Adwent to czas radosnego oczekiwania. Całe nasze życie przesączone jest oczekiwaniem. Oczywiście oczekiwaniem z nadzieją na przyszłe radosne zdarzenia, przeżycia lub owoce naszych wysiłków. Dzieci czekają niecierpliwie kiedy dorosną, młodzież pragnie szybko się usamodzielnić i wyrwać spod opiekuńczych skrzydeł rodziców, dorośli oczekują sukcesów swoich latorośli. Inni oczekują na pomyślną odmianę losu, karierę, dostatek itp. Staruszkowie najczęściej są zgorzkniali bo ich oczekiwania są bardzo skromne i coraz mniej rzeczy i zdarzeń mieści się w zasięgu ich oczekiwań.
Czasem oczekiwanie na coś przyjemnego jest milsze niż spełnienie. Najczęściej nasze oczekiwania, marzenia i wyobrażenia przerastają to, co się spełnia. Następują rozczarowania, frustracje, depresje. Wszystko zależy od tego, co stanowi dla nas prawdziwą wartość - kwintesencję oczekiwania. Jeśli nasze oczekiwanie ogranicza się do rzeczy nawet atrakcyjnych, przeżyć nawet przyjemnych, a pozbawione jest tej nadbudowy, jakiejś idei, jakiegoś głębszego sensu - to z góry wiadomo, że spełnienie będzie w jakimś sensie rozczarowaniem, niedosytem, zawodem.
Pragnienia rzeczy i zdarzeń nietrwałych, zawodnych, szybko przemijających, nie przyniosą wiele szczęścia, jeśli nie są zanurzone w wyższych uczuciach, jeśli nie posłużą celom z "wyższej półki".
Sprowadzenie adwentu do czasu wzmożonych zakupów świątecznych, a świąt do symboli i tradycji jest pozbawieniem ich właściwej treści i sensu. Współczuję głęboko tym, którzy nie potrafią poczuć ich prawdziwej idei i znaczenia daleko wspanialszego niż najpiękniej przystrojona choinka czy rubaszny krasnolud zachęcający do szaleństwa zakupów...
Niestety wkroczyliśmy w najmniej przyjemny okres pogodowy. Polinów też pogrążył się w ciszy. Przyroda zamiera i niemal wszystko co żywe przygotowuje się do zimowego przetrwania. Pierwszy śnieg i przymrozki dały przedsmak tego co czeka nas wszystkich za kilka tygodni. W tej krótkiej zimowej scenerii, jaką mieliśmy po Wszystkich Świętych pewnym urozmaiceniem było napotkanie pary czarnych jak węgiel żółtodziobych kosów. Nie wiadomo czemu jeszcze nie odleciały... Podobnie było zresztą i w zeszłym roku. Nastała pora opadłych liści, zeschłych kwiatów i nagich gałęzi, chociaż listowie w tym roku trzymało się nadzwyczaj długo.
Polinów jesienią przed pięćdziesięciu laty kojarzy mi się z błotem i naftową lampą, rozświetlającą długie wieczory. Domownicy tulili się do ciepłego pieca. Więcej było sąsiedzkich wizyt, a pogaduszki były długie. Dzieciaki nudziły się niemiłosiernie, więc też częściej zbierały się na różne gry i zabawy, które można było zorganizować w domu. Wieczory bez telewizora i radia miały też swój urok. Jesień sprzyjała więc zacieśnianiu więzów rodzinnych i sąsiedzkich. Była to też pora dostatku, gdyż pieniądze za sprzedane zboże lub kartofle jeszcze się nie rozeszły.
Pachniało jabłkami, herbatą i pieczonym ciastem, a czasem znienawidzonym tranem, którym wtedy karmiono na siłę prawie wszystkie dzieciaki (nawet w szkole). W nocy straszył wyjący w zakamarkach strychu wiatr, który dodatkowo łomotał źle zamocowaną blachą na dachu naszego domu. Straszyły też pohukiwania sowy i świetliste smugi na suficie, pochodzące z naftowych latarek używanych do wieczornych obrządków na polinowskim podwórzu. W cieplejsze dni można było wybrać się do sadu stryja Józia i znaleźć w opadłych liściach smaczne, czerwone jabłka. Najlepsze były jednak kosztele. Mimo że u nas "krąselki" uginały się od owocu, wyprawy do stryjowego sadu były zawsze jakimś urozmaiceniem.
Fajną zabawą było też drążenie jam w stertach zboża czekających na młockę. Można tam było schronić się przed deszczem i zimnem oraz schrupać przyniesione jabłka. W niedzielę na obiad był zwykle rosół z kury i kurze mięso w potrawce. Przed zimą wybijano słabe nioski, aby nie marnować paszy. Jajka wkładano do skrzynek i zasypywano zbożem. W zimnych pomieszczeniach czekały na okres Świąt Bożego Narodzenia. Dzieciaki zaś odliczały dni do upragnionej choinki i czekały na ślizgawkę oraz pierwszy śnieg...



