Pagn to rodzaj barwnego materiału, z którego zazwyczaj szyje się tu ubrania lub używa do dekoracji. Kupuje się go na sztuki (piece) o znormalizowanej wielkości. By uszyć koszulę wystarcza jedna, ale już na sukienkę potrzeba ich zazwyczaj trzy (wydaje się, że życie kobiece jest zawsze bardziej skomplikowane). Istnieją jego różne jakości, przybliżona cena wynosi od 2 do nawet 50€ za sztukę, a liczba wzorów i kolorów potrafi przyprawić o zawrót głowy. Niektóre są przygotowywane zresztą na jakieś specjalne okazje, np. w okresie kampanii wyborczej zdarzają się nawet takie z podobiznami kandydatów.
Co roku episkopat ivoryjski produkuje ozdobiony emblematami religijnymi pagn narodowy (pagn national), z którego nasi parafianie są w zasadzie zobowiązani uszyć uniformy do chrztu, pierwszej komunii czy bierzmowania (ich krój jest już dowolny). Nie są to jednak ubrania jednorazowe, ale używa się ich później od święta albo i co dnia. Stają się tym samym elementem dawanego świadectwa.
W tym tygodniu zaczął się okres Wielkiego Postu, będący dla tych, którzy chcą nazywać się chrześcijanami, czasem szczególnego wysiłku duchowego i przygotowania do najważniejszych świąt w roku. Wśród ćwiczeń wielkopostnych szczególne miejsce zajmują rekolekcje – czas refleksji i wzmożonej modlitwy, na które coraz więcej ludzi niestety nie potrafi lub nie chce znaleźć czasu. Jeśli więc ktoś chce, może potraktować kolejne odcinki niniejszej depeszy jako swego rodzaju internetowe mini-rekolekcje (oczywiście niemające na celu zastąpienie tych parafialnych). Będą się one ukazywały regularnie co tydzień: począwszy od dzisiaj, aż do Wielkiej Soboty. Dla tych, którzy chcieliby podejść do tematu poważnie, pod właściwym tekstem depeszy umieszczam pytania i polecenia do tekstu oraz skrót do odpowiedniego fragmentu Pisma Świętego do prywatnej medytacji. Ci, który uważają, że to zbyt daleko idąca indoktrynacja, niech po prostu zakończą lekturę odpowiednio wcześniej. Przepraszać nie zamierzam.
Jak już wspomniałem, Wielki Post ma nas przygotować nas do świąt wielkanocnych, podczas których w sposób szczególny wspominamy punkt zwrotny w historii ludzkości, a więc ofiarę, jaką złożył za nas na krzyżu Jezus Chrystus. I właśnie słowo „ofiara” chciałbym tu zaakcentować. Nam kojarzy się ono chyba przede wszystkim z „ofiarowaniem” czegoś komuś, a więc podarunkiem lub bezpośrednio z mszą świętą. Czy nie wbijano nam do głów podczas długich lat katechezy szkolnej, że msza to „Najświętszą Ofiara”? Ale czy ktoś wytłumaczył, co kryje się pod tym stwierdzeniem?
Pomyślałem, że warto byłoby zobaczyć jakie znaczenie ma to słowo dla przeciętnego Ivoryjczyka. Chrześcijaństwo na Wybrzeżu Kości Słoniowej jest stosunkowo młode (pierwsi misjonarze przybyli na te ziemie nieco ponad sto lat temu) i istnieje ono obok tradycyjnych kultów pogańskich, o których wspominałem już niejednokrotnie. Jak wyglądają zatem pogańskie ryty ofiarne i jakie podobieństwa można znaleźć między nimi a obrzędami mszy św.? Wbrew pozorom są one uderzające1. A zatem zacznijmy:
W tradycji afrykańskiej potrzebne łaski wypraszane są za pośrednictwem duchów przyrody i przodków. Niemal każda wioska ma wyznaczony specjalny dzień na złożenie im rocznej ofiary. Ich ryty oczywiście różnią się nieco między sobą, jednak ogólny schemat pozostaje ten sam. Oto opis jednej z nich:
1) Przy przygotowaniu niniejszego cyklu w większej części oparłem się na katechezach przygotowanych przez mojego proboszcza – o. Zbigniewa Łasia CMF, tylko gdzieniegdzie coś zmieniając bądź dorzucając od siebie.
O wschodzie słońca, ubrani w białe stroje mieszkańcy wioski, zbierają się na placu pośrodku wioski i ze śpiewem na ustach ruszają w drogę. Procesja zatrzymuje się przed miejscem przeznaczonym do składania ofiar. Nikt nie ma prawa postawić na nim swojej stopy dopóki szef wioski, zazwyczaj tożsamy z najwyższym kapłanem, nie dokona rytów przebłagalnych. Występując przed zgromadzonych wiernych podrzyna gardło kurze i rzuca ją na miejsce święte. Jeśli kura zdechnie na brzuchu, znaczy to, że duchy są łaskawe i spokojnie można kontynuować obrzędy. Jeśli jednak w przedśmiertnych drgawkach kura przewróci się na plecy i zdechnie w tej pozycji, oznacza to, że duchy są zagniewane i nie przyjęły ofiary. Całą operację należy zatem powtórzyć i dzieje się tak aż do momentu, gdy jakaś kura zdechnie w końcu na brzuchu lub zabraknie kur. W tym drugim przypadku wraca się do wioski i przekłada ofiarę na inny dzień, mając nadzieję, że duchy będą wówczas w lepszym humorze.
W innych plemionach ryty ekspiacyjne nie muszą być tak krwawe. Zamiast podrzynania kurzego gardła wylewa się na przykład palmowe wino na ziemię mówiąc: „Niech przyjdzie pokój!”, a wszyscy zebrani odpowiadają: „Niech przyjdzie!”. Następnie wszyscy wspólnie śpiewają: „Przodkowie, nie ofiarowaliśmy wam ofiary, więc jesteście na nas zagniewani. Tak jak szympans bijący swoje dziecko nie zrzuca go na ziemię, tak i wy, przodkowie, przebaczcie nam, a my obiecujemy poprawę”, wychwala się wielkie dzieła, jakie ludzie otrzymali za ich pośrednictwem. W końcu szef wioski zwraca się do duchów w imieniu wszystkich zebranych i przedstawia potrzeby wspólnoty. Prosi zatem o płodność, pokój, obfite plony, zdrowie itp.
Mt 5, 23-24
Dla tych, którzy chcą wziąć na poważnie zaproszenie do tych mini-rekolekcji, przedstawiam poniżej, jak mogłaby wyglądać przykładowa refleksja nad pierwszym z poleceń:
Każda msza święta rozpoczyna się od rytów bliźniaczo podobnych do tych obecnych w rytach pogańskich. Najpierw mamy do czynienia ze śpiewem towarzyszącym procesji, nawet jeśli oznacza ona jedynie przejście księdza i ministrantów z zakrystii do ołtarza – miejsca składania ofiary. Następnie główny celebrans pozdrawia wszystkich zebranych słowami: „Pan z wami” („Niech przyjdzie pokój!”), na co wszyscy odpowiadają „I z duchem twoim” („Niech przyjdzie!”) i przechodzi do rytu przebłagalnego, na który składa się wezwanie do uznania naszej grzeszności, akt pokutny i śpiew „Panie, zmiłuj się nad nami”. Nie zapominajmy również o intencji, w której msza św. jest sprawowana i chwili czasu po pierwszym „Módlmy się”, podczas której każdy z uczestników mszy św. zaproszony jest do wypowiedzeniu w sercu intencji, z jaką przyszedł do kościoła. Prawda, że podobne?
Po przedstawieniu duchom intencji, w których ofiara jest składana wszyscy siadają, a kapłan opowiada historię, od której kult wziął swój początek. Na przykład:
„Nasi ojcowie mówili, że miejsce, w którym składamy ofiarę jest tak stare jak świat. Zostało jednak odkryte, gdy Zansi, jeden z naszych przodków, przemierzał las w poszukiwaniu zwierzyny i przybył właśnie tutaj. Wśród konarów wielkiego drzewa ukazał mu się duch pod postacią olbrzymiego pytona, który rzekł:
- Powiedz swoim pobratymcom, aby przybyli tu i oczyścili to miejsce. Następnie niech powrócą, by złożyć ofiarę, aby wam się w życiu szczęściło. Załóżcie również w pobliżu wioskę, a ja będę się wami opiekował.
To od tego czasu miejsce to stało się miejscem sprawowania kultu. A wy wszyscy jesteście świadkami łask, jakimi zostaliśmy obdarowani dzięki ofierze, jaką składamy tu każdego roku”.
Pwt 26, 5-11
Na wystąpienie kapłana wszyscy odpowiadają chórem: „To prawda! Nasza wioska zawsze była pod ochroną duchów i naszych przodków. Nasze duchy-obrońcy są prawdziwymi duchami, a nasi przodkowie są słowni”. Następnie uczestnicy zgromadzenia zbliżają się po kolei do świętego drzewa (znajdującego się zazwyczaj pośrodku miejsca kultu) i trzymając rękę na jego pniu przedstawiają duchom swoje prywatne prośby. Na koniec każdy z nich pociera pień ręką i przykłada ją sobie do twarzy, a następnie wraca na swoje miejsce.
Ps 106, 1-5
Po tym, jak każdy mieszkaniec wioski przedstawił już indywidualne prośby duchom, kobiety składają swoje dary u stóp świętego drzewa - ryż lub kule z papki bananowej nasączone olejem palmowym i owinięte w specjalny rodzaj liści, zwanych też „liśćmi pokoju”. Przewodniczący zgromadzenia ofiarowuje je w ich imieniu duchom i przodkom, mówiąc przy tym: „Oto wasze pożywienie”. Następnie wylewa wino palowe na złożone wcześniej dary, mówiąc: „Oto wasz napój” i ponownie wychwala wielkie dzieła, jakich dokonały w przeszłości duchy i przodkowie. W końcu przyprowadza się barana ofiarnego, zakupionego ze składki, a kapłan zwraca się do duchów tymi słowami: „Powiedzieliście nam, by przychodzić tu i składać ofiarę za każdym razem, gdy jesteśmy w potrzebie. Nie odrzucajcie nas, ale zechciejcie wysłuchać. Oto baranek, którego wam ofiarujemy. Dajcie nam zdrowie i szczęście podczas rozpoczynającego się roku”, po czym podrzyna baranowi gardło, pozwalając krwi spływać na ziemię u stóp świętego drzewa.
Mt 26, 17-19. 26-29
Podczas pieczenia nad ogniskiem ofiarnego barana, uczestnicy śpiewają pieśni wychwalające dzieła duchów oraz ich przodków, prosząc w nich o potrzebne łaski. Kiedy baran jest upieczony, główny przewodniczący zgromadzenia kładzie na ziemi kawałki mięsa i wylewa na nie palmowe wino, a następnie zaprasza wszystkich uczestników na ucztę.
Po skończonym posiłku każdy z uczestników ceremonii naciera ciało kaolinem, czyli specjalnym rodzajem glinki o białym kolorze i zrywa zieloną gałązkę z jakiegoś pobliskiego krzewu. Kapłan dziękuje przodkom i duchom za przyjęcie ofiary, a następnie dotyka swoją gałązką pnia świętego drzewa i swojej twarzy. Pozostali idą w jego ślady, po czym ogłasza się koniec ceremonii. Mieszkańcy wioski ustawiają się w dwóch rzędach i udają się do wioski, wymachując trzymanymi w dłoniach zielonymi gałązkami. Absolutnie nikt, nawet dziecko, nie ma prawa oglądać się w tym momencie za siebie. Jest to bowiem moment, kiedy duchy, przybierając materialną postać, rozpoczynają swoją ucztę, co nie jest przeznaczone dla ludzkich oczu.
Mt 15, 32-39
Jeśli ktoś śledził uważnie pytania i polecenia umieszczone pod każdym fragmentem tekstu z łatwością mógł zauważyć, że ryty mszy świętej zewnętrznie niewiele różnią się od rytów pogańskich. Dla przeciętnego poganina czymś oczywistym jest, że aby złożyć ofiarę, trzeba zabić: krew musi zostać przelana, a życie odebrane. To wymiar Eucharystii, o którym często zapominamy w naszej „ugrzecznionej” wersji chrześcijaństwa. Tymczasem chrześcijaństwo to najbardziej krwawa z religii świata: nigdzie indziej krew i ciało nie są otoczone takim kultem i czcią. Rację miał ktoś, kto porównywał "Pasję" Mela Gibsona do filmu dokumentalnego wprost z masarni. Porównanie to nie wydaje mi się niestosowne, bo to właśnie Jezus Chrystus, Bóg-człowiek, jest naszym barankiem ofiarnym. Za każdym razem, gdy sprawujemy mszę św., nie tylko wspominamy, ale i uobecniamy ofiarę, jaką złożył na krzyżu. Więcej, za każdym razem to my sami przybijamy go do krzyża naszymi grzechami, a później spożywamy jego ciało by dostąpić ich odpuszczenia. Takie stwierdzenie można znaleźć w orzeczeniach Soboru Trydenckiego. Słusznie więc można nazwać chrześcijan „bogożercami” (a przynajmniej tych chrześcijan, dla których Eucharystia pozostała sakramentem i nie utracili ciągłości sukcesji apostolskiej).
Pozostaje pytanie skąd wynikają te podobieństwa. Istnieje kilka możliwych wyjaśnień. Najbardziej prawdopodobne wydaje się to, że ryty te stanowią odpowiedź na wewnętrzne potrzeby religijne każdego człowieka i są wynikiem jego logicznego rozumowania. Takie stwierdzenie wymaga jednak wcześniejszego zaakceptowania istnienia prawa naturalnego, a więc kodeksu moralnego wszczepionego w serce każdego człowieka przez samego Stwórcę. Możliwe też, że podczas kształtowania się liturgii starotestamentalnej, na której obrzędy mszy św. są przecież wzorowane, ludy pierwotne przejmowały wzajemnie niektóre elementy swoich kultur, a przy tym i rytów ofiarnych, w pewnym stopniu je unifikując. Można więc powiedzieć, że wszystkie one pochodzą ze wspólnego pnia.
Jakakolwiek nie byłaby prawda, okazuje się że również od pogan można się czegoś nauczyć, a przynajmniej mogą nam oni przypomnieć o rzeczach, o których prawie już zapomnieliśmy.
Czego więc Wam życzyć na te najważniejsze święta w roku? Może ponownego odkrycia obecności Boga w Waszym życiu i tego, aby nigdy się On wam nie znudził, tak jak i On, mimo wszystko, nigdy nie nudzi się nami. Chrystus zmartwychwstał!
Region w którym mieszkam nosi nazwę Nawa, co w miejscowym narzeczu znaczy po prostu „wodospad”. Soubré położone jest bowiem nad rzeką Sasandrą, a zaledwie kilka kilometrów za miastem znajduje się największy na Wybrzeżu Kości Słoniowej wodospad.
Oprócz tego, że jest to jedyna rzecz warta zobaczenia w promieniu jakichś stu kilometrów, stanowi on również tradycyjne miejsce składania pogańskich ofiar, regularnie zresztą praktykowane po dzień dzisiejszy - w każdy piątek po pełni księżyca. Niestety dla „niewiernych” stanowi ono tabu i nikomu z nich nie wolno przyglądać się tym świętym obrzędom.
Jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych były to także ofiary z ludzi… Na Wybrzeżu Kości Słoniowej składano je najczęściej w dwóch przypadkach: śmierci jakiegoś miejscowego kacyka, by zapewnić mu dobry start w zaświaty, lub na polecenie czarownika dla załatwienia jakiejś trudnej sprawy. Bliskość wody i siła prądu rzecznego ułatwiały w tym przypadku pozbycie się kłopotliwych śladów. W ofiarach z ludzi najczęściej składane były dzieci, bo te nie miały szansy stawiać zbyt zaciętego oporu. Porywano je wprost z ulicy i do dzisiaj, co troskliwsi rodzice, nie pozwalają swoim pociechom bawić na dworze po zmroku (czyli po 18:30).
Przy okazji słuchania tych opowieści przypomniała mi się miejska legenda z czasów mojego dzieciństwa, o czarnej wołdze prowadzonej przez samego diabła, która miała krążyć wieczorami po osiedlu i porywać niegrzeczne dzieci. Ktoś to pamięta? W każdym bądź razie tutaj w podobnych opowieściach kryło się nieco więcej realizmu.
Ostatni udokumentowany przypadek w Soubré usiłowania złożenia ofiary z człowieka miał miejsce w roku 1991. Policja zatrzymała wówczas mężczyznę przewożącego w bagażniku związanego chłopca i osądzono go za usiłowanie morderstwa. Nikt jednak nie wie, co dzieje się w dzikszych regionach kraju i nie jest wykluczone, że pomimo zachodzących w społeczeństwie zmian, proceder ten jest praktykowany po dzień dzisiejszy...
Podobno każdy mężczyzna powinien w swoim życiu wybudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Znając moje uzdolnienia techniczne, za budowę domu (a tym bardziej kościoła) się póki co nie zabieram. Z płodzeniem synów sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana (nie żeby była całkowicie beznadziejna, ale…). Pomyślałem więc sobie, że chociaż drzewo mógłbym posadzić. Ażeby udowodnić, że nie jest ze mnie znowu aż taka trąba, pomyślałem, że najlepiej gdyby był to jakiś porządny gatunek: dąb, sekwoja, heban, albo… baobab. Czy ktoś z Was może się pochwalić, że chociaż widział takowy, poza ilustracjami Saint-Exupéry’ego czy zdjęciami z podręcznika do geografii? No właśnie...
Popchnięty zatem miłością własną, zacząłem szukać po temu sposobności. Po wielu staraniach udało mi się w końcu zdobyć nasiona, na co nasz kucharz oznajmił, że przecież gdzieś w krzakach jeden, kiedyś wycięty baobab ciągle jeszcze regularnie odbija i można wziąć z niego szczepki. Co za szelma?! Jaki tupet?! Nie mógł o tym wspomnieć wcześniej?! W każdym bądź razie posiałem nasionka w foliowym woreczku, przez miesiąc podlewałem, by w końcu, w dniu moich 32 urodzin, uroczyście posadzić baobab na trawniku w bezpiecznej odległości kilku… nastu metrów od domu. Nazwałem go Wojtuś, ale nie ze względu na i tak zbyt wielki egocentryzm, ale szacunek do mojego świętego patrona, wielkiego misjonarza i człowieka, który przez swoje męczeństwo stanął u podstaw niepodległości Polski. On też w końcu wywodził się ze szlachetnego rodu i wcale nie ciągnęło go do biskupstwa.
Karnawał w pełni, więc może ktoś poszukuje kolejnych ciekawych wzorców? Niespełna dwa lata temu zaprezentowałem kilka propozycji na oryginalną fryzurę – dzisiaj galerii część druga i zapewne nieostatnia, bo moje prywatne archiwum nieustannie się rozrasta.
Kilka osób pytało mnie, ile trwa wizyta u fryzjera, który wyczarowuje takie cuda. Popytałem i teraz już wiem, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie: jedne fryzury to sprawa niespełna kwadransa, inne to nawet siedem godzin żmudnej pracy. I zależy to nie tylko od rodzaju fryzury, ale również zręczności fryzjera. A średnią arytmetyczną obliczcie sobie sami.
Każdego roku w okresie bożonarodzeniowym ma miejsce spotkanie polskich misjonarzy pracujących na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Owa tradycja liczy sobie już 22 lata, sięgając początków misji klaretyńskich w tym kraju. Zapoczątkował je arcybiskup Jerzy Bolonek, pełniący tu wówczas funkcję nuncjusza apostolskiego.
Nie są to oczywiście spotkania robocze. Radość, której podczas ich trwania nigdy nie brakuje, ostatnimi czasy dość mocno wymieszana jest z nostalgią za starymi, dobrymi czasami. Każde spotkanie organizowane jest gdzie indziej, co pozwala poznać również inne miejsca posługi oraz warunki pracy rodaków. Tegoroczne odbywało się u naszych współbraci w Bouaflé. Spośród dziesięciu obecnych misjonarzy (kilku nie mogło bądź nie chciało przyjechać, tłumacząc się licznymi obowiązkami duszpasterskimi), czwórka z nich uczestniczyła również w tym pierwszym, w roku 1990. Wśród nich był również mój stryj - o. Andrzej. Polscy misjonarze to oczywiście nie tylko klaretyni, ale również pallotyni, franciszkanie i księża diecezjalni (czyli tzw. fideidoniści).
Niemal każdego roku kogoś z naszego grona ubywa - po wypełnieniu misji wraca wtedy do kraju i zastępowany jest już przez miejscowych księży. Nie inaczej sprawa ma się z misjonarzami innych narodowości i nie ma w tym procesie nic niezwykłego. Taka jest kolej rzeczy i jeden z celów naszej misji. Przez ponad 100 lat ewangelizacji czarnej części Afryki udało się zaszczepić chrześcijaństwo w sercach tych ludów, nawet jeśli wyznawcy Chrystusa znajdują się tu w znacznej mniejszości w stosunku do zalewu mahometan. Dalsze losy chrześcijaństwa, jego wzrost i rozwój będą jednak spoczywały już na barkach tubylców. Problemy, z którymi będą musieli się zmierzyć są liczne i różnorodne. Do wielu rzeczy będą musieli dotrzeć i nauczyć się sami. Uczciwie jednak należy przyznać, że nasza obecność tutaj na dłuższa metę mija się z celem. Lokalny Kościół musi w końcu zacząć myśleć samodzielnie. Prawdopodobnie mam szczęście być jednym z ostatnich białych misjonarzy, którzy tu przyjechali. Oto powoli, acz nieuchronnie kończy się pewna epoka. Epoka wspaniała i chwalebna, stanowiąca świetlaną kartę w historii Kościoła powszechnego.





