki i ryby ostro żerują aby zgromadzić zapasy tłuszczu na zimowe niedostatki. Odlatują kolejne gatunki ptaków, chociaż do zimy przecież jeszcze daleko. Ciekawe dlaczego tak im się spieszy? Na Polinowie tak jak i w przyrodzie - sennie i cicho...
Znów odwiedziła nas siedlecka telewizja VECTRA, kręcąc dla "Magazynu Historycznego" program o uratowanych od zniszczenia i zapomnienia pamiątkach po naszych przodkach. Kamerę zaprosiliśmy m.in. do urządzonej Rodzinnej Izby Pamięci, czyli "Michałowej Karczmy". Prowadzący byli też zachwyceni odrestaurowaną nadbużańską chatą u Wujka Jasia. Faktycznie - wgląda jakby żyjący 100 lat temu mieszkańcy na chwilę wyszli, pozostawiając cały dobytek. Jest co pokazać i zadumać się nad ich życiem i pracą. Czy byli od nas mniej szczęśliwi, mimo wielu niedostatków? Wydaje się, że byli po prostu "szczęśliwi inaczej". Mieli wiele czasu, szczególnie zimą, żyli skromnie ale ekologicznie. Kwitło życie towarzyskie. Mieli też swoje zmartwienia - gnębiły ich często m.in. nieuleczalne wówczas choroby (szczególnie dzieci marły jak muchy). Przewalały się wojny, fronty i wojska, które często grabiły co się dało. Natomiast nigdy nie uczestniczyli oni w "wyścigu szczurów", nie zatracali się w pracy, nie żyli pod ciągłą presją otoczenia. Każdy czas ma swoje blaski i cienie. Cieszmy się, że nasz czas upływa bez wojen i kataklizmów. Nie dajmy się jednak zwariować i znajdźmy choć chwilę wolnego czasu aby popatrzeć, posłuchać i poczuć to co wokół nas trwa, przemija i powraca, ale już nieco inne...

Wszystko zaczęło się od "Wielkiego Wybuchu"... Nie inaczej było i tym razem. Wybiła 3.15 w nocy z 26 na 27 sierpnia: spokojna, chłodna, gwieździsta noc - nocny stróż po zakończeniu obchodu skierował swe kroki do stróżówki. Zdążył jednak tylko przekroczyć próg, kiedy powietrzem niespodziewanie targnął przeraźliwy wybuch - wprowadzając w drżenie zarówno ziemię jak i szyby w oknach okolicznych domostw... "O k..." - pomyślał, trzymając się stołu w obawie przed utratą równowagi oraz dalszymi wstrząsami. Kiedy odwrócił się w stronę drzwi, kilka metrów dalej ujrzał coś, co postawiło mu wszystkie włosy na głowie i dosłownie wryło w ziemię... Na wysokości blisko metra nad ziemią ujrzał bowiem nieregularną, świetlistą kulę o średnicy przeszło 1 m i powierzchni przypominającej zmięty, powgniatany papier, mieniącą się różnymi kolorami: złoto-srebrnym i żółto-czerwono-niebieskawym. Dookoła, na wysokości ok. 1 m zawisła dziwna, pomarańczowa poświata. Owy "niezidentyfikowany obiekt latający" niczym balonik odbił się z niesamowitą lekkością od ziemi i poszybował wolno ku górze, by za moment skryć się za dachem domu wujka Jasia... Znieruchomiały widokiem tego niecodziennego zjawiska i skąpany w tym dziwnym świetle stróż, podejrzewając że to łuna bijąca od pożaru, czym prędzej pobiegł na podwórzec, wcześniej upewniając się czy od pomarańczowej łuny nie zajęły mu się przypadkiem dolne części garderoby... Dziedziniec również do wysokości podmurówki naszego domu skąpany był w tym dziwnym świetle, które zdawało się podnosić temperaturę powietrza o kilka dobrych stopni. Po oględzinach stwierdził jednak że konie pozostawały niewzruszone, a pies nawet nie otworzył oka... Czym prędzej wrócił zatem by bliżej przyjrzeć się tej ognistej kuli, jednak po niej nie było już śladu... Dalsze poszukiwania na targowicy i przeczesywanie terenu byłych GS-ów również nie dało oczekiwanych rezultatów - tajemniczy obiekt po prostu się rozpłynął...
Dodam tylko że owej nocy zarówno ja, jak i moja mama słyszała ten przeraźliwy, metaliczny huk, który w środku nocy wyrwał okolicznych mieszkańców ze snu - skojarzyliśmy go raczej z wybuchem wielkiego kotła czy kadzi lub co najmniej butli z gazem... Po przebudzeniu przekląłem tylko w myślach tego, kto pod oknami urządza sobie prywatny poligon, po czym oddałem się dalszym medytacjom w zaświatach, zupełnie nieświadomy dziejących się za oknem dziwów... Nadmienię tylko że Pan Andrzej służył niegdyś w komandosach, więc zarówno głośne eksplozje jak i strach nie są w stanie wywrzeć na nim większego wrażenia, co tylko uwiarygodnia jego relację.
Czym w takim razie była ta enigmatyczna kula? Po licznych dyskusjach snujemy podejrzenia, iż mógł być do bardzo dorodny okaz pioruna kulistego - samego już w sobie niezwykle rzadkiego zjawiska. Ostatni taki znany przypadek w okolicach Łosic miał miejsce jakieś 50 lat temu w "lasku Czyżewskiego" - na północny wschód od Tatarskiej Góry. Wtedy to właścicielowi udało się wygonić śmiercionośnego intruza przez komin, zdarzają się jednak przypadki przypłacenia spotkania z nim życiem lub zwęgleniem części ciała...
Emocje dodatkowo podgrzewa fakt, iż udokumentowane pioruny kuliste miały od 1 do 100 cm, w zdecydowanej większości jednak są wielkości brzoskwini lub piłki tenisowej i dochodzą do góra 30 cm, ten więc musiał być więc wyjątkowo dorodnym okazem. Poza tym trzeba być wielkim szczęściarzem, gdyż wg statystyk takie niecodzienne spotkanie z tym kilkunastosekundowym zjawiskiem zwykłemu śmiertelnikowi zdarza się średnio raz na 1200 lat... Oczywiście jeżeli to był "tylko" piorun, a nie czart jaki lub siły nieczyste... Oprócz tego nie wszystkie pioruny wybuchają - w większości żyją nie dłużej niż kilkanaście sekund po czym rozpływają się bez śladu... Tylko nieliczne z nich kończą swój żywot głośną eksplozją, a co dziwniejsze w naszym przypadku wybuch zdawał się być początkiem jego osobliwego żywota...
Jedno jest pewne: do dziś nauka nie ma pojęcia, z czym ma do czynienia, a jak powiedział prof. Guenri E. Norman podczas otwarcia międzynarodowego sympozjum na temat pioruna kulistego: "piorun kulisty jest jak cyrkowa sztuczka, ale nikt nie wie, kto jest iluzjonistą".
Nie wiem jak Wy, ale ja od tego czasu częściej spoglądam w jak się okazuje, pozornie tylko spokojne, rozgwieżdżone niebo...
Sam nie mogę uwierzyć, że to już 56. lato, które spędzam na Polinowie. Co najmniej 50 z nich pamiętam, kojarząc z różnymi wydarzeniami.
Z dzieciństwa najbardziej w pamięci utkwiły mi straszne burze - zwłaszcza gdy podczas tych szczególnie gwałtownych wyrwani ze snu domownicy ubierali się, a nawet pakowali co cenniejsze przedmioty by w razie uderzenia pioruna i pożaru ocalić chociaż część dobytku. Zawsze jednak Polinowa strzegł piorunochron i Boska Opatrzność. Za to okoliczne drzewa noszą wiele śladów świadczących o tym, że pioruny wcale nas nie omijają. Ostatni z nich w lipcu br. zostawił ślad na pochylonym ku Dużemu Stawowi zabytkowym dębie. Trzeba jednak przyznać, że onegdaj burze były o wiele bardziej gwałtowne, wyrządzały też więcej szkód. Najwięcej trwogi wzbudzały te "suche", bezdeszczowe - wówczas to przejrzyste powietrze bez przeszkód przecinane było niesamowitym, świdrującym uszy trzaskiem i hukiem, wzbudzając tym większy lęk i poczucie zagrożenia.
Tegoroczne lato kaprysi. Próbka upałów na początku lipca przekonała nas, że nie ma jednak co narzekać. Wakacje rozpoczęły się od przykrej przygody naszej mamuśki Ali. Rowerowa przejażdżka polną drogą przekreśliła wszystkie piękne wakacyjne plany. Paskudnie złamana noga, operacja, gips i uziemienie na całe lato - to skutek z pozoru niegroźnego upadku. Mamy więc czas aby do woli nasycić się "polinowskim latem" i cieszyć się że mamy takie miejsce, które osłodzi te przykre wydarzenia. Był też czas na dłubanie w lipowym pniaku, którego efekt stanie przed wejściem do remontowanego spichlerza.
Maciek składa i poddaje renowacji zabytkowe krzesła oraz stół, na którym przed prawie stu laty jadał Dziadek Michał, Bartek poleruje kolejne sprzęty które dawno już mogły znaleźć się na wysypisku, a pozostają jednymi z nielicznych świadków polinowskiej historii.
We wrześniu odwiedzi nas siedlecka telewizja regionalna i musimy zdążyć z jeszcze kilkoma pomysłami. Letnie "polinowskie plenery" najlepiej pokażą załączone zdjęcia.
Niemal historycznym już faktem jest to, że w Rodzinie Kobylińskich od co najmniej czasów dziadka Michała nie było nigdy przypadku "singla", czyli staropanieństwa lub starokawalerstwa, jak się onegdaj taki przypadek określało. Co prawda dzieci dziadka Michała w wieku młodzieńczym do ożenku się nie kwapiły, ale tak około trzydziestki - to i owszem, i to bez wyjątku. Zdarzały się co prawda dysproporcje wiekowe i to w różne strony - np. nasz ojciec Hieronim mając prawie 32 lata poślubił połowę młodszą, bo 16-letnią Wandzię, za to z domu Węglińską i prześlicznej urody (potwierdzenie czego znajdziecie tutaj).
Za to stryj Józef poślubił (po zawodzie miłosnym) starszą od siebie 6 lat Stanisławę, która była później jego troskliwą opiekunką w okresie choroby i ciężko pracowała gdy stryj siedział po wojnie w więzieniu za ukrytą broń.
Stryj Stanisław przywiózł natomiast żonę Alicję aż z okolic Odessy, lecz niedługo się nią cieszył gdyż spędził zaraz po ożenku 6 lat w niemieckiej niewoli.
Jako małe dziecię pamiętam wesele Mieczysława i Stasi. Panna młoda miała niewiele ponad 16 lat i pewnie przeprowadzka na Polinów była dla nie niej lada przeżyciem. Na weselu przygrywał zespół braci Antonowiczów, których pole graniczyło z Tokarskimi. Przyjęcie weselne odbyło się parterze kamienicy. Pamiętam, że udawaliśmy pijanych zataczając się w rytm muzyki. Kilku starszych udawać nie musiało, a cały Polinów bawił się na pierwszym weselu wnuków dziadka Michała. Potem już się posypało...
Wesele siostry Marysi w świeżo pobudowanym naszym domu na Polinowie wymagało wyniesienia całego dobytku na strych. Tam też spaliśmy kilka kilka nocy. Cały dół zastawiony był stołami biesiadnymi, których część trzeba było "dorobić" domowym sposobem zbijając z desek. Wesele było chyba udane, gdyż nawet leciwa już Ciotka Stefa długo jeszcze wspominała weselne pląsy. Po weselu i poprawinach ojciec zaprzęgł konia, na furmankę załadowano walizy po czym młoda para została odstawiona na stację w Niemojkach, skąd udali się pociągiem do Olsztyna, gdzie spędzili pierwszy okres małżeństwa.
Kolejne wesela, w tym i moje, odbywały się już poza Polinowem. Dopiero następne "prawie wesele" - przyjęcie prymicyjne po święceniach kapłańskich Wujka Andrzeja, przełamało tą tradycję. Ostatnie Polinowskie wesele ciotki Dzidki (Elżbiety Czajkowskiej) odbyło się w lipcu 1976 r. w naszym domu rodzinnym.
Wesela wyjazdowe - a było ich kilka - zwykle kojarzą się z jakąś sytuacją lub wydarzeniem. O niektórych wolę nie wspominać publicznie z uwagi na pikantne szczegóły, ale zawsze było fajnie. Wesela zawsze cementowały rodzinne więzi, a po każdym ktoś dotychczas obcy wchodził do naszej rodziny i stawał się bliskim, jednym z nas.
Rok 2007 obfituje w wesela i kronika rodzinna bardzo się bogaci. Monika ma to już za sobą, Tomek z Agatką i Małgosia z Konradem odliczają dni. Jest okazja aby spotkać się rodzinnie i zabawić tak by ten dzień zapadł mocno w pamięć. Natomiast tym co jeszcze zwlekają przypominam - w Rodzinie Kobylińskich od ponad 100 lat nie było przypadku martwej gałęzi w drzewie rodowym! I tak kurczę trzymać!
P.S. Refleksje powyższe ogarnęły mnie po sesji zdjęciowej młodej pary w naszym ogrodzie, której migawki znajdziecie nie opodal...
Wiosną na Polinowie to zaiste pora szaleństw jeśli nie wprost orgii, która funduje rozbudzona przyroda.
Orgia życia, którą można zaobserwować w skali mikro i makro. Po długim zimowym śnie pierwsze budzą się przebiśniegi i zanim nieśmiałe promienie je ogrzeją - już przekwitają. Potem to juz lawina wschodów, kwitnienia i owocowania wszystkiego co zdołało przezimować i wykiełkować. Ożywiają się mieszkańcy stawu, zlatują skrzydlaci lokatorzy i zaczynają się gody.
Orgia barw - to cała paleta zieleni jako tło dla przeróżnego kwiecia. Zmiany zachodzą tak dynamicznie, że trudno nadążyć z podziwem nad kolejnymi rozkwitnięciami. Łąki żółkną od mniszka, te podmokłe także od od kaczeńców. Potem bieleją od kwiecia zwanego popularnie "kaszką". Nad Polinówką rozkwitają wspaniałe bukiety wonnej czeremchy.
Orgia zapachów - i to zapachów różnych - od wywożonego na pola obornika, przez czeremchę, po zapach świeżo zaoranej ziemi czy rozgrzanej słońcem oziminy.
Orgia dźwięków - to nieustanny, trwający dzień i noc koncert na dziesiątki ptasich gardeł. W dzień dominują skowronki, szpaki trznadle, sikory i Bóg wie co tam jeszcze, a w nocy bezkonkurencyjny jest słowik. Tak będzie do lipca, gdy skończy się pora lęgowa. Wtedy zalega cisza zwiastująca letnie lenistwo i sytość. Coś do powiedzenia mają też żaby, a także szumiące świeżym listowiem drzewa i przelewająca się mnichach woda.
Wszystkie te szaleństwa wiosny powodują, że człowiek lituje się nad sobą. Zamiast podziwiać, słuchać, wąchać i kontemplować, ugania się za swoimi planami, obowiązkami, problemami i traci wiele z tego teatru przyrody. Spektakl trwa jednak nawet gdy nie ma widzów, a następna powtórka będzie dopiero za rok. Szkoda, że tak niewiele z tych przyrodniczych przedstawień uda się zaobserwować, zachwycić ich skalą, złożonością i celowością. Warto jednak, chociaż na chwilę, zatrzymać się w takim miejscu jak Polinów by poczuć siłę, piękno i dynamizm tego co nazywamy "Wiosną"...
Naturą człowieka jest dążenie do zadowalania i radości, unikanie tego co przynosi ból, niezaspokojenie i smutek. Coraz więcej ludzi pragnie codziennie świetnie się bawić, uczestniczyć w niekończącym się karnawale, a co do postu nawet słyszeć nie chcą o jakichkolwiek ograniczeniach. Często okazuje się jednak, że bez religii, ograniczeń które niesie, poszanowanie kultury i tradycji, która z nich wyrasta - tak naprawdę nie uda się żyć w taki sposób by z życia być zadowolonym czy szczęśliwym. Nasi przodkowie mimo iż może do końca szczęśliwi nie byli, to jednak nawet w ciężkich czasach potrafili zachować radość życia. Świadczy o tym wiele zwyczajów, dzisiaj już raczej zapomnianych, lecz "żywych" jeszcze chociażby w latach 50. Wielki post był okresem wstrzemięźliwości od potraw mięsnych, tłuszczów, niektórzy nie pili nawet mleka i nie jedli jaj. W Popielec gospodynie szorowały garnki aby nie pozostały na nich resztki tłuszczu. W kościele sypał się na głowy popiół. Ten wielki czas smutku starano się jednak urozmaicać licznymi, pewnie jeszcze pogańskimi, zwyczajami.
Już w środę popielcową starano się robić różnorakie psikusy. Najpopularniejszym z nich było czepianie na plecach przechodniów różnych "gadżetów", jak skorupki od jajek, łby od śledzi czy papierowe lalki z obraźliwymi napisami. Było dla nas wielką frajdą gdy udało się nam kogoś tak "ozdobić" i tak obdarowany jegomość spacerował po mieście lub targu. Sam muszę się przyznać do takich czynów, nie licujących z powagą rozpoczynającego się postu. W jego połowie obchodzono tzw. "półpoście". Była to kolejna wspaniała okazja do do nie zawsze stosownych żartów. Stroną "żartującą" była głównie miejscowa kawalerka, a ofiarami panny na wydaniu i ich rodzice. Najczęściej polegało to na tworzeniu sytuacji wręcz ekstremalnych jak wciągnięcie wozu konnego na dach stodoły(!) lub zamalowanie wszystkich okien w chałupie. Ojciec panien długo się później zastanawiał jak ten wóz zdjąć z dachu i "jak te cholery go tam wciągnęły". Kobiety zaś najpierw nie mogły doczekać się rana gdyż w izbie wciąż było ciemno, a potem długo czyściły okna co sprzyjało bez wątpienia postnym kontemplacjom i umartwieniom.
W palmową niedzielę w każdej wsi panowało wielkie zamieszanie i skoro świt grupy młodzieńców nachodziły domy panienek z witkami w ręku. Pomocnicy deklarowali wierszyk:
Panny piszcząc uciekały w popłochu, ale i tak nie jedna miała czerwone pręgi na nogach i innych częściach ciała. Palmowali się też domownicy. Na Polinowie przygotowywaliśmy sobie w przeddzień długie witki - kto wcześniej wstał, dostępował przyjemności palmowania śpiochów. Potem trwały gonitwy po podwórzu. Nikt się nie obrażał, mimo iż ćwiczono się wcale nie na żarty.
W Wielki Piątek o 15.00 wszyscy domownicy zbierali się na modlitwę w godzinę śmierci Chrystusa. W Wielką Sobotę rano już przystrojeni nieśliśmy wspólnie świąteczną święconkę i odwiedzali grób Pana Jezusa. Przy grobie stali strażacy w błyszczących hełmach i toporkami przy pasach. Nabierało się też święconej wody.
Dobrze przeżyty post był powodem wielkiej radości w Wielkanoc, kiedy to zapach swojskiej kiełbasy i innych wędzonek łaskotał zmysły a radość Zmartwychwstania była szczera i głęboka, i to nie tylko z powodu świątecznego stołu.
Poliniowskie konie stanowią nieodłączną część historii tego miejsca, choć tak naprawdę niewiele wiemy o tych najsłynniejszych z dawnych lat. Wiadomo tylko, że Polinów "końmi stał" i to nie byle "chabetami". Tu zakupy czynił sam Jam Sobieski przed wiedeńską wyprawą. Od "zawsze" na Polinowie był ogier i klacze ze szlachetnym rodowodem.
Później, gdy Polinów podupadł, dostał się w ręce żydowskie i wszystko uległo degradacji.
Dziadek Michał hodował nie tylko konie ale też postrachem Polinowa był zarodowy buhaj i potężny knur. O koniach niewiele wiemy. Zwykle doglądali je młodzi synowie gospodarza lub parobcy. Latem paśli je nocą (w dzień konie musiały pracować) na leśnych polanach lub na nadrzecznych łąkach.
Te, które zapamiętałem nie były specjalnie rasowe ani szczególnie dorodne. Jedynie Mietek Tokarski, który "furmanił" posiadał zwykle parę silnych perszeronów, które musiały wyciągnąć ze żwirowni furmański wóz pełen piachu.
Mietkowe konie wyróżniały się też piękną uprzężą z mosiężnymi ozdobami. Ogony miały zawiązane w węzeł (chyba po to, aby nie siekły furmana po oczach). Grzywy zaplecione w warkocze. Dobry zaprzęg był tym czym dzisiaj piękny samochód. Mietek jeździł konno na okoliczne zabawy na kawalerkę. Inne polinowskie konie to gospodarskie chabety. Najsłynniejszy był "Tapciut" wujka Rumika. Żył na Polinowie z 15 lat. Pasował idealnie do gospodarza: wysoki, kościsty powolny i spokojny. Miał za to najdłuższe włosy w ogonie przydatne do łowienia kiełbi na "pętelkę". Tapciut uwielbiał drzemki i nawet w zaprzęgu chyba zdarzało mu się przysnąć.
Nie lubił gdy zakładano mu chomąto, a że był wysoki to nie było to łatwe. Wujek Rumik lubił go dosiadać na oklep i wtedy stanowili zgrany duet: Don Kichot w wydaniu polinowskim. Stryjek Józio miał przez kilka lat niezwykle narowistą, niedużą klacz, do której lepiej było nie podchodzić.
Próby wychowania nic nie wniosły. Być może jej charakter wynikał z nieróbstwa, bo w sadzie roboty miała wiele. W zimie wykorzystywaliśmy ją z wujkiem Jasiem do ciągnięcia na nartach.
Dziadek Henio zmieniał konie często. Najbardziej pamiętam Karego, który co niedziela woził nas do lasu. Takie niedzielne wyjazdy od wiosny do jesieni były polinowską tradycją. Miał jakoś wadę w nogach, które zachodził jedna na drugą. Pamiętam, że babcia Wandzia bała się, iż w końcu nogi mu się zaplączą gdy biegł szybko. Kilka lat ciągnik i samochód zastępowała nam ładna klacz (zbliżona wyglądem do rasy angielskiej). Była dobrym wierzchowcem, chociaż lubiła odwracać łeb i próbowała skubnąć zębami dosiadającego jeźdźca. Niestety prawie wszystkie konie kończyły służbę jako towar eksportowy do Włoch z przeznaczeniem na mięso...
Jedynie wujek Stacho nie miał nigdy konia. Chyba dlatego wujek Jasio nadrabia ten brak. Waluś i Karinka są spadkobiercami wieloletnich końskich tradycji na Polinowie.
W środku zimy mamy jesienną pluchę. Czyżby listopad chciał spotkać się z marcem? Raczej nie możliwe aby zimy w ogóle nie było. Fakt, że od pół wieku nie pamiętam aby do połowy stycznia nie było mrozów... Pogoda wariuje coraz częściej. Chociaż anomalie pogodowe zdarzały się zawsze...
Onegdaj typowa zima przychodziła zazwyczaj w połowie grudnia wraz z pełnią księżyca. Zamarzała ziemia, kałuże i stawy. Śnieg na dobre zaczynał padać w porze zbliżonej do Bożego Narodzenia. Jak napadał to pomimo zdarzających się odwilży leżał do mniej więcej drugiej połowy lutego. Potem któregoś wyjątkowo ciepłego dnia zaczynały się roztopy. Rzeczki zamieniały się w rzeki, a prawdziwe rzeki rozlewały szeroko występując z brzegów. Nawet nasza Polinówka rozlewała się na okoliczne łąki. Duża woda czyściła znakomicie zamulone łożyska rzek. Zimy zdarzały się co prawda różne, ale były raczej mroźne i śnieżne. Zdarzały się mrozy rekordowe, jak np. w 1963 i 1979 gdy mrozy przekraczały -33°C. Przemarzały piwnice z kartoflami, stawy lód skuwał do samego dna. Wymarzały ryby, szczególnie te najbardziej okazałe... W największe mrozy zamykano szkoły, część fabryk i urzędów. Jeszcze gorsze były śnieżyce. Najbardziej pamiętne to podobno zaraz na początku II wojny światowej w 1940 r. Za mojej pamięci to rok 1956, potem 1969 i 1979 r. Droga z Siedlec do Łosic wyglądała jak tunel. Odgarnięty był wąski pas szosy z wymijkami co pół kilometra. Do niektórych wsi to i przez miesiąc dojeżdżały tylko sanie po polach gdzie wiatr wydmuchał śnieg i końskim zaprzęgiem można było z trudem przejechać. Do większości wsi prowadziły gruntowe drogi zwane gościńcami, których nikt nie odśnieżał. Ludzie byli samowystarczalni. Sami piekli chleb, robili masło, wędlinę - i jakoś żyli. Gorzej jeśli ktoś zachorował. Dowieść lekarza było trudno o ile w ogóle zgodził się na taką wyprawę. Z odległych przysiołków dzieci często całymi tygodniami nie docierały do szkoły. Może dlatego do nadejścia wiosny wszyscy cieszyli się bardzo szczerze.
Natomiast lata bywały różne. Jedynie burz było chyba więcej i o większym natężeniu. Jako dzieci baliśmy się burz nocnych, gdy od błyskawic robiło się jaśniej niż w dzień, co rusz gdzieś się paliło, a Ojciec ubierał się w środku nocy aby być gotowym w razie czego. U nas na Polinowie pioruny ściągały stawy. Na podwórzu zawsze stał piorunochron. We wczesnych latach pięćdziesiątych drewniany ze stalowymi szpikulcami na szczycie i linką do uziemienia. W drugiej połowie lat 50. ustawiono piorunochron stalowy - ten który stoi do dzisiaj.
Największe wichury zdarzały się w marcu. Były groźne dla słomianych strzech, które po ich przejściu wyglądały jak rozczochrana fryzura i wymagały naprawy. Jedna z groźniejszych wichur zdjęła dach z nowo budowanego młyna i przeniosła go na drugą stronę ul. Bialskiej. Oczywiście dach trzeba było robić od nowa...
Największy grad padał nie tak dawno - w połowie lat 80. Był tak duży, że popękały szyby w oknach, przebił w paru miejscach blachę na stodole i zniszczył uprawy na polach. Samochody stojące pod chmurką miały później dziwną fakturę na dachach i pokrywach silników.
Jednym słowem anomalie i kaprysy pogody były zawsze. Ostatnio jednak takie zaburzenia zdarzają się częściej. Klimat zmienia się z kontynentalnego na morski. Zdecydowanie przeważają wiatry zachodnie. Myślę, że jednak jakaś zima będzie i to wtedy gdy my wyglądać będziemy wiosny. A do tej jest już coraz bliżej...



